O jejku! Afrokolektyw! Aaa! Oni są świetni i cudowni. Wspaniali oraz doskonali. A ten Afrojax i jego rymy i szlachetne „r”. Mógłby być Francuzem! Mówię Ci – mega gigant. I podobno jest nieślubnym dzieckiem Franka Sinatry. Tak mi mówiła Zocha, która usłyszała gdzieś o tym. Nie, nie wiem gdzie. Może przeczytała na Pudelku? To możliwe przecież. Wszak cały zespół dostał już zaproszenie do „Tańca z gwiazdami” oraz „Celebrity Deathmatch”. Nie, nie ściemniam.

Radzą sobie. A takie przecież mają problemy. Nie słyszałaś? Śpiewali o nich na tym koncercie. Jeden z nich jest „Tatą dilera” inny ma problemy, bo jego trener, bodaj, Szewczyk jest dość mocno obrzydliwy. No i widać było, że Afrojax ma deficyt szlafroków. No cóż, niestety nagi nie występował. Nie wiem, czy chcesz wiedzieć, ale zamiast podomki była koszulka Eminema oraz wypchany biustonosz. No i czapka z pomponem gubiona i odnajdywana. Nie ściemniam! Zrobiona na drutach chyba. Z oprzyrządowania znalazł się jeszcze gumowy penis. Tak, zgadzam się. Mmmm…

Na szczęście nikt nie umarł zadeptany na śmierć, a zespół grał dalej. Niestety nie wszyscy umiom się bawić. Wyobraź sobie, że część osób krzyczała brzydkie słowo na „wu”. No takie wypieprzać tylko gorzej. Podobno to taka zabawa. Ja nie wiem, ale chłopaki chyba tego nie słyszeli. A jakby usłyszeli i sobie poszli? No ja nie wiem, ja bym się obraziła. A oni zamiast się obrazić to przepraszali. I to jeszcze dwukrotnie!

Następnie był jakiś dziwny song, lecz jaki? Tego nikt nie wiedział. Ale najfajniej było jak zagrali piosenkę o informatyku. No wiesz, tą fajną co myślałam nawet, że kiedyś w ESCE puszczą, ale jeszcze nie trafiłam. Zresztą podsłuchałam kolesia, który mówił, że znalazł na Internecie ich płytę i że ją nawet posłuchał przed koncertem i mówił, znaczy po koncercie, że dużo grali właśnie z tej nowej płyty. Nie, ja nie słyszałam. Jak to po co? Poszłam, bo zespół jest świetny! Są tacy przystojni. Ale trochę się martwię, bo byłam ostatnio na ich maj spejsie i tam była apel „pomocy!”. Podobno Afrojax musi iść na operacją penisa. No coś Ty, głupia? Pomniejszania! Ha! Wiedziałam. Nie wiem, ale następnym razem pójdziemy razem i mejbi bejbi uśmiechnie się do nas szczęście. Znaczy wokalista. To ci pa!

A! Bo był jakiś support, ale przyszłam zbyt późno, bo się zasiedziałam w WuZecie licząc, że Afro wcześniej tam przyjdzie, ale się nie udało. Więc nie wiem co i czy grali. Może innym razem.

Afro Kolektyw  - 1 marca 2009 – Droga do Mekki – Wrocław

Prawdę mówiąc długo zastanawiałem się, czy wybrać się na ten koncert. Kilka nakładających się na siebie czynników działało odstraszająco i tak naprawdę ostatnie chwile oraz tak zwany rzut na taśmę spowodował, że w niedzielny wieczór znalazłem się w okolicach Gumowej Róży, która skusiła mnie swoją ofertą muzyczno – artystyczną. Głównym powodem chwilowego zawahania była moja obecność na poprzednim występie artysty, od którego przecież nie minęło tak wiele czasu. Co prawda nieco inny był skład, troszkę różna muzyka, odrobinę inne miejsce, ale w zasadzie koncert to koncert, czym może się różnić jedno show od drugiego?

Wpadając parę chwil po 20 nie spodziewałem się kolejki osób… które odprawiono z kwitkiem. Najwyraźniej zainteresowanie przerosło możliwości pojemnościowe miejsca. A potwierdzenie mojej teorii nadeszło po chwili, kiedy to przebijając się przez tłum utknąłem daleko od sceny i poza możliwością podziwiania co na niej. Na szczęście ze wszystkich zmysłów najprzydatniejszy przy kontemplowaniu muzyki jest słuch. A jako że słuch mam dobry, a małżowiny uszne całkiem zgrabne, to po chwili nie dłuższej niż przekartkowanie „Beniowskiego”, dałem się porwać triu, które przyciągnęło w kazamaty wrocławskiej Gumowej Róży wszystkich spragnionych i głodnych.

Sam koncert, mimo spartańskich warunków; braku wentylacji, niemożności ujrzenia niczego na scenie i nieco zbyt natarczywej perkusji, był naprawdę rewelacyjny. Głos niósł się mocny i potężny, co jest o tyle ciekawym zjawiskiem medycznym, iż pan Tomasz tłumaczył się niedyspozycją gardłową związaną z grypą. Gdyby tak brzmiał mój wokal podczas choroby, to podejmowałbym cotygodniowe próby zarażenia się wirusem podczas przejazdów komunikacją miejską. Czyste i dźwięczne dźwięki wydobywane z gitary miło korespondowały z pulsującym, acz nieco za mocno schowanym i zlewającym się z perkusją, basem. Ale rozumiem, że to wina specyficznej akustyki miejsca a nie umiejętności, których odmówić żadnemu członkowi zespołu nie można.

Idea akustycznego plumkania nie jest nowa i oryginalna, lecz rozegrana i podana w inteligentny sposób może wnieść coś ożywczego i odmiennego od „standardowego” koncertu. Jednocześnie nie muszą to być konstrukcje – molochy na kilkadziesiąt osób, na którym Katarzyna Nosowska i zespół Hey zbudowali swój koncept „bez prądu”.

Zespół nie rozszerzył swojego składu i wystąpił jak zwykle jako trio. Dostaliśmy za to dawkę ciekawych i zróżnicowanych coverów. Pojawiła się, powodując zimne ciarki w okolicach lędźwiowych, republikańska „Biała flaga”. Został też wbity zdecydowanie acz nieco łagodniej niż w wersji oryginalnej „Nóż”. Do tego zaserwowana mieszanka utworów z potężnym, mimo że nieco ugładzonym ze względu na formę koncertu, utworem „Barykady” na czele.

Mimo duchoty i istnego stanu oblężenia nie można zbyt wielu negatywnych słów wypowiedzieć czy napisać. Bezpretensjonalne teksty idealnie pasują do warunków wokalnych Lipy, który podporządkowuje im swoją muzykę. Drapieżną, ostrą i bardzo słabo reprezentowaną w Polsce. Ucieczka do przodu, jaką wykonał odchodząc kompozycyjnie i aranżacyjnie od tego co reprezentowało Illusion, może być tylko godna pochwały. Niewielu mamy takich artystów. Tym bardziej cieszy, że unikają sztampy i potrafią nadal czymś zaskakiwać.

Lipali – 1 lutego – Gumowa Róża – Wrocław

Alians dał czadu!

listopad 14, 2008

Szczerze muszę powiedzieć, że brakowało mi takiego koncertu. Po całej serii mniej lub bardziej nadętych występów przyszedł czas na coś niezobowiązującego i beztrosko radosnego. Wyśmienita okazja pojawiła się w piątkowy wieczór samym środku listopada, gdyż niemal dokładnie po roku do Wrocławia, a dokładniej to w centrum Wrocławia, a dokładniej to do klubu Łykend, zawitał pilski zespół Alians. Mimo fatum unoszącego się nad koncertami Pilan w stolicy Dolnego Śląska – występy odbywały się z problemami lub nie odbywały się wcale – udało się tym razem uniknąć większych wpadek, świetnie zagrać i rozbawić tłumnie zgromadzoną publiczność.

Supportować w teorii miały dwa młode składy z Namysłowa; niestety, ze względu na problemy do Wrocławia dotarł tylko jeden. Guarana, bo tak nazywali się wytrwali na placu boju, pozostawiła po sobie niezłe wrażenie. Ci młodzi ludzie idealnie wpasowali się w klimat i mimo pewnych braków technicznych można ich było wysłuchać bez większych zgrzytów. Naturalnie, wolno i wręcz należy zauważyć, że gitarzysta będący wokalistą nie zawsze dawał radę, a jego głos nie był w stanie przebić się przez instrumenty, że drugi gitarzysta wkomponował w niektóre utwory niepotrzebne solówki, które nieszczególnie pasowały do muzyki, ale są to tak naprawdę szczegóły. Nie wiem, czy Guarana odniesie sukces, ale jeśli tylko znajdą wokalistę z charyzmą i ciekawą barwą instrumentu wokalnego to mogą się pokusić o pewną ograniczoną popularność. Czego im szczerze życzę.

Po krótkim jednak czasie na scenie zaczęli rozstawiać się Aliansi, a tłum niecierpliwych osób oczekiwał momentu, w którym, niemal jak na komendę, będzie można dopchać się pod scenę i rzucić w wir zabawy. A kiedy wreszcie się zaczęło, nie dawało rady być obojętnym; czy to za sprawą nowszych – no dobrze, tak naprawdę jednego z nowszego singla „Nielegalni” – czy też za sprawą starszych kompozycji – przekrój całościowy bez pominięcia co lepszych utworów.

Muzycznie i scenicznie nie zabrakło niczego; ani szaleństw lekko kontuzjowanego Korabola, ani clashowych „Bomb domowej roboty”, ani uroczej niespodzianki w postaci nowego nabytku grającego na klawiszach, że pozwolę sobie na wybiórczy przestrzał piątkowego wieczoru. Bo będący na koncercie i znający Alians wiedzą, że opisywanie ich muzyki na żywo to próba kategoryzacji żywiołu. Można się prześlizgnąć po temacie, można go musnąć, ale do końca opisać ni dy rydy.

Nie obyło się bez rozmów pomiędzy Kazim a publicznością. Było także kilka wtargnięć na scenę, które zaowocowały nieprzewidzianymi kolaboracjami wokalnymi. Szczególnie ciekawie zabrzmiało dwóch anonimowych fanów zespołu Alians – wieść gminna niosła, że pochodzącymi z Oławy. Ten fluid przepływający pomiędzy nami – oddalonymi na wyciągnięcie ręki słuchaczami – to naprawdę wyjątkowe uczucie. Konstatacja jaka mnie dopadła w połowie występu, utwierdziła mnie w przekonaniu, że pilski skład za każdym razem potrafił wytworzyć podobną atmosferę i porwać swoje audytorium. Zasługa to nie tylko świetnej muzyki, ciekawych i momentami prowokujących tekstów, ale także tego nieokreślonego zlepku elementów składających się na udany występ.

