Sidney Polak
sierpień 22, 2004
Plakaty z napisem Sidney Polak zobaczyłem w piątek po południu i zastanawiałem się czy to nie błąd, bo jego występ nakładał mi się czasowo z Bielawą. Na szczęście, oba przedsięwzięcia pokrywały się tylko w mej świadomości. Spacerek mijał miło do czasu zerknięcia na plakat. Napisane jak byk „ Koncert – godzina 20:00”. Do tej pory byłem przekonany, że koncert miał się zacząć o 21. O siebie się nie martwiłem, lecz robiąc reklamę temu koncertu (temu misiu?) informował wszem i wobec, że rozpocznie się właśnie o dziewiątej. Machnąłem ręką, rozgrzeszyłem się w myślach i postanowiłem wejść szybciej, co by zająć dobre miejsce i kupić bilet. Sytuacja po chwili okazała się być dość zabawna; bilety są, ale wejść nie można – trzeba czekać. Byłem uratowany. Znajomi zdążą się spóźnić na czas.
No cóż, gwiazda się peszy i nie można jej przeszkadzać. Zapłaciłem zawrotną sumę dziewięciu złotych i z zainteresowaniem przyjrzałem się biletowi, który nie odpowiadał moim oczekiwaniom. Znaczy nie dość, że była napisana nie ta data, to na dodatek artysta także był przeinaczony. Ale jak się okazało za chwilę, była to specyficzna forma reklamy imprezy przyszłej.
Jako że była to pierwsza wizyta w klubie „Droga do Mekki” to z uwagą i ciekawością rozglądałem się po okolicy, zastanawiając się jednocześnie nad najlepszym rozwiązaniem taktycznym. Sceny brak. Klimatyzacja albo nie wyrabiała albo nie istniała. Duszno, tłoczno i przytulnie. O ile liczba osób, nie przekroczy punktu krytycznego, będzie dobrze. Postanowiłem nie martwić się na zapas – przytulna i chłodna toaleta zachęcała cichym szumem lejącej się wody do wejścia.
Z głośników muzyka leciała i leciała, lecz nic się nie działo. Znaczy nie do końca nic, bo jakbym był 15 letnia fanką znanych-postaci-z-radia-i-Tv to bym nie mógł oderwać oczu od ściany czy raczej białej płachty oddzielającej nas – szaraczków od nich – celebritów. Co chwilę można było podziwiać sylwetkę pana Sidneya wraz z charakterystycznym fryzem. Po chwili dłuższej na scenie (a raczej wśród instrumentów rozstawionych tuż przed naszymi nosami) zaczęła się kotłowanina i ruszyli do boju.
Publiczność niemrawa, spokojna i cicha. Aż lekki wstyd, że Wrocław, że kultura, że studenty, że zabawa, a tutaj nic się nie dzieje – Katolicki Uniwersytet Lubelski wydział teologii.
Lecz na scenie… ho ho ho, żywiołak, co to ktoś go mianował Polak; skakał, miotał się i szalał nieomal cały czas. Z utworu na utwór było co raz milej, fajniej, ciekawiej i gorącej. Pot się lał ze wszystkich i po dwakroć. Po 20 minutach czułem się jakbym w ubraniu wlazł do Odry. Tyle że nie wyrosła mi druga głowa, trzecia ręka, ani pierwsze skrzela – no i fetor pewnie był mniejszy.
Spodziewałem się, że klimat muzyczny będzie ciut inny niż na płycie. Dlatego bałem się rozczarowania. Lecz na szczęście, dla Sidneya oczywiście, stało się inaczej. Mimo że było odmiennie nie znaczy że gorzej. Trzema numerami, które w ziemię wbiły i zdecydowały o tym, że ten koncert stał się absolutnie świetny i wyjątkowy zostały:
- Chorwat – niesamowita energia i czad w skoncentrowanej formie, które lecą wspólnie lotem koszącym od pierwszego do ostatniego dźwięku;
- Ragga-rap – noga sama się tuptała, a tyłek odrywał się ziemi;
- Chomiczówka – podczas tego utworu na telebimie leciały ciekawie pomontowane ze sobą zdjęcia. Dobrze się to ze sobą komponowało i współtworzyło jakiś taki obraz sentymentalnego powrotu do dzieciństwa.
Koncert zakończył się bez udziału perkusisty, który musiał się udać w kierunku PKP. Wreszcie końcowe słowa Sidneya brzmiały „Uważajcie na siebie”. Miłe. Ale powiedziane tak nagle i z dość kategorycznym stwierdzeniem „Więcej nie gram”, co już tak miłe nie było i wprowadziło leciutki dysonans.
Bardzo pozytywne odczucia i bardzo miło spędzony czas. Nie żałuję ani chwili. I po raz kolejny mam dość banalne spostrzeżenie, że o ile nie ma zbyt dużo ludzi, to małe kluby bardzo mi się podobają na koncertowanie. Inna jest relacja między artystą a publiką. Wiem, że to raczej banalna myśl, ale takie wnioski mnie nachodzą po tak sympatycznych występach w stosunkowo kameralnej atmosferze.
Warta odnotowania była jeszcze próba wciągnięcia w zabawę publiczności. Zresztą widać było, że Sidney Polak nieźle czuję się jako frontman i wyraźną frajdę sprawia mu bycie pierwszoplanową postacią.
Lekkim minusem całego występu był czas trwania. Znaczy, nie że za długo i nikt nie dawał rady, tylko za krótko i zbyt przewidywalnie. Szczególnie wyraźnie rzucało się to wszystkim tym, a takich była zdecydowana większość, którzy płytę znali. Zaskoczeń żadnych. Artysta usprawiedliwiony jednak jest do pewnego stopnia ze względu na oczywistość w postaci posiadania tylko jednego wydanego albumu. Ciężko zaskakiwać jeśli materiałowo ma się mocno ograniczony zasób muzyczny.
Są to tylko subtelności, które ogólnego wizerunku nie zburzą. Koncert był świetny, ciekawy i energetyczny. Dawno się tak nie wyszalałem i życzyć jedynie mogę dalszych koncertów i występów przy ukontentowanej tym faktem publiczności.
Sidney Polak – 22.08.2004 – Wrocław – Droga do Mekki