Gdy do jakiegoś kraju przyjeżdża zespół, który istniejąc od lat dwudziestu czterech, ani razu jeszcze nie miał okazji w nim grać, pewne niemal jest, że oczekiwania względem jego występu są duże. Szczególnie, jeśli zespół zasłynął szalonymi i pełnymi spontaniczności występami, podczas których nieoszczędzający się muzycy doprowadzają do euforii publiczność swoim nietuzinkowym zachowaniem. Tak właśnie postrzegani byli Red Hot Chili Peppers w Polsce. Do wczoraj…Koncert na chorzowskim Stadionie Narodowym, zwany także Śląskim, przyciągnął niemal komplet publiczności. Co jakiś czas padała liczba sześćdziesiąt tysięcy. To o jedną trzecią więcej niż odbywający się w tym samym miejscu koncert Pearl Jamu z supportującym go Linkin Parkiem. Z drugiej strony Eddie Vedder i spółka w Polsce już występowali, a ich miejsce a annałach rocka jest napisane jednak nieco mniejszą czcionką niż RHCP.

Poprzedzający koncert Papryczek artyści zostali dobrani w taki sposób, żeby było wiadomym dla wszystkich, że są to tylko listki figowe; bez znaczenia dla dramaturgii koncertu. Mieli odegrać i zejść nie wywołując większych emocji. Zarówno Jet jak i Mickey Avalon wypełnili swoją rolę doskonale. Mickey aż za dobrze, gdyż jego występ wzbudził tak skrajne emocje, że artysta został wygwizdany i obdarowany środkowym palcem.

Z jednej strony, skoro można klaskać to znaczy, że można i gwizdać. Aprobata i jej brak to wszak jeden medal, który ma dwa końce. Jedno upoważnia do drugiego. Z drugiej jednak strony patrząc, chamstwo w ekstremalnej formie nie powinno mieć miejsca. Występ musiał się odbyć, więc można było po cichu i delikatnie ścierpieć. No ale przecież w kilkudziesięciotysięcznym tłumie każdy jest anonimowy i może sobie pozwolić na więcej.

Chodziły jeszcze plotki, że polskim akcentem miał być Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach. Niestety nic z tego nie wyszło.

Jak zwykle, jak zawsze i znowu – za niska scena powodowała, że możliwość dojrzenia czegokolwiek dla osób poniżej metra osiemdziesięciu centymetrów była mocno ograniczona. Sytuacji nie ratowały trzy telebimy, na których rzucono obraz ze sceny. Operatorzy kamer zwyczajnie nie spisywali się, co spowodowało niejaki chaos w odbiorze. Całości dopełniały dziwne efekty i kolorowe filtry nakładane podczas grania niektórych utworów. Na dodatek głównym filmowanym obiektem był bądź Anthony, bądź Frusciante. Flea i jego popisy na basie przez większą część występu były niewidoczne. Była to o tyle zabawna sytuacja, że to właśnie on dawał z siebie najwięcej. To jego umiejętności gry na gitarze basowej są wizytówką Red Hot Chili Peppers.

Dodatkowo sam koncert miał bardzo skromną oprawę. Żadnych wizualizacji, dymu, ognia. Tylko kilka świateł podwieszonych na dość niewielkiej wysokości oraz kilka po bokach sceny. Ascetyczne wrażenie spotęgowane było dużą przestrzenią sceny. Można by odnieść wrażenie pewnego niechlujstwa czy też prymitywizmu. Jakby oprawa była zrobiona tylko na pół gwizdka.