Niestety, po czasie dłuższym niż krótszym, szaleństwa, zarówno pod jak i na scenie, dobiegły końca. Alians wyszedł co prawda na bis, a potem, wywołany przez rozentuzjazmowaną publikę, zrobił to ponownie, ale chwila zakończenia zbliżała się nieuchronnie. Końcowe „Dziękujemy!”, wykrzyczane na kilkadziesiąt gardeł było miłym apogeum całego, jakże udanego wieczoru. Kto nie był, niech żałuje, a kto był, wie, że było świetnie i z radością odlicza dni do następnego koncertu Aliansów we Wrocławiu. Oby jak najszybciej.

Alians – 14 listopada – Wrocław – Łykend

Konfrontacje bez walki

październik 30, 2008

Hala Ludowa (zwana także Halą Stulecia) to specyficzne miejsce. Wyjątkowe ze względu na swoją historię, robiące niesamowite wrażenie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i piekielnie trudne do nagłośnienia. Moje pierwsze wspomnienia z nią związane kołaczą się w okolicach 1995 roku, ale już wtedy, co pamiętam mimo lat wielu, problemy ze słyszalnością były spore. Od tego czasu miałem jeszcze okazję bywać tam kilkukrotnie i niemal za każdym razem akustycy nie byli w stanie wygrać z materią pozostawioną przez Maxa Berga. W związku z tym, po zeszłorocznej wpadce i nienajlepszym udźwiękowieniu hali sportowej Orbita, miałem obawy dotyczące słyszalności kolejnych zespołów występujących w ramach „Konfrontacji rockowych”.

Naturalnie rozumiem, że to rock`n`roll a nie filharmonia, że przejrzystość stoi poniżej energii, czadu i mocy, ale z drugiej strony wizja charkotu i nierozróżnialnych słów płynących ze sceny, nie była niczym pociągającym. Dlatego też, uprzedzając niejako fakty i argumentację, już teraz mogę Państwu zaproponować wspólną akcję koszulkowo – bannerową pod tytułem „Przywróćmy koncerty w Wytwórni Filmów Fabularnych”. Z przyjemnością się oflaguję i wspólnie z osobami przybyłymi w punkt g, odśpiewam specjalnie przygotowaną na tę okazję protest piosenkę.

Punktem kulminacyjnym czwartkowego wieczoru był występ zespołu Kult – ostatni w Polsce w ramach październikowo – pomarańczowej trasy. Grupa pod wodzą Kazika od kilku już lat podczas jesiennej smuty odwiedza największe miasta Polski i zapełnia mniejsze oraz większe hale ku uciesze licznej i niesłabnącej rzeszy fanów młodszych i starszych, dużych i małych, dziewczęcych i mężczyźnianych. Nim jednak „najdejlsza ta wiekopomna chwila” trzeba było przebrnąć przez prezentacje zgromadzonych na okoliczność „Konfrontacji rockowych” artystów.

Definicji – za internetowym słownikiem języka polskiego PWNu – konfrontacji jest kilka, ale dwie najbardziej interesujące kładą nacisk albo na porównanie albo na spór. Moim marzeniem byłoby postawić na to drugie, przy czym wizja organizatorów obejmuje raczej to pierwsze. Stąd taki a nie inny dobór wykonawców; Czesław Śpiewa, happysad, Męska Muzyka panów Waglewskich oraz Kult. Zachowawczość ponad ryzykiem oraz rutyna nad pazurem.

O obsuwie nie warto nawet wspomnieć. To, że będzie, było tak oczywiste, że aż szkoda było patrzeć na ludzi karnie ustawiających się w kolejce, bo „zaraz się wszystko zacznie – tak było napisane w Internecie”. Otóż, moi Drodzy Państwo, Internet kłamie. Nie było powodów do paniki, nerwów oraz pospiesznego biegania wokół monumentalnego budynku w celu znalezienia dodatkowego i „podobno nieobleganego” wejścia. Zresztą proces wchodzenia było stosunkowo sprawnie przeprowadzony i w sznureczku nie stało się zbyt długo.

Hala Ludowa, będąca obiektem wyjątkowym, miała także wyjątkowo restrykcyjne podejście do picia alkoholu i palenia papierosów. Wiele osób sarkało i parskało i według mnie, mimo że sam nie palę a i konsumować nie miałem ochoty, całkiem słusznie. Pod tym względem WFF także nokautuje.

Wreszcie gromadka, bo o tłumie nie można było jeszcze mówić, tłocząca się pod sceną zapiszczała z radości, a na scenę wkroczył Czesław Mozil z zespołem. I, zgodnie z nazwą swojego projektu, zaśpiewał.

Napompowany do granic możliwości hype, zabawna i natrętna promocja oraz marketingowy szpagat (z jednej nogi Nosowska a z drugiej Nergal) utwierdziły dużą część społeczeństwa w przekonaniu, że mamy do czynienia z „wyjątkowym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej”. Przyznam szczerze, że początkowo ja także dałem się nabrać – szczególnie że singlowa kompozycja, która wraz ze świetnym teledyskiem tworzyła uzupełniającą się całość, zapowiadała pewne przewietrzenie. Jednak po trzecim przesłuchaniu płyta okazała się być tym, czym jest w istocie – męczącymi kalkami i schematami muzycznymi wcześniejszych dokonań Mozila (tak, znałem wcześniej Tesco Value) oraz mocno irytującymi tekstami, którym bliżej do dziecięcych rymowanek niźli tekstów mających jakiś sens. Cóż, kolektywny rozum Internautów zebranych na czacie nie okazał się być wystarczająco twórczy.

Dlatego też występ w Hali Ludowej nie mógł być dobry. Nie dość, że mieliśmy okazję na własne uszy zobaczyć i na własne oczy usłyszeć, że ukończenie The Royal Danish Academy of Music nie czyni wielkim wokalistą, to na dodatek klimat ogromnego hangaru nie sprzyjał atmosferze rozmowy pomiędzy artystą a publiką. Podobno intymniejsze i bardziej kameralne pomieszczenia wpływają pozytywnie na Czesława, który występy przemienia w mówione happeningi przerywane fragmentami utworów. Taki koncept mógłby dać radę. Być może.

Następny w kolejności był happysad. Nie będąc ich targetem, który oscyluje raczej w nieco młodszych oraz nieco innej płci niż ja osobach, postanowiłem nie męczyć ani siebie ani zespołu i uciekłem. Zdecydowaną większość występu spędziłem poza strefą rażenia wokalisty Kuby Kawalca, ale pod koniec występu zasiadłem na trybunach.

Wrażenie płytowe zostało zweryfikowane – inspirując się na wzorcach grabażowych, zespół idzie w kierunku gitarowego gryzienia po ogonie, które słyszeć już można było dziesiątki tysięcy razy w milionach konfiguracji. Co nie zmienia faktu, że happysad ma talent do tworzenia piosenek bazujących na nieskomplikowanych ale chwytliwych melodiach. Nie ma w tym iskry, nie ma mocy i nie ma energii. Ale to nie jest granie, które ma rozsadzać i wytwarzać podciśnienie rozrywające słuchacza nowatorstwem. Gimnazjalno – licealna wrażliwość rządzi się swoimi prawami, więc zgredy, takie jak moja skromna osoba, mogą pokiwać głowami, popatrzeć z pobłażliwym uśmiechem, ale nie zmieni to faktu, że chcieliby zamienić się z tą radosną i żywiołowo bawiącą się młodzieżą na miejsca.

happysad zabisował i zszedł ze sceny, by ustąpić miejsca rodowi Waglewskich. Męska muzyka to zderzenie dwóch światów; pokoleniowa różnica zaowocowała oryginalnym jak na nasze warunki produktem. Mimo że czuć tu przede wszystkim seniora Wojtka, to producencki sznyt Emade oraz wokalne wejścia Fisza nie pozostawiają wątpliwości, że i Wagiel musiał iść na pewne stylistyczne kompromisy. I dobrze! Ale choć płyta zacna, to koncert w ramach wrocławskiego mini festiwalu do najlepszych nie należał. Zawiodło nagłośnienie, a nienajlepszy klimat przestrzenny na tego typu muzykę zabił czar i magię. W dusznym klubie, z ciężką atmosferą oraz butelką wina byłoby, jestem o tym przekonany na 100%, naprawdę wyśmienicie. W Hali Stulecia było tylko poprawnie. Co prawda nie mieliśmy do czynienia z suchym odegraniem płyty i panowie pokusili się o drobne wstawki, improwizacje oraz pomysłowe aranże, ale całości podciągnąć to nie mogło. Momentami nużyło. Flow i fluidy uleciały gdzieś pod samą kopułę i nijak się ich ściągnąć nie dało. Szkoda.

Powoli zbliżał się moment dania głównego. Pozostała tylko jedna przystawka. Jako że kucharz ze mnie mierny postanowiłem, że przed konsumpcją potrawy wieczoru najpierw posłodzę, a potem dopieprzę.

Plagiat 199 towarzyszył zespołowi Kult na całej trasie październikowej. Swój ostatni koncert w ramach „pomarańczowej” rozpoczęli mocno, głośno, z energią i bez żadnych kompleksów. Zważywszy na to, że zagrali tak naprawdę po Waglewskich, happysadach i Czesławie należą im się brawa za rozruszanie publiczności, która owładnięta potrzeba rozładowania nagromadzonej nadwyżki mocy od razu rzuciła się w pląsy i tany. Widać było, że zgranie oraz ogranie mają spore. Odnajdują się na scenie i ich występowi nie towarzyszył ten nieco naiwny rodzaj nieupierzonego doświadczenia, które może nieco rozczulać, ale na dłuższą metę jest denerwujące. To był raczej dobrze zaprogramowany mechanizm, w którym wszystko jest odpalane zgodnie z autorskim konceptem na radosny i energetyczny band.

