Metallica
maj 31, 2004
Przed opuszczeniem domu po raz prawie ostatni acz nie pierwszy sprawdziłem czy mam pieniądze, legitymację oraz bilet wsadzony w „Politykę” i wyruszyłem w kierunku dworca PKS namierzając przeszkody terenowe. Autobusem przerzuciłem się do Wrocławia, gdzie wymieniwszy gotówkę na kawałek papierka z napisem Breslau – Stalinogród czekałem na podstawienie pociągu jadącego w kierunku wschodnim. Było pusto. Aż się zdziwiłem, ale i ucieszyłem, że ścisku i tłoku jednak nie będzie. Siedzenie dalej, cztery osoby rozprawiały na temat koncertu. Coś tam burczeli na temat radości, jaka ich ogarnie, gdyby zagrali Some kind of monster. Aż mną zatelepało. Pomyślałem, że najwyżej zacisnę zęby i przeżyję jakoś utwory z płyty St. Anger. Przecież nie będę sobie psuł koncertu z powodu takiej błahostki jak porażka artystyczna wykonana na ostatnim albumie.
Nim pociąg ruszył, miejsce naprzeciw mnie zajęła pani z mężem i trójką bachorów. Dziewczynka non stop mnie kopała po nogach, a reszta dzieciaków darła gęby. Pomimo duchoty i stojącego powietrza, pani pozamykała wszystkie okna, bo „za bardzo wieje, a okno możecie sobie otworzyć jak nas już w pociągu nie będzie”. Szkoda jeno że wspaniała rodzinka jechała, aż do Opola. Na dodatek mieliśmy kilkunastu minutowy przestój w Oławie, gdzie poziom pyłków doprowadził mnie do tak wielkiego szmergania w nosie, że rozważałem możliwość zaprzestania oddychania.
Jednak od Opola Gł. było tylko lepiej. Rodzinka wysiadła, a na ich miejsce przyszła grupka jadących na koncert studentów polibudy wrocławskiej. Wyglądali na informatykę i okazało się, że jak wyglądają, to studiują. Spać mi się chciało, więc rozmowy z nimi za bardzo nie prowadziłem, lecz co jakiś czas wtrącałem jakieś słowo. Jako że czas potrzebny na pokonanie trasy ze Śląska na Śląsk (wszak wszyscy jesteśmy Ślązakami, nie?) długi nie jest, to nim się zorientowałem, pociąg powoli stawał na stacji. Wysiadłszy z niego od razu zobaczyłem kolegę, który czekał na mnie na peronie. Po szybkim przywitaniu ruszyliśmy do przodu.
Była 15:30.
Do godziny rozpoczęcia koncertu było sporo czasu, więc niespiesznym krokiem ruszyliśmy naprzód. Przechodząc przez hol dworca zaświtała mi żarówka kup bilet powrotny, lecz stwierdziwszy, że po koncercie będę miał całkiem sporo czasu, zrezygnowałem z tego zamiaru.
Jako że to był mój drugi raz w pięknym mieście hut i kominów, niczego nie rozpoznawałem, to i powiedziałem koledze, że bym na pewno się bez niego zgubił. Ale po chwili marszu namierzyłem znany mi budynek. Spodek wisiał nad gruntem. Przez chwilę wydawało mi się, że to on wytwarza hałas wokół, ale był to remont ronda. Ot, jak Polska długa i szeroka remontuje się wszędzie tak samo głośno, tak samo wolno i tak samo w porach największego natężenia ruchu.
Wepchawszy się do tramwaju, nabitego jak pociąg na Woodstock, ruszyliśmy wraz z mnóstwem osób, w kierunku Chorzowa. Droga w miarę szybko zleciała, choć na pewno nie było to co chwilę powtarzanego żartu brzmiącego mniej więcej tak: „Ty, a ci wszyscy ludzie wokół to gdzie jadą? Jakiś koncert jest dzisiaj czy co?” . Naturalnie nie muszę dodawać, że pytanie było zadawane przez osobników w koszulce Metallica oraz trzymających coś kurczowo w zębach tudzież w łapce.
