Messer Chups

czerwiec 14, 2008

Messer Chups został mi polecony dość dawno przez kolegę, który maniakiem ogromnym Pattona będąc, łykał wszystko co jego wytwórnia lub też on sam wypuszczały. W ten właśnie sposób dotarł do płyty „Crazy Price” wydanej przez Ipecac Recordings. A jako że pan Mike ma gust nietuzinkowy, uległem namowom i zapoznałem się z kompozycjami Rosjan. Bo to Rosjanie z prawdziwej Rosji. Sankt Petersburga czyli dawnego Leningradu i dawniejszego Piotrogrodu. Dokładnie tego samego w którym został utworzony słynny zespół z szalonym Siergiejem “Sznurem” Sznurowem na wokalu. Co jest o tyle istotne, bo obydwa zespoły (i Messer, i Leningrad) korzystają z usług jednego perkusisty - Denisa Kuptsova. Choć tak naprawdę na grupę ze stajni Pattona składają się dwie osoby (tak stoi na ich My Space). Czyli jest tak zwany duet.

Gitarzysta Oleg Gitarkin i basistka Zombie Girl tworzą muzykę, która nie wymaga od nas zbyt wiele. Jest łatwo przyswajalna, bez nadmiernych komplikacji i kombinowania. Lecz tyleż w niej magii i (u/m)roku , że ciężko pozostać obojętnym, gdy gdzieś w tle dalszym lub bliższym pojawiają się dźwięki firmowane przez Messer Chups. Stylistycznie twórczość Rosjan to coś pomiędzy psychobilly a rockabilly uzupełniona samplami z horrorów i filmów science fiction klasy „b” i „c”. W tym właśnie tkwi cały myk ich kompozycji. Dźwiękowe smaczki z kiczowatych filmów tworzą groteskowy klimat uzupełniany przez odpowiednie okładki (na płytach) i image basistki (na koncertach). Lata 50` i 60` wiecznie żywe, a zamysł artystyczny by swoją twórczość przeładować taką stylistyką jest tyleż prosty co świetny.

Gdy słucha się ich kompozycji, to na myśl przychodzi tylko jedno – ścieżka dźwiękowa. Tak brzmiałaby muzyka do filmów Rodrigueza („Planet Terror” i „Od zmierzchu do świtu”, a nie żadne „Desperatki” czy inni „Mali agenci”), gdyby robił ją Tarantino. Przy tej muzyce noga rwie się do tańca i zabawy. Stąd moja wizyta na koncercie w Łykendzie była pewna. Mimo pewnych obaw.

Koncert był naturalnie frekwencyjną porażką. Brak reklamy, piękna pogoda, czas sesji oraz wrodzona niechęć poznawania nowych artystów powszechnie panująca wśród Polaków (inżynier Mamoń wiecznie żywy) to główne powody, dla których podczas występu obecnych było około dwudziestu osób. Łącznie z obsługą klubową.

Mimo tego że oficjalne info głosiło, że godziną rozpoczęcia imprezy będzie 20:00, nie dałem się nabrać. Przyszedłem spóźniony i dowiedziałem się, że na Messer Chups trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. A więc czekałem. Czekałem. I czekałem, aż zajdzie Słońce i atmosfera dramatycznego półmroku w której przyjdzie grać zespołowi spowije całe miasto. Po dwóch godzinach i trzydziestu minutach od planowanego startu, koncertowe trio ruszyło z kopyta. Ustylizowana na sexy goth w wydaniu prasłowiańskim o proweniencji Mortycji Adams Zombie Girl wraz z towarzyszącym jej Olegiem i przy wtórze perkusji rozpoczęli swoje małe show.

Mimo długiego oczekiwania, niemal wszyscy od razu rzucili się pod scenę. Jak się okazało w praniu, Messer doskonale nadają się jako podkład do tańczenia w parach mieszanych. To byłby wprost wymarzony zespół do zaduszno – halloweenowego balu tematycznego. Na początku lata, przy pięknej pogodzie i lekkiej atmosferze nie było możliwe uzyskanie pełnej siły (w)rażenia. Nawet łykendowe kazamaty nie były w stanie zrekompensować braku krwi oraz… ubogiej ilości sampli. To, co na ich albumach tworzyło ten niesamowity nastrój, którego każdy fan Ed Wood Juniora zakosztuje z przyjemnością smakowania wyrafinowanej potrawy, w wyniku minimalnej ilości podkładów niemal zupełnie się ulotniło. Nie to że dźwięków zabrakło całkowicie. Pojawiały się, jednak tylko na początku utworów, bo potem, obsługujący swoją gitarę Gitarkin, nie miał jak ich włączać. Ze szkodą dla zespołu umiejętności bilokacji nie opanował. Był to jeden z trzech głównych minusów.

Drugim była odczuwalna monotonia. Optymalną dawką słuchania Chupsów jest czas pozwalający na wypicie od jednego do dwóch piw. W dłuższej perspektywie zaczyna być lekko nudno. Stąd, jeśli ktoś nie chce, nie umie bądź nie może tańczyć i bawić się przy ich muzyce, może się lekko znużyć. Choć pewnie w innym czasie i przy lepszej atmosferze… Kto wie, kto wie. Na całe szczęście artyści zagrali na tyle długo, żeby można było ich posłuchać i na tyle krótko, ażeby nie trzeba było wychodzić w trakcie trwania.

Trzecim mankamentem była wspomniana przeze mnie wcześniej obsuwa połączona z dużą absencją. Fluid pomiędzy garstką publiczności a artystami był niezły, ale granie to pustawej sali chyba nikogo nie raduje. Stąd uczucia odnośnie tego wieczoru są ambiwalentne.

W smsowym skrócie całość recenzji brzmiałaby następująco: „Nietuzinkowi artyści, mocno spóźnieni, dali średni koncert, dla nielicznej publiczności, w złym czasie lecz w dobrze dobranym miejscu.”.

Messer Chups - 14.06.2008 - Wrocław - Łykend

Takiego przyjęcia nie spodziewał się nikt. Na pewno nie spodziewali się go organizatorzy, którzy zostali całkowicie zaskoczeni ilością osób, które pragnęły się dostać na koncerty w Polsce. Zarówno krakowski, jak i wrocławski, na którym miałem okazję być, wyprzedały się całkowicie. Promujący swój ubiegłoroczny album „Solar Soul” szwajcarski zespół Samael, przygotował kilkudaniowy posiłek o konsystencji i kolorze smoły zmieszanej z siarką.

Spragniona i głodna publiczność już na długo przed teoretyczną godziną rozpoczęcia występu koczowała w okolicach Firleja. Pękający w szwach klub przyjął w swe gościnne progi wielu gości, którzy, jak usłyszałem z bezczelnie podsłuchiwanych rozmów, przyjechali nawet z dość odległych rejonów naszego kraju. Cóż, koncertowe szaleństwo i radość z obcowania z muzyką na żywo jest czymś naprawdę wyjątkowym, więc nie powinno dziwić, że znalazły się osoby gotowe do przejechania kilkuset kilometrów w celu zobaczenia występu lubianego zespołu.

Pierwszym artystą jaki zaprezentował się zgromadzonej publiczności była Ayin Aleph – zapamiętana dzięki sukience w czerwone cekiny. Ze sporym dekoltem! Efekt sceniczny mocny i na tyle absorbujący, że na towarzyszących artystce muzyków nie zwracało się większej uwagi. Ta Francuzka rosyjskiego pochodzenia, wzięła na barki całe sceniczne show i odgrywała na scenie zaplanowaną wcześniej performance. Kolejne gesty, zaplatanie rąk i momentami groteskowe miny składały się na w miarę spójną kompozycję „mowy ciała”. Co prawda, nie do końca uświadomiłem sobie przekaz, ale jestem jak najbardziej za taką formą zabaw i gier scenicznych. Mimo że nie do końca byłem targetem Ayin to jej show mnie przekonało.

Niestety, odniosłem wrażenie, które z każdym kolejnym zespołem wydawało się potwierdzać, że mentalność dużej części publiczności była ukierunkowana dość wąsko i tylko na jedną atrakcję. I wszelkie stylistyczne ucieczki oraz gatunkowe skoki w bok traktowane były w najlepszym przypadku z rozbawieniem bądź, o czym będzie mowa później, nawet agresją.

Wracając do występu Ayin Aleph to akustyka i nagłośnienie nie przysłużyły jej się. Mimo, co sprawdziłem zaraz po występie na My Spacer, potężnych możliwości strun głosowych, nie byłem w stanie się zachwycić jej wokalem. Naturalnie, diwa robiła dobre wrażenie, ale nie była w stanie do końca przekonać o swoich umiejętnościach. Momentami wpadała w dziwne rejestry, które drażniły i irytowały. Aha, momentami także wcielała się w rolę pianistki i pogrywała na klawiszach.