Tylko że… (tu rozpocznę diss) ten pomysł nie okazał się szczególnie oryginalny, a na dłuższą metę zwyczajnie męczył. Gdy ze wszystkich stron zostałem zaatakowany kakofonią zlewających się w jedno dźwięków, które świdrując moje bębenki rozwalały mi obydwie półkule jednocześnie, miałem ochotę wsadzić głowę między krzesełka i poprosić o ich złożenie. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie wzmagało się, gdy wokalistka przestawała śpiewać i zaczynała wrzeszczeć. W lirycznym zakresie otrzymaliśmy rodzinne miasto Zygmunta Staszczyka z wyjątkowo irytującą manierą śpiewania wszystkiego w jeden sposób. Wtórował zresztą temu cały zespół, który z uporem godnym lepszej sprawy odgrywał jedną piosenkę w kółko. No, przesadziłem – był jeszcze reggae`owy „Yes I” oraz wyróżniający się i pozostawiający najlepsze wrażenie „Obłęd”.

Pojawiające się nawiązania do Bladych Loków mnie nie przekonują. Pomijając oczywiste zbieżności w postaci wokalistki, sekcji dętej oraz chwilowych ucieczek gitary w mocniejsze rejony punktów stycznych nie zauważam. Wrocławianie kompozycyjnie są parę długości do przodu, a ich muzyczna różnorodność nie podlega najmniejszym dyskusjom. Z większości kawałków, którymi plagiat nas uraczył wyziera jednostajność i monotonia stylistyczna.

Naturalnie nie oznacza to, że zespół nie odniesie sukcesu. Istnieje wiele przykładów na to, że grając w kółko jeden utwór można sobie powodzenie na rodzimym rynku zapewnić. Akurat – rżnący od trzech płyt jeden kawałek – jest podobnej proweniencji co Plagiat i mimo stylistycznych rozbieżności prezentuje analogiczną filozofię grywania. Publiczność, na koncerty przychodząca tylko poskakać, stanowi całkiem sporą grupę, do której podobna muzyka trafiała, trafia i trafiać będzie. Ja od zespołu wymagam czegoś więcej. Stąd z Plagiatami do porozumienia nie byliśmy w stanie dojść.

Kult zabrzmiał źle. Dało o sobie znać nagłośnienie, które zamieniło dźwięk w dolby surround. Atakowany echem zza pleców przesuwałem się po płycie w celu odnalezienia punktu do komfortowego odsłuchu i zabawy. Nie znalazłem. Bas nie istniał, gitary z trudem przedzierały się przez sekcję dętą, klawisze nieśmiało przebijały przez tło, a perkusja głucho odbijała się od wszystkich ścian jednocześnie. Nie wiem, czy zaistniał wybór „mniejszego zła” i postanowiono poświęcić resztę instrumentów i nagłośnić Kazika wraz z sekcją dętą, czy też strunowce były z tyłu naumyślnie i z premedytacją. Fakt faktem pozostał – tęskniłem do dźwiękowego komfortu pozostawionego w WFF.

Ale czy Kult zagrał dobrze? Cóż, należałoby odpowiedzieć na pytanie, czy Kult może marnie zagrać. Zapewne twierdząca odpowiedź przejdzie przez myśl temu i owemu, ale będą to po pierwsze głosy nieliczne, a po drugie… uzasadnione. Bo przecież każdemu zdarzyć się może gorszy dzień i spadek formy. Na całe szczęście nie w tym wrocławskim przypadku. Może nie było jakichś wielkich niespodzianek, może nie zaprezentowano żadnego nowego utworu, może dramaturgia występu była powielona po raz osiemset sześćdziesiąty siódmy, ale koncert należał do tych z gatunku dobrych. Ani Kazik, ani zespół nie oszczędzali energii i mimo pewnego zmęczenia trasą dawali z siebie wszystko. Tak samo jak audytorium, które po kilku godzinach oczekiwania dostało porcję większych oraz nieco mniejszych hitów Kultu urozmaiconych filmowymi wizualizacjami. Momentami ich nadmierna dosłowność albo zbytnie eksploatowanie poszczególnych elementów nieco psuło efekt, ale ogólne wrażenie pozostawiły niezłe.

Satysfakcja z doboru utworów jest indywidualną sprawą każdego osobnika, ale z mojej strony wyrazić mogę tylko radość ze względu na dużą porcję smacznego i ostrego grania z płyty „Ostateczny Krach Systemu Korporacji” oraz utworu będącego hołdem dla boksera Angelo Jacopucciego z perkusyjną solówką Goehsa. Poza tym mieliśmy, jak to na koncertach Kultu bywa, przekrój całości z tradycyjnymi bisami w postaci „Polski”, „Wolności”, „Krwi boga” oraz „Konsumenta”. Co ciekawe, pierwszą strofę najsłynniejszej piosenki Kultu zaśpiewał jeden z członków Kult ochrony, a drugi zagrał ją na gitarze.

Już na sam koniec, po zejściu niemal całego zespołu, Kazik, w dowód wdzięczności, zaśpiewał tradycyjną patriotyczną piosnkę pod tytułem „Sowieci”, niemniej tradycyjną „Moją dzieweczkę” oraz pięciokrotnie się ukłonił dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji całej trasy październikowej, a przede wszystkim nam – publiczności. „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” rzekł i zszedł ze sceny.

Konfrontacje rockowe 2008 – Kult, Plagiat 199, Męska Muzyka, happysad, Czesław Śpiewa – 30.10.2008 – Wrocław – Hala Ludowa

Blame Canada!

październik 11, 2008

Szczerze przyznam, że początkowe info odnośnie TEGO koncertu w TAKIM miejscu potraktowałem mocno nieufnie. Niby oficjalna strona CRK twierdziła, co twierdziła, ale będąc niewiernym Tomaszem, chciałem wetknąć kursor myszki w linka prowadzącego do potwierdzenia tej informacji przez zespół i managment. Synapsy wyraźnie nie akceptowały związku przyczynowo – skutkowego między „Thee Silver Mt. Zion” a „Centrum Reanimacji Kultury”. Oczami wyobraźni widziałem przyjezdnych, którzy „łażą w rejonach, w które nikt zdrowych zmysłach nie chodzi nocą, ani nawet za dnia”, kanadyjski kolektyw nie mieści się na małej scenie, zrozpaczeni, dla których nie starczyło biletów, szturmem biorą koncertownię, dokonując rzezi na obrońcach biletowego status quo. Na całe szczęście nic z tego się nie spełniło, choć w każdym tym twierdzeniu jest malutkie ziarenko prawdy.

Parę momentów przed godziną dwudziestą natknąłem się na grupę osób, która zdezorientowana stała w okolicach Placu Świętego Macieja. W drodze do celu, podczas której odgrywałem rolę przewodnika, dołączały kolejne osoby i z dość liczną świtą triumfalnie wkroczyłem na dziedziniec CRK. Tłum kłębiących się wokół centralnego punktu, to jest sprawnie przeprowadzanej kontroli opłat i nabijania biletów, zachowywał spokój i opanowanie. Dziwne ze względu na godzinę, która zwiastowała czas rozpoczęcia koncertu. Planowana trzydziestominutowa obsuwa przedłużyła się do godzinnej. I gdy powietrze wewnątrz odpowiednio się zagęściło, a poziom dwutlenku węgla sprawił, że czerwone plamy przed oczami wprowadziły mnie w psychodeliczny nastrój na scenie pojawili się główni aktorzy całego show. Ciasno bo ciasno, ale jakoś się pomieścili. Po krótkim przywitaniu, w którym określili nas jako reprezentację całej Polski, rozpoczęli jedno z jaśniejszych wydarzeń na koncertowej mapie naszego kraju Anno Domini 2008.

Już sam początek pozwolił się utwierdzić w przekonaniu, że o selektywnym dźwięku i doskonałej akustyce nie ma co marzyć. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że byliśmy świadkami antytezy dobrego nagłośnienia. Taka specyfika sali – technik robił, co mógł – i nic nam na to poradzić. No, prawie nic, bo krążąc i przesuwając się z miejsca na miejsce dało się znaleźć punkty, w których słyszalność poszczególnych instrumentów zdawała się być na granicy „mniej więcej ok”. I to chyba największy minus całego występu, który mając potencjał bycia na podium „wydarzenia roku” ześlizgnął się ze strefy medalowej.

Drugim faux pas były aż dwa przedługaśne i rozwleczone do granic możliwości utwory z tegorocznej płyty „13 Blues for Thirteen Moons”, która, eufemistycznie rzec ujmując, nie powala na kolana. Poza utworem tytułowym, rozpoczynającym zresztą cały koncert, usłyszeliśmy jeszcze „1000000 Died To Make That Sound”. Choć trzeba przyznać że ten drugi miał mocne fragmenty i ocierał się o głośny wyraz aprobaty i gwałtownej próby wciągnięcia powietrza w płuca. Ale gdzie mu tam do będącego o cztery długości lepszym „God Bless Our Dead Marines”, które hipnotyzując sporą część publiczności sprowokowało ją do ekstatycznego pokrzykiwania w takt przygrywających skrzypiec. Słysząc to echo, odbijające się głucho od ceglanych ścian, niemalże podskoczyłem. Magiczna chwila w której słowa „electric chair” zamieniły się w prawdziwy ładunek pozytronowy.

Mocne wrażenie pozostawił także „Take These Hands and Throw Them in the River” budujący przytłaczającymi frazami muzycznymi kontrast w stosunku do spokojniejszych i usypiających fragmentów podczas których… rozmawiający, chichoczący i niezainteresowani ludzie psuli nastrój. Nie spodziewałem się tego – liczyłem na większy poziom koncertowej kumacji – ale momentami gwar zagłuszał muzykę. Thee Silver Mt. Zion to zespół wykorzystujący w swoich utworach ciszę oraz pojedyncze plamy dźwięków do budowania całości nastroju.

Swoją szosą, zdecydowana większość kompozycji była wydłużona i “pokombinowana” w stosunku do płytowych oryginałów. Można to policzyć jako wielki plus, bo nie ma nic gorszego niż odgrywający w kółko swoje albumy artyści zanudzający zarówno siebie jak i zgromadzone na ich koncertach audytorium.

To, co mnie naprawdę zadziwiło, to świetny kontakt muzyków z ludźmi pod sceną. Niecodziennie zdarza się możliwość rozmowy z Efrim Menuckiem, ale „przytulna” sala CRK zagwarantowała bliskość, która do dialogu pomiędzy nami niemalże prowokowała. Były więc wymieniane typowe uprzejmości oraz… rozmowy polityczne. Mimo że Kanada zdawała się być naprawdę odległa, to sława braci Kaczyńskich i ich partii, której skrót w języku angielskim “coś” oznacza, a przetłumaczona pełna nazwa brzmi jak tytuł piosenki Metallicki, dotarła także tam. Cóż, chyba nie o taką „sławę” w świecie nam chodziło.