Po miłej przejażdżce namierzywszy kierunek w którym znajdował się sklepik osiedlowy (ukryty wśród blokowisk), ruszyliśmy w jego stronę. Ujrzeliśmy kolejkę, spowodowaną faktem, iż na bramce stała pani, która reglamentowała wejście. Stojąc i patrząc na sklepową w fartuchu spożywczym, czułem się jak w innej epoce. W sumie ta cała akcja była w miarę logiczna, bo jakby wszyscy wleźli na raz, to część osób mogłaby ulec pokusie zapieprzenia czegoś. A tak… po prostu trzeba było czekać, aż pani na bramce łaskawie skinie ręką i wpuści po piwo, które spożyliśmy na trawce w cieniu.
Akurat po jednym piwoczasie (czyli jednostce czasu jaka jest potrzebna spożycie jednego piwa) ktoś powiedział, że zaraz zacznie grać Vader. Sprawdziłem po raz 10 tego dnia czy mam jeszcze bilet i ruszyłem wraz ze znajomym do bramki. Przed wejściem leżały setki butelek z napoczętym piciem. Na bramce przeszukała mnie pani. Miła odmiana po bysiorach, którzy zwykle z głupimi uśmiechami łapią za nogawki szukając tam bomb neutronowych tudzież sprzętu rejestrującego. Nieopodal mnie stał jakiś facet, który klął niemiłosiernie. Musiał oddać swój aparat w depozyt. Tak, byłem już pewny. To JEST koncert Metallicki.
Przy wchodzeniu na płytę, sprawdzano drugi raz bilety. Jeszcze tylko tunel i mym oczom ukazał się tłum osób, które stały, siedziały i leżały. Normalnie piknik. Trybuny były puste. Jako że ludzie stali jeszcze luźno, to dość szybko dobrnęliśmy do… barierek. Jako że był to pierwszy mój koncert na stadionie, to się lekko zdziwiłem. Został wydzielony sektor pod sceną, w którym było naprawdę luźno. Ludzie tam będący zostali oznakowani opaskami i kisili się po sceną. Heh! Na początku nic nie zapowiadało, że nienawiść do tych osób, po mojej stronie barierek będzie taka duża.
Z zainteresowaniem zacząłem oglądać stadion. Miejsca dużo. Zauważyłem, niestety, tylko jedno wyjście, co zapowiadało ścisk i długą przepychankę podczas ewakuacji na pociąg. Murawa została przykryta i zabezpieczona przed stratowaniem przez złych metali, co to na koncert przyjechali. Popatrzyłem jeszcze sobie uważnie na tył. Reflektory, wieża, konsoleta. Wyglądało poważnie.
Ale i scena przedstawiała się imponująco. Duża, z podwyższeniem, wielką ilością świateł i 4 miejscami na rzuty z telebimów. Było dobrze. Dopiero po chwili zorientowałem się, że scena jest jednak za nisko. Musiałem mocno wyciągać głowę, żeby wszystko dobrze widzieć, a taka pozycja była mało wygodna. Z pewną zazdrością zerkałem na nielicznych osobników, którzy górowali nad resztą mogąc bez przeszkód rozglądać się wokół.
Ludzie cały czas wchodzili i cały czas się upychali. Słońce mocno grzało w plecy. A na scenie nic się nie działo. I nie działo. I nie działo. Aż w końcu usłyszeliśmy vaderowe intro i zaczęło się.
Koncert był… średni. Ale to głównie pewnie dlatego, że zagrali króciutko. Kilka kawałków w tym Epitaph i Wings. Jakieś światła błyskały, ale ze względu na jasność (koncert zaczął się około 18) nic prawie nie było widać. Piter powiedział, że to zaszczyt grać przed takimi kapelami.
