Blame Canada!

październik 11, 2008

Szczerze przyznam, że początkowe info odnośnie TEGO koncertu w TAKIM miejscu potraktowałem mocno nieufnie. Niby oficjalna strona CRK twierdziła, co twierdziła, ale będąc niewiernym Tomaszem, chciałem wetknąć kursor myszki w linka prowadzącego do potwierdzenia tej informacji przez zespół i managment. Synapsy wyraźnie nie akceptowały związku przyczynowo – skutkowego między „Thee Silver Mt. Zion” a „Centrum Reanimacji Kultury”. Oczami wyobraźni widziałem przyjezdnych, którzy „łażą w rejonach, w które nikt zdrowych zmysłach nie chodzi nocą, ani nawet za dnia”, kanadyjski kolektyw nie mieści się na małej scenie, zrozpaczeni, dla których nie starczyło biletów, szturmem biorą koncertownię, dokonując rzezi na obrońcach biletowego status quo. Na całe szczęście nic z tego się nie spełniło, choć w każdym tym twierdzeniu jest malutkie ziarenko prawdy.

Parę momentów przed godziną dwudziestą natknąłem się na grupę osób, która zdezorientowana stała w okolicach Placu Świętego Macieja. W drodze do celu, podczas której odgrywałem rolę przewodnika, dołączały kolejne osoby i z dość liczną świtą triumfalnie wkroczyłem na dziedziniec CRK. Tłum kłębiących się wokół centralnego punktu, to jest sprawnie przeprowadzanej kontroli opłat i nabijania biletów, zachowywał spokój i opanowanie. Dziwne ze względu na godzinę, która zwiastowała czas rozpoczęcia koncertu. Planowana trzydziestominutowa obsuwa przedłużyła się do godzinnej. I gdy powietrze wewnątrz odpowiednio się zagęściło, a poziom dwutlenku węgla sprawił, że czerwone plamy przed oczami wprowadziły mnie w psychodeliczny nastrój na scenie pojawili się główni aktorzy całego show. Ciasno bo ciasno, ale jakoś się pomieścili. Po krótkim przywitaniu, w którym określili nas jako reprezentację całej Polski, rozpoczęli jedno z jaśniejszych wydarzeń na koncertowej mapie naszego kraju Anno Domini 2008.

Już sam początek pozwolił się utwierdzić w przekonaniu, że o selektywnym dźwięku i doskonałej akustyce nie ma co marzyć. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że byliśmy świadkami antytezy dobrego nagłośnienia. Taka specyfika sali – technik robił, co mógł – i nic nam na to poradzić. No, prawie nic, bo krążąc i przesuwając się z miejsca na miejsce dało się znaleźć punkty, w których słyszalność poszczególnych instrumentów zdawała się być na granicy „mniej więcej ok”. I to chyba największy minus całego występu, który mając potencjał bycia na podium „wydarzenia roku” ześlizgnął się ze strefy medalowej.

Drugim faux pas były aż dwa przedługaśne i rozwleczone do granic możliwości utwory z tegorocznej płyty „13 Blues for Thirteen Moons”, która, eufemistycznie rzec ujmując, nie powala na kolana. Poza utworem tytułowym, rozpoczynającym zresztą cały koncert, usłyszeliśmy jeszcze „1000000 Died To Make That Sound”. Choć trzeba przyznać że ten drugi miał mocne fragmenty i ocierał się o głośny wyraz aprobaty i gwałtownej próby wciągnięcia powietrza w płuca. Ale gdzie mu tam do będącego o cztery długości lepszym „God Bless Our Dead Marines”, które hipnotyzując sporą część publiczności sprowokowało ją do ekstatycznego pokrzykiwania w takt przygrywających skrzypiec. Słysząc to echo, odbijające się głucho od ceglanych ścian, niemalże podskoczyłem. Magiczna chwila w której słowa „electric chair” zamieniły się w prawdziwy ładunek pozytronowy.

Mocne wrażenie pozostawił także „Take These Hands and Throw Them in the River” budujący przytłaczającymi frazami muzycznymi kontrast w stosunku do spokojniejszych i usypiających fragmentów podczas których… rozmawiający, chichoczący i niezainteresowani ludzie psuli nastrój. Nie spodziewałem się tego – liczyłem na większy poziom koncertowej kumacji – ale momentami gwar zagłuszał muzykę. Thee Silver Mt. Zion to zespół wykorzystujący w swoich utworach ciszę oraz pojedyncze plamy dźwięków do budowania całości nastroju.

Swoją szosą, zdecydowana większość kompozycji była wydłużona i “pokombinowana” w stosunku do płytowych oryginałów. Można to policzyć jako wielki plus, bo nie ma nic gorszego niż odgrywający w kółko swoje albumy artyści zanudzający zarówno siebie jak i zgromadzone na ich koncertach audytorium.

To, co mnie naprawdę zadziwiło, to świetny kontakt muzyków z ludźmi pod sceną. Niecodziennie zdarza się możliwość rozmowy z Efrim Menuckiem, ale „przytulna” sala CRK zagwarantowała bliskość, która do dialogu pomiędzy nami niemalże prowokowała. Były więc wymieniane typowe uprzejmości oraz… rozmowy polityczne. Mimo że Kanada zdawała się być naprawdę odległa, to sława braci Kaczyńskich i ich partii, której skrót w języku angielskim “coś” oznacza, a przetłumaczona pełna nazwa brzmi jak tytuł piosenki Metallicki, dotarła także tam. Cóż, chyba nie o taką „sławę” w świecie nam chodziło.

Wyjątkowo trudno odnieść się do wydarzenia, którego bohaterowie, poprzez nieszablonowość i wieczną ucieczkę do przodu, wymykają się wszelkim ocenom i opisom. Przyjęcie jakichkolwiek stałych kryteriów doprowadzić może do kuriozalnej sytuacji, w której banalne twierdzenia próbują zamknąć muzyczną rzeczywistość w ramy będące ogranicznikiem dla dźwiękowej wyobraźni. Stąd te wszystkie zdania powyżej to raczej próba joyce`owego „strumienia świadomości” niźli rzetelna próba zdania relacji z występu bandu nie z tej planety. A o tym jak udane, zarówno dla nas jak i dla zespołu, było to wydarzenie niech świadczy fakt, że po pierwszym, standardowym i zaplanowanym bisie – „Microphones In The Trees” – wyszli ponownie, by zagrać „Horses in The Sky”. A to już naprawdę rzadko spotykane zjawisko na koncertach Thee Silver Mt. Zion.

Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra – 11.10.2008 – Wrocław – CRK

Leave a Reply