Muzyka i kompozycje nie porywały. Nużący i lekko monotonny łomot gitarowy przerywany był melodyjnymi wstawkami. Aczkolwiek przezywanie ich „kopią Nightwish” uważam za przesadę – Francuzka wydaje się mieć większy dystans do tego co robi i w świadomy sposób buduje swój sceniczny wizerunek. Na pewno bardziej niż zagubiona wśród Wikingów i innych bogów finlandzkich Tarja. Po swoim krótkim i idealnym dla suportu czasie występu, na scenie zaczął się montować kolejny zespół.

Sybreed to krajanie Samaela. Ci pochodzący z Genewy muzycy, prezentowali się na scenie… normalnie. Był to pewien ewenement, gdyż cała reszta zespołów miała swój image i dopracowane sceniczne show. Bez udziwnień i bez fanaberii wyszli, zagrali i zniszczyli. Największe, a tym większe że postury dość niewielkiej, wrażenie robił wokalista – Ben – który swym potężnym głosem miażdżył. Jego przejścia od mocnego krzyku do melodyjnego i wręcz przyjemnego śpiewu budziły szczery respekt i mimo że muzyka, okraszona dużą dawką elektroniki i brzmiąca momentami dość wtórnie, nie czarowała, to publiczność, przynajmniej w większości, nagradzała muzyków gorącymi brawami. Ciekawostką były na pewno drum`n`bassowe sample i loopy wkomponowane w strukturę występu, które sprowokowały głupie komentarze. Cóż, otwartość na muzyczne miksowanie gatunków nie należy do głównych walorów metalowej publiki, ale sądziłem, że mocno eksperymentujący Samael posiada w szeregach swych słuchaczy ludzi o otwartych głowach. Protekcjonalne uśmieszki i bzdurne teksty wyprowadziły mnie z tego błędu.

Zakończenie występu zostało nagrodzone zasłużonymi brawami, po czym nastąpiła tradycja przerwa na wymianę sprzętów muzycznych i instalowanie następnego zespołu. Gothminister miał za chwilę rozpocząć swój występ. Widać było, że sceniczny image jest traktowany przez nich z pełną powagą. Czarno – białe twarze muzyków w poświacie firlejowych świateł robiły trupie wrażenie. Jednak dopiero pojawienie się wokalisty - Gothminister himself – dało pożądany przez nich efekt. Ten ubrany w przypominający mundur strój osobnik, miał za chwilę zawładnąć całą sceną. Zaanektował ją dla siebie i rządził na niej przez cały czas trwania występu. Obładowany gadżetami niczym minister Kołodko podczas konferencji prasowej, zaskakiwał co chwila kolejnymi pomysłami; ot, choćby drabina na której stawał niczym na trybunie do przemawiania. Nie przekraczając subtelnej granicy pomiędzy kiczem a grozą, udało im się pozostać ze swym mrocznym wizerunkiem po stronie, która nie budzi uśmiechu politowania.

Pierwsze skojarzenie – Rammstein. Lecz nie chodziło tu o samą muzykę, choć i tutaj znalazłoby się kilka wspólnych mianowników, choćby „marszowy” rytm utworów, ale raczej o ten ciężki do nazwania pierwiastek, który sprawia, że nasz mózg samoistnie i nie do końca świadomie taguje i wiąże ze sobą różne zespoły. Filozofia? Klimat? Posmak? To nieuchwytne i nienazwane „coś”.

Stylistycznie umieściłbym ich w przegródce industrial metal z licznymi i dość dobrze słyszanymi inspiracjami nurtu goth. Miejscami grali nieco toporne i bez finezji, nadrabiali za to zaangażowaniem oraz niektórymi pomysłami. Nie było rewelacji, ale przyznaję, że nie nudziłem się szczególnie.

Niestety, długie oczekiwanie na występ Samaela oraz łatwość zakupu kolejnych butelek ze złocistym płynem sprawiła, że Gothminister miał mocno utrudnione zadanie. Cześć osób, naturalnie Ci z końca sali, skryci w ciemnościach i przez to odważni, poczęstowali ich suchym i wulgarnym słowem, które sugerowało chęć zobaczenia Samaela natychmiast. Zresztą samo skandowanie nazwy zespołu kończącego ten wieczór także nie było zbyt taktowne. Rozumiem, że zgodnie z zasadą, która mówi „jak mogą klaskać, to mogą też i gwizdać”, dopuszczalne jest, ażeby w dyskursie koncertowym można było wyrazić swoją dezaprobatę dla dokonań poszczególnych artystów, ale czynienie tego w taki sposób to mentalne dresiartwo, które, jak niestety można było zauważyć, nieobce jest także ludziom, których muzyczna świadomość powinna być rozwinięta bardziej od gustu inżyniera Mamonia.

Wreszcie nastąpiła oczekiwana przez wszystkich chwila. Zniecierpliwiona i podniecona publiczność z radością przywitała kłęby dymu oraz czerwoną poświatę, która rzucała krwisty blask na okolice sceny. Po chwili zapanowało istne szaleństwo. Nie było najmniejszych wątpliwości, że zgromadzeni ludzie oczekiwali na Samaela i tylko na niego. Początek występu to kompozycje tytułowe z dwóch ostatnich (i pełnoprawnych, bo „Era One & Lesson In Magic #1” za taką nie jest przeze mnie uznawana) albumów – „Solar Soul” oraz „Reign of Light”. Na drugi ogień poszły „On the Rise” oraz „Valkyries’ New Ride”, pochodzące z ostatniego albumu i wreszcie to, co wprowadziło w ekstazę fanów Samaela – starsze utwory nawiązujące do jakże odmiennej estetyki i filozofii grania i życia.

Ten miszmasz nowego i starego wypadł doskonale. Pochwalony za znajomość repertuaru tłum był wniebowzięty. Nieliczne monologi doskonale wprowadzały w klimat nienaruszając subtelnej równowagi pomiędzy kontaktem z publiką a samym występem. Samael to niesamowita maszynka koncertowa, która działa ze sprawnością i szybkością AK47. Falująca, skacząca, obijająca się o siebie i ciesząca się z każdej chwili obcowania z muzyką Szwajcarów publiczność, była wyraźnie ukontentowana scenicznymi popisami i po ich zejściu ze sceny, domagała się więcej. Naturalnie nie mogło obejść się bez bisu.

Jedyne co przeszkadzało w odbiorze, to gubiona momentami w hałasie elektronika. Przez to wiele smaczków uciekło i mimo że ogólnego, jak najbardziej pozytywnego, wrażenia nie zepsuło, miało jednak nutkę goryczy. No, ale przecież smak siarki i tak wszystko wypala. Dlatego kolejnym razem, a po wspaniałym przyjęciu Samaela przez polską publikę nie mam wątpliwości co do ich ponownego przyjazdu, postaram się także wybrać na ich koncert. I zachwycić się oryginalnym podejściem do metalu, który jako twór żywy ciągle ewoluuje i rozwija się. Czego można uświadczyć chociażby na koncertach szwajcarskiego zespołu.

Samael - 16.04.2008 - Wrocław - Firlej

Wrocławski Przegląd Piosenki Aktorskiej w pełni. Dzięki rozmachowi oraz odwadze organizatorów będzie można zobaczyć sporo ciekawych i niesztampowych wydarzeń artystycznych. Z tych bardziej interesujących to przeżyliśmy już piątkowy koncert Kasi Nosowskiej oraz sobotni koncert cygańskiego punk rocka w postaci Gogol Bordello. Natomiast już dzisiaj zamierzam wybrać się na występ naszego wrocławskiego przedstawiciela awangardy muzycznej, który z powodzeniem łączy estetykę hip i trip hopową. Zresztą zamknięcie L.U.C. w jakiejś szufladce rodzi spore problemy i jest dla tego artysty mocno krzywdzące.

Także dzisiaj wystąpi The Ukulele Orchestra of Great Britain czyli duch rock`n`rolla zamknięty w małym pudełku z czterema strunami. Kate Bush, Sex Pistols, Czajkowski to tylko przykłady artystów coverowanych przez orkiestrę, której radosne oraz miejscami niepoważne (w znaczeniu pozytywnym) występy wzbudzają uśmiechy wśród publiczności. Ośmioosobowa orkiestra, która od ponad dwudziestu lat stroi sobie muzyczne żarty, doskonale zabawia publiczność graniem na wydających przeróżne dźwięki gitarach z Wysp Hawajskich.

W dniu jutrzejszym zaprezentuje się przepięknie jazzująca Gabriela Kulka. Dźwięki fortepianu połączone z przenikliwym głosem, dały niesamowity i unikalny jak na Polskę efekt. Inspiracja Tori Amos pachnie dość mocno, ale w tym wypadku to nie zarzut tylko komplement.