Występ ten przypominał raczej supporcik niż support. Za krótko to było. I nawet krzyczane przez publikę VADER nie pomogło nic, bo niemal od razu po zejściu ze sceny muzyków, techniczni rozebrali sprzęt na którym grał Piter i spółka i zaczęli wnosić Slipknotowe grajła.
Ustawianie sprzętu trwało ze dwa razy dłużej niż występ Vadera. Potem było czekanie w grzejącym słońcu. Zniecierpliwienie ogarniało powoli wszystkich. Wnoszenie tego wszystkie przeciągało się niemiłosiernie i powoli szlag mnie tam trafiał. Bo przypominać to zaczynało działania wojenne. Najpierw na łeb na szyję biegnie się, by zająć dobrą pozycję, a potem czekać trzeba na ruch przeciwnika. Ale atmosfera w tłumie była w miarę miła. Powstawały chwilowe znajomości. Można była porozmawiać z ludźmi. Gdyby tylko nie ten gorąc.
Ale powoli czas leciał. Stojąc tam, wśród tłumu, o suchym pysku zastanawiałem się nad ewakuacją, żeby pogujący metale nie stratowali mnie przy niu metalowej kapeli. Jednak postanowiłem zostać, bo udało mi się wejść na swego rodzaju podwyższenie. Jakieś kable biegnące do sceny były zabezpieczone czymś w rodzaju korytarzyka. Na tym właśnie próbowałem zająć jakąś stabilną pozycje. Naturalnie nie ja jeden na to wpadłem.
W tym czasie część ludzi obróciła się w prawo. Burczący i lecący nisko samolot miał przyczepioną płachtą, na której widniała reklama Najtłiszowej płyty Once. Ot taka ciekawostka.
I nagle dziwne dźwięki zaczęły dobiegać z głośników. „Intro Slipknota” pomyślałem i nie pomyliłem się. Ludzie zaczęli gwizdać i klaskać. Rozległy się krzyki SLIPKNOT. Po chwili wyłonili się z przejściach panowie w maskach. Jako że ich twórczość znam bardzo pobieżnie to uda mi się wymienić tylko część utworów jakie znam; Spit it out, Duality, People = Shit, Wait and bleed, The Heretic Anthem. I muzycznie nie było źle. Zdziwiłem się bardzo, bo miejscami mi się podobało. A byłem wszak nastawiony raczej negatywnie. Co prawda nie całość, ale kilka momentów było niezłych. Dobre wrażenie zrobiła na mnie perkusja. Mocnym momentem były także dwa werble w utworze The Blister exists
Osobnym akapitem należy wyróżnić show sceniczny. Mnie tego typu zabawy nie rajcują, ale widać było, że to co wyczyniają panowie z SP podchodzi zdecydowanej większości publiczności. Na scenie działo się wiele, a to przekładało się na dodatkowe parę stopni wśród publiczności. Co jakiś czas odkręcone butelki z wodą lądowały w rozgrzanym tłumie. Także pokaźna ilość pałeczek zmieniła właściciela. Walenie w kotły miało różne oblicze; ze zmianą miejsc podczas utworów, z naprzemiennym uderzaniem, z równoczesnym w jeden, skakaniem po kotle, bujaniem się na kotle i cholera wie co jeszcze. Nie wiem czy choreografia jest ustalana wcześniej, ale ciekawie to wyglądało.
Jednak w moim przekonaniu show jest, ale miejscami brak muzyki. Przede wszystkim nie słychać, że jest ich dziewięciu na scenie. Przy takiej pokaźnej ilości osób powinno być cosik więcej dźwięków. A tu raczej tego nie ma.
Wokalista, krzyczący ze sceny „zajebiście”, przywiódł mi na myśl Michała Wiśniewskiego. I nawet ten sam kolor włosów mają.