To nie Czerwone i Ostre Papryczki Chili tylko Zielony i Słodki Ogórek Konserwowy
Na całe szczęście czego oczy nie widziały, uszy usłyszały, a żołądek poczuł. Do nagłośnienia instrumentów nie można się przyczepić. Rejestry dolne plumkały doskonale a i gitarowe popisy Johna oraz perkusyjne Chada brzmiały bardzo dobrze. To, czym byłem szczególnie zaskoczony, to bardzo cicho nagłośniony wokal Anthony`ego. Nawet background głos Frusciante był go w stanie zagłuszyć. Głos wokalisty już nie ten, w związku z czym ściszenie go, pozwoliło uniknąć kompromitacji w niektórych momentach.Jako ciekawostkę należy dodać, że podczas chorzowskiego występu kwartet z Kalifornii zamienił się w kwintet. Piątym członkiem występującym na scenie był Josh Klinghoffer. Dużo młodszy od kolegów z RHCP – multiinstrumentalista, znany ze wcześniejszej współpracy z Frusciante przy jego solowych zabawach – wspomógł ich grając na gitarze, keyboardzie, perkusji jak i dołączając wokalnie w co poniektórych piosenkach.

Sam występ niczym szczególnym się nie wyróżniał. Instrumentalne intro z pewną dozą improwizacji, którym rozpoczynają swoje koncerty już od dłuższego czasu, płynnie przeszło w mocniejsze Can’t Stop. Na scenie pojawił się Antoś, ubrany niczym bokser przed walką i koncert ruszył ostro z miejsca. Dalej było niestety już gorzej. Duża ilość utworów ze Stadium Arcadium, z których zdecydowana większość ma nieco senny, by nie rzec pościelowy, charakter wprowadziło publikę w stan odrętwienia i marazmu. Oczywiście, przy bardziej znanych kawałkach ludzie podrywali się do góry i klaskali, lecz przypominało to raczej zlot emerytowanych fanów RHCP w roku 2047.

Tak naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć momenty, w których na scenie zaczynało się coś dziać. Na pewno taką chwilą było zagrania covera Ramones – Havana Affair. Były to jednak wyjątki od reguły. Zamiast energetyczno – koncertowych killerów, których w repertuarze Papryczek nie brakuje, zaserwowano nam przekrojowy zestaw ballad, które zrobiłyby furorę na studniówce albo dancingu. Sytuacji nie uratował ani solowy występ Frusciante, ani jego kolejne popisy gitarowe. Dodatkowo jego falsetowy głos w chórkach bardziej irytował niż cieszył.

Bo prawdziwą gwiazdą tego wieczoru, jak i zapewne setek innych, był Flea. Ten koncertowy zwierz, który nawet na chwilę nie odpuścił, dwoił się i troił. Biegał, skakał, klangował, szarpał i robił dziesiątki innych rzeczy jednocześnie. A podczas bisu wszedł na scenę z trąbką i wraz z Chadem, który w duecie z Joshem grali razem na jednym zestawie perkusyjnym, zaimprowizowali utwór, który zabrzmiał z większą werwą niż większość kawałków RHCP grana tego wieczora. I to razem wziętych!

Tym właśnie największym minusem, który sprawił, że koncertu do wybitnie udanych nie można zaliczyć jest sceniczna ospałość i mało trafny wybór repertuaru. Nie chodzi mi o brak jakiegoś konkretnego utworu, lecz raczej niefortunny wybór piosenek. Dobór, w wyniku którego zamiast szalonego tempa, zwariowanego skakania po scenie, energicznego miotania się ze statywem i mocnym śpiewaniem mogliśmy obserwować kilka podskoków, ciche mruczenie do mikrofonu oraz występ bez energii. Anthony miał wyraźnie gorszy dzień. Nie było niemal żadnych fluidów przepływających w stronę publiczności, co dobiło ten koncert definitywnie.

No funk, no fun! No groove, no run!
Ja jednak, w przeciwieństwie do wielu innych osób, nie wymagam od artysty gadania na scenie. Taka Bjork jest oszczędna w słowach, a James Keenan potrafi przez pół występu stać tyłem do publiki i nie odezwać się do niej ani słowem. To nie gadulstwo świadczy o kontakcie z publiką, choć także może być ważnym elementem kreacji scenicznej. U Papryczek jest z tym różnie. Jeśli ktoś ma ochotę pożartować, porozmawiać czy się zwyczajnie wygadać to jego prawo i jego wola.