W perspektywie dalszej mamy koncert szalonych kowboi czyli Mitch & Mitch, EMPE3 – Mateo Pospieszalski Project oraz (w nurcie OFF) Towary zastępcze. Po drodze ambitny plan dozna pewnych modyfikacji i, miejmy nadzieję, rozszerzeniu o kolejne elementy PPA.

Po tak przydługim wstępie przejdę do meritum i napiszę o wydarzeniu, które z pewnych względów ma dla mnie największe znaczenie i najbardziej się z nim emocjonalnie wiążę.

Narzekanie ma bogatą tradycję w polskiej świadomości. Nie narzekają tylko wariaci. A ten kto tego nie robi, jest od razu podejrzany i niepewny. W przeciwieństwie do hurraoptymistycznych Amerykanów, którzy nawet w momencie katastrofy życiowej potrafią zachować pogodę ducha i żując gumę, opowiadać o planach dotyczących zniszczone przed chwilą domu, Polacy nawet w momencie trafienia „szóstki”, marudzić będą, także żując gumę, ileż to tych pieniędzy trzeba oddać Fiskusowi.

Kwestią czasu więc było, kiedy to na grunt naszego pięknego kraju, zostanie przeniesiony dobry pomysł z przepięknej Islandii, który daje możliwość ujścia nadmiernej frustracji, smutkowi i zgorzknieniu. Tak oto w głowie Konrada Imieli, dyrektorowi artystycznemu PPA, zrodził się pomysł skonstruowania Chóru Narzekań Mieszkańców Wrocławia.

Zapisałem się. Jakże mogłem się nie zapisać, kiedy to pierwsza próba miała miejsce w dniu mych dwudziestych piątych urodzin? Ćwierć wieku to kawał historii świata, więc zrobienie czegoś oryginalnego w związku z tym (nie)wesołym faktem, naprawdę mi się spodobało. Wbrew pozorom składu grupy nie tworzą sfrustrowani swoim żywotem ludzie, którzy szukając kolejnych pretekstów do narzekania, brną przez życie widząc tylko do połowy opróżnione szklanki. To w zdecydowanej większości młodzi ludzie (acz nie brakuje radosnych przedstawicieli starszego pokolenia) pragnący, takie przynajmniej mam wrażenie, zrobić coś nietypowego. Wziąć udział w niecodziennej zabawie i happeningu.

Tekst utworu został stworzony wspólnymi siłami. W momentach bardziej newralgicznych przeprowadziliśmy nawet demokratyczne głosowanie, w którym dokonaliśmy korekt artystycznych. Kolejne słowa, ułożone w kilka strof, okraszone choreografią, także opracowaną kolektywnie, rodziły się w twórczej burzy mózgu. Bardzo podobał mi się ten sposób pracy i mimo różnic pomiędzy nami – amatorami a nimi – profesjonalnymi muzykami nie odczuwało się żadnego napięcia klasowego. Czuję się związany z tym tekstem oraz muzyką i niezmierną przyjemność sprawia mi ich wykonywanie. Ciężko porównać do czegokolwiek odczucia towarzyszące takiemu wspólnemu muzykowaniu. To nie tylko dreszczyk emocji ale i niezmiernie ogromna frajda.

Wczoraj nagraliśmy nasz utwór. W momencie, kiedy piszę te słowa jest niedzielne południe. Samo południe. I dokładnie za tydzień - 13 kwietnia - pod jakże ślicznym i kultowym już pomnikiem króla Bolesława Chrobrego, będzie można podziwiać i posłuchać naszych efektów pracy. W ramach 29. Przeglądu Piosenki Aktorskiej wystąpi Chór Narzekań Mieszkańców Wrocławia. A ja, jako członek tego kolektywu, wystąpię wraz z nim. Dlatego też serdecznie wszystkich zapraszam. Bądźcie proszę świadkami zdarzenia, w ramach którego moja skromna osoba, dzięki swojej wrodzonej funkcji marudzenia, spełni się artystycznie oraz zapewni wam ciekawe przeżycie muzyczne.

Zapraszam!

Chór Narzekań Mieszkańców Wrocławia - 13.04.2008 godzina: 12:00 - Pomnik Bolesława Chrobrego - Wrocław

Kończąca swój żywot Pidżama Porno, jeszcze w zeszłym roku, była w stanie zapełnić ludźmi duże hangary w stylu WFF. To, co Grabaż ze swoim najpopularniejszym bytem muzycznym robił bez problemu, ze Strachami zrobić się tak łatwo nie da. Marcowy koncert SNL odbyć się musiał w o wiele skromniejszych warunkach wrocławskiego klubu Alibi. Sam występ był częścią większej trasy związanej z promocją płyty „Autor”, której treścią są zaaranżowane na nowo utwory Jacka Kaczmarskiego.

Drobne zamieszanie z godziną startu (podana była zarówno 19:00 jak i 20:00) zaowocowały koncertem rozpoczętym w okolicach 20:30. Po drobnych tłumaczeniach zespół ruszył w „Czerwonym autobusie”. Śpiewający z charakterystyczną chrypką, wyćwiczoną podobno podczas jazdy samochodem, Grabaż, wprowadził nas w nastrój lekkiej konsternacji. To poczucie pewnego zdziwienia towarzyszyło niemal wszystkim piosenkom z ostatniej płyty. Refleksyjne teksty Jacka Kaczmarskiego, nawet w strachowej aranżacji, nie są w stanie pozbyć się tego specyficznego piętna zadumy i kontemplacji. Naturalnie, sporo osób się bawiło, ale zdecydowana większość, miast rzucić się w wir skakania i pląsania, stała zasłuchana i chłonęła muzykę.

Osobny akapit należy poświęcić doborowi piosenek. Repertuar był ułożony niemal doskonale. Mimo że była to trasa promocyjna „Autora”, nie zabrakło utworów dawniejszych oraz… tych jeszcze nie wydanych. Mam tu na myśli projekt „Zakazane piosenki” - starych i nieco zapomnianych numerów, które Strachy na Lachy wypuszczą w tym roku, a których oficjalna premiera miała miejsce na początku września w Lubinie. Dzięki „Łazience” zespołu WC czy też „Na kształt dziecka” składu Brak dostaliśmy próbkę tego, co będzie w niedługim czasie, miejmy nadzieję, usłyszeć. Bo mimo sporego wieku, piosenki te nie straciły nic, a dzięki liftingowi i odświeżeniu wiele zyskały.

Naturalnie nie mogło się obyć także bez prawdziwych hitów. „BTW”, „Moralne salto” czy też idące coraz bardziej w stronę reggae „Hej kobieto” podrywały do zabawy ludzi od proscenium do samych krańców. Publiczność dzielnie wtórowała Grabażowi przy śpiewaniu, a momentami („Czarny chleb i czarna kawa” oraz długo skandowane „Piła tango”) wręcz go wyręczała. Z powodzeniem i kolektywnie moglibyśmy działać jako dodatkowy członek grupy.

Zespół wydawał się być w dobrej formie i niezłych humorach. Grabaż i Kozak pozwolili sobie na dłuższą rozmowę odnośnie zwiedzania wrocławskiego ZOO. Zresztą Krzysztof Grabowski był wyjątkowo ekspresywny ruchowo ze szczególnym naciskiem na mimikę. Sympatyczne to było i robiło naprawdę pozytywne wrażenie.

Drobne, acz niezbyt mocne, pochwały należą się także klubowi Alibi. Co prawda pojawiły się drobne problemy z odsłuchami (szybko rozwiązane), nadmierna ilość dymu nie robiła dobrego wrażenia, a Grabaż momentami był zbyt cicho, ale jednak na szczęście nie można powiedzieć, że technika zabiła występ. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby wyeliminować te drobne potknięcia, to koncert sprawiłby jeszcze większą frajdę.

Po odegraniu części zasadniczej zespół zszedł ze sceny, by po chwili - przy gorących oklaskach oraz głośnym skandowaniu nazwy ich grupy - wejść na nią z powrotem. Rozpoczął się bis (zwany poza Polską „encore”). Gdy usłyszałem pierwsze takty utworu, to aż mnie skręciło. „Dzień dobry, kocham Cię” czyli najbardziej katowana w radiu, najmniej ciekawa, jedna z głupszych tekstowo oraz nudnych muzycznie piosenek w repertuarze Grabaża poderwała niemal wszystkich do zabawy. Potęga radia jest wielka, a jako że większość osób ma umysł ścisły w związku z czym, „podobają im się piosenki, które już słyszeli”. A im więcej razy słyszeli, tym bardziej im się one podobają. Ta rejsowa teoria sprawdza się powszechnie, a przykład niemądrego „DD,KC” tylko mnie w tym utwierdza.