Ciekawym patentem było także poproszenie publiczności o położenie się na chwilę, co ona w większości uczyniła (ja jako nonkonformistyczna jednostka o silnych bodźcach przekory uczynić tego naturalnie nie mogłem), a następnie wyskoczenie w górę w odpowiednim momencie. W każdym razie jak na komendę (która w istocie wszak padła) niemalże cała publiczność zaległa i tylko pojedynczy ludzie stali niczym niepowalone drzewa po przejściu huraganu przez las. Jednak i tym razem odbyło się bez bisu. Chłopcy zwinęli się i zaczęto ustawiać sprzęt zespołu, na który wszyscy czekali. Długo czekali. I jeszcze mieli poczekać…
Czas uciekał. Powoli się ściemniało, a i Słońce przestało przysmażać. Część ludzi wycofała się, dzięki czemu ruszyłem do przodu podchodząc niemal do samych barierek. Jednak nie tylko ja wpadłem na ten pomysł. Gros ludzi napierał na nas, przez co dwukrotnie obejrzałem murawę stadionu z odległości kilku centymetrów. Powoli nogi zaczynały mi drętwieć; czterogodzinne stanie mogło wymęczyć najtrwadszego zawodnika. Plecak obijał się boleśnie o plecy, a kręgosłup wołał o ratunek z Niebios bądź Otchłani. Jednak ani jedno ani drugie nie chciało mi pomóc, przez co ciężar plecaka przerzucić musiałem na przód. Uff! Chwilowa ulga. Interwencja sił wyższych powstrzymana.
Na 4 ekranach ukazał się krótki film zapowiadający koncert. Rozpoczęło się nerwowe odliczanie.
Ochroniarze wbrew naszym prośbom o przepuszczenie przez barierki, by ciut bardziej napełnić sektor podscenowy (Ej! Kurwa! Wpuście nas tam!) nie dali się przekonać. Dopiero milsze prośby ( Ej! Kurwa w duoę mać! Dajcie wody, bo ludzie mdleją) przekonały ich do postąpienia tak jak Pismo rzecze czyli napojenia spragnionych. Kranówa bo kranówa, ale pragnienia chwilowo gasiła. Ustawiłem się wśród autochtonów ,przez co miałem chwilowe problemy ze zrozumieniem, co mówią. Gwara gwarą jednak po pewnym czasie zaczęli śpiewać. Poszły klasyczne przeboje koncertowe jak: „Czterej pancerni”, „Szła dzieweczka do laseczka”, „Domowe przedszkole”, „Bogurodzica” czy też “Pan Jezus już się zbliża, już puka do mych drzwi”. Ktoś nawet krzyknął znane wszystkim ‘kurwa mać. Ile mamy stać’, ale nikt nie kontynuował, więc krzyk ten szybko zginął. Ja zacząłem krzyczeć “Kazik grać”… i o dziwo kilka osób zaczęło krzyczeć wraz ze mną. Reszta rechotała na boku. Jedna osoba wraz z dużą ilością jadu i nieogarniętą dawką frustracji powiedziała “Niech i Kazik, ale, kurwać mać, niech wreszcie zaczną!”
Nawiązawszy dialog z jednym górnoślązakiem wymieniliśmy się opiniami o naszych miastach, a gdy dowiedział się, że jestem z Wrocławia (ciutkę nagiąłem prawdę), powiedział, że Breslau to najlepsze miejsce w Polsce. Miło się gawędziło i oderwało mnie to od męczącego oczekiwania, jednak cały czas bacznie obserwowałem scenę.
Śmieszny był też epizod, w którym jedna dziewczyna z wydzielonego sektora zaczęła się nieco wyśmiewać z nas – ludzi tłoczących się pod barierkami. Chóralne „pokaż cycki!” szybko ją speszyło i przestała być taka cwana. Krzywo się uśmiechnąłem. Nienawiść po naszej stronie barierek rosła.