Wyjątkowo trudno odnieść się do wydarzenia, którego bohaterowie, poprzez nieszablonowość i wieczną ucieczkę do przodu, wymykają się wszelkim ocenom i opisom. Przyjęcie jakichkolwiek stałych kryteriów doprowadzić może do kuriozalnej sytuacji, w której banalne twierdzenia próbują zamknąć muzyczną rzeczywistość w ramy będące ogranicznikiem dla dźwiękowej wyobraźni. Stąd te wszystkie zdania powyżej to raczej próba joyce`owego „strumienia świadomości” niźli rzetelna próba zdania relacji z występu bandu nie z tej planety. A o tym jak udane, zarówno dla nas jak i dla zespołu, było to wydarzenie niech świadczy fakt, że po pierwszym, standardowym i zaplanowanym bisie – „Microphones In The Trees” – wyszli ponownie, by zagrać „Horses in The Sky”. A to już naprawdę rzadko spotykane zjawisko na koncertach Thee Silver Mt. Zion.

Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra – 11.10.2008 – Wrocław – CRK

Czeska inwazja na Polskę

wrzesień 28, 2008

Karel Gott, Helena Vondráčková oraz Jožin z bažin. Nikła i niewielka szansa na to, żeby mitologiczny i niewystępujący w przyrodzie „przeciętny Polak” orientował się bardziej w meandrach czeskiej sceny muzycznej. Ta ignorancja – będąca dla wielu osób prawdziwym błogosławieństwem pozwalającym na snucie dziwacznych i w żaden sposób nieuzasadnionych teorii odnośnie nieudolności dźwiękowej naszych południowych sąsiadów – sprawia, że wiele ciekawych wydarzeń z ojczyzny Krecika, prezentowanych na ziemiach polskich, jest traktowanych z przymrużeniem oka i pewną dozą pobłażliwości. A jest to całkowicie nieuzasadnione ze względu na poziom oraz różnorodność tamtejszego rynku muzycznego, który z powodzeniem podbija (o ile pozwolimy sobie na pewną dozę personifikacji tego rynku) zagranicę bliższą jak i dalszą.

I właśnie w niedzielny wieczór zawitał jeden z przedstawicieli czeskiej awangardy rockowej, którego klasyfikacja stylowo – gatunkowa jest niemożliwa do zwerbalizowania. „Už Jsme Doma” – bo tak nazywają się ci nieszablonowi artyści – w swojej muzyce miksują ogień z wodą oraz ziemię z powietrzem. Z połączenia tych żywiołów rodzi się mieszanka, która sprawia piorunująco – wybuchowe wrażenie na każdym, kto znajdzie się w obrębie strefy wyznaczanej przez siłę głośników.

Ich CV budzi respekt; ilość zrealizowanych projektów duża, lista współpracowników obejmuje między innymi „The Residents”, „Sleepytime Gorilla Museum” czy byłego wokalistę „Dead Kennedys” – Jello Biafrę, a mnogość zagranych koncertów w samych Stanach Zjednoczonych przekracza marzenia naszych rodzimych gwiazd śniących o podboju, niedostępnego podobno dla Słowian, Zachodu. Jeśli dodać do tego wyjątkowe „licentia poetica”, nawiązujące do kafkowskiego klimatu groteski z dodatkową porcją absurdu, sprzedawane za pomocą nietypowych wokaliz oraz zabaw głosowych, to otrzymamy namiastkę tego muzycznego zjawiska, jakim jest „Už Jsme Doma”.

Ten mini tour po Polsce to naprawdę jedno z ciekawszych wydarzeń jesiennej alternatywy muzycznej. I co prawda planowany na punkt 20:00 start nieco się opóźnił, ale przyzwyczajona do obsuw wrocławska publiczność nie zbyt mocno kręciła nosami na ten drobny nietakt. Szczególnie że wnętrze klubu jazzowego Rura okazało się być wyjątkowo przyjazne, a cały proces instalowania się muzyków na scenie oraz ludzi pod sceną przebiegł wyjątkowo sprawnie. Wreszcie nastąpił moment, na który wszyscy czekali – zostaliśmy zaatakowani feerią dźwięków, która zalawszy dolne pokłady klubu utopiła nas na dłuższy czas w czeskim morzu kakofonii o niedookreślonej konstrukcji.

Punkowo – jazzowo – rockowe łamańce o intrygującej strukturze, pomysłowych wstępach i niespodziewanych przejściach nie mogły się nie podobać. Zdecydowana większość osób siedziała – pląsaniem zajęte było tylko kilka postaci pod samą sceną – ale gorące i długie oklaski po każdym utworze nie miały w sobie ani grama plastikowo – udawanej wdzięczności. Szczere i w żaden sposób niewymuszone zachwyty nie pozostawiały wątpliwości co do uznania, jakiego w te kilkadziesiąt minut dorobiło się „UJD”.

Przemykający przez kolejne pieśni Czesi nie odpuszczali ani na chwilę, serwując nam kolejne niebanalności ze swego bogatego repertuaru; momentami kierowali się w stronę iście fantomasowych rejonów, by po chwili powrócić do melodyjnych zaśpiewów na słowiańską nutę, okraszonych cyrkowym wtrętem, prześlizgującym się przy okazji przez punkową estetykę, która szalonym rytmem i zrywami zamykała kolejne konstrukty muzyczne mieszając i doskonale się komponując z nieco bardziej stonowanymi fragmentami scenicznego show.

Wrażenie bardzo udanego występu potwierdziły bisy, na które zespół, zachęcony gorącymi oraz długimi oklaskami, wychodził kilkukrotnie. Aż do całkowitego wyczerpania i rozładowania baterii – widać było, jak wiele energii włożyli w ten koncert. Żadnego pół gwizdka i cały czas na pełnych obrotach . „UJD” to antonim indolencji twórczej oraz przykład na to, że grając bez ulegania chwilowym modom oraz śpiewając w ojczystym języku można osiągnąć sukces gdzieś indziej niż tylko w lokalnym grajdołku.

Czechom możemy tylko zazdrościć.

Už Jsme Doma – 28.10.2008 – Wrocław – Jazz Klub Rura

Coke Live Music Festival 2008

sierpień 23, 2008

Nie przeszkodziły bojkoty czy inne protesty. Kolejna odsłona „Coke Live Music Festival” okazała się cieszyć ogromną popularnością. Ogromną do tego stopnia, że dość szybko zabrakło miejsca na parkingu a tłum osób pod wejściami nie dawał chwili odpoczynku obsłudze. Nie było to zresztą jedynym powodem frustracji osób, które postanowiły wybrać się na krakowski festiwal; słabe oznaczenia dróg dojazdowych, zamieszanie związane z poszukiwaniem „wejścia głównego”, nieporozumienia z parkingiem „dla publiczności”, kolejki za talonami oraz pożywieniem/płynami i nie najwyższy poziom niektórych występów skłaniać mógł do negatywnego postrzegania całego wydarzenia.

Dwudniowe koncerty na trzech różnych scenach (Głównej, Coke oraz Burn) przyciągnęły różnorodne, choć w większości stosunkowo młode i specyficznie stargetowane, audytorium. „Coke Live Music Festival” to alter ego Alter Artu – firmy, która na północy Polski pokazuje swoją bardziej ambitną twarz organizując „Open`er Festival”, a na południu pragnie trafić w gusta masowego słuchacza. Na szczęście dla wielu osób, które potem chadzają na tego typu wydarzenia muzyczne, zaspokajanie potrzeb, w domyśle przeciętnego, pożeracza kultury pop, nie wiąże się z zapraszaniem artystów, którzy najczęściej królują w letnich play listach. A przynajmniej nie tylko. Bo o ile ciężko nie zdyskontować koncertów Timbalanda, Kaiser Chiefs czy Missy Elliott i przełożyć ich na promocję, to gwiazda, nieco już zaśniedziała, w postaci The Prodigy czy cieszący się popularnością dość wybiórczą i w specyficznych kręgach Sean Paul, sprawiają, że imprezie Coca Coli nie można odmówić pewnych walorów nonkonformistycznych. Poważnie!

Zresztą od nich rozpoczął się tak naprawdę festiwal. Bo Hurt, na czele z Maciejem Kurowickim, pomiędzy kolejnymi utworami uświadamiał i edukował, mającą to „dokładnie tam i właśnie tam”, że posłużę się cytatem z wrocławskiego klasyka, publiczność odnośnie złych korporacji i ich pazerności. Ciekawe, swoją drogą, czy wyprawa dolnośląskiego zespołu na krakowską ziemię, była potraktowana jako wejście do paszczy lwa i ostateczny akt odwagi mający na celu propagowanie idei anarchizmu i antykapitalizmu. Mnie bardziej gadki pana Maćka bawiły niż przekonywały. Sądząc po kubkach leżących na koniec każdego dnia oraz kolejkach, jakie dominowały pod budkami z piwem i colą, zdecydowana większość miała jego wywody dokumentnie gdzieś.

Sam występ bez rewelacji. Hurt to kapela całkiem udanie i z sukcesami sprzedająca swoją popularność, która trwać zbyt długo raczej nie będzie. W związku z tym duże brawa dla menago za wciśnięcie ich w kolejne miejsce, w którym mogli zaprezentować się szerokiej publiczności oraz umiarkowane oklaski za samo show. Jako piątkowe granie do piwa sprawdzają się idealnie. Ale nic więcej.

W dalszej kolejności na dużej scenie zaprezentował się ulubieniec, o ironio, jak można nazywać tak stację, która muzyki niemal już nie nadaje, MTV, czyli zespół Kaiser Chiefs. Jeśli chodzi o austriackich imperatorów, to ja wolę tych, którzy występują z Orkiestrą. W związku z tym występ mnie nie porwał. Indierockowe konotacje chłopaków z Leeds są tak symboliczne, że Artur Rojek prędzej by się przekręcił niźli ich do Mysłowic zaprosił. Co nie zmienia faktu, że energia, że moc, że feeling, że zabawa. Doskonale wkomponowali się w formułę Kołka Kolowego Festiwalu i udało im się w większości publiczność rozbawić.