Dobre wrażenie koncertu zostało zatarte i sądziłem, że nie będzie się już dało tego niesmaku niczym zabić. Jakże się myliłem.

Kozak ściąga swoją gitarę. Kozak zmienia miejsce. Kozak zakłada gitarę akustyczną i gra. A mnie zaczynają przebiegać po plecach ciarki, bo oto Strachy na Lachy, dzięki kompozycji „A my nie chemy uciekać stąd” (na którą Gintrowski nie udzielił zespołowi zgody), zaczyna czary, które przez kolejnych kilkanaście minut przeniosą mnie poza obręb Alibi i planety nazywanej Ziemią. Śpiewający chrypką Grabaż przy spokojnych dźwiękach wydobywanych przez gitarzystę Strachów, przy wtórze delikatnych i spokojnych elektronicznych plumknięć, które przechodzą w kanonadę, prowadzi nas przez stojący w ogniu dom wariatów. Historia z 31 października 1980 roku opowiadająca o tragedii w ośrodku w Górnej Grupie, robi wstrząsające wrażenie do dnia dzisiejszego. Sugestywny tekst Gintrowskiego to smutna alegoria losów Polaków, którzy mimo cierpień i krzywd doznawanych od władz PRLu nie zamierzali z kraju ojczystego wyjeżdżać. Ciężko przy takiej dawce emocji się bawić. Mimo że muzyka zamienia się w rytmiczny utwór przy którym z łatwością można wystukiwać rytm, stoję jak skamieniały. Po chwili zdaję sobie sprawę, że od dłuższej chwili wstrzymywałem oddech. Wycieńczony oklaskuję muzyków. Oni się kłaniają schodzą i po chwili wracają na drugi bis.

A ja wiem. Nie mam pojęcia skąd, ale po prostu czuję to każdą komórką swego ciała. Z głośników sączy się delikatny głos Zamachowskiego, a zespół rozpoczyna grać najlepszy utwór w swoim repertuarze - „Pogrzeb króla”. Na to czekałem. Na te dwa ostatnie utwory. Dziesięć minut onirycznej jazdy po sennych majakach Grabaża, to mój ulubiony utwór ze wszystkich dotychczasowych dokonań tego charyzmatycznego muzyka. Ciężko je z czymkolwiek przyrównać, bo opowieść o losach narodu na tle śmierci papieża - Polaka, ma w sobie tyle ekspresji i finezji, że obdzielić by mogła kilka innych piosenek, a każda z nich byłaby co najmniej dobra. Tym utworem zamykają swój występ i schodzą. Brak słów, by opisać kończące występ dwa utwory, które mimo wielu różnic, zarówno tekstowych jak i muzycznych, mają ze sobą coś wspólnego - to ogromne emocje jakie towarzyszą słuchaniu. Dla mnie Strachy na Lachy mogą jeździć po kraju wykonując tylko „Pogrzeb króla” oraz „A my nie chcemy uciekać stąd”. Obiecuję, że stawię się na każdym występie.

Strachy na Lachy - 30.03.2008 - Wrocław - Alibi

Czeski Firlej - Lvmen

marzec 29, 2008

Proponując znajomym koncert Lvmen znałem z góry ich reakcję. Sformułowanie „czeski metal” budzi niestety dość nieuzasadnioną wesołość w niektórych kręgach, ale niezrażony podjąłem się ciężkiej walki na polu uświadomień muzycznych. Zacząłem od wymienienia kolejnych zespołów, z którymi Czesi mieli okazję grać wcześniej. Co prawda Starzy Singers oraz Something Like Elvis nie robiły takiego wrażenia jak Cult of Luna czy Fantomas, ale fakt występów z uznanymi polskimi muzykami dodatkowo rozbudzał lekką ciekawość.

Następnie dookreślałem estetykę, w ramach której się poruszali – mocne wpływy ciężkiego sludge oraz postrockowego plumkania, które, jak to zespoły eksperymentujące i poszukujące mają w zwyczaju, daleko wychodzą poza prostą konstrukcję tworzenia utworów na zasadzie zwrotka i refren. Całość okraszona - pojawiającym się miejscami i przez to wzmacniającym w wybranych momentach przekaz – wokalem, przeskakującym od spokojnych i cichszym partii do growlującego wrzasku i krzyku.

Na sam koniec indoktrynacji podsuwałem próbkę do znalezienia na My Space i wyraźnie ukontentowany rozbiciem kolejnego stereotypu muzycznego wśród znajomych, siadałem przed monitorem, knując kolejny krok zmierzający do zburzenia następnych pokładów muzycznej ignorancji.

Marcowy koncert w Firleju był zaległym występem Lvmen z roku ubiegłego. Wypadek samochodowy sprawił, że zespół swój październikowy tour po Polsce musiał odwołać. Na całe szczęście było te jedynie przesunięcie w czasie, które tylko zaostrzyło mój koncertowy apetyt. Wzmógł go dodatkowo występ, supportującego główną atrakcję, muzyka o pseudonimie Selfbrush. Vaclav Havelka zrobił naprawdę duże wrażenie za pomocą minimalistycznych środków wyrazu. Delikatnie folkująca gitara wprowadziła nieco zaskoczoną publiczność w melancholijno – jesienną atmosferę nieprzystającą do wiosennej pory roku. Spokojny i nieco „oddalony” wokal pogłębił to uczucie. Nastrojowe dźwięki uwiodły mnie całkowicie i z lekkim żalem pożegnałem schodzącego ze sceny artystę. Szkoda że część osób, niezainteresowana występem, zamiast kulturalnie opuścić salę i dać się skupić na muzyce, wolała szemrać dekoncentrując i artystę, i pozostałych słuchaczy.

Tłum osób nabijający salę koncertową Firleja przeczuwał, że zbliża się godzina „zero”. Lvmen delikatnie zaatakował pierwszą kompozycją z albumu „Mondo”. Spokojny utwór popłynął i subtelnie wprowadził w klimat koncertu. Radykalnie mocniejsze uderzenie następnej kompozycji stworzyło ciekawy dysonans. Głośniki zacharczały, a basowe podbicia odbiły się w żołądku. Dźwięk burzył harmonijną kompozycję gazowego składu pomieszczenia, jednocześnie podgrzewając atmosferę. Niestety, nieco zbyt mocno. Miejscami, szczególnie w tych głośniejszych fragmentach koncertu, zamiast poszczególnych instrumentów, słuchać było zlany w jedną - do tego nieco bezkształtną - formę atak na nasze bębenki.

Pomimo że Czesi mają w swym dorobku dość niewielką ilość wydanych albumów, ich kompozycje są różnorodne i nie ma w nich miejsca na monotonię czy też chwilę nudy. Zmiany tempa, ciężkie riffy i urozmaicone dźwięki przeplatane intrygującymi samplami tworzą przemyślaną całość, w której nie ma miejsca na bezmyślną kakofonię czy też losowe dorzucanie nieprzystających do siebie melodii. Co ciekawe, muzycy zaprezentowali całą płytę „Mondo” oraz jedną kompozycję - #7 – z „Raison d’Etre” na dokładkę.

Jedynym elementem scenicznego show, którego poziom wyraźnie odstawał od całości, były niestety wizualizacje. Nie do końca rozumiem parcie niektórych zespołów, które za wszelką cenę chcą ze swoich koncertów, naprawdę dobrych i ciekawych muzycznie, zrobić show pod tytułem „spektakl audio – wizualny”. W wypadku Lvmena zaowocowało to koncepcyjną porażką. W tle dominowały sceny z filmu… Animatrix. Te stylizowane na japońskie anime nowelki, są uzupełnieniem i łącznikiem pomiędzy pierwszą a kolejnymi częściami Matrixa. Ich realizacja, pomysł oraz wykonanie stoją na bardzo wysokim poziomie, jednakże w żaden sposób nie mogłem powiązać ich z muzyką Czechów; nie przystawały w żaden sposób do siebie. Animacje, zamiast uzupełniać, odwracały uwagę, dekoncentrowały, a momentami nawet irytowały.

Na całe szczęście, zostały wykorzystane nie tylko sceny z uniwersum braci Wachowskich. O wiele lepsze wrażenie robiły pozostałe elementy zabawy obrazem, których jednak było zdecydowanie mniej; pszczoły, wilki, fragmenty jakiegoś filmu „made in Hong Kong” czy też motywy religijne. No i unoszący się nad wszystkim znaczek – logo z płyty „Mondo”. Ten element układanki był naprawdę niezły.

Całość trwała w okolicach jednej godziny. Bez bisów, bez kontaktu z publicznością. Muzyka jako jedyne źródło przekazu. Koncert rozpoczęty i skończony. Niczym wyrwany fragment większej całości. Przy czym, ta skoncentrowana wiązka emocji, miast do zabawy, prowokowała do transu i lekkiego odrętwienia. Nie było szalonych podskoków czy energetycznego obijania się o siebie nawzajem. Bliżej było do wyciszonej i kontemplacyjnej mszy niż do rockowo – metalowego szaleństwa.

