Kult w Kluczborku

czerwiec 22, 2007

Od dawna czekałam na ten koncert. Co prawda odległość od mojego miasta do Kluczborka jest całkiem spora i na dodatek wiedziałam, że jeśli nie uda mi się kogoś namówić, to nie ma szans na dojazd i powrót. No, chyba że spędziłabym jednak noc na jakiejś dyskotece. Tyle że na forum Najlepsze dyskoteki w Polsce o Kluczborku nikt nic nie wiedział. W Opolu istnieją ciekawe. W Namysłowie jest Tabu. Są podobno jeszcze plany, aby zbudować opolską wersję Manieczek, ale tymczasem, borem lasem, to tylko plany. Jednak na moje szczęście dwie koleżanki poważnie się nad wyjazdem zastanawiały.

Co prawda one lekko nieobyte na tego typu dużych imprezach, jak same przyznały ich największym osiągnięciem była dyskoteka w Ligocie Wierzchniej, na którą specjalne sprowadzono ochroniarzy z wrocławskich klubów i rezydenta diżeja z Bierutowa, ale udało się je w końcu przekonać. Zapakowawszy się w samochód, włączywszy muzyczkę nastrajającą odpowiednio do koncertu, ruszyłyśmy w kierunku Kluczborka. Niestety żadna z nas nie pomyślała o mapie, a na dokładkę zaczynał padać deszcz. Poważnie zaczęłyśmy się martwić o nasz makijaż. Na dodatek nie wzięłam stanika, więc ewentualny deszcz znacząco wpłynąłby na prześwitywanie niektórych części ciała w okolicach klatki piersiowej.

Na całe szczęście, gdy dojechałyśmy na miejsce, i to bez większych problemów!, zaparkowałyśmy nieopodal sceny, nieco się rozchmurzyło. Naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Nie tylko małe lecz jakże wesołe Wesołe Miasteczko, lecz także namiot z parkietem do tańczenia i stragany z watą cukrową, orzeszkami, przekąskami i innymi smakołykami, które w takiej ilości widziałam ostatnio na odpuście we Wszechświętych. Bo nawet ostatnie dożynki gminne w Boguszycach nie mogły się równać z tym bogactwem. Tenna, jedna z koleżanek, aż podskoczyła z radości, a Wisience zaświeciły się oczy. Jednak po chwili przeżyłyśmy momenty grozy. Cała stada latających żyjątek rzuciły się w naszą stronę. Bzycząc, pofurkując i wyglądając przeohydnie sprawiały wrażenie wyrwanych z mojego najgorszego koszmaru. Jeden wczepił się w moje blond pasemka. Zachwiałam się na moich obcasach, ale na szczęście Tenna szybko unieszkodliwiła go różową parasolką.

Jakaś pani wręczyła nam program imprez związanych z Dniami Kluczborka. Nie zerknąwszy nawet, schowałam go do mojej torebeczki, z której wyciągnęłam lusterko i poprawiłam różowy cień wokół oczu. Prześliczny chłopak, ubrany w białą koszulkę i włosami postawionymi na żel, z kluczykami od BMW, patrzył w moją stroną. Zbliżała się godzina 21. Uśmiechnęłam się do niego i widać było, że ma zamiar podejść, kiedy do moich wrażliwych uszu dobiegły dziwne dźwięki ze sceny…

Nie spodziewałam się tego, ale mieszkając przez tyle lat obok sąsiada słuchającego głupiej muzyki, przywykłam nieco do tego typu wibracji. Na moje nieszczęście właściciel kluczyków od BMW, nie był w stanie tego wytrzymać. Dosłownie po 10 sekundach widać było, jak ucieka. Żeby tego było mało dziwnie wyglądający ludzie, z dreadami, ubrani na czarno, w grubych spodniach i w ciemnych koszulkach, zaczęli przesuwać się w kierunku sceny, co jakiś czas mnie potrącając. Na dodatek lekko się rozpadało, więc uciekłyśmy szybko pod namiot.

Zespół ze sceny pozdrowił publiczność, przedstawił się jako przedstawiciel reggae root z Piły, po czym zagrał. Monotonna muzyka płynęła z głośników. Mając w pamięci niektóre z utworów puszczanych przez nawiedzonego sąsiada, powiedzieć muszę z niechęcią, że zdecydowanie bardziej wolałam to, co on zwykł puszczać. Tam czuć było jakąś energię i pomysł. Tutaj była nuda i w kółko to samo. Jednostajny i dość monotonny rytm, niczym niewyróżniający głos wokalisty, który momentami brzmiał, jakby był kaznodzieją bądź gospelowym chórzystą, wprowadził mnie w lekki stan odrętwienia trwający nieomal całą godzinę. Męczące doświadczenie, ale czegóż się nie robi dla ukochanego artysty.