Choć nie wszyscy dali się porwać. Skwaszone i zniesmaczone miny zabawnie korespondowały z radosną atmosferą niezobowiązującego rocka, który tradycję na Wyspach ma dość bogatą. Jednak bycie fanem, a już w szczególności fanką, Timbalanda zobowiązuje i nie ma to tamto, nie będzie Brytol pluł nam w twarz ni dzieci nam rozrywał. Nasze latorośle, najlepiej młodociane córki w obcisłych i krótkich szatach, zabawiać może tylko wielki i zły Murzyn zza Oceanu.

Dlatego tłum zgęstniał wraz z końcem Kaisersów. Zaczęło się nerwowe oczekiwanie, przerywane co już i co chwila oklaskami, piskami i nieuzasadnionymi wywoływaniami głównej atrakcji na głównej scenie. W tle dochodziły zawodzenia Gutka z Indios Bravos, który wraz z kolegami i naczelnym wodzem – Banachem – dał, podobno, świetny i żywiołowy koncert. Jako że antonimiczność słów „Indios Bravos” oraz „żywiołowość” jest dla mnie dogmatem, a synonimiczność „Gutek” oraz „nuda” ma tylko kilka wyjątków i czeka na akceptację jako dogmat, pozwalam sobie cicho powątpiewać w prawdziwość wyżej wymienionego twierdzenia.

Wreszcie na scenie się zakotłowało i w myśl starej ale jakże sprawdzonej metody pojawiła się pierwsza osoba. Taktyka ta ma liczne nazwy lecz sprowadza się do twierdzenia „Idź przodem, stary. Niech wiedzą, że mamy pokojowe zamiary”, ewentualnie „Puśćmy mały oddział na początek i sprawdźmy czy nie czeka na nas duża zasadzka”. Timbaland wysłał balon próbny, którym okazał się być zagrzewający i testujący naszą gotowość DJ. Kiedy trzeba było, – krzyczeli, kiedy trzeba było – klaskali, kiedy trzeba było – robili hałas. Ukontentowany Timbaland, albo jak mawia mój kolega Timberland, wyszedł i zaczął się „koncert”. Nie mam pojęcia na ile reprezentatywny był jego występ w ramach krakowskiego festiwalu, ale jeśli tak właśnie wygląda Timba show, to Main Stage nie stanowiła odpowiedniego miejsca na te popisy. Gość nie umie śpiewać, co zresztą nie jest przecież aż tak dużą niespodzianką, ale nie umie także odpowiednio się sprzedać, a jego obecność wydaje się być w gruncie rzeczy zbędna. (Pół)playback załatwia resztę.

Co z tego, że była seksowna Nelly, że Justin falsecikiem ciągnął w górę a Madonna próbowała łapać drugą młodość. W refrenach bądź znanym wszystkich strofach didżej obsługujący imprezę ściszał muzykę, ażeby publiczność mogła zrobić to, co powinien zrobić ktoś, kto na scenie miał występować – zaśpiewać. Poczułem się jak na dyskotece w podstawówce, kiedy to ściszana Nirvana prowokowała nas do zbiorowego krzyku mającego przypominać słowa ze „Smells Like Teen Spirit”.

Najzabawniejsze jednak jest to, że… ludzie bawili się całkiem nieźle. Bo po olaniu warstwy symbolicznej i zignorowaniu nieco nieprzystającej do tego miejsca formule występu, okazało się, że ten czarnoskóry producent to osoba, która zapewnić potrafi niezwykłą i spontaniczną balangę. Midas XXI wieku, jak go nazywają niektóre portale muzyczne zapominając o smutnym końcu frygijskiego władcy, wziął na siebie funkcję wodzireja. Może to dzięki tej specyficznej muzycznej konferansjerce i przewodzeniu wraz z nowoczesnymi rytmami i układami, owładnięta silną potrzebą ekspresji ruchowej publika, tak długo i radośnie poddawała się dyktatowi dźwiękowo – wizualnemu producenckiego półboga. Co prawda słyszane po raz dziesiąty „I love You Poland” trąciło nieco nieświeżą karmą dla kota, ale miało swój urok. Całości dopełniły sztuczne ognie. A jako że sztuczne ognie za czarne milion dolarów są zawsze na miejscu, to wychodziłem z okolic Muzeum Lotnictwa całkiem zadowolony.

Sobotni start na Scenie Głównej był zdecydowanie lepszy niż piątkowy. Marika to taka pani, która mojemu koledze od Timberlanda pomyliła się z Mariją. Ciepło, miło, miejscami leniwie, miejscami mocniej. Szczególnie że Marta swój aparat głosowy obsługiwać potrafi i zdarza jej się wycisnąć zarówno mocne doły jak i ciekawie brzmiące góry. Stylistycznie, przynajmniej w wersji Coca Coli, usłyszeć można było wypadkową lekkiego reggae, podsypanego bujanymi aranżami, z lekkim odchyłem w stronę dancehallu, która to mieszanka w krakowskiej scenerii i przy współudziale licznej grupy muzyków, w tym chórku, dała efekt doskonałej rozgrzewki do występującego po niej Jamajczyka.

A Sean Paul, bo o nim właśnie mowa, to już nie bułka z kremem i możliwość bujania. To obowiązek. To żywioł i szaleństwo. Rozprzestrzeniające się niczym fala tsunami po japońskim wybrzeżu. Na scenie gibają się skąpo ubrane panie nie z Polski, a pod sceną tańczą równie skromnie ubrane panie z Polski. Kto nie tańczy ten z policji pada gdzieś z tłumu, ale przekonywać nikogo nie trzeba. Nieświadoma znajomości tak wielu utworów Seana Paula publika, z lekkim zdumieniem odśpiewuje kolejne hiciory prezentowane w dancehallowej konwencji, która nikogo nie pozostawia obojętnym i wymusza pląsy. Bardziej lub mniej estetyczne ale jednak. Dynamika, energia, Dżamajka, moc i przede wszystkim zabawa. Z niedowierzaniem kręcę głową i z lekkim uśmiechem wypowiadam szeptem zdanie, które przyjdzie mi jednak odszczekać. Później. „Prodigy tego nie przebije”.

Królowa hip hopu była następna w kolejce. Tłumaczyła się chorobą. Show, podobnie jak timbelandowe, dziwaczne. Autografy, tancerze, rozmowy, wchodzenie w tłum. I gdzieś na marginesie utwory; „Get Ur Freak On”, Ching – A-Ling”, „Lose Control”, czy też „Supa Dupa Fly”. No good Missy Elliott. Wtedy ustawiała po kątach i wiadomo było, dlaczego ktoś wpadł na pomysł, ażeby ją do Polski sprowadzić. Tylko co z tego? Pozytywne relacje na koncertach osiąga się za pomocą muzyki a nie schodzenia w plebs i integrację autografami. Przykro mi Panienko, nie tak się umawialiśmy.

Niby Coke Stage kusiła mnie TCIOFem, ale jako że ostatnio nie miałem okazji do kontestowania żadnego modnego i popularnego w kręgach kultury alternatywnej bandu, to mój wybór padł na ex Borysa. Co prawda lepiej by mi było olewać, gdyby Dejnarowicz nadal tam grywał, ale jak się nie ma, co się lubi…

Dlatego w okolice self/titled sceny doszedłem dopiero w okolicach 23. Moim oczom ukazał się tłum osób pod namiotem i jakieś niewyraźne sylwetki w centrum uwagi publiczności. Bez zerkania w program próbowałem przez chwilę rozszyfrować i przypomnieć sobie, kto może zapodawać te bity i strzelać tymi strofami. Utrudnione, ze względu na tragiczną akustykę, która nie pozwalała rozróżnić poszczególnych słów, zadanie rozwiązało się samo. Ktoś za moimi plecami krzyczał zdartym głosem „Sokół!”. Na około mnie koszulki „Prosto”, ze sceny co chwila „zip skład” i „pierdolić policję”. Nierozróżnialne wersy zlewały się w jedno z bitami didżeja Deszczu Strugi. Mnogo osób, aż zadziwiony byłem popularnością hip hopowej estetyki. Do czasu. Dokładnie to do zejścia ze sceny. Wtedy rozległ się nieco chaotyczny, ciężki do wyłowienia tumult. Ogłuszony harmidrem, z nieco otępionymi bębenkami nie rozumiałem, co też ci ludzie skandują. Dopiero któraś z kolei fala była na tyle wyraźna, że mogłem rozróżnić te dwie sylaby. „W Aucie”. I niech „Polityka”, piórem Mirosława Pęczaka ogłasza sobie, że przeboje wakacyjne nie mają już racji bytu. I że od dawna ich funkcję przejęły piosenki wypromowane i odgrywane w ugładzonych play listach stworzonych za pomocą odpowiednich badań na odpowiedniej grupie. Otóż, moi mili, instytucja „przebój lata” nadal istnieje i ma się całkiem nieźle. Co udowodnił tłum osób, w odśpiewanym na parę tysięcy gardeł wakacyjnym hicie z lirycznym refrenem „Będę brał Cię! W aucie!”.

Z rozbawieniem zakonotowałem, że osoby w koszulkach „Prosto” z niesmakiem na twarzy opuszczają bawiące się towarzystwo. True fani Sokoła nie zdzierżyli pastiszu i stylistycznej zabawy rapera, w której tribute dla Franka Kimono jest pretekstem do odświeżenia klimatu z dancingów i potańcówek.

Pora była najwyższa, by przenieść się pod Main Stage i zobaczyć zespół, dla którego przybyli ci wszyscy tutaj wokół zgromadzeni. Bo pomimo średniej jakości aury – było zimno i zaczynało kapać z nieba – tłum kolejnymi falami nabijał okolice proscenium do granic możliwości.

Mimo że ensemble Prodigy szczyty popularności ma już zdecydowanie za sobą, to na ich koncercie bawiła się największa liczba osób. A różnorodność i przekrój publiki budził nawet moje zdumienie; obok białych rękawiczek, gwizdków i dresów, emo fryzury z trampkami, plecaki kostki i długie włosy. Wszystko pomieszane i zmiksowane lejącym się z góry deszczem, prowokującym do ściągania co bardziej mokrych części garderoby – stąd nad wyraz duża liczba ekshibicjonistów.

Muzycznie dostaliśmy przekrój twórczości. Największy entuzjazm budziły jednak utwory z „The Fat of the Land” – podczas „Breathe”, „Firestarter” czy „Smack My Bitch Up” tłum wpadał w ekstazę i wyraźnie odlatywał w rejony, które zarezerwowane były do tej pory dla osób łykających pixy.

