Wagiel & Mateo w Oleśnicy
marzec 4, 2004
Z domu wyszedłem po godzinie 18 kierując swe kroki ku Miejskiemu Ośrodkowi Kultury i Sportu. Bo właśnie w owej sali miał się odbyć koncert W. W. i M. P. Na miejsce zaszedłem 15 minut przed czasem i pierwsze, co mi się w oczy rzuciło to niemal całkowity brak ludzi. Zawsze przed koncertami (jakimikolwiek) pod salą MOKiSu zbierał się pokaźnych rozmiarów tłum. Tym razem było pusto. Zakupiłem bilet i zobaczyłem… stoliki. Trochę mnie ten widok zmartwił, bo unplugged, bo akustyczny, bo stonowany, ale to nie wyklucza zabawy, pląsania i przytupywania.
Usiadłem w pierwszym stoliku. Rozejrzałem się. Pięć osób. Not good. Szybka herbata. Migdałowa. Czekając aż się zaparzy, zauważyłem krzątaninę koło reflektorów. Jeden z nich świecił zbyt intensywnie i topił niebieski odcień folii, która zmieniała jego barwę. Wymiana nic nie dała. Jasne światło przebijało przez osłaniacz.
Szybki rzut oka do tyłu – ludzi przybywało. Uff. Nie będzie żenującego wrażenia, że mieszkańcy mego miasta, gdzieś mają artystów oraz nie interesują się sztuką. Na dodatek pojawiały się przedstawicielki płci powszechnie uznawanej za piękniejszą, co wprawiło mnie w nastrój dużo lepszy. Wiadomo, na scenie muzyka gra, ale oko także miło na czym mieć zawiesić. Ach, ta wiosna.
Herbatka udająca migdałową wylądowała na mym stole, a na scenę wkroczyli w kolejności alfabetycznej Mateusz i Wojtek. Przywitali się i zaczęli.
To, co wyprawiał na scenie ten duet jest niemożliwe do opisania. Muzyka jako punkt wyjścia do zabawy i improwizacji. Wzajemne uzupełnianie i dopełnianie. Stonowana i liryczna rozmowa na w języku przekazującym same emocje. Bez zbędnych treści. Przepiękna mowa niewerbalna. Robiło niesamowite wrażenie.
Monologi pana Waglewskiego miały wiele uroku. Półsłówka i gesty wplatane w nieliczne, niestety, komentarze budowały szczególny rodzaj więzi i relacji pomiędzy nim – artystą a nami – słuchaczami. Szczególnie do gustu przypadło mi wytłumaczenie pomysłu na koncert WW i MM: “Ideą grania w duecie jest to, że każdy zespół chce, aby jego publiki było więcej, niż artystów na scenie… A w duecie jest to łatwiejsze”.
Repertuarowo było rewelacyjnie. Gdy poleciał mój ukochany refren, a połowa sali zawtórowała panu Wojtkowi śpiewając i mrucząc pod nosem „I stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było” to poczułem ciarki przebiegające po plecach. Niemalże pełen odlot. Po chwili zmieniłem sposób fazy i odpłynąłem wraz z „flotą zjednoczonych sił, próbującą pokonać Styksu wir”.
Naturalnie nie można nie wspomnieć o solowych popisach Mateo. Mateusz Pospieszalski śpiewał swym niesamowitym aborygeńskim głosem. A właściwie to trzema różnymi głosami. No i była też zabawa z publicznością, która powtarzała za nim te “yeah”, “oł jea” i wszelkie inne dziwy w różnych tonacjach o zmiennym rytmie.
Od całkowitego zatonięcia uratowała mnie przerwa, podczas której zauważyłem, że sala MOKiSu nabita jest do ostatniego miejsca, a część osób, nie mogąc wejść do środka, stoi przed wejściem.
Po chwili muzycy wrócili i czarowali dalej. Wrócili także na bis. Dwukrotnie! Spragniona ich dźwięków publiczność długo i głośno okazywała swój entuzjazm oraz wdzięczność. Zresztą całkowicie zasłużenie te wybuchy ukontentowania rozsadzały salę. Koncert był wprost fenomenalny. Ten duet to nie tylko kunszt, poziom zrozumienia wytworzony na scenie dzięki wielu chwilom wspólnego muzykowania, ale także, a może przede wszystkim, ogromne emocje oraz radość ze wspólnego grania i tworzenia. Pięknie było!
Wagiel i Mateo – 03.04.2004 – Oleśnica – Mokis