Papryczki w occie, na słodko
lipiec 3, 2007
Poprzedzający koncert Papryczek artyści zostali dobrani w taki sposób, żeby było wiadomym dla wszystkich, że są to tylko listki figowe; bez znaczenia dla dramaturgii koncertu. Mieli odegrać i zejść nie wywołując większych emocji. Zarówno Jet jak i Mickey Avalon wypełnili swoją rolę doskonale. Mickey aż za dobrze, gdyż jego występ wzbudził tak skrajne emocje, że artysta został wygwizdany i obdarowany środkowym palcem.
Z jednej strony, skoro można klaskać to znaczy, że można i gwizdać. Aprobata i jej brak to wszak jeden medal, który ma dwa końce. Jedno upoważnia do drugiego. Z drugiej jednak strony patrząc, chamstwo w ekstremalnej formie nie powinno mieć miejsca. Występ musiał się odbyć, więc można było po cichu i delikatnie ścierpieć. No ale przecież w kilkudziesięciotysięcznym tłumie każdy jest anonimowy i może sobie pozwolić na więcej.
Chodziły jeszcze plotki, że polskim akcentem miał być Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach. Niestety nic z tego nie wyszło.
Jak zwykle, jak zawsze i znowu – za niska scena powodowała, że możliwość dojrzenia czegokolwiek dla osób poniżej metra osiemdziesięciu centymetrów była mocno ograniczona. Sytuacji nie ratowały trzy telebimy, na których rzucono obraz ze sceny. Operatorzy kamer zwyczajnie nie spisywali się, co spowodowało niejaki chaos w odbiorze. Całości dopełniały dziwne efekty i kolorowe filtry nakładane podczas grania niektórych utworów. Na dodatek głównym filmowanym obiektem był bądź Anthony, bądź Frusciante. Flea i jego popisy na basie przez większą część występu były niewidoczne. Była to o tyle zabawna sytuacja, że to właśnie on dawał z siebie najwięcej. To jego umiejętności gry na gitarze basowej są wizytówką Red Hot Chili Peppers.
Dodatkowo sam koncert miał bardzo skromną oprawę. Żadnych wizualizacji, dymu, ognia. Tylko kilka świateł podwieszonych na dość niewielkiej wysokości oraz kilka po bokach sceny. Ascetyczne wrażenie spotęgowane było dużą przestrzenią sceny. Można by odnieść wrażenie pewnego niechlujstwa czy też prymitywizmu. Jakby oprawa była zrobiona tylko na pół gwizdka.
Sam występ niczym szczególnym się nie wyróżniał. Instrumentalne intro z pewną dozą improwizacji, którym rozpoczynają swoje koncerty już od dłuższego czasu, płynnie przeszło w mocniejsze Can’t Stop. Na scenie pojawił się Antoś, ubrany niczym bokser przed walką i koncert ruszył ostro z miejsca. Dalej było niestety już gorzej. Duża ilość utworów ze Stadium Arcadium, z których zdecydowana większość ma nieco senny, by nie rzec pościelowy, charakter wprowadziło publikę w stan odrętwienia i marazmu. Oczywiście, przy bardziej znanych kawałkach ludzie podrywali się do góry i klaskali, lecz przypominało to raczej zlot emerytowanych fanów RHCP w roku 2047.
Tak naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć momenty, w których na scenie zaczynało się coś dziać. Na pewno taką chwilą było zagrania covera Ramones – Havana Affair. Były to jednak wyjątki od reguły. Zamiast energetyczno – koncertowych killerów, których w repertuarze Papryczek nie brakuje, zaserwowano nam przekrojowy zestaw ballad, które zrobiłyby furorę na studniówce albo dancingu. Sytuacji nie uratował ani solowy występ Frusciante, ani jego kolejne popisy gitarowe. Dodatkowo jego falsetowy głos w chórkach bardziej irytował niż cieszył.
Bo prawdziwą gwiazdą tego wieczoru, jak i zapewne setek innych, był Flea. Ten koncertowy zwierz, który nawet na chwilę nie odpuścił, dwoił się i troił. Biegał, skakał, klangował, szarpał i robił dziesiątki innych rzeczy jednocześnie. A podczas bisu wszedł na scenę z trąbką i wraz z Chadem, który w duecie z Joshem grali razem na jednym zestawie perkusyjnym, zaimprowizowali utwór, który zabrzmiał z większą werwą niż większość kawałków RHCP grana tego wieczora. I to razem wziętych!
Tym właśnie największym minusem, który sprawił, że koncertu do wybitnie udanych nie można zaliczyć jest sceniczna ospałość i mało trafny wybór repertuaru. Nie chodzi mi o brak jakiegoś konkretnego utworu, lecz raczej niefortunny wybór piosenek. Dobór, w wyniku którego zamiast szalonego tempa, zwariowanego skakania po scenie, energicznego miotania się ze statywem i mocnym śpiewaniem mogliśmy obserwować kilka podskoków, ciche mruczenie do mikrofonu oraz występ bez energii. Anthony miał wyraźnie gorszy dzień. Nie było niemal żadnych fluidów przepływających w stronę publiczności, co dobiło ten koncert definitywnie.
To, co zarzucam Kiedisowi to niemal całkowity brak emocji i wkładu w występ. Śpiewał jakby był na próbie albo jakby na koncercie nie było tych sześćdziesięciu tysięcy osób, które przyszły na jego występ. Publiczność reagowała, a przynajmniej starała się, jak tylko mogła, żywiołowo. Jednak zniechęcona całkowitym brakiem odzewu, nie bawiła się tak dobrze, jakby mogła się bawić, gdyby ich oklaski, skandowanie, machanie oraz wspólne śpiewy doczekały się zauważenia.
Z drugiej strony tak naprawdę występowi można niewiele zarzucić. Niemalże dwie godziny grania, z końcowym, kilkunastominutowym jamem. Bez pomyłek, poprawnie zagrana całość. Koncert rozpoczął się niemal punktualnie, co jest pewnym ewenementem, ale także wyrazem szacunku dla osób oczekujących występu. Może po prostu oczekiwania były zbyt duże. Wszyscy liczyli na fenomenalny koncert, który zapamiętany będzie na długi czas. Tymczasem przeżyli ciekawe i dość dobre, ale jednak przeciętne i zwykłe, doświadczenie muzyczne. Stąd jęki zawodu.
U mnie dodatkowo, dochodzi istotny element w postaci Openera, na którym miałem szczęście być. Trzydniowy weekend z pierwszą ligą światowej muzyki; doskonale wyprodukowany i zrobiony z wielkim rozmachem festiwal, przyczynić się mógł do krytyki występu Red Hot Chili Peppers. Ale tak to już jest na tym świecie, że jak ma się z czym porównać, to niektóre, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, prześwietne wydarzenia tracą na atrakcyjności i lądują w drugiej lidze. Tak też było z RHCP. Na tle tego, co miałem okazję, z nieukrywanym podziwem i rozdziawioną buzią, oglądać w Babich Dołach, sprawiło, że Papryczki swój blask nieco zatraciły. Choć nawet pomijając zielono butelkowy festiwal, nie sądzą, aby moje zdanie tak bardzo różniło się od tego, co zawarłem na tych kilku słowach wyżej.