Ciekawie obserwowało się obłędnie walącego w bębny Leo Crabtree`go, którego gra nie porywała ani kunsztem ani innowacyjnością, ale niesamowicie komponowała się z kwaśnymi tańcami Maxima i Keitha. Zresztą ten ostatni, ubrany w pasiastą, czerwono – białą marynarkę z napisem „My dogs will kill you all”, dość swobodnym krokiem schodził ze sceny i maszerował wśród lasu rąk, a swymi wyłupiastymi oczami świdrował publiczność. Widziałem, jak parę osób się wzdrygnęło pod tym wzrokiem. Mnie momentalnie przyszła do głowy postać pewnego błazna

„All my people, all my fuckin` Voodoo People” a wszyscy ludzie byli faktycznie tylko biednymi kukiełkami, którymi zespół sterował niewidzialnymi sznureczkami przenoszonymi za pomocą akustycznej fali dźwiękowej i stroboskopowych świateł.

Znalazło się jeszcze kilka mocnych momentów podczas „Warrior’s dance” czy też „Beat55”, ale jednolitość tej imprezy nieco mnie nużyła. Brak urozmaiceń i przewidywalność sprawiały lekki zawód. Od początków istnienia i popularności brytyjskiego kolektywu, mimo że pamięć mi nieco zawodzi i nie do końca wszystko ogarnia, miałem sprzeczne i mieszane uczucia dotyczące ich twórczości. Niby odjazd, niby rave, niby szaleństwo rytmu i tańca, a mnie podczas wyścigów Wipeouta „Firestarter” muliło. Ich język chyba nigdy do końca do mojej skromnej osoby nie trafiał i mimo że będąc pod wrażeniem ich występu, napisać muszę, że scenicznie pozostawiają mocne wrażenia psajkodelicznej jazdy bez trzymanki pasującej do sfiksowanej twórczości gibsonowego cyberpunka, to mnie do końca nie kupują.

Natomiast szeroko i szczerze uśmiechnąłem się, gdy operator pokazał na telebimie napis znajdujący się na laptopie stojącym w centralnym punkcie sceny – „Take me to the hospital”. Tak, zdecydowanie Prodigy to chory zespół. Mimo że rozsiewana przez nich przypadłość nie ma takiej mocy jak pandemia z lat 90`, to symptomy nadal są łatwo zauważalne. W tym roku padło na Kraków. Choć sądząc po sile oddziaływania ich twórczości, można zaryzykować twierdzenie, że gniazdo choroby przenieść się może także za rok w nowe miejsce w kraju. Z równie wielkim powodzeniem.

Coke Live Music Festival 2008 – 22 – 23. 08.2008 – Kraków – Lotnisko w Muzeum Lotnictwa

Sigur Ros. (kropka)

sierpień 20, 2008

Przykro mi – będę pretensjonalny. Bo czasem okazuje się, że słowna ekwilibrystyka nie wystarcza. Bo banał goni za banałem i truizmem całość pogania. Bo słowa potrafią oddać wiele, ale nie wszystko. Bo, na dodatek, umiejętności brak by wszystko przekazać.

Wtedy wydawało mi się, że byłem przygotowany na wszystko. Miałem rację – jedynie mi się „wydawało”. Jeden, ale jakże potężny, cios, wytrącił mnie z mojego świata pewników i rzucił w wir transcendentalnej jazdy bez trzymanki.

Kupując bilet wiedziałem, że nie płacę za zwykły koncert. Byłem przekonany, że najlepszym produktem eksportowym Islandii okaże się być magia, którą muzycy Sigur Rós przywiozą ze sobą i nie poskąpią jej spragnionej czarów polskiej publiczności. Nie spodziewałem się jednak, że nawet po tak długim czasie jaki minął od występu, będę miał nadzwyczaj duże problemy z wyartykułowaniem choćby grama czegoś na tyle zdystansowanego, co pozwoliłoby wam – czytającym me słowa – na stwierdzenie, iż żaden ze mnie fanatyk i szaleniec.

To jednak jest nadal ponad moje siły. Obawiam się także, iż nie istnieje skuteczne lekarstwo na przypadłość i niemoc jaka mnie ogarnęła. Wiele wody będzie musiało upłynąć i wiele koncertów będę musiał zobaczyć, ażeby z pamięci wymazać to, co zrobił ze mną, choć podejrzewam, że moje uczucia podziela zdecydowana większość osób, które były tam wtedy, 20 sierpnia 2008 roku w Warszawie, zespół Sigur Rós.

Nie miałem pojęcia, jak wypadł był Ólafur Arnalds i nic mnie to nie obchodziło. Wiedziałem dokładnie, co robię, gdy podejmowałem decyzję dotyczącą zignorowania występu supportu. Nie dałem mu się wprowadzić w odpowiedni nastrój. Mimo że jego płyta – Eulogy for Evolution – otrzymała dobre recenzje, a ja nie zwykłem omijać występów artystów poprzedzających główne atrakcje, to nie miał on najmniejszych szans na skoncentrowanie mojej uwagi na sobie. Nie sądziłem także, żeby rozkojarzona i niezdrowo podniecona publiczność, oczekująca i rozpalona, była w stanie zaangażować się w coś, co nie dałoby się nazwać nawet surogatem preludium do preludium.

(Podobnie postąpiłem ignorując możliwość zobaczenia na dużym ekranie dokumentu „Heima”, który w ramach gutkowego festiwalu – Era Nowe Horyzonty – kusił mnie niepowtarzalną okazją zachwycenia się nim, filmem a nie festiwalem, w warunkach nieuwłaczających mojej potrzebie słuchania muzyki na w miarę przyzwoitym poziomie.)

Zapętlone „Straumnes” delikatnie koiło moją chęć przedarcia się pod same barierki. Lepszą perspektywę i odbiór dźwięków zapewniał dystans, ale pragnienie wzięcia udziału w tym nabożeństwie było wyjątkowo silne. I wtedy, gdy napięcie sięgało zenitu, ludzie omdlałymi od klaskania dłońmi próbowali ostatnim wysiłkiem woli zmuszać ręce do synchronicznych ruchów a ich zdarte gardła raz za razem wykrzykiwały dwa słowa, Sigur Rós pojawiło się na scenie. Wyciszeni, niepozorni i, mimo że niemal na wyciągnięcie ręki, to tak odlegli.

Oniryczny „Svefn-g-Englar”, o ironio, obudził we mnie pokłady nienazywalnych uczuć, które raz mocniej a raz nieco słabiej, na nowo definiowały we mnie określenia „muzyka”, „sztuka”, „emocje” czy też „koncert”. Burza braw, pisków i okrzyków wytrąciła mnie z kontemplacji. Krótka przerwa na parę głębszych wdechów i powrót do świata rzeczywistego. Powoli ruszał „Glósóli”, który koncertowo miażdży. Narastające dźwięki zlewające się pod koniec w wielki, rozbłysk jasnego światła całkowicie mnie pochłonął. Wybuch supernowej. Nie miałem siły klaskać. Nie byłem w stanie się ruszyć. Mimo że po chwili usłyszałem pierwsze takty „Ný Batterí”, to brak energii i woli do działania się pogłębiał. Czułem się, jakby te nuty wysysały ze mnie wszystko. Byłem pustym naczyniem, które wypełniane było magią promieniującą ze sceny.

Wtedy ropozczęła się prezentacja najnoszwego materiału. Melancholijne i piękne „Fljótavík” pociągnęło mnie głębiej. Nieco odetchnąłem przy „Festival”, który snując się początkowo spokojnie, delikatnie i niemal niepostrzeżenie, rozświetlił się na koniec niczym tęcza. Feeria barw rozbłysła wśród spadającego śniegu. A może płatków kwiatów. Czary? Magia? Koncertowo obydwa utwory wybroniły się bez problemu.

Dopiero następna w kolejności „Hoppípolla” przechodząca płynnie w „Með Blóðnasir” pozwoliła mi się wyrwać z tego dziwnego stanu odrętwienia i marazmu. A końcowe tony wyśpiewane przez Jónsiego wespół z publicznością to było już niemalże mistrzostwo świata. Echa tego duetu długo jeszcze będzie zalegać mi w uszach zmuszając do przeanalizowania konstruktu „artysta wspomagany głosami publiczności brzmi gorzej, bo publiczność nie umie nucić i psuje klimat”.

Nie było czasu na dłuższe przestoje. Porywające do swobodnego pląsania „Inní mér syngur vitleysingur” oraz „Við spilum endalaust”, odegrane na basie za pomocą pałeczki miarowo wystukującej rytm, to jedne z bardziej radosnych akcentów całego koncertu. Rytmiczne i beztroskie. Zielona, wiosenna łąka podczas majowego poranka. Idylla.

Po frywolnych chwilach nastąpiło uspokojenie nastroju. Ostatni utwór z Takk – „Heysátan” – delikatnie prześlizgiwał się ponad głowami wszystkich. Majestatycznie i refleksyjnie porywał ze sobą każdego po kolei. Niemożliwym było nie odlecieć wraz z nim. Oniemiała publiczność nieomal z nabożną czcią wysłuchała go do ostatniego taktu. Podobnie zresztą wyglądało „Olsen, Olsen”. Basowy podkład z przebijającą się z tła perkusją połączony z dźwiękami fleta, klawiszy i smyka na gitarze wyciskał łzy.

Następnie popłynęło „Sæglópur”. Wzbierało powoli. Subtelne, rozpoczynające takty, zmieniły się w mocniejsze falowanie. Cymbałki grzmiały metalicznym pogłosem niczym dzwon. Energia kumulowana przez początkowe minuty strzeliła z ogromną mocą. Następiło przesilenie. Wreszcie utwór porwał i nieomal utopił wszystkich. Zanurzeni, oniemiali i cisi obserwowali żywioł do samego końca. Z szeroko otwartymi oczami i twarzą wyrażającą błogostan.

Po chwili kontynuowany był temat morza w przepięknym „Hafsól”. Z basowym taktem, zapętlonym i wystukiwanym ponownie za pomocą perkusyjnej pałeczki. Rytm wyjątkowy, sprawiający wrażenie pogłosu. Albo dźwięków pod wodą. Złamany smyczek Jónsiego nie przeszkadził mu zbytnio w dokończeniu piosenki.