W pewnym momencie czterech panów wlazło po linkowej drabince na rusztowania, gdzie zasiedli, by operować czterema źródłami światła. Kamerzyści zaczęli krążyć po scenie, a reszta technicznych ganiała wokół. Chaos i pandemonium nie mniejsze niż w tłumie. Wiadomo było, że M poczeka aż się ciut ściemni, żeby światełka i fireworksy mogły być doskonale widoczne.
I gdy ludzi ogarniał już marazm, a „kurwy” zaczęły soczyście lecieć w kierunku sceny równie często jak zdanie „Cholerni gwiazdorzy”, zaczęło się. Na ekranach się ruszyło, a z głośników poszło Ectasy of gold. To na co czekał cały stadion rozpoczęło się. Metallica grała koncert. Ludzie wiwatowali, krzyczeli, gwizdali, klaskali i szaleli. Naprawdę niesamowite uczucie. Setlista wyglądała następująco: 1. Blackened 2. Fuel 3. The Four Horsemen 4. Fade To Black 5. Frantic 6. King Nothing 7. No Leaf Clover 8. St. Anger 9. Sad But True 10. Creeping Death 11. Battery 12. Wherever I May Roam 13. Nothing Else Matters 14. Master of Puppets 15. One 16. Enter Sandman 17. Dyers Eve 18. Seek And Destroy
Niestety zagrane zostały aż dwa kawałki z albumu St. Anger. Spodziewałem się tego, ale… miałem cichą nadzieję, że nie będzie nic.
Podczas koncertu zabrzmiały one tak samo niemal jak na płycie, więc nic specjalnego ani porywającego. Niby coś tam dodane, ale tak naprawdę wrażenie pozostało takie samo. Miałkość i nuda.
Jednak pozostałe kawałki to już old shit Metallica; Fuel wśród płomieni czy też One przy wybuchach petard i sztucznych ogni. I ta gra świateł gdy widać tylko sylwetkę Jamesa, z delikatnie rzuconym na niego fioletowym refleksem. Przy Landmine – wybuch. Ciarki na plecach mnie przechodziły i naprawdę ciężko mi było uwierzyć, że oto jestem na koncercie Metallicki.
I podczas Creeeping death jak wraz ze wszystkimi krzyczałem; DIE! DIE! DIE!.
I jeszcze ten S&Menowy początek z No leaf clover po którym weszła właściwa część utwory. Że o Master of Puppets i Battery nie wspomnę. Coś pięknego.
I było “Sza”!!! To takie fajne “Sza!”, na które zwrócił mi uwagę kolega. To które słychać tylko na Symfonicznej…
Zaprawdę ciężko to wszystko opisać.
Kirk trzaskał solówki, Lars szalał, Robert ganiał z gitarą a James gadał z publiką. Naprawdę wydał się być zaskoczony znajomością nie tylko tekstów, ale i języka angielskiego. Choć raczi liczenie do dziesięciu to nie jest jakaś wielce skomplikowana umiejętność. Ale i tak najzabawniej było jak Hetfield krzyknął “Jazda!”.
Tylko te przerwy. Wydaje mi się, że było one takie długie, żeby Lars mógł odsapnąć, bo napieprzał z taką energią, że momentami bałem się o jego pikawę. Czasami było to nieco na wyrost; bo nie rozumiem, po co jest podwójna stopa pod koniec Fade to black. Tylko solówkę zagłuszała…
James dawał dość długie partie tekstu do śpiewania przez co zdarłem sobie gardło Ale nie żałuję. I powątpiewam czy jest takich kilku, którzy żałują… Szkoda że nie było klasyka – For whom the bell tolls. Ech! Nie można mieć wszystkiego… rajt?