To, co zarzucam Kiedisowi to niemal całkowity brak emocji i wkładu w występ. Śpiewał jakby był na próbie albo jakby na koncercie nie było tych sześćdziesięciu tysięcy osób, które przyszły na jego występ. Publiczność reagowała, a przynajmniej starała się, jak tylko mogła, żywiołowo. Jednak zniechęcona całkowitym brakiem odzewu, nie bawiła się tak dobrze, jakby mogła się bawić, gdyby ich oklaski, skandowanie, machanie oraz wspólne śpiewy doczekały się zauważenia.

Z drugiej strony tak naprawdę występowi można niewiele zarzucić. Niemalże dwie godziny grania, z końcowym, kilkunastominutowym jamem. Bez pomyłek, poprawnie zagrana całość. Koncert rozpoczął się niemal punktualnie, co jest pewnym ewenementem, ale także wyrazem szacunku dla osób oczekujących występu. Może po prostu oczekiwania były zbyt duże. Wszyscy liczyli na fenomenalny koncert, który zapamiętany będzie na długi czas. Tymczasem przeżyli ciekawe i dość dobre, ale jednak przeciętne i zwykłe, doświadczenie muzyczne. Stąd jęki zawodu.

U mnie dodatkowo, dochodzi istotny element w postaci Openera, na którym miałem szczęście być. Trzydniowy weekend z pierwszą ligą światowej muzyki; doskonale wyprodukowany i zrobiony z wielkim rozmachem festiwal, przyczynić się mógł do krytyki występu Red Hot Chili Peppers. Ale tak to już jest na tym świecie, że jak ma się z czym porównać, to niektóre, wydawałoby się na pierwszy rzut oka, prześwietne wydarzenia tracą na atrakcyjności i lądują w drugiej lidze. Tak też było z RHCP. Na tle tego, co miałem okazję, z nieukrywanym podziwem i rozdziawioną buzią, oglądać w Babich Dołach, sprawiło, że Papryczki swój blask nieco zatraciły. Choć nawet pomijając zielono butelkowy festiwal, nie sądzą, aby moje zdanie tak bardzo różniło się od tego, co zawarłem na tych kilku słowach wyżej.

Red Hot Chlili Peppers – 3.07.2007. – Chorzów – Stadion Śląski
Wzbierający malutkimi falami tłum, powoli przepływał w kierunku Górnego Śląska. Jak to zwykle bywa na tego typu koncertach, publiczność zamieszkująca cały kraj postanowiła obejrzeć nasz wspaniały stadion, na którym odbywać się miał występ dwóch zespołów, których targetem są przeważnie dwie odmienne grupy osób. Przypominało to nieco sytuację sprzed dwóch lat kiedy przed wyjadaczami – Metallica – postanowiono zaprezentować o pokolenie (albo nawet dwa) młodszy zespół – Slipknot. W tym jednak wypadku różnica była jeszcze większa; wszak od Jamesa Hetfielda do Coreya Taylora droga nie taka daleka. Wspólny pień muzyczny można znaleźć i od biedy postawić karkołomną tezę, która mówi o pokazaniu ewolucji muzyki metalowej.

Czymś natomiast zdecydowanie innym jest wrzucenie do jednego koncertowego wora Pearl Jamu wraz z Linkin Parkiem. Tu nawet nie chodzi o styl czy gatunek muzyczny. Eddie Vedder prezentuje tak inną optykę podejścia do świata i sztuki, że może być antytezą złocistych chłopaków promowanych i stworzonych od zera przez fachowców i speców od marketingu. Żarty w stylu Linkin Park się sprzedał albo Linkin Park się skończył po Kill`em all wcale się ich nie imają. Bo tak naprawdę Linkin Park skończył się PRZED Kill`em all. Złośliwe komentarze osób stojących nieco z tyłu, które pokusiły o dość trafne spostrzeżenie brzmiało: To zespół dla dziewczyn. Nastoletnich!