(Widać było, ile uczucia przekazuje i jak bardzo koncentruje się na swojej grze. To nie tylko dla nas przedstawienie zaserwowane przez Islandczyków jest tak wyjątkowe. Także oni sami są rozrywani zarówno przez muzykę, jak i przez nasz afekt względem nich i ich twórczości. Sprzedawcy emocji. )

Lecz dopiero zmierzające do finału „Gobbledigook” poderwało wszystkich. Odłożona gitara elektryczna na rzecz akustycznego pudła nadała temu utworowi nieco inny mniej doniosły wydźwięk. Wspólna zabawa oraz klaskanie i moment w którym podczas wspólnego „la, la, la, la, la, la, la” zostaliśmy zalani przez morze spadającego konfetti to wymarzony finał. Szczególnie że wspomagany ponownie spadającymi z nieba płatkami śniegu. Róża Zwycięstwa, tonąc w oklaskach i euforycznych okrzykach, zeszła ze sceny.

Ale nikt nie uwierzył że to już prawdziwy koniec. Nawet jedna osoba nie ruszyła się z miejsca a donośne „Sigur Ros”, skandowane przez kilka tysięcy gardeł, rozrywało Amfiteatr Parku Sowińskiego od sufitu po podłogę. Ponowne wyjście zespołu wzbudziły jeszcze większy tumult, a pierwsze dźwięki bisu podniosły temperaturę do niewyobrażalnego poziomu.

I właśnie wtedy…

…delikatne odgłosy gitary z samplerowanym tłem i perkusyjnym podkładem rozpoczynają najlepszy song, jaki zdarzyło się Sigurom nagrać. Ostatni track z (), czyli „Untitled #8”, „Popplagið”, „The Pop Song” czy też „Piosenka popowa”. Ten utwór to absolutne i całkowite mistrzostwo. Coś, co w Sèvres pod Paryżem może zalec z adnotacją „absolut”. Niedościgniony wzór, perfekcyjnie rozegrany, z doskonale rozłożonymi akcentami i dramaturgią, które sprawiają, że w okolicach szóstej minuty, tuż po spokojnym i lekkim preludium, pojawiają się ciarki na plecach.

Gdy Orri Páll Dýrason zaczyna miarowo wybijać rytm powoli dochodzą kolejni muzycy. Stopniowo włączają się instrumenty. Ale nad tym wszystkim znajduje się Jónsi ze swoim głosem – jego falset bierze w kluczowym momencie górę. Cała ta kakofonia, obłędna i narastająca w kulminacyjnym momencie perkusja, elektroniczny podkład atakujący ze wszystkich stron, hipnotyzujący bas oraz uwodząca gitara, tworzą ścianę – nieprzepuszczalną kurtynę – która oddziela nas od świata.

Bo Sigur Rós nie gra po prostu na instrumentach – oni opanowali sztukę grania na emocjach, czego najpełniejszym wyrazem jest „Niezatytułowany #8”. Czuję, jak mnie pochłania. Jak jest mnie coraz mniej. Ta dychotomiczna muzyka, niepokojąca oraz kojąca zarazem, wypełnia mnie bez reszty. Poza rozrywającymi moje jestestwo nutami nie istnieje nic. Pełne zatracenie i pełna jedność.

I wreszcie wybuch. Orgazm. Spełnienie. Katharsis. Tysiąc myśli i miliard emocji na sekundę. Całkowity brak słów. Pobudka ze snu. Koniec. Powrót do rzeczywistości. Uczucie depersonalizacji.

I to mimo ponownego bisu – „Viðrar Vel Til Loftárása”. Dla mnie nie miało to już najmniejszego znaczenia. Przemiana, jaka się we mnie dokonała podczas „Untitled #8”, nie daje się z niczym porównać. To nie koncert, to było misterium, msza pod wezwaniem Róży Zwycięstwa. I mną – wiernym fanatykiem – który chciał  jedynie przeżyć coś wyjątkowo, a doznał objawienia.

P.S.

Naturalnie można napisać, że brakło Amiina, że perkusja była momentami nieco za głośno, a orkiestra, której nie było, wzbogaciłaby brzmienie utworów z með suð í eyrum við spilum endalaust. Tylko jakie to ma znaczenie? Żadnego. Sigur Rós w Parku Sowińskiego to był koncert roku. I chuj.

Sigur Rós – 20.08.2008 – Warszawa – Park Sowińskiego

Manu Chao

lipiec 15, 2008

Przez długi czas w światku muzycznym krążyły plotki odnośnie artysty mającego postawić kropkę nad “i” w ramach festiwalu Wrocław Non Stop. Wymieniano przede wszystkim gwiazdę tegorocznego Open`era czyli Massive Attack. Niestety, skończyło się “tylko” na  “guru alterblobalistów” śpiewającym w tylu językach, że sam papież mógłby mu pozazdrościć.

Osobiście nie spodziewałem się zbyt wiele i nie miałem szczególnie wielkich oczekiwań. Chciałem się miło rozczarować. Ale czuję się rozczarowany nieszczególnie miło. Jasne, Manu Chao skacze i miota się po scenie – to żywy wulkan energii niespożytej – prowokując do zabawy i szaleństw pod sceną. Równie wielkie show robili towarzyszący mu muzycy. Duże brawa za czas trwania, choć wbrew temu co niektórzy piszą, nadmiernie się przy tym egzaltując, nie było to dwie i pół godziny a niemalże dwie i pół godziny, gdzie na „niemalże” pada mocny akcent. Bywałem na dłuższych koncertach choć także i na krótszych. Trwał idealnie. Ale idealny koncert to nie był.

Pomysł zrobienia koncertu na Wyspie Piaskowej nie był zbyt dobry. Rozumiem poniekąd obawy organizatorów, którzy w zeszłym roku przestrzelili z występem The Stooges i w pośpiechu przenosili go ze Stadionu Olimpijskiego do dużo mniejszej Orbity, ale (nie)popularność Iggy`ego Popa ma się nijak do popularności Manu Chao.

Już początek zapowiadał, że nie wszystko zostało do końca przemyślane. Godzina umieszczona na plakatach i bilecie obejmowała występ samego José – Manuela. O koncercie supportu, ciekawego i oryginalnie brzmiącego składu Me, Myself and I, nie wiedziałem ani ja, ani żaden z moich znajomych. Szkoda bo wrocławskie trio jest naprawdę wyjątkowe, a ich popisy wokalne na długo zapadają w pamięć.

Chaos przy wchodzeniu na Wyspę osiągnął apogeum na długo przed 21:30. Tłum kłębiących się, brodzących w błocie, napierających na płot koncertowiczów przeraził stojących po drugiej stronie ochroniarzy. Puściły im nerwy; wulgaryzmy i groźby pojawiły się po obydwu stronach. Bramki, odcedzające i wpuszczające ludzi, nie wyrabiały. Stłoczeni, spoceni i zdenerwowani ludzie napierali coraz bardziej, coraz mocniej się gniotąc. Wyginający i powoli ustępujący płot uratowany został w ostatnim momencie przez ochroniarskie posiłki. I znowu, jak chwilę wcześniej, pojawiły się słowa, które profesjonalnej ochronie nie powinny nawet przez głowę przejść.

Piski i krzyki wzmogły się, gdy ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki występu, który zaczął się w miarę punktualnie. Ja rozumiem, że cisza nocna, że czas nagli, że zgoda miasta, ale danie sygnału do rozpoczęcia w momencie, w którym dziki tłum pragnący przedrzeć się przez bramki niemalże zadeptuje kilka mniejszych osób, to nie jest dobry pomysł. Można było wstrzymać artystę, można było zwiększyć przepustowość bramek, można było napisać inną – wcześniejszą – godzinę na biletach i plakatach, można było zmienić lokalizację w momencie, gdy okazało się, że bilety niemalże się wyprzedały. Nie zrobiono nic.

W ramach organizacyjnej wyliczanki należałoby dodać, że stoiska piwno – gastronomiczne także nie były szczególnie mądrze pomyślane. Ich niewielka ilość sprawiła, że odwieczny dylemat „piwo czy piosenka” zamieniał się w problem typu „piwo czy ¼ koncertu”. Długie kolejki posuwały się bardzo powoli i przypominały glizdę na maku biorącą udział w maratonie slow food.

Jak na kulminacyjny i najznamienitszy koncert w ramach festiwalowego święta o nazwie „Wrocław Non Stop” było tych wpadek zbyt wiele. Choć tak naprawdę nie mogły mieć decydującego wpływu na odbiór całego koncertu, to pozostawiały wrażenie braku profesjonalizmu, na który nie można sobie pozwolić. Fuszerka i prowizorka podczas tego typu zabawy przeszkadza w odbiorze i wpływa na całość oceny.

Po przebiciu przez kordon i dotarciu w miarę sensowne miejsce pozostało mi tylko jedno. Zabawa!

Radio Bemba Sound System i Manu Chao od samego początku narzucili ostre tempo. Jeśli zwalniali to tylko po to, aby za chwilę przyspieszyć z jeszcze większą mocą. Punkowa estetyka, która momentami zamieniała się w bujające reggae bądź skoczne ska, dobrze nadawała się do zabawy i skakania pod sceną. Kto poszedł właśnie z takim nastawieniem, na pewno się nie zawiódł. Szalejąca publika była wniebowzięta, a ubrany w koszulkę Brazylii i czapeczkę z czerwonym emblematem José – Manuel dawał wyraz swojej radości na tak entuzjastyczne przyjęcie w Polsce. Jak zaczął, to nie mógł przestać – czterokrotnie (trzykrotnie? Ciężko policzyć.) bisował. Aż chciałoby się napisać, że razem żyli długo i szczęśliwie. Byłaby to jednak nieprawda.

Nawet najlepsze „szybko, szybko, szybko, wolniej” zapętlone nuży po drugiej repecie. To, co było dla mnie męczące na płycie i przez co nie dawałem rady za często słuchać albumowego Manu Chao, wzmogło się na koncercie. Monotonia. Mimo bogactwa dźwięków, jakie momentami wylewały się z głośnika, większość kompozycji zlewała się w ciąg nierozróżnialnych dla mnie utworów. Na jedno kopyto. Nieco schematycznie. Niekoniecznie aranżacyjne ale strukturalne. Innymi słowy, mimo energii i powera, mimo fluidów i szaleństw, momentami się nudziłem. Szczególnie że poza „Don`t sell Your soul to Bush” nie zrozumiałem nic, co mówił bohater wieczoru. A libretta na wejściu nie dawali.