Po zakończonym występie zespołu Jafia Namuel na scenie się zakotłowało. Widać było, że wszyscy oczekują w napięciu na gwiazdę wieczoru. Z koleżankami zaczęłyśmy cichutko nucić Dziewczyny lubią brąz. Już za chwilkę, już za momencik, po 1,5 godzinnym opóźnieniu i jakże długim oczekiwaniu, na scenie miał się pojawić muzyk, którego na pewno z utęsknieniem wypatrywali wszyscy kluczborczanie. Pod sceną było coraz więcej ludzi, a na scenie pojawił się konferansjer, który zapowiedział… Kult!

Ze strachem popatrzyłam na koleżanki. Pospiesznie wyciągnęłam program Dni Kluczborka i aż oczy przetarłam ze zdumienia. Rysiu Rynkowski miał być dopiero jutro. A dzisiaj, jako gwiazda wieczoru, miał zagrać nieznany mi bliżej zespół Kult. Jęk zawodu wydarł się z mojego gardła. Na prawo ode mnie stał dość dziwnie wyglądający osobnik, w koszulce z napisem Kasta Pianistów. Jego szeroki uśmiech kontrastował z moim pochmurnym nastrojem. Rzuciłam ciche „kurwa”, w myślach przygotowałam sobie treść postu na forum Ryszarda Rynkowskiego, na którym mnie tak bezczelnie wprowadzili w błąd i wraz z koleżankami opuściłam to nieprzyjemne miejsce.

 

Koncert rozpoczął się ze sporym opóźnieniem, za które Kazik przeprosił, mimo iż… nie wynikło ono z winy zespołu. Dość długo się jednak ustawiali i nie mogli dojść do ładu z kablami. Zresztą podczas jednego z utworów wokaliście zdechł mikrofon i musieli zaczynać utwór od początku. Playlista standardowa dość, bez żadnych nowości z NPK. Cieszy natomiast obecność Tana, Kasty Pianistów oraz propisowego Pana Waldka (piosenka, która ma już 15 lat). Zgadam się z tymi marudami, którzy nazywają mnie marudami, że wersja koncertowa utworu Bracia brzmi naprawdę mocno. Ten kawałek wyrasta na numero due z Pindy. Zagrali pełny set, bez żadnych pół gwizdków. Pan Wokalista w dobrych humorze, zdarzyło mu się coś zagaić do publiki (na przykład staaaaara opowieść o płockiej dziewczynie).

Dość dziwne było proscenium. Wchodziło się pod barierki pod górkę, więc wszelkie karkołomne ewolucje były utrudnione. Zjeżdżało się stamtąd dość szybko przez co próby pływackie kończyły się przeważnie katastrofą. Tłoku nie było, ale niektóre osobniki w publiczności zachowywały się skandalicznie. Szczególnie jeden typ, stojący sztywno tuż pod sceną, którego od czasu do czasu ktoś potrącał, wyżywał się dźgając łokciami i mocno odpychając innych. Także dziewczyny.

Nie wiem, na jakich prochach Kult ostatnio jedzie, ale muszę poprosić ich farmaceutę, aby nie przestawał im tego podawać. Wszyscy pełni energii i z uśmiechami od ucha do ucha. Naturalnie wszyscy poza Grudą, który, jak to określił mój kolega, wygląda, jakby siedział tam za karę.

Mimo iż sprzęt wyglądał na leciwy i pomimo początkowych problemów technicznych, wszystko było słychać naprawdę bardzo dobrze. Nawet Gruda, który przeważnie gubi się wśród ściany dźwięku. Tylko jak zwykle Morawiec i jego gitara za cicho. Zagłuszony przez pluton egzekucyjny dęciaków brzmi, jakby go tam nie było.

Naprawdę wielkie dzięki za ten koncert. Było naprawdę wspaniale. Mimo jarmarku obok bawiłem się świetnie, a wysłużona koszulina Kasta Pianistów dumnie prężyła się na piersi wśród gawiedzi niezdającej sobie nawet sprawy, jakie szczęście ich kopnęło w związku z występem zespołu Kult. Martwiłem się niedawno, że XXV urodziny przypominać mogą stypę. Ale forma jaką prezentuje zespół przypomina mi nastolatka, który niedawno zaczął bzykać. Martwiłem się, że potrzebny urolog, a tymczasem w prezencie przyda się kamasutra. Oby tak dalej!

Kult – 22.06.2007. – Kluczbork

Leave a Reply