Nosfell na Festiwalu Frankofońskim
marzec 15, 2008
Festiwal Frankofoński, w ramach którego występowali francuskojęzyczni artyści, miał na celu rozpropagowanie i zapoznanie Polaków z kulturą naszego europejskiego znajomka. Przy imprezach tego typu istnieje pewna obawa, że wybierze się artystów „ugładzonych”, którzy „godnie” i „odpowiedni sposób” promować będą swój ojczysty kraj. Na całe szczęście w tym wypadku nie poczyniono starań tego typu; nie czuć nawet sztampowego posmaku. Muzyk, którego miałem okazję poznać, był tak inny od wszystkiego, co do tej pory miałem okazję słyszeć w swoim krótkim życiu, że od razu wzbudził we mnie pozytywne emocje.
Nosfell, bo takie imię przybrał ów jegomość, to postać szalenie trudna do zaszufladkowania. Eklektyzm jego kompozycji jest na tyle duży, że każdy może odkryć coś dla siebie odpowiedniego. Przy czym omawiając z kimś jeden konkretny utwór okaże się, że mimo iż słyszeliście to samo, to wasze refleksje odnośnie muzyki są diametralnie inne. Siła w różnorodności. Krytycy, których tendencja do zamykania w odpowiednich katalogach nawet dźwięków wydawanych przez pralkę budzi podziw równie wielki jak rozbawienie, określili jego twórczość mianem „world music”. Termin wata, tyleż pojemny co bez jednoznacznego określenia i nasycenia.
Wymykający się jednoznacznym określeniom Nosfell robi wszystko po swojemu; snuje historie w stworzonym przez siebie języku przy akompaniamencie muzyki będącej oryginalną wypadkową kilku różnych, dość często dalekich od siebie, nurtów. Jego zaangażowanie w spektakl, artysta wykorzystuje w swoim show elementy japońskiego teatru kabuki, budzi początkowo lekką konsternację, ale po pewnym czasie zaczynamy mu wierzyć i przyjmować jego sztukę jako całość. Dodatkowo, i piszę to jako w 100% heteroseksualny samiec owładnięty wiosenną aurą, ma w sobie jakiś wewnętrzny czar i ciepło, które ujmują i tworzą dodatkową wartość dodaną.
Sam występ zachwycał bogactwem pomysłów. Każdy kolejny utwór to koncepcyjna niespodzianka, przeplatana często i gęsto muzycznymi wariacjami z różnych kręgów kulturowych. Zaczynając od subtelnych i płynnych dźwięków z północy, poprzez cieplejsze beatboxowe zapętlenia a skończywszy na cieplejszych południowych rytmach wzmacnianych sprytnie za pomocą zapętlonych wokaliz. Konceptualny miszmasz możliwy do zaistnienia tylko w miejscach, w których przeplatają i oddziałują na siebie wzajemnie różne wpływy – tygiel kulturowy to naprawdę piękne zjawisko.
Najciekawsze było jednak to, że pomimo dość skromnego składu osobowego, na scenie obecny był tylko Nosfell wraz z towarzyszącym mu i grającym na basie oraz kontrabasie muzykiem, o żadnej prostocie nie mogło być mowy. Za sprawą intrygującego głosu i ciekawych rozwiązań elektronicznych, kolejne podkłady wokalne, zapętlone w kilkunastosekundowe loopy, nakładały się na siebie, tworząc magiczną całość podkreśloną za sprawą zmieniających barwę płócien. Ale największe wrażenie robił właśnie śpiew; począwszy od delikatnego i bardzo subtelnego, kojarzący się delikatnie z Antonym Hegartym, a skończywszy na mocniejszym i przypominającym nieco popisy Mike`a Pattona.
Zdarzają się występy artystów tak niebanalnych, że ich ocenianie w normalnych kategoriach pozbawione jest sensu. Nosfell jest właśnie przedstawicielem tego typu zjawiska. Percepcja jego koncertu wymaga dość szczególnego podejścia i otwartej głowy, lecz daje dużą radość przy obcowaniu. Niestety, odbiór jego muzyki w intymnej atmosferze domowego odtwarzacza bądź to muzyki, bądź to DVD daje dość skromną namiastkę tego, co można było zobaczyć w Firleju. Surogat występujący w postaci cyfrowej w żaden sposób nie oddaje klimatu i może być mylący. Z tego względu zdecydowanie polecam wykorzystanie następnej możliwości ujrzenia Francuza, która, mam nadzieję, pojawi się w czasie bliższym lub dalszym. Tego typu przeżycia warto sobie czasem aplikować.
Nosfell - 15.03.2008 - Wrocław - Firlej