Ciekawy wieczór. Krótki, pozostawiający niedosyt, ale wzbudzający emocje. Nie padłem na kolana, ale Lvmen zapewniło mi naprawdę intrygujące wspomnienia ze swojego występu.

Lvmen - 29.03.2008 - Wrocław - Firlej

Festiwal Frankofoński, w ramach którego występowali francuskojęzyczni artyści, miał na celu rozpropagowanie i zapoznanie Polaków z kulturą naszego europejskiego znajomka. Przy imprezach tego typu istnieje pewna obawa, że wybierze się artystów „ugładzonych”, którzy „godnie” i „odpowiedni sposób” promować będą swój ojczysty kraj. Na całe szczęście w tym wypadku nie poczyniono starań tego typu; nie czuć nawet sztampowego posmaku. Muzyk, którego miałem okazję poznać, był tak inny od wszystkiego, co do tej pory miałem okazję słyszeć w swoim krótkim życiu, że od razu wzbudził we mnie pozytywne emocje.

Nosfell, bo takie imię przybrał ów jegomość, to postać szalenie trudna do zaszufladkowania. Eklektyzm jego kompozycji jest na tyle duży, że każdy może odkryć coś dla siebie odpowiedniego. Przy czym omawiając z kimś jeden konkretny utwór okaże się, że mimo iż słyszeliście to samo, to wasze refleksje odnośnie muzyki są diametralnie inne. Siła w różnorodności. Krytycy, których tendencja do zamykania w odpowiednich katalogach nawet dźwięków wydawanych przez pralkę budzi podziw równie wielki jak rozbawienie, określili jego twórczość mianem „world music”. Termin wata, tyleż pojemny co bez jednoznacznego określenia i nasycenia.

Wymykający się jednoznacznym określeniom Nosfell robi wszystko po swojemu; snuje historie w stworzonym przez siebie języku przy akompaniamencie muzyki będącej oryginalną wypadkową kilku różnych, dość często dalekich od siebie, nurtów. Jego zaangażowanie w spektakl, artysta wykorzystuje w swoim show elementy japońskiego teatru kabuki, budzi początkowo lekką konsternację, ale po pewnym czasie zaczynamy mu wierzyć i przyjmować jego sztukę jako całość. Dodatkowo, i piszę to jako w 100% heteroseksualny samiec owładnięty wiosenną aurą, ma w sobie jakiś wewnętrzny czar i ciepło, które ujmują i tworzą dodatkową wartość dodaną.

Sam występ zachwycał bogactwem pomysłów. Każdy kolejny utwór to koncepcyjna niespodzianka, przeplatana często i gęsto muzycznymi wariacjami z różnych kręgów kulturowych. Zaczynając od subtelnych i płynnych dźwięków z północy, poprzez cieplejsze beatboxowe zapętlenia a skończywszy na cieplejszych południowych rytmach wzmacnianych sprytnie za pomocą zapętlonych wokaliz. Konceptualny miszmasz możliwy do zaistnienia tylko w miejscach, w których przeplatają i oddziałują na siebie wzajemnie różne wpływy – tygiel kulturowy to naprawdę piękne zjawisko.

Najciekawsze było jednak to, że pomimo dość skromnego składu osobowego, na scenie obecny był tylko Nosfell wraz z towarzyszącym mu i grającym na basie oraz kontrabasie muzykiem, o żadnej prostocie nie mogło być mowy. Za sprawą intrygującego głosu i ciekawych rozwiązań elektronicznych, kolejne podkłady wokalne, zapętlone w kilkunastosekundowe loopy, nakładały się na siebie, tworząc magiczną całość podkreśloną za sprawą zmieniających barwę płócien. Ale największe wrażenie robił właśnie śpiew; począwszy od delikatnego i bardzo subtelnego, kojarzący się delikatnie z Antonym Hegartym, a skończywszy na mocniejszym i przypominającym nieco popisy Mike`a Pattona.

Zdarzają się występy artystów tak niebanalnych, że ich ocenianie w normalnych kategoriach pozbawione jest sensu. Nosfell jest właśnie przedstawicielem tego typu zjawiska. Percepcja jego koncertu wymaga dość szczególnego podejścia i otwartej głowy, lecz daje dużą radość przy obcowaniu. Niestety, odbiór jego muzyki w intymnej atmosferze domowego odtwarzacza bądź to muzyki, bądź to DVD daje dość skromną namiastkę tego, co można było zobaczyć w Firleju. Surogat występujący w postaci cyfrowej w żaden sposób nie oddaje klimatu i może być mylący. Z tego względu zdecydowanie polecam wykorzystanie następnej możliwości ujrzenia Francuza, która, mam nadzieję, pojawi się w czasie bliższym lub dalszym. Tego typu przeżycia warto sobie czasem aplikować.

Nosfell - 15.03.2008 - Wrocław - Firlej

Od dwóch lat wiosna w Polsce przychodzi podczas trwania zimy. Nie mowa tu jednak o anomaliach pogodowych związanych z niepodpisaniem przez USA protokołu z Kioto lecz o cyklu koncertów, które objeżdżają dużą część naszego kraju. Połączone siły festiwali „Wiosna Reggae” i „Punky Reggae” podczas trzech dni zapewniły różnorodną rozrywkę obejmującą zarówno wschodzące zespoły, mocno świecące gwiazdy jak i starych wyjadaczy; od ska, poprzez reggae, ragga, punk, rock czy nawet metal. Stylistyczno – gatunkowy miszmasz z którego każdy mógł dobrać dla siebieCGB odpowiedni zestaw muzyczny.

 

Przyznam szczerze, że najbardziej i najmocniej kusił dzień pierwszy. Nie dość że koncertowymi killerami w postaci Pogodna i Vavamuffin, to na dodatek zyskującym coraz większą popularność Dick4Dick. Przy bujającym Maleo oraz energetyczną Całą Górą Barwinków także nie groziła nuda, więc wybór mój wydawał się dość oczywisty.

Pełen przedkoncertowego podniecenia oraz emocji związanych z występami zespołów, na miejscu postanowiłem być nieco przed czasem. Wchodząc do hali Wytwórni Filmów Fabularnych usłyszałem, jak się okazało po chwili, próbę Całej Góry Barwinków, która wykonywała kolejne takty przeboju „To ostatnia niedziela” (mylnie nazywanego „Ta ostatnia niedziela”), zaprezentowanego kilka dni wcześniej w programie Kuby Wojewódzkiego. Przyznaję, że przebój sprzed 80 lat napisany przez duet Jerzy Petersburski/Zenon Friedwald, a wykonywany obecnie przez CGB świetnie się prezentuje. Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Bo mimo wybicia godziny 17:00 publiczność była raczej symboliczna. Kilkadziesiąt osób krzątało się z miejsca na miejsce w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy. Kilka zniecierpliwionych osób, sądząc po minach, gestach i słowach, domagało się rozpoczęcia koncertu. Około 17:30 powoli, z minuty na minutę, hangar WFF zaczął się napełniać ludźmi. Tknięty nagłym przeczuciem cofnąłem się do bramek, przy których, jak się okazało, wywieszony był harmonogram całego dnia. Brakowało na nim… Dick4Dick. Wykorzystałem pierwsze koło ratunkowe i wykonałem telefon do przyjaciela. „My Space prawdę Ci powie” – odrzekł kolega i zacytował: „Do wszystkich, ktorzy wybieraja sie na koncert Dick4Dick dzisiaj 2008.03.06 w wytworni filmow fabularnych we wroclawiu. Niestety ostry atak grypy Dicka Dextera ktora dzisiaj przebiegle przeskoczyla juz na Nygga Dicka a istnieje tez realne zagrozenie ze wieczorem ja tez padne, powoduje ze nie damy rady zagrac dzisiaj. Sila wyzsza.”.

A więc samczo – seksualny i gorszący electrorock nie miał zagościć dnia dzisiejszego na scenie wrocławskiej edycji festiwalu. Wielka strata i wielka szkoda.

Chwilowo nieco mniej radosny usłyszałem krzyk, który oznaczać mógł tylko jedno. Na scenie coś zaczęło się dziać. Faktycznie, Cała Góra Barwinków rozpoczynała swój set. Publiczność, nadal niezbyt liczna, dała wyraz swojej radości rzuciła się od razu w wir zabawy przy radosnych i skocznych dźwiękach chłopaków z Kłobucka. Przytłumiony wokal, pulsujący bas i mocno wyeksponowana sekcja dęta skłaniały do radosnego i bezrefleksyjnego pląsania po parkiecie, któremu poddali się nieomal wszyscy. Nawet moje nogi mimowolnie tupały i wykonywały bliżej nieokreślone ruchy, które tylko święty Wit Cała Góra Barwinkówmógłby nazwać tańcem. W tej muzyce nie chodzi o przekaz intelektualny tylko o radosne emocje związane z zabawą. A umiejętności przekazywania tychże, nijak nie można odmówić zespołowi.