Na dokładkę postanowiono postawić na epizod z łódzkim zespołem rockowym, nadzieją polskiego i ciężkiego grania. Czego by o Comie nie mówić (a wolę nie mówić), należy pogratulować ich menagerowi siły przebicia. Pokazują się w wielu miejscach i supportują naprawdę artystów ze światowej półki. W sierpniu przyjdzie zagrać im przed Chrisem Cornellem (który także wyewoluował ze sceny w Seattle) i Toolem na Metal Hammer Festiwalu w katowickim Spodku. Całość dopełniał szerzej nieznany zespół Gutierez, który wygrał ogólnopolskie głosowanie.

Przemili policjanci kierujący ruchem i udzielający porad parkingowych, przyjazna atmosfera przed Stadionem Śląskim oraz godzinne opóźnienie we wpuszczaniu ludzi do środka. Poza tym lekko się chmurzyło. O 16:20 pierwszy raz zagrzmiało, a o 17 błysnęło na horyzoncie. Jednak z nieba nic nie spadło a chmury burzowe powoli znikały. Chwilę przed samym wejściem porozmawiałem jeszcze chwilę z chłopakiem, który przybył na nasz koncert z Litwy. Co prawda w dziedzinie muzycznej w ogóle się nie zgadzaliśmy (młody wiekiem przyjechał naturalnie na Linkin Park), ale kulturalnie i grzecznie wymieniliśmy się naszymi opiniami („I don`t like numetal” oraz „I don`t like old rock”) i życząc sobie wzajemnie udanej zabawy, rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Po chwili minęła mnie rozradowana grupa Czechów. Zdałem sobie sprawę, że wśród tego ponad czterdziestotysięcznego tłumu są także przedstawiciele z innych krajów. Szczególnie sympatyczne wrażenie robiło to przed samym występem Pearl Jamu, kiedy to kamerzyści rzucający obraz na ekrany, wynajdywali w tłumie kolejne flagi.

Z premedytacją ominąłem Comę i wszedłem mniej więcej w połowie występu Linkin Park. Zamysł całego koncertu był taki, żeby grać największe hiciory. Znaczy przynajmniej mam taką teorię, bo jako osoba które w LP nie siedzi i ich nie słucha, kojarzyłem zdecydowaną większość utworów. Siła radia i telewizji dała o sobie najwyraźniej znać, bo skonfrontowałem opinię z koleżanką, która potwierdziła moje przypuszczenia.

Publiczność, szczególnie ta znajdująca się bliżej sceny, jak zaczarowana klaskała, skakała i krzyczała. Jednak duża część osób znajdujących się na płycie, nieco wycofana, z lekkim znudzeniem oglądała występ Amerykanów. Mnie także nie porwali. Podświadomie ciągle migała mi nad ich głowami etykietka z kolorowym niczym bombki podczas świąt Bożego Narodzenia napisem: Jesteśmy z MTV!. Nie potrafię się przekonać.

Mimo tego zagrali poprawny występ, bez wpadek. Gitara ciągle burczała w ten sam sposób, perkusja wybijała jednostajny rytm, bas plumkał cicho w tle i od czasu do czasu przebijał się przez to wszystko jakiś elektroniczny dźwięk. No i naturalnie wokalista Chester, który w każdym utworze musi sobie pokrzyczeć. Po godzinie z hakiem sporym zeszli i na scenie zakotłowali się techniczni montujący sprzęt ostatniego zespołu.

Do tego momentu występ wszystkich bandów zaczynały się zgodnie z rozkładem. Jednak oczekiwanie na Veddera i spółkę zniecierpliwiło wszystkich. Miast obiecanej 21, całość przygotowań przeciągnęło się o dodatkowe pół godziny, które znudzeni operatorzy kamery próbowali uatrakcyjnić czas pokazując na bocznych telebimach publiczność. Na całe szczęście ten i ów potrafili sobie urozmaicić czekanie; bądź to rozmową, bądź to śpiewem, bądź to piciem, bądź to utlenianiem TetraHydroCannabinolu. Co jakiś czas ludzie wywoływali zespół okrzykami, bądź skandowaniem. Wreszcie, za którąś próbą z kolei, muzyka z tła umilkła i popłynęły dźwięki intra, które osiemnaście lat temu wprowadziło nas w pierwszą płytę zespołu Pearl Jam. Rozpoczął się koncert…

