Prawdę mówiąc długo zastanawiałem się, czy wybrać się na ten koncert. Kilka nakładających się na siebie czynników działało odstraszająco i tak naprawdę ostatnie chwile oraz tak zwany rzut na taśmę spowodował, że w niedzielny wieczór znalazłem się w okolicach Gumowej Róży, która skusiła mnie swoją ofertą muzyczno – artystyczną. Głównym powodem chwilowego zawahania była moja obecność na poprzednim występie artysty, od którego przecież nie minęło tak wiele czasu. Co prawda nieco inny był skład, troszkę różna muzyka, odrobinę inne miejsce, ale w zasadzie koncert to koncert, czym może się różnić jedno show od drugiego?

Wpadając parę chwil po 20 nie spodziewałem się kolejki osób… które odprawiono z kwitkiem. Najwyraźniej zainteresowanie przerosło możliwości pojemnościowe miejsca. A potwierdzenie mojej teorii nadeszło po chwili, kiedy to przebijając się przez tłum utknąłem daleko od sceny i poza możliwością podziwiania co na niej. Na szczęście ze wszystkich zmysłów najprzydatniejszy przy kontemplowaniu muzyki jest słuch. A jako że słuch mam dobry, a małżowiny uszne całkiem zgrabne, to po chwili nie dłuższej niż przekartkowanie „Beniowskiego”, dałem się porwać triu, które przyciągnęło w kazamaty wrocławskiej Gumowej Róży wszystkich spragnionych i głodnych.

Sam koncert, mimo spartańskich warunków; braku wentylacji, niemożności ujrzenia niczego na scenie i nieco zbyt natarczywej perkusji, był naprawdę rewelacyjny. Głos niósł się mocny i potężny, co jest o tyle ciekawym zjawiskiem medycznym, iż pan Tomasz tłumaczył się niedyspozycją gardłową związaną z grypą. Gdyby tak brzmiał mój wokal podczas choroby, to podejmowałbym cotygodniowe próby zarażenia się wirusem podczas przejazdów komunikacją miejską. Czyste i dźwięczne dźwięki wydobywane z gitary miło korespondowały z pulsującym, acz nieco za mocno schowanym i zlewającym się z perkusją, basem. Ale rozumiem, że to wina specyficznej akustyki miejsca a nie umiejętności, których odmówić żadnemu członkowi zespołu nie można.

Idea akustycznego plumkania nie jest nowa i oryginalna, lecz rozegrana i podana w inteligentny sposób może wnieść coś ożywczego i odmiennego od „standardowego” koncertu. Jednocześnie nie muszą to być konstrukcje – molochy na kilkadziesiąt osób, na którym Katarzyna Nosowska i zespół Hey zbudowali swój koncept „bez prądu”.

Zespół nie rozszerzył swojego składu i wystąpił jak zwykle jako trio. Dostaliśmy za to dawkę ciekawych i zróżnicowanych coverów. Pojawiła się, powodując zimne ciarki w okolicach lędźwiowych, republikańska „Biała flaga”. Został też wbity zdecydowanie acz nieco łagodniej niż w wersji oryginalnej „Nóż”. Do tego zaserwowana mieszanka utworów z potężnym, mimo że nieco ugładzonym ze względu na formę koncertu, utworem „Barykady” na czele.

Mimo duchoty i istnego stanu oblężenia nie można zbyt wielu negatywnych słów wypowiedzieć czy napisać. Bezpretensjonalne teksty idealnie pasują do warunków wokalnych Lipy, który podporządkowuje im swoją muzykę. Drapieżną, ostrą i bardzo słabo reprezentowaną w Polsce. Ucieczka do przodu, jaką wykonał odchodząc kompozycyjnie i aranżacyjnie od tego co reprezentowało Illusion, może być tylko godna pochwały. Niewielu mamy takich artystów. Tym bardziej cieszy, że unikają sztampy i potrafią nadal czymś zaskakiwać.

Lipali – 1 lutego – Gumowa Róża – Wrocław

Leave a Reply