Juwenalia part 2

maj 11, 2006

Na drugi dzień koncertowego święta studentów wybrałem czwartek. Skład był ciekawy, acz nierzucający na kolana. Według mej własnej hierarchii szło tak (od najważniejszego): Lao Che, Sidney Polak, Wu-Hae oraz Piersi z Kukizem. Nastawiłem się raczej na wykorzystanie dużych możliwości mocy nagłośnienia przy pewnej perspektywie odbioru. Innymi słowy występ postanowiłem oglądać zza płotu nie płacąc za wejście. Co ciekawe, zdecydowana większość studentów zrobiła tak jak ja. Skutki tego procederu opiszę poniżej.

Anyway, idąc powoli w kierunku zielonych łąk dosłyszałem plumkanie basu oraz uderzenia werbla. Byłem spóźniony. Zbliżając się do celu ze smutkiem wykoncypowałem, że nie tylko przegapiłem Wu-Hae, ale i uciekają mi kolejne minuty występu Lao Che. Przyspieszyłem kroku i poszukałem strategicznego miejsca do odbioru muzyki.

Wyjątkowo dobrą pozycją na oglądanie sceny i słuchanie dźwięków był wał przylegający do pustego basenu, który to basen (jak i wał także) znajdował się paręnaście metrów od płotu okalającego Pola Marsowe. Gratulując sobie genialnego wyboru, usiadłem wśród tłumu osób, z których zdecydowana mniejszość poświęcała chociaż część uwagi koncertowi Lao Che.

Co wam powiem, to wam powiem, ale wam powiem… Było ciepło. Nawet cień rzucany przez otaczające mnie drzewa nie był w stanie zapobiec inwazji promieni słonecznych. Upał dawał się we znaki także nielicznej publiczności pod sceną, która to publiczność próbowała wykrzesać z siebie jakąś energię. Z mojej perspektywy wyglądało to raczej na emeryten party niż studenckie święto, ale być może tumany kurzu kotłujące się w okolicach sceny rozmyły mi perspektywę odbioru wrażeń wizualnych.
Nie wiem czy podyktowane to było wczesną godziną, upałem, ilością koncertów, perspektywą zajęć w dniu następnym, czy też brakiem nawisu inflacyjnego ale przed sceną była jedynie garstka osób.

Z mojego punktu widzenia, siedzącego w cieniu drzew malkontenta, którego perspektywa była nieco oddalona, koncert niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zagrali, zabisowali (nawet dwukrotnie) i zeszli ślicznie dziękując nielicznym słuchaczom.

I wtedy pod sceną zrobiło się pusto. Długie czekanie, przerwane konkursami oraz podziękowaniami dla sponsorów, rozleniwiło całe audytorium, które schroniło się w cieniu parasoli piwnych i rozpoczęło radosną konsumpcję. Zapowiedziany Sidney Polak nie pojawiał się. Nie pojawiał i nie pojawiał… Poszła plotka, jakoby nie miał zamiaru grać do nieobecnej publiczności. A publiczność czekała, aż zacznie grać, żeby nie prażyć się nonsensownie na Słońcu. Pat.

Po godzinnym oczekiwaniu na ruch z którejś strony, przekląłem, kopnąłem leżącą nieopodal puszkę, spytałem która godzina i poszedłem w diabły. Na dodatek dopiero po chwili zorientowałem się, że odór, który jakiś czas temu mnie niezauważony otoczył, nie był naturalnym swądem zalegającym we Wrocławiu, jeno zapachem jednorazowego grilla, który robi ostatnimi czasy furorę. Szczególnie wśród studentów polibudy. Wychodząc z tego smrodu poczułem się, jakbym opuszczał okolice Piły, zostawiając za sobą imperium byłego senatora Henryka Stokłosy. Oddech pełną piersią pozwolił mi nabrać nieco energii i ruszyć w powrotną podróż.

„Idź pan w chuj z takimi Juwenaliami, co nic wspólnego nie mają z fajnymi koncertami!”
Juwenalia – 11.05.2006 – Wrocław – Pola Marsowe

Leave a Reply