Występ Pearl Jamu odjął mi nieco lat. Może zabrzmi to nieco zgredowato, co w kontekście mojego jakże mojego wieku trąci chorobą umysłową, ale naprawdę czułem się jak nastolatek. Jakbym znowu był w liceum i słuchał na imprezach Veddera. Taki właśnie stosunek mam do Pearl Jamu. Wspomnienia minionych czasów, które napełniają mnie miłą nostalgią i powodują łezkę w oku. Mimo że urwali się ze smyczy grungu i etykieta ta automatycznie przy ich nazwie się nie pojawia, to należy jednocześnie dodać, że ostatnimi czasy ich poczynania nieco straciły na artystycznej wartości. Zarówno ostatnia, oryginalnie nazwana płyta – Pearl Jam – jak i jej poprzedniczka – Riot Act – nudziły. To zapewne zbieg okoliczności że akurat wtedy pojawił się Kenneth “Boom” Gaspar, ale nowy członek w zespole wcale nie ubarwił ani nie urozmaicił brzmienia i nie wniósł tak potrzebnego powiewu świeżości.

Miszmasz utworów nowszych – World wide suicide oraz Comatose – ze starszymi kawałkami – Black i Jeremy – zaowocował próbą dogodzenia wszystkim. W niektórych piosenkach Eddie wspomagał kolegów grając z nimi na gitarze. Pojawiło się też kilka ciekawych smaczków, jak na przykład w Daughter, które urozmaicone zostało fragmentem Another brick in the wall. Z radością przyjęty został na pewno State of love and trust oraz Given to fly czyli 100% Pearl Jamu w Pearl Jamie. Pojawiły się także małe improwizacje oraz solówki, które jednak tego dnia specjalnie nie zachwycały. Wystarczy powiedzieć, że Matt Cameron podczas swojej solówki granej w trakcie Even Flow zgubił pałeczkę. Mike McCready również nic szczególnego nie pokazał.

Na całe szczęście był tam Eddie Vedder, który przyszedł w sukurs swoim kolegom. Nie tylko szalał ze swoją gitarą, nie tylko, przynajmniej przez większą część koncertu, śpiewał wyjątkowo czysto i naprawdę dobrze, ale także, co było wyjątkowo sympatyczne, postanowił powiedzieć kilka słów po polsku. Co prawda przy tego typu karkołomnych ewolucjach lingwistycznych istnieje zawsze problem z częściowym zrozumieniem tego, co strona mówiąca chce nam powiedzieć. Szczególnie że słynne benedyktyńskie „Postrafiam was ciule” brzmiało przy tym niczym mowa pana profesora Miodka. Miło jednak usłyszeć, jak artysta się stara i nieco wysiłku wkłada w mówienie w całkowicie dla niego obcym języku. To bardzo prosty i skuteczny sposób na to, aby oczarować publiczność. Poza tym Eddie całkiem sporo mówił po angielsku; wspominał koncert sprzed 7 lat i obiecał, że przyjadą następnym razem szybciej.

Wyjątkowym akcentem tego wieczoru był epizod z osobą, dla której chorzowski występ był setnym koncertem Pearl Jamu. Przemierzył dziesiątki krajów na trzech kontynentach, jak przeczytał Vedder z kartki, którą dostał od tego fana. Bo chyba inaczej niż fan, a może fanatyk?, nie można tego osobnika określić. Koleżanka skomentowała to krótkim „On chyba nie innego życia!”. Heh, a ja się szczycę tym, że za Kultem potrafię przejechać odległość 350 km. W każdym bądź razie dostał możliwość wyboru utworu, jaki ma być zagrany przez zespół. Wydumał Whipping. Ja spożytkowałbym lepiej taką możliwość.