No i po Seek & Destroy nastąpił koniec. Robert powiedział Dziękujemy bardzo a Kirk Na zdrowie!, za co dostali gromkie brawa. Zresztą publiczność po każdym kawałku klaskała i skandowała METALLICA!. Metallica loves You. Tak powiedział James na koniec. Ale chyba i ja wtedy kochałem Metallickę. Dziwnie to brzmi odnośnie takich przechodzonych rockmenów, ale faktyczny poziom emocji na Stadionie był naprawdę wysoki. Widać było że wiele osób czekało na tę chwilę długi czas. Czekali na ten koncert.Może dziwnie to zdanie zabrzmi, ale… wychodząc, zorientowałem się, że nie czuję nóg. Jak to możliwe, że bez nóg szedłem? Otóż dopiero marsz jakoś je przywrócił do życia i nie przypominały już kawałka drewna służącego do „grania, nie do zabijania”. Idąc przed wejście przypomniałem sobie o setkach butelek z piciem, które przeleżały cały koncert, porzucone przez właścicieli oczekiwały nadejścia lepszych czasów. Lepsze czasy przyszły już – tysiące spragnionych osób rzuciło się do odgrzebywania kolejnych dziesiątek plastikowych butelek, w których obiecująco pluskała różnoraka zawartość. Pragnienie i mi dało o sobie znać, więc i ja napiłem się jakichś żółtych sików z Helenki czy czegoś takiego.
Czekałem na kolegę w punkcie zbornym czyli pod tojtojami. Niestety oczekiwanie nie przyniosło wymiernego rezultatu. Czekał mnie powrót do Katowic. Miałem mało czasu, a szansę na dostanie się do tramwaju graniczyły z cudem. Na cud nie zamierzałem liczyć, więc niemal biegiem pokonałem dystans dzielący mnie do stacji PKP Katowice. Naturalnie przy wsparciu osób, które co jakiś czas częstowały mnie czymś do picia. Bez tego wspomagacza sczezłbym po kilkunastu minutach.
Przy wejściu do głównego holu dworca przypomniała mi się żarówka, jaka zaświeciła się w tym samym miejscu parę godzin temu. Kupowanie biletu. No tak! Kolejka taka jebitna, że stania na godzinę. Stałem… 2 godziny, bo okienko do którego powoli się przesuwałem, zostało zamknięte na 4 osoby przede mną. Pociąg 2:35 podjechał punktualnie. Peron pełny. Ludzi tłum. Skład krótki. O ile przyjazd był pis of kejk, to wyjazd przypominał bardziej ucieczkę z twierdzy albo Przystanek Woodstock.
Ale na szczęście doczepiono jeszcze wagony, więc mogłem się położyć koło POM (Punkt Oddawania Moczu). Oczywiście podkurczając nogi i zachwycając się wonią dobywającą się z toalety najlepszych kolei w Polsce.
Chwilę jeszcze porozmawiałem z ludźmi z Lub(l)ina, z którymi zawarłem tymczasową znajomość po czym postanowiłem zregenerować siły.
Przez opóźnienie pociągu musiałem czekać ponad godzinę na dalszy transport do Oleśnicy. Przypomniawszy sobie, że od 20 godzin nic nie jadłem, wpieprzyłem 4 pączki oraz pitę. Popiłem to kolejnym zdrowym junk foodem i nabyłem także „Imię róży” wraz z Wybiórczą.
Po czasie pewnym, który upłynął równie szybko jak bieg ślimaka na 100 metrów, wsiadłem do pojazdu PKP. W przedziale siedział koncertowicz. Zamieniliśmy parę zdań i posnęliśmy. Dobrze że konduktor sprawdzał bilety, bo bym się w Częstochowie obudził. Wymiętoszony, zmęczony, zmarznięty, ogłuszony, z dzwonkami w uszach, z problemami z mówieniem, przepocony, spragniony i głodny, ale jednak usatysfakcjonowany wracałem powoli do domu człapiąc i powłócząc nogami. Yep, wróciłem z koncertu.
Metallica – 31.05.2004. – Chorzów – Stadion Śląski
Filed in Chorzów, Koncert, Stadion Śląski
Tags: Madly In Anger With You World Tour, Metallica, Slipknot, Vader