Narzędzie do naprawy
sierpień 12, 2007
„Jeśli jakiś metal godny uwagi się tam pojawi…”
Kolega zapytany czy pojedzie na Metal Hammer Festival odpowiedział trafnie: „Jeśli jakiś metal godny uwagi się tam pojawi…”. Słuszna skądinąd uwaga na temat stylistyki wyżej wymienionej imprezy, nie była w stanie zmniejszyć mojej radości. Tool znowu przyjeżdża do kraju nad Wisłą. Wystąpią i zrehabilitują się za zeszłoroczny koncert, który mimo radości jaką przyniósł, był także lekkim rozczarowaniem.
Pierwszą i niejedyną niemiłą niespodzianką okazał się być brak „Bury Your Dead”, o którym na plakatach nawet nie wspomniano. Kolejną – absencja Chrisa Cornella, który dosłownie na godziny przed całą imprezą odwołał trzy pierwsze europejskie koncerty ze względu na problemy ze strunami głosowymi. Pocieszeniem dla wszystkich miały być dłuższe występy wszystkich zespołów, w tym wydłużony o 30 minut występ gwiazdy wieczoru – Narzędzia. W ten sposób ujawniono, że początkowo Tool miał zagrać jedynie 75 minutowego seta.
Przed godziną 16 ogromna większość ludzi stała na zewnątrz. Jednak nie ze względu na kolejkę. Część z nich miło konwersowała, część oddawała się radosnej konsumpcji. Wejście i wymiana kuponu kontrolnego na fioletową opaskę zajęły w sumie 3 minuty. Wchodząc po schodach, usłyszałem dźwięki gitary. To się nazywa wyczucie miejsca i czasu.
Całą imprezę rozpoczynał Fair To Midland, „odkryty” i wydawany przez Serja Tankiana, wokalistę System of a Down. Ze względu na ostatnie dokonania jego macierzystego zespołu, nie byłem do końca przekonany, co do jego gustu. Faktycznie się zbytnio nie pomyliłem. W wersji koncertowej nie wypadli zbyt porywająco. Słuchałem ich spoza płyty Spodka, więc pewnie część zabawy mnie ominęła. Był to jednak świadomy wybór uniknięcia pierwszego supportu, który ewentualnie kiedyś zostanie przeze mnie doceniony na inną okoliczność. Wolałem zachować siły na resztę.
Drugi w kolejności był polski Delight. Grupa o której ostatnimi czasy zrobiło się głośno, a to ze względu na renomowaną wytwórnię, która ich przygarnęła pod swoje skrzydła. Wyszedłem z założenia, że Roadrunner Records nie wydawałby zespołu, który nie jest albo czymś ciekawym i oryginalnym albo pomimo czerpania pomysłów od innych, prezentuje się na światowym poziomie. Tymczasem nie usłyszałem nic interesującego. W mojej głowie rodziły się może nieco krzywdzące skojarzenia z Evanescence, ale nie mogłem wciąż uciec od myśli, że mam do czynienia z jakimś klonem amerykańskiej formacji.
Było nudno, mało przekonująco i sennie. Wokal momentami gubił się za gitarami. Zresztą gitarzyści monotonnie wygrywali swoje melodie, a elektroniczny podkład i dodatki nie tyle urozmaicały brzmienie, co sprawiały wrażenie dodanych na siłę. Całości dopełniał wizerunek sceniczny, który bardziej bawił niż intrygował. Publiczność, w większości nieco z grzeczności, nagradzała ich umiarkowanymi brawami. Chyba nie do końca wcelowali w target festiwalu. Bardziej „gotyckie” audytorium zapewne bardziej doceniłoby ich starania. Jednak w rockowym mainstreamie nie wróżę im zbyt świetlanej przyszłości.