To, co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie to publiczność, która okazała się być dodatkowym, i nie wiem czy nie drugim najważniejszym po Eddim, członkiem zespołu. Nie tylko śpiewała w momentach, w których wskazywał zespół i niczym ogromna kilkudziesięcio tysięczna orkiestra dyrygowana przez Veddera, wspomagała ich w newralgicznych chwilach. Poza tym klaskała, tupała i sama, wcale nie w wymuszony sposób, idealnie dopełniała koncert. Sama, bez zachęty, podejmowała się trudnej sztuki przebicia się przez dźwięki instrumentów. Magia i czary.

Już w domu ze zdumieniem przyjąłem wiadomość, że Pearl Jam bisował tak naprawdę dwukrotnie. Krótka przerwa jaka zaistniała pomiędzy częścią zasadniczą a ponownym wyjściem była niedostrzegalna. Bo tak naprawdę ten drugi bis, podczas którego zagrano tylko jeden utwór – Indifference – był bisem właściwym. Tylko jeden utwór na koniec. Wyglądało, jakby urwali w połowie zdania.

Bo to właśnie długość, czy też raczej krótkość, występu była jednym z dwóch mankamentów całego koncertu. Drugim były lekkie problemy techniczne, który spowodowały czasowe dłużyzny między poszczególnymi utworami. Jednak mimo tych dwóch jakby nie patrzeć jednak istotnych minusów, całość była naprawdę ciekawym i miłym przeżyciem. Nie był to na pewno najlepszy koncert mój ani Pearl Jamu. Naprawdę wierzę, że ich jeszcze na wiele stać i że ich czas nie minął wraz z upływem XX wieku. Chester podczas występu Linkin Park powiedział, że chciałby, aby jego zespół za 20 lat był w miejscu, w którym jest obecnie Pearl Jam. Pomarzyć sobie może, ale oddał chyba istotę fenomenu i popularności zespołu z Seattle. Zespołu który mimo iż jego epoka przeminęła, nie dał się ometkować i nadal robi swoje. Z lepszym lub gorszym skutkiem ale nigdy poniżej pewnego poziomu.

Do następnego razu, Eddie!

Pearl Jam, Linkin Park – 13.06.2007. – Chorzów – Stadion Śląski

Metallica

maj 31, 2004

Przed opuszczeniem domu po raz prawie ostatni acz nie pierwszy sprawdziłem czy mam pieniądze, legitymację oraz bilet wsadzony w „Politykę” i wyruszyłem w kierunku dworca PKS namierzając przeszkody terenowe. Autobusem przerzuciłem się do Wrocławia, gdzie wymieniwszy gotówkę na kawałek papierka z napisem Breslau – Stalinogród czekałem na podstawienie pociągu jadącego w kierunku wschodnim. Było pusto. Aż się zdziwiłem, ale i ucieszyłem, że ścisku i tłoku jednak nie będzie. Siedzenie dalej, cztery osoby rozprawiały na temat koncertu. Coś tam burczeli na temat radości, jaka ich ogarnie, gdyby zagrali Some kind of monster. Aż mną zatelepało. Pomyślałem, że najwyżej zacisnę zęby i przeżyję jakoś utwory z płyty St. Anger. Przecież nie będę sobie psuł koncertu z powodu takiej błahostki jak porażka artystyczna wykonana na ostatnim albumie.

Nim pociąg ruszył, miejsce naprzeciw mnie zajęła pani z mężem i trójką bachorów. Dziewczynka non stop mnie kopała po nogach, a reszta dzieciaków darła gęby. Pomimo duchoty i stojącego powietrza, pani pozamykała wszystkie okna, bo „za bardzo wieje, a okno możecie sobie otworzyć jak nas już w pociągu nie będzie”. Szkoda jeno że wspaniała rodzinka jechała, aż do Opola. Na dodatek mieliśmy kilkunastu minutowy przestój w Oławie, gdzie poziom pyłków doprowadził mnie