I jeszcze ten opis w wyjątkowo umiejętny sposób „zachęcający” do koncertu; „Okrzyknięto go etnopunkiem i idolem zbuntowanej młodzieży”. Być może w tym jednym zdaniu – kluczu kryje się cała zagadka. Ani za mnie etno, ani punk, ani młodzież, idolem też jeszcze niczyim nie jestem, a na bunt mnie finansowo nie stać. Z tym że wbrew temu, co wykoncypowali sprytni copywriterzy, grupa wiekowa na koncercie nie była wcale tak jednorodnie licealna. Rozstrzał pomiędzy datami urodzenia koncertowiczów, szczególnie w tylnych rejonach, był dość spory. A i arafatek nie było zbyt wiele. Choć może to zasługa dobrej pogody.

„A lato było piękne tego roku”. I pewnie dlatego Manu Chao zgolił sobie włosy pod pachami. Jak, nie przymierzając, Beckham. David Beckham.

Wrocław Non Stop – Manu Chao – 15.07.2008 – Wrocław – Wyspa Piaskowa

Zeszłoroczny festiwal wRock for Freedom był udanym wydarzeniem. Nie tylko artystycznym ale także frekwencyjnym. Odbywające się na Wyspie Słodowej koncerty, podzielone na trzy bloki tematyczne, swoim rozmachem i oryginalnością nokautowały dość mocno. Artyści młodsi i starsi zaprezentowali swoje pieśni wraz ze słowami poparcia dla Czeczeni, Białorusi i Tybetu. „Wolni i solidarni”, bo tak brzmiało hasło, zagrali swoje utwory dla tłumnie zgromadzonej publiczności, które doceniła kolejne zespoły, świetnie się przy tym bawiąc.

Organizatorzy zachęceni ubiegłorocznym sukcesem nastawili się wyraźnie na więcej. Imprezę przeniesiono na odległe lecz pojemniejsze Pola Marsowe oraz zapewniono większe gwiazdy; przede wszystkim Kult i The Ukrainians. Całość uzupełniono białoruskim i antyłukaszenkowskim zespołem NRM, dorzucono fenomenalnie grający na koncertach Lao Che i skoczne Akurat. Zaproszono ponownie, tym razem z zespołem, Maćka Maleńczuka a także Armię. Dano także alternatywę dla, nie tak znowu drogich, biletów. Dzięki fladze Białorusi, naturalnie nie tej obecnej tylko biało – czerwono –białej, bądź Tybetu można było wejść na koncert za darmo. Gest organizatorów nie zmobilizował jednak zbyt wielu osób. Nie dość że Pola Marsowe zionęły pustką, to na dodatek kolorowych i powiewających flag było jak na lekarstwo.

Tak naprawdę ciężko jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną tak dużej absencji; nadmiar koncertów (było wszak tuż po Juwenaliach), środek sesji (wiele znajomych osób zrezygnowało ze względu na naukę), mała różnorodność i postawienie na gitarowe granie (w zeszłym roku posłuchać można było zarówno młodszych jak i starszych, rocka jak i reggae lub hip hopu) czy też odległa lokalizacja (jedna nitka transportowa po skończonym koncercie zmuszała do nocnego i długiego marszu przez Park Szczytnicki). Być może także główna atrakcja, czyli Kult z Kazikiem, nie spełnił roli magnesu. Uzasadnione to może być prostym faktem, że był to trzeci koncert pana Staszewskiego w przeciągu ostatnich sześciu tygodni.

Nie dla mnie był początkowy koncert. Nie dla mnie. I, przynajmniej w relacji znajomych i mniej znajomych osób, które na wyżej wymienioną sztukę się załapały, nie mam czego żałować. Akurat, dające występ otwarcia, nie porwało i zanudziło. Odejście Kłaptocza zaszkodziło zespołowi i niezbyt pozytywnie wpłynęło na muzykę. Choć może moi informatorzy wprowadzili mnie w błąd i Akurat dali czadu. Jednakże, ze względu na dość dużą oraz zróżnicowaną próbę badawczą, zaryzykuję twierdzenie, że badani mogli mieć rację i zamiast wielkiego spektaklu, mieliśmy do czynienia z wielką porażką.

Następna w kolejności Armia zagrała na pół gwizdka, bez polotu i lekko „odwalając” swoją rolę. Ja rozumiem, że wczesna pora, że mało osób, że się nie chce i że bez sensu dawać z siebie wszystko dla trawy i kurzu, ale pana Budzyńskiego z kolegami nie zwalniało to z powinności wywiązania się z umowy. No, chyba że pójście w progrockową stronę twórczości, na czele z suitą „Ultima Thule”, i odcięcie się od punkowych początków to świadomy zabieg i trwała ewolucja. Mimo wszystko takiej Armii nie chcę. W swoich sądach, dość wyjątkowo, nie byłem osamotniony – publiczność, wyraźnie znudzona, oddawała się innym przyjemnościom, ignorując występ Budzego i spółki.

Co innego Lao Che. Ten zespół poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Co prawda, my –wrocławianie – nie załapaliśmy się na zaplanowaną kilka dni później kolaborację płocczan z sekcją dętą, ale i tak mogliśmy zobaczyć Spiętego z kolegami w świetnej formie. Przeważały utwory z ostatniej płyty – „Gospel” – ale nie zabrakło też killerów z „Powstania Warszawskiego”, na które rozentuzjazmowana publiczność reagowała z dużą żywiołowością i poświęceniem. Krzycząc, skacząc, skandując i emocjonując się. Niestety, nieubłagane prawa festiwali wszelakich zmusiły ich do zejścia, które pozostawiło pewien niedosyt. Ale lepiej czuć lekkie burczenie w brzuchu niż wielką niestrawność. Stąd mój żal nie był tak wielki.

Oczekiwanie na kolejnego artystę dłużyło się niemiłosiernie. Ale wreszcie na scenie pojawił się On. Zeszłoroczna obecność Macieja Maleńczuka była wkomponowana w stonowany i nieco refleksyjny, bardowski set, który miło korespondował z poprzedzającymi go występami młodszych i bardziej żywiołowych zespołów. W tym roku, ten niepokorny, krakowski artysta postanowił zaprezentować się w mocniejszej i nieco bardziej rozbudowanej formie. Niestety, tak jak się spodziewałem, tylko nieliczne grono osób poszło się bawić i słuchać dokonań pana Maleńczuka. Królowała, znana z występów o wcześniejszych godzinach, pustka. Mimo że repertuar był niezgorszy, energetyczne i mocne kawałki z dotychczasowych dokonań przemieszane coverami klasyków typu Młynarski czy Cash, to publika pozostała głucha. Kwartet określany mianem Psychodancing nie wzbudził wielkiego entuzjazmu. A szkoda.

Absencji N.R.M.u nic by nie mogło tłumaczyć. Przedstawiciele alternatywnego (dla Łukaszenki) świata muzycznego z jedynego kraju w Europie, w którym dyktatura jest ciągle żywa i mocno trzymająca się, zagrali… nudno. Był to niestety kolejny przewidywalny występ Lawona, Pita, Jurasa oraz Aleha. Setlista – standard. Symultaniczne tłumaczenie i zestawy scenicznych żartów – jak zwykle. Niespodzianek – brak. Panowie, ja rozumiem, że promowanie idei białoruskości jest naprawdę trudnym zajęciem, ale zanudzanie bliźniaczo podobnymi do siebie koncertami na pewno wam nie pomoże, a może jedyne zrazić. Całość była poprawnie odegrana. Tak jak zdzierana płyta. Rutyniarsko, bez polotu i wkładu. N.R.M. musi wreszcie coś zmienić, określić się na nowo i odświeżyć, bo ta przewidywalność oraz ogranie zabijają frajdę, jaka towarzyszyła na początku ich drogi muzycznej w naszym kraju.

Po Niepodległej Republice Marzeń nadeszła pora gwiazd prawdziwych. Brytyjscy The Ukrainians rozpoczęli swój set z iście punkową energią zmieszaną z folkowo – wschodnimi (wschodnimi w sensie europejskim) melodiami. Do zagospodarowania mieli wiele osób, które do tej pory raczej stroniły od zabawy na rzecz spokojnego picia piwa bądź wygrzewania się na trawie. Skoczna muzyka podrywała jednak do tańca i zmuszała choćby do tupania nogą. Idealnie wkomponowali się w lekko leniwy nastrój, raz zwalniając a raz przyspieszając tępo, angażując dużą część słuchaczy do tańca i zabawy. Starsi panowie a dali radę. Naprawdę mocny punkt wieczoru.

Wreszcie nadszedł czas na finał. Wzbierająca fala zamieniła się w powódź krzyku i klaskania, gdy cały zespół, wraz z Kazikiem na czele, pojawił się na scenie i uruchomił swoje koncertowe perpetum mobile. Dopiero wtedy naprawdę było widać i słychać na co czekała zdecydowana większość osób zgromadzonych na Polach Marsowych. W miarę długi, ale sensownie skonstruowany i nienudzący set, z dużą ilością utworów z płyt „Tata Kazika”, „Tata 2” oraz „Mój wydawca” rozbawił niemal wszystkich. Nowy nabytek Kultu, puzonista Jarosław Ważny, dodał kilku utworom ciekawy posmaczek. Wielkiej rewolucji nie było, kilka utworów, niestety, zabrzmiało bez Banana gorzej, ale próba odświeżenia składu wyjść może tylko na lepsze. Choć parę spraw, jak świetne intro w „BRŻ” czy wstęp na gitarze w „Niejeden” ciężko sobie odpuścić.

Staszewski, znany kibic sportowy, poinformował nawet o wyniku trwającego meczu, czym uradował albo zmartwił, w zależności od poparcia dla reprezentacji Rosji lub Holandii, spore grono osób. Na marginesie i z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że kilkaset metrów od sceny, zespół Lao Che oddawał się gorączce kibicowania wpatrzony w kilkunastocalowy ekran śnieżącego telewizora.

Czy wiadomo jaka jest przyszłość „wRock 4 freedom”? Ciężko wyrokować. Zeszłoroczna, jakże udana impreza, zderzyła się z edycją tegoroczną, która pozostawiła smak nie do końca taki, jaki powinien być. Jeśli organizatorzy wyciągną odpowiednie wnioski i powrócą do szerszej formuły to przy pewnej dozie szczęścia, ponownie uda im się zrobić ciekawą imprezę, która przyciągnie wielu słuchaczy. W innym wypadku, nawet pomoc mediów (w tym roku fragmenty koncertów były transmitowane w „Trójce”) i kampania reklamowa (spora ilość billboardów i plakatów jak na lokalne wydarzenie) nie przyciągną ilości ludzi, odpowiedniej do zapchania Pól Marsowych.

„Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”

Wrock For Freedom 2008 – 21.06.2008 – Wrocław – Pola Marsowe