Cała Góra Barwinków nie miała czasu, który dostają zwykle zespoły supportujące. To był festiwal na równorzędnych prawach dla wszystkich, więc po naprawdę długim i różnorodnym secie koncertowym (wbrew moim obawom, występu nie zdominowały utwory z ostatniej płyty), CGB wyszedł jeszcze na bis, podczas którego zabrzmiało wspomniane przeze mnie wyżej tango „To ostatnia niedziela”. Głośne brawa oraz liczne wyrazy radości zwróciły moją uwagę – Wytwórnia Filmów Fabularnych przestawała świecić pustkami, choć do wypełnienia brakowało jeszcze naprawdę sporo osób.

Przerwa techniczna podczas której zapowiedziano Pogodno, zleciała dość szybko. Wymiana i instalacja kolejnych instrumentów odbywało się naprawdę sprawnie. Dla umilenia atmosfery akustyk, ku mojej dużej radości, włączył z głośników fińską hummpę. Kolejne szlagiery grupy Eläkeläiset (polecam!) umilały czas podczas kotłowaniny na scenie.

Pogodno rozpoczęło, jak zwykle od pewnego czasu, od utworu „Fenomeno” z ostatniej płyty Opherafolia, by płynnie przejść do kolejnych szaleńczych popisów muzycznych.Pogodno Szczeciński zespół od dawien dawna proponuje wspólną zabawę i interakcję, której publiczność z radością się poddaje. Można co prawda marudzić, że kolejne koncerty są do siebie dość podobne, a i monologi Budynia nie są dość często odświeżane, ale oddać mu trzeba sprawiedliwość i stwierdzić, że koncertowanie to jego żywioł. Świetnie się na scenie czuje, dobrze się na niej bawi i dzięki temu specyficznemu wyluzowaniu artystycznemu, odnosi się ciągłe wrażenie spontaniczności i swobodnej radości z grania. Niewiele jest w Polsce zespołów, które potrafią połączyć naturalność z techniczną sprawnością. A Pogodno, mimo że wirtuozerskie popisy nie rzucają na kolana, łączy idealnie obydwa pierwiastki w doskonałej równowadze.Budyń

Kolejne hiciory przeplatające się na zasadzie szybko/wolno/szybciej wyrywały do tańca i skakania. Pod sceną było naprawdę gorąco i w przeciwieństwie do zeszłorocznej publiczności, która zachowywała się momentami dość niemrawo, ta obecna na tegorocznej edycji festiwalu, bawiła się przednio i z werwą. Cieszy to o tyle mocno, że mnóstwo było osób młodych i bardzo młodych, których Pogodno, najwyraźniej z sukcesami, sobie odchowało. Świadczyć może o tym także ogromna radość ludzi, która towarzyszyła wejściu muzyków na bis.

Z dziennikarskiego obowiązku wspomnieć muszę o problemach dźwiękowych. Budyń na początku był niemal w ogóle niesłyszalny, bas momentami się nieco gubił, a pod koniec występu nastąpiło sprzężenie i zaczęło głośno buczeć. Niuanse ale potrzebne dla obrazu całości.

Po „pogodnym” występie nastąpiła nieco dłuższa przerwa, podczas której zabrzmiało tak długo oczekiwane, przynajmniej przeze mnie, „Smells like Humppa”. Brawa dla akustyków, którzy promują tak ciekawy i rzadko spotykany rodzaj muzyki. Zapowiedź kolejnego koncertu spowodowała ubytek tlenu pod sceną. Wszystkimi wejściami zaczęli przybywać ludzie wypełniając szczelnie pozostałe resztki przestrzeni.

Powoli zaczęli pojawiać się muzycy Vavamuffin. Zapętlony motyw muzyczny jakiegoś nieznanego mi artysty z okręgu kultury jamajskiej, gorąco polecany potem przez chłopaków z Vavy, wraz z perkusyjnym podkładem, miło wprowadzał w nastrój koncertowego bujania. Operujący światłami techniczni zmienili barwy na żółte, czerwone i, zresztą momentami mocno pachnący, zielone, a na scenę weszli, witani entuzjastycznymi oklaskami, Pablopavo, Reggaenerator oraz Gorg.

Ilość koncertów jakie Vavamuffin daje we Wrocławiu, mogłaby skłaniać do, jakże niesłusznego wniosku, że ich występy stały się nieco zbyt powszednie, więc chętnych będzie mniej, a i entuzjazm publiczności nieco się zmniejszy. Nic z tych rzeczy! Pełna sala, ogromna rzesza bawiących się osób, głośne i częste brawa oddawać mogą chyba stopień uwielbienia dla warszawskiej formacji. Zresztą gorące przyjęcie powodowało szczere wyrazy podziękowań dla ludzi w WFF.

Przez długi czas dość dużym problemem dla Vavamuffinów był ograniczony repertuar. Kolejne występy zaczynały być do siebie bliźniaczo podobne, a odgrywana w kółko płyta „Vabang!” zwyczajnie nudziła. Na całe szczęście, zarówno dla zespołu jak i dla ich słuchaczy, w roku ubiegłym został zaprezentowany album „Inadibusu”, który odświeżył ich koncerty i je urozmaicił. Był to mój pierwszy koncert po premierze, więc moje oczekiwania były dość duże. Nie zawiodłem się. Mimo że na trzecim (bo nie należy zapomnieć o remixiarskiej „Dubang!”) longplayu brak jest typowych hitów singlowych (bo umówmy się, że „Hooligan Rootz” także takim utworem nie jest), to całość robi wrażenie bardziej przemyślanej i spójnej kreacji; szczególnie w warstwie muzycznej.

A jaki był sam występ? Cóż, jak zwykle, bardzo energetyczny i żywiołowy z kilkoma smaczkami (cytowanie Jamala czy też fragment przypominający intro do utworu „Bombtrack”) i stojący na bardzo wysokim poziomie. Nie ma miejsca na fuszerkę i potknięcia. Vavamuffin to koncertowa maszyna, która zacina się wyjątkowo rzadko. Wyeksponowani i skaczący na pierwszym planie wokaliści przyciągali całą uwagę publiczności. To Pablopavo, Reggaenerator oraz Gorg są głównymi gwiazdami, a reszta kolektywu ma wobec nich wyraźnie poddańczą rolę. Co jednak nie oznacza, że pozostali członkowie nie dawali rady. Wprost przeciwnie, oni są równie dobrze przygotowani do swojej roli.

Nie odbyło się bez tradycyjnych pozdrowień dla spełniających swoją rolę wyjątkowo profesjonalnie ochroniarzy, wspomnienia Tybetu czy też wyrazów poparcia dla Obamy, który dobrym kandydatem jest ze względu na kolor swojej skóry. Niektóre z tych tekstów wydawały się nieco naiwne, ale taki już urok koncertowych przemówień – ich merytoryczny poziom nie musi być wysoki. Niestety czas biegł nieubłaganie i po secie standardowym oraz bisach, w których tradycyjnie padły słowa „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” Vava ze sceny zeszła. Chyba idealnie czasowo – zostawiła dobre wrażenia bez nadmiernego nudzenia.

Artystą końcowym był Maleo Reggae Rockers. Nie wiem, czy było to trafne posunięcie. Mimo że Malejonek to naprawdę gwiazda wielkiego formatu, na dodatek mocno zasłużona dla muzyki reggae w Polsce, to jego bujająco – leniwe dźwięki, po kilku wyczerpujących godzinach festiwalu, zaczęły działać usypiająco. Część osób po koncercie Vavamuffin zaczęła powoli odpływać w stronę wyjścia. Zrobiło się luźniej. Niestety, ze względu na niekorzystny rozkład autobusów było mi dane uświadczyć tylko kilku dźwięków z repertuaru grupy. Taka łyżka dziegciu w koncertowej beczce miodu. Pomstując na siłę wyższą (znaczy na logistyków opracowujących plany jazdy) wyszedłem z wiosennej, radosnej, rozkołysanej oraz kolorowej hali Wytwórni Filmów Fabularnych i udałem się w kierunku zimnego przystanku, który niepomny wiosny czającej się tuż za rogiem, mroźnie pomrukiwał w rytm targającego nim wiatru.

Wiosna Reggae - 06.03.2008 - Wrocław - Wytwórnia Filmów Fabularnych

Komety

marzec 1, 2008

- Cześć.
- Cześć. Co słychać?
- A dziękuję, całkiem dobrze. Z koncertu właśnie wracam.
- Z jakiego?
- Komety. Znasz?
- Niespecjalnie. Pewnie w radiu ich nie usłyszę.
- Zależy jakim, ale sądząc po ilości osób na występie to faktycznie niezbyt często są chyba grywani.
- Aż takie pustki?
- Wiesz, koncert może nie przyciągnął tłumów i zaryzykowałbym stwierdzenie, że Firlej był tego sobotniego wieczoru bardzo luźny pod względem frekwencji. Nie zmienia to jednak faktu, że w tą apokaliptyczną pogodę, kiedy Orki latały nam nad głowami, strata tak ciekawego wydarzenia muzycznego, to ogromna wpadka dla każdego koncertowego wyjadacza. Naturalnie nie dla mnie, bo ja Kometów, jak widać na obrazku załączonym, nie odpuściłem.
- No dobra, ale co to są te Komety i czymże się ich słucha?
- To warszawskie trio, będące bezpośrednim spadkobiercą dokonań Partii. Gra prostą formę rock and rolla - rockabilly – która ma jednak w sobie to coś, co sprawia, że muzyki słucha się z przyjemnością. Bez zbędnego kombinowania, z prostotą, lecz nie z prostactwem, prześlizgują się po kolejnych utworach, które od razu wpadają w ucho. Nie trzeba być mistrzem gitary, żeby wymyślić dobry riff w ciekawej aranżacji.
- Teksty?
- Dominuje tematyka miłosna w niebanalnej formie. Zresztą właśnie podczas Komet, jak rzadko kiedy, odczuwałem potrzebę, przynajmniej koncertową, posiadania pary. Ta muzyka aż woła by słuchać ją z kimś, by się przy niej razem bawić i by ją wspólnie odczuwać. Cholera, chyba w lędźwiach czuję wiosnę.
- Spokojnie, koty też czują to naturalne. Mimo że wiatr głowę przy samym tyłku urywa, to aura inaczej już działa. Zew natury.
- Tak, tak. Nieważne. Poza utworami „z”, „do”, „o” oraz „na temat” miłości pojawiają się klimaty warszawskie - wielkomiejski folk? – które na myśl przywodzą połączenie praskiej dzielnicy z klimatem amerykańskich przedmieść. Mieszanka iście wybuchowa.
- A kontakt z publiką?
- Lesław – wokalista, tekściarz i gitarzysta - z pewną taką dozą śliskiego acz miłego włazidupstwa, komplementował wrocławską publiczność oraz dziękował za przybycie. Sympatyczne to było, mimo że pewnie tego typu zagrania są na każdym albo niemal każdym koncercie.
- Normalka…
- Z ciekawostek, było zagranych kilka utworów starej Partii. Zresztą tego domagała się publiczność. Zawsze mnie zastanawiało, co czują artyści w momencie, gdy ich nowsze utwory nie są tak entuzjastycznie przyjmowane jak wcześniejsze dokonania. Lesław żadnego skrępowania nie wykazywał podczas grania starych hiciorów. Wręcz przeciwnie, widać było, że ten repertuar sceniczno – wokalny nadal mu „leży” i pasuje.
- No ale ogólnie to żałujesz pójścia?
- W żadnym razie i wypadku. Było naprawdę świetnie. Dynamicznie, z przytupem i przyjemnie. Wiem, że tego słowa się mocno nadużywa, ale Komety są „oldschoolowe” w tym naprawdę dobrym znaczeniu. Lesław co prawda Elvisem nie jest, ale to naprawdę porządny kawałek rock`n`rolla.
- Brzmi smacznie.
- I jest. Następnym razem dam Ci znać i pójdziemy z jakimiś fajnymi dziewojami. Podryw „na Komety” po prostu musi się udać. Tymczasem znikam, bo mi tramwaj odjeżdża. Trzymaj się.
- Ty też. Na razie.
Komety - 01.03.2008 – Wrocław – ODA Firlej

Bezsenna Marija

styczeń 15, 2008

MarijaZakochałem się.

Idąc na pierwszy dzień trzecich urodzin klubu Bezsenność nie spodziewałem się, że podejrzana istota ze skrzydłami i łukiem o pseudonimie Kupidyn lub Eros zaczai się przy wejściu i odda ostrzegawczy strzał w miejsce, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, a nogi się jeszcze nie rozpoczynają.  I właśnie od tamtego punktu, po całym ciele, przeszedł mnie dreszcz w momencie, kiedy na scenę weszła Marija wraz z towarzyszącymi jej muzykami i koncert się zaczął. Prześliczna dziewczyna z niesamowitymi umiejętnościami wokalnymi od samego początku oczarowała tłumnie zgromadzoną publiczność.

Coverowane utwory, dzięki muzykom towarzyszącym Mariji, nabierały ciekawego brzmienia w nowych aranżacjach. Przy funkowej wersji „Sing It Back” z repertuaru Moloko z trudem opanowałem chęć wyrwania się pod samą scenę. Duża w tym zasługa muzyków, z których największe brawa dostał grający na elektrycznym pianinie Robert Jarmuzek, dokonujący na swym instrumencie naprawdę niesamowitych akrobacji po klawiaturze.

Utwór za utworem mój zachwyt rósł. Marcelina okazała się nie tylko wspaniałą piosenkarką; zrobiła na mnie także bardzo duże wrażenie dzięki skromności i braku scenicznego zmanierowania. Żadnego ściemniania i sztuczności na scenie. Jaka Marija jest, każdy może zobaczyć i uśmiechnąć się miło, bo dość nieczęsto zdarza się spotkać tak naturalnie zachowującą się osobę.

Dodatkowo przez większą część koncertu odnosiłem wrażenie, ach, jaka szkoda, że mylne, iż wokalistka śpiewa tylko do mnie; do mnie kieruje swoje wyśpiewywane słowa i na mnie patrzy uśmiechając się przy tym słodko. Zupełnie jak Mona Lisa, która zerka we wszystkie strony jednocześnie i nieważne czy ogląda się ją z boku czy z przodu.

Doskonale dobrana mieszanka kompozycji nastrojowych i spokojniejszych przeplatana tymi, w których noga sama przytupywała do rytmu, w bogatych i miejscami w zaskakujących aranżacjach naprawdę się spodobała bezsennej publiczności. Pewnym mankamentem był jednak niedobór repertuaru własnego i, mimo że Cieszynianka ma naprawdę niezły akcent, brak polskojęzycznych utworów. Szkoda.

Ale to tak naprawdę niuans, który w żaden sposób nie wpłynął na odbiór całości występu; był on po prostu fantastyczny i wszyscy nieobecni mają prawo żałować swej absencji na tym koncercie. Marcelina talent posiada i mam nadzieję, że go dobrze wykorzysta. Na użytek swój, ale przede wszystkim na nasze szczęście. W dobie Internetu oraz nowoczesnej promocji i komunikacji Marija ma szansę na duży sukces. Pokazał to ten koncert.  Bo jak często zdarza się, że na występ jednak mało znanej osoby, której tylko kilka nagrań można posłuchać na My Space, przychodzi tłum osób i kilkukrotnie „zmusza” ją do bisowania?

Marija feat. Not Only - 15.01.2008 - Wrocław - Bezsenność

Lynky:

Orbitowanie z Kultem

październik 27, 2007

Tak naprawdę ciężko napisać, co się działo we Wrocławiu. Jednym ciężko bo nie pamiętają, drugim ciężko bo są dyskretni, jeszcze inni boją się napisać, a pozostałej reszcie się nie chce. Mnie się trochę chce, a trochę nie chce, więc co nieco napiszę.

Wrocławski Kult w Orbicie był tylko dodatkiem. Co prawda sądząc po ilości biletów jakie zakupiłem w sumie na sobotni koncert, a było ich około 10, można by pomyśleć, że to właśnie warszawski zespół będzie najznamienitszą atrakcją wieczoru. Ale nie.

Głównym daniem okazało się być prześwietne spotkanie z prześwietnymi ludźmi. Powoli zbierająca się ekipa dokonywała kolejnych fenomenalnych odkryć na PKP Wrocław Główny (darmowa toaleta, piwo za 3,5 zł, sklep z nalewkami). Po skompletowaniu ostatniej osoby, żywczanki, która wsiadłszy do niewłaściwego pociągu, bez komórki i znajomości topograficznej stolicy (z)Dolnego Śląska, udała się na podbój miasta, ruszyliśmy po chwilowej acz treściwej przerwie na przystanku linii 135. Po krupniku przyszła kolej na dalsze specjały, którymi raczyliśmy się w autobusie. Potem w krzaki. W krzakach kontynuacja. I wreszcie, wraz ze zmierzającym powoli tłumem, namierzając kolejne przeszkody terenowe, wleźliśmy do środka hali sportowej Orbita.

Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami było średnio. Niby miejsca dużo, ale żeby spokojnie porozmawiać w przedsionku, trzeba było się mocno nagimnastykować. Piwo w cenie, smaku i wielkości normalnie złodziejskiej czyli 5 zł za 0,4 l rozrobionego z chmielowym roztworem powstałym w wyniku płukania beczek po piwie. Przynajmniej kolejki nie były duże.

Gdy weszliśmy, grał Vavamuffin. Tak przynajmniej mi doniesiono, bo organoleptycznie sprawdzić nie poszedłem, a nic poza dudnieniem słychać nie było. Łupanie ze sceny zlewało się z przekrzykiwaniem osób, które próbowały pogadać. Kolejne zmiany utworów najłatwiej było zauważyć w toalecie, kiedy to urynę radośnie spływająca do Odry w fazie wstępnej, zdobiły co chwile kręgi (efekt jak w Parku Jurajskim w scenie z Królem Tyranozaurem) o różnym natężeniu i częstotliwości.

Po czasie pewnym acz nieokreślonym nastąpiła zmiana, bo łupanie stało się cichsze a zamiast mocnych głosów wypłynął lekki falset. Znaczy się, weszło Myslovitz. Przy utworze „Chłopcy” z jedynej zjadliwej dla mnie płyty, ja wlazłem do środka. Scena po drugiej stronie niż na koncercie w czerwcu, ludzi także zdecydowanie więcej niż wtedy. Tłum skaczących i bawiących się osób i Rojek miotający się po scenie. Mimo Off Festiwalu, mimo udanego taperingu do Draculi, nie jestem w stanie przekonać się do muzycznych dokonań głównego zespołu pana Artura. Dość szybko dałem nogę i powróciłem do konwersacji.

Gdy, przynajmniej by porozumieć się z osobą stojącą 50 centymetrów ode mnie, nie musiałem już krzyczeć, a szare komórki zaczęły pracować, synapsy komunikować, wszystkie elementy skomplikowanej układanki wskoczyły na właściwe miejsca, zdałem sobie sprawę, że już za chwilę, już za momencik ruszy z kopyta ZPiT. Dopiłem piwo i pognałem na salę. Z tyłu w tłumie, za konsoletą się ustawiwszy z towarzyszką wieczoru, w spokoju, bez dużej ilości niepotrzebnych ruchów, popadłem w cichutką kontemplację koncertu.

Niestety, już dawno, dawno popełniłem straszny błąd, który kosztował mnie dość sporo. Zamiast poskromić ciekawość i nie poddawać wścibskiej naturze, zajrzałem na magiczną stronę i zapoznałem się z listą utworów, które zaprezentowali Kulci na poprzednich występach. Miało to, jak się później okazało, dwa minusy. Pierwszy minus był taki, że brak było niespodzianki w związku z kilkoma kawałkami. Drugi plus ujemny, zdecydowanie poważniejszy, okazał się być konsekwencją festiwalowego nastawienia organizatorów. Ilość grup występujących we Wrocławiu spowodowała, że koncert atrakcji wieczoru został wykastrowany. Ucięto dość spory kawałek – około sześciu utworów.

Przy scenie - szaleństwo, z tyłu – spokojnie, na krzesełkach – sennie. Pod tym względem hala Orbita bije WFF. I to chyba jej jedyny plus. Bo tak naprawdę to nie wydaje mi się, żeby różnica objętościowa była duża. To miejsce jest dłuższe ale węższe. Dźwięk ma gorszy. Co prawda nie atakował mnie od tyłu, ale przyzwyczaiłem się do bardziej selektywnego odbioru poszczególnych instrumentów. Tutaj mieliśmy ścianę dźwięku, której nie można było do końca ogarnąć.

Dojazd bez porównania gorszy. Kilku moich znajomych zrezygnowało wręcz z pójścia na koncert, bo był on zbyt daleko. Na początku przyznałem rację osobie, która, wydawałoby się całkiem słusznie, zganiła mnie za postrzeganie Wrocławia z dziwnej perspektywy topograficznej. Ale Wytwórnia Filmów Fabularnych jest w miejscu, w który dotarcie nie sprawia najmniejszych problemów. Na nóżkach można dojść i z akademików polibudzianych, i z uniwersyteckich. Zajście na butach do knajpy, w której można usiąść, także nie nastręcza problemów. A Orbita? Nasz powrót to był łut szczęścia - wpakowaliśmy do ostatniego tramwaju na Kwiskiej. Gdyby nie to… Przejście Legnickiej to nie jest rozrywka na sobotni wieczór w okolicach północy.

Zdecydowanie i stanowcze „nie” mówię pomysłowi organizowania dalszych koncertów w hali sportowej Orbita. Ten obiekt wybitnie się do imprez muzycznych nie nadaje.

Sam koncert, poza bardzo mocnymi momentami, był średni. Część osób już wyskakana, część nieco zniechęcona długim oczekiwaniem. Magii nie było. Było solidnie. Rzemieślniczo dobrze. Ucieszyła „Goopya Peezda”, choć dęciaki nie dopełniły całości i zabrakło mi skreczy na początku, to był to naprawdę silny punkt całego programu. „Zegarmistrz światła” wyszedł dobrze. Mimo to parę osób wyraźnie się krzywiło i w powietrzu zabrzmiało słowo „profanacja”.

Muzycznie fajnie, że grają Uriah Heep, ale pan wokalista mógłby znaleźć inną tonację i w inny sposób zaśpiewać „July Morning”. Jego końcowe skrzeczenia są ciężko strawne. Ja naturalnie rozumiem, że po 18 latach głos się nieco zmienia i w młodzieńczy falset nie dość, że wpadać już się nie da, to na dodatek się nawet nie powinno. Ale w takim razie należy coś pokombinować. Podobny zresztą problem jest w utworze „6 lat później”, gdy wchodzi w wyższe rejestry wyjąc „dla ciebie”. Może jednak należałoby te utwory wywalić, skoro wychodzą, jednak moim skromnym zdaniem, dość pokracznie. No chyba że to ma być taki cel: „Nie idzie mi śpiewanie tych piosenek, ale je śpiewam, bo nieśpiewnie oznaczałoby przyznanie się do porażki”.

Podsumowując, było całkiem nieźle. Z naciskiem na „całkiem”. Byłem na kilku zdecydowanie lepszych koncertach Kultu. Troszkę żałuję, że nie było mi dane obejrzeć wcześniejszych zespołów. Choć Vavę, której nowa płyta mnie bardziej zmula niż wypicie dwóch tubek mleka słodzonego z kakao, miałem już okazję oglądać w tym roku tyle razy, że nawet Kazik wydaje się przy nich malutki.

Lecz dopiero w momencie zakończenia koncertów i udania się w kierunku Krzyków zaczęło się dziać fajnie. Dj MeeHau próbujący jednocześnie zakochać wszystkich w utworze „A my musimy uciekać stąd” oraz naprawić Internet bez znajomości hasła. Jego próba zakupienia czegoś fajnego w tramwaju nie spotkała się ze zrozumieniem. / Gómi podający się swoim cieniutkim i cichutkim głosikiem za Kasię i próbujący dostać hasło do Internetu. / Pass która z Glorią w duecie walczyła z kolejnymi butelkami nie tylko alkoholu, ale także litewskiego lekarstwa na potencję. / Trini szukająca swojego tyłu i rzucająca specjalnym tributem dla pana taksówkarza. / Przemysław Błażej który tak niezapomnianego koncertu jeszcze nie przeżył. Na dodatek podstępnie wtykający ludziom koszulki do plecaków i z miną twardziela twierdzący, że koszulka wraz z płytą zaginąć musiały w akcji. / [p] który sprawdzając zegarek co 3 minuty, pobił rekord w spaniu przerywanym. Jednocześnie mimo braku świadomości usłyszał wyrwane z kontekstu zdanie mówiące, że „za pierwszym razem było najfajniej”. Ano było. Ale to odnosiło się do większej całości, o! / Bagietka z którą nocne Polaków rozmowy wprawiły w konsternację część osób, kiedy dowiedzieli się, że gadaliśmy do 6 rano. / Danas który mówił, że wygodnie mu się śpi na podłodze, ale jak dostał łóżko, to po 30 sekundach już spał. / Marcyś zlokalizowana wielkim fuksem. W trampkach na halę sportową ale niekoniecznie na koncert rockowy, wsiadła w pociąg, dzięki któremu dostała możliwość wycieczki krajoznawczej po Wielkopolsce i po Dolnym Śląsku.
Poza tym dzięki dla Królewny Ewy za przechowanie plecaków. Pozdrowienia dla tych Oleśniczan co zwykle, dla osób z którymi mi było dane porozmawiać oraz dla tego, który „mnie nienawidził”. Zawsze lubię, kiedy mnie zapamiętują.
Kult - 27.10.2007. - Wrocław - Hala Orbita