Manu Chao

lipiec 15, 2008

Przez długi czas w światku muzycznym krążyły plotki odnośnie artysty mającego postawić kropkę nad “i” w ramach festiwalu Wrocław Non Stop. Wymieniano przede wszystkim gwiazdę tegorocznego Open`era czyli Massive Attack. Niestety, skończyło się “tylko” na  “guru alterblobalistów” śpiewającym w tylu językach, że sam papież mógłby mu pozazdrościć.

Osobiście nie spodziewałem się zbyt wiele i nie miałem szczególnie wielkich oczekiwań. Chciałem się miło rozczarować. Ale czuję się rozczarowany nieszczególnie miło. Jasne, Manu Chao skacze i miota się po scenie – to żywy wulkan energii niespożytej – prowokując do zabawy i szaleństw pod sceną. Równie wielkie show robili towarzyszący mu muzycy. Duże brawa za czas trwania, choć wbrew temu co niektórzy piszą, nadmiernie się przy tym egzaltując, nie było to dwie i pół godziny a niemalże dwie i pół godziny, gdzie na „niemalże” pada mocny akcent. Bywałem na dłuższych koncertach choć także i na krótszych. Trwał idealnie. Ale idealny koncert to nie był.

Pomysł zrobienia koncertu na Wyspie Piaskowej nie był zbyt dobry. Rozumiem poniekąd obawy organizatorów, którzy w zeszłym roku przestrzelili z występem The Stooges i w pośpiechu przenosili go ze Stadionu Olimpijskiego do dużo mniejszej Orbity, ale (nie)popularność Iggy`ego Popa ma się nijak do popularności Manu Chao.

Już początek zapowiadał, że nie wszystko zostało do końca przemyślane. Godzina umieszczona na plakatach i bilecie obejmowała występ samego José – Manuela. O koncercie supportu, ciekawego i oryginalnie brzmiącego składu Me, Myself and I, nie wiedziałem ani ja, ani żaden z moich znajomych. Szkoda bo wrocławskie trio jest naprawdę wyjątkowe, a ich popisy wokalne na długo zapadają w pamięć.

Chaos przy wchodzeniu na Wyspę osiągnął apogeum na długo przed 21:30. Tłum kłębiących się, brodzących w błocie, napierających na płot koncertowiczów przeraził stojących po drugiej stronie ochroniarzy. Puściły im nerwy; wulgaryzmy i groźby pojawiły się po obydwu stronach. Bramki, odcedzające i wpuszczające ludzi, nie wyrabiały. Stłoczeni, spoceni i zdenerwowani ludzie napierali coraz bardziej, coraz mocniej się gniotąc. Wyginający i powoli ustępujący płot uratowany został w ostatnim momencie przez ochroniarskie posiłki. I znowu, jak chwilę wcześniej, pojawiły się słowa, które profesjonalnej ochronie nie powinny nawet przez głowę przejść.

Piski i krzyki wzmogły się, gdy ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki występu, który zaczął się w miarę punktualnie. Ja rozumiem, że cisza nocna, że czas nagli, że zgoda miasta, ale danie sygnału do rozpoczęcia w momencie, w którym dziki tłum pragnący przedrzeć się przez bramki niemalże zadeptuje kilka mniejszych osób, to nie jest dobry pomysł. Można było wstrzymać artystę, można było zwiększyć przepustowość bramek, można było napisać inną – wcześniejszą – godzinę na biletach i plakatach, można było zmienić lokalizację w momencie, gdy okazało się, że bilety niemalże się wyprzedały. Nie zrobiono nic.

W ramach organizacyjnej wyliczanki należałoby dodać, że stoiska piwno – gastronomiczne także nie były szczególnie mądrze pomyślane. Ich niewielka ilość sprawiła, że odwieczny dylemat „piwo czy piosenka” zamieniał się w problem typu „piwo czy ¼ koncertu”. Długie kolejki posuwały się bardzo powoli i przypominały glizdę na maku biorącą udział w maratonie slow food.

Jak na kulminacyjny i najznamienitszy koncert w ramach festiwalowego święta o nazwie „Wrocław Non Stop” było tych wpadek zbyt wiele. Choć tak naprawdę nie mogły mieć decydującego wpływu na odbiór całego koncertu, to pozostawiały wrażenie braku profesjonalizmu, na który nie można sobie pozwolić. Fuszerka i prowizorka podczas tego typu zabawy przeszkadza w odbiorze i wpływa na całość oceny.

Po przebiciu przez kordon i dotarciu w miarę sensowne miejsce pozostało mi tylko jedno. Zabawa!

Radio Bemba Sound System i Manu Chao od samego początku narzucili ostre tempo. Jeśli zwalniali to tylko po to, aby za chwilę przyspieszyć z jeszcze większą mocą. Punkowa estetyka, która momentami zamieniała się w bujające reggae bądź skoczne ska, dobrze nadawała się do zabawy i skakania pod sceną. Kto poszedł właśnie z takim nastawieniem, na pewno się nie zawiódł. Szalejąca publika była wniebowzięta, a ubrany w koszulkę Brazylii i czapeczkę z czerwonym emblematem José – Manuel dawał wyraz swojej radości na tak entuzjastyczne przyjęcie w Polsce. Jak zaczął, to nie mógł przestać – czterokrotnie (trzykrotnie? Ciężko policzyć.) bisował. Aż chciałoby się napisać, że razem żyli długo i szczęśliwie. Byłaby to jednak nieprawda.

Nawet najlepsze „szybko, szybko, szybko, wolniej” zapętlone nuży po drugiej repecie. To, co było dla mnie męczące na płycie i przez co nie dawałem rady za często słuchać albumowego Manu Chao, wzmogło się na koncercie. Monotonia. Mimo bogactwa dźwięków, jakie momentami wylewały się z głośnika, większość kompozycji zlewała się w ciąg nierozróżnialnych dla mnie utworów. Na jedno kopyto. Nieco schematycznie. Niekoniecznie aranżacyjne ale strukturalne. Innymi słowy, mimo energii i powera, mimo fluidów i szaleństw, momentami się nudziłem. Szczególnie że poza „Don`t sell Your soul to Bush” nie zrozumiałem nic, co mówił bohater wieczoru. A libretta na wejściu nie dawali.

I jeszcze ten opis w wyjątkowo umiejętny sposób „zachęcający” do koncertu; „Okrzyknięto go etnopunkiem i idolem zbuntowanej młodzieży”. Być może w tym jednym zdaniu – kluczu kryje się cała zagadka. Ani za mnie etno, ani punk, ani młodzież, idolem też jeszcze niczyim nie jestem, a na bunt mnie finansowo nie stać. Z tym że wbrew temu, co wykoncypowali sprytni copywriterzy, grupa wiekowa na koncercie nie była wcale tak jednorodnie licealna. Rozstrzał pomiędzy datami urodzenia koncertowiczów, szczególnie w tylnych rejonach, był dość spory. A i arafatek nie było zbyt wiele. Choć może to zasługa dobrej pogody.

„A lato było piękne tego roku”. I pewnie dlatego Manu Chao zgolił sobie włosy pod pachami. Jak, nie przymierzając, Beckham. David Beckham.

Wrocław Non Stop – Manu Chao – 15.07.2008 – Wrocław – Wyspa Piaskowa

2 Responses to “Manu Chao”

  1. jah Says:

    puenta …. przednia :) uśmiałem się… A relacja z koncertu wierna… no wrażenie miałem podobne. uściski

  2. izz Says:

    a my wpadłyśmy tylko na bisy..i ta dawka nam starczyła ;)


Leave a Reply