Brawa już na wejście dostała Coma. Oklaski, piski, krzyki oraz ogólne wyrazy sympatii. Widać było, że duża część publiczności wyraźnie raduje się z możliwości zobaczenia ich na żywo. To był tak naprawdę mój pierwszy kontakt z łódzkim zespołem w wersji live. Mimo że grali już co najmniej w miejscach, w których miałbym okazję ich podziwiać (jako support Pearl Jam oraz na festiwalu 3 maja we Wrocławiu przed Kultem i Heyem), to jakoś niespecjalnie zwracałem na to uwagę.
Na debiut się nie załapałem, bo mnie singlowe utwory nieszczególnie przekonały. Większą uwagę poświęciłem drugiej płycie pt. „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków”. Napakowana patosem niczym Pudzianowski mięśniami dumnie prężyła swoje pseudoliterackie muskuły. Wystarczyło jednak podejść do niej z igłą i delikatnie nakłuć. Powietrze zeszło dość szybko. Podobnie rzecz się miała w warstwie muzycznej. Niby ciężko, a jednak dość płytko. Niby oryginalnie, a niestety nudno. Dlatego też chciałem skonfrontować ten muzyczny obraz z ich występem na żywo.
Na katowickim koncercie okazało się, że:
- publiczności się podobało
- Rogucki ma teksty w stylu “Dajcie czadu!”, co podrywa dużą część audytorium, a pozostałą lecz jakże nieliczną nieco żenuje
- tematyka “dupamrok” przerwana została utworem w którym refren brzmiał „Skaczemy do góry ludzie”. Skojarzenia z Liroyem („Skaczcie do góry jak kangury”) w pełni uzasadnione.
- gitarzyści wiedzą, że jak się niektóre rzeczy zagra nisko i wolno, to teoretycznie będzie to ciężkie. TEORETYCZNIE!
- maniera wokalna wokalisty irytuje mnie jeszcze bardziej na żywo niż z odtwarzana z płyty
- wokalista chciałby być Keenanem i stara się tak bardzo, że jego ruch sceniczny powoduje tylko uśmiech politowania. Choreografa chłopie zatrudnij! Bo machając ręką nad swoją głową i ruszając się jak robot, co jakiś czas dodając zabawy statywem ala Freddie Mercury, wcale nie wyglądasz „czadowo” i „zajebiście”
- na koniec postraszyli nas trzecią płytą i zeszli ze sceny w tłumie pisków
Skąd się bierze fenomen tego zespołu? Ja rozumiem, że nasza scena muzyczna do najlepszych nie należy, ale skala popularności zespołu Coma mnie nieco przeraża. W drodze powrotnej słyszałem rozmowę rozentuzjazmowanych dziewczyn, które o mało z kapci nie powypadały wspominając, że podczas jedzenia pizzy zobaczyły Roguckiego dwa stoliki dalej.
Za dużo patosu, sztuczności i udawania. Silący się na oryginalność i pragnący za wszelką cenę uchodzić za alternatywę zespół Coma przekracza miejscami granicę śmieszności. A szkoda bo warsztat artystyczny mają niezgorszy. Tylko cóż z tego, skoro przez formę jaką sobie wymyślili, popadają w przesadę? Jestem na nie.
“Co to, kurwa, za japoński mrok?”
Następny w kolejności pojawić się miał nieznany mi bliżej zespół Dir En Grey. I tu ogromna niespodzianka. Dzięki absencji Krzysia Kornelka stać się miał drugą gwiazdą festiwalu Metal Hammera. Najpierw pierwsza ogromna niespodzianka. Okazało się, tak przynajmniej wnioskuję po kotłowaninie i infradźwiękach wydobywanych z gardzieli fanów płci żeńskiej, że japońska grupa ma całkiem pokaźną ilość słuchaczy w Polsce. Po zapowiedzi konferansjera, wrzask, jaki ogarnął Spodek, przywodził na myśl dźwięki wydobywane podczas ataku na gimnazjum gminne. Rozejrzawszy się wokół stwierdziłem ze zdziwieniem, że średnia wieku obniżyła się jeszcze bardziej niż przy Comie. Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe…
Po dłuższym oczekiwaniu na scenę wjechała oryginalnie złożona perkusja, która wizualnie wymagała osoby mającej wzrost powyżej średniej europejskiej. Z dużym zainteresowaniem oczekiwałem wejścia tego azjatyckiego wielkoluda, który miał ją obsługiwać.
Nagle zrobiło się ciemno i mroczno, a elektroniczne dźwięki zapętlone i podbite mocnymi basami zlały się z histerycznym krzykiem dziewcząt w wieku gimnazjalno – licealnym. Po chwili pojawił się oni, a estrogen zaczął wypływać spod sceny. Przy każdym najmniejszym geście, uśmiechu, zagrywce gitarowej, absolutnie każdym oddechu, wzmagał się pisk, a euforia przekraczała skalę dopuszczalną dla zdrowych psychicznie osób.
Tymczasem członkowie Dir En Grey okazali się być androgenicznymi osobnikami, zdającymi sobie sprawę ze swojej zajebistości. Okazywali to na każdym kroku; a to wykonując dość mało wyrafinowane gesty, a to rzucając wodę w publiczność, a to wylewając ją sobie na głowę. Prym wiódł naturalnie wokalistka, który nie tylko tarzał się po ziemi i miotał po scenie, lecz także ściągał koszulkę i napinał swojej wątpliwej wielkości mięśnie. Ja próbowałem przez chwilę traktować ich poważnie. Tymczasem miałem przed sobą J-rock w pełnej krasie.
Występ rozpoczął się mocno. Gitary buczały, wokalista się darł, a niewielki perkusista nawalał w swój dziwny zestaw. Wydawało mi się to jednak wszystko robione nieco na siłę. Kolejny raz odnoszę wrażenie, słuchając japońskiej ostrej muzyki, że ich krąg kulturowy tak mocno wszystko przetwarza i wypluwa tak mocno zmodyfikowane, że nastawianie się na cokolwiek jest z góry pozbawione sensu. Lubię oryginalność i inwencję, ale DEG wydawało mi się nazbyt cudaczne. Nazbyt wymyślne zarówno muzycznie jak i scenicznie.
Utwory momentami męczyły i nużyły; szczególnie partie gitarowe zlewały się w jeden charkot. Jednak duże wrażenie zrobił na mnie perkusista, intuicyjnie wystukujący każdy takt na swoim cudacznym zestawie oraz wokalista, który skalę głosu miał naprawdę imponującą. Niskie i wysokie, growl i skrzek. Muzycznie niekoniecznie miało to jakiś sens, ale jego wokalne popisy wzbudziły mój szczery podziw.
Jednym słowem: Ambiwaletnie. Źle nie było. Jako ciekawostka stylistyczna dało radę. Mimo wszystko mnie jednak nie przekonali do siebie. Z azjatyckich odlotów zdecydowanie bardziej urzekł mnie kicz w japońskiej odmianie czyli Papaya Paranoia.
Gdy przy piskach i oklaskach schodził Dir En Grey, na scenie pojawił się uprzejmy i roznegliżowany pan, który rzekł, że Tool nie zagra obiecanych 105 minut. Nie zagra także 75 minut. Keenan i spółki mieli wyjść i gwałcić nasze uszy przez dwie godziny. Nie wierzyłem w to…
“To chyba jakieś wolne żarty”
Tool zagrał normalnego seta, którego rozpoczął mocarnym utworem Jambi a zakończył singlowym Vicarious. Do naszych biednych bębenków trafiły jeszcze dwa utwory z Aenimy (Stikfist, Forty six & 2), dwa z Lateralusa (Schism oraz Lateralus), Flood z Undertow oraz trzeci utwór z ostatniego albumu – 10 000 days – Rosetta stoned. I to był koniec. Zakontraktowane 75 minut i ani kawałeczka więcej. To co mnie zadziwiło, to brak utwórów Aenema oraz Sober. Do tej pory sądziłem, że koncert się bez nich nie może obejść. Obszedł się. Niestety.
Keenan wszedł jaskrawopomarańczowej bluzie i kowbojskim kapeluszy, którym wywijał nad swoją głową w rytm dźwięków, bujając się na tle telebimów. Zeszłoroczna gazeta nazwała go „kosmicznym kowbojem”. W takim razie w tym roku „kosmiczny kowboj” kontratakował.
Czyli podobnie jak w zeszłym roku? Podobnie ale inaczej. Ogromne wrażenie robiła oprawa, która wreszcie była na światowym poziomie. Nie tylko wspaniałe światła, nie tylko cztery telebimy, na których doskonale zrealizowane wizualizacje dopełniały dźwięków dobywających się ze sceny, lecz także podwieszona białą płachta, która w odpowiednim momencie podświetlona ukazała motyw twarzy i oczu zwróconych ku sobie znany z 10 000 dni.
Dodatkowym elementem, który przepięknie wkomponował się w krajobraz Spodka było pięć zielonych laserów, które rzucone na ściany i sklepienie budowały obrazy o fantazyjnych kształtach; rąby, okręgi, parabole czy też gęsto utkaną siatkę tuż nad naszymi głowami. Wielkie brawa i ogromny plus.
Natomiast wielki minus dla akustyka. Znowu było za głośno i znowu źle było słychać Keenana. Uszy bolały od hałasu. Wokal schowany w tle i perkusja zagłuszająca gitarę naprawdę odbierały przyjemność z występu. Krążyłem po Spodku szukając miejsca dobrego do słuchania, ale wyszła kicha. Wszędzie było albo źle albo jeszcze gorzej. Zdecydowanie lepiej brzmiały poprzednie zespoły, choć i im do ideału nadal sporo brakowało.
„Poland! Look at the time. Please/Peace out!”
Maynard przed ostatnim kawałkiem sugerował, że zaraz nastąpi la grande finale. Nie wierzyłem w to. Liczyłem na odrobinę więcej przyjemności i radości z obcowania z Toolem i ich twórczością. To misterium nie mogło zakończyć w chwili, w której ja i zdecydowana większość zgromadzonej widowni pochłonięta była wyłapywaniem kolejnych fluidów przekazywanych nam przez zespół. Gdy ostatnie dźwięki przebrzmiały, a zespół z uśmiechem na twarzy kłaniał się lekko zdezorientowanej i wyrwanej z letargu publiczności, ja wiedziałem, że to już jest koniec. Dodatkowo wiedziałem, że większość osób będzie czuła niedosyt.
Po szumnie i tłumnie ogłaszanym czasie, jaki Tool miał poświęcić na granie, te 75 minut jawiło się jako oszustwo. Tylko nikt nie był pewny czy to oszukał nas zespół czy też organizator koncertu. Minorowe miny i cisza jaka panowała wśród wychodzących ludzi „brzmiała” posępnie. Zresztą to chyba jakieś fatum. W zeszłym roku Narzędzie miało mieć godny mu support – Isis – który także nie mógł wtedy przybyć ze względu na nagrywaną płytę. W tym zabrakło dwóch artystów, a gwiazda wieczoru nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań. Następnym razem prosimy o zmianę feralnego Spodka… może to coś pomoże.
Czy Metal Hammer Festival był udaną imprezą? Chyba zbyt szumnie określono to wydarzenie festiwalem. Mieliśmy dominację jednego zespołu oraz przystawki, które z lepszym lub gorszym skutkiem zaprezentowały swoje umiejętności przed gwiazdą wieczoru. Właśnie na tym polegał problem. Gdy zabrakło Chrisa Cornella okazało się, że nie ma możliwości, by jakiś drugi artysta mógł udźwignąć oczekiwania wygłodniałych ludzi. Zbyt wiele skupiło się na Toolu, czego skutkiem pozostaje duży niedosyt. Być może gdyby pojawił się ktoś jeszcze…
Metal Hammer Festival – 12.08.2007. – Katowice – Spodek
Filed in Katowice, Koncert, Spodek
Tags: Coma, Dir En Grey, Metal Hammer Festival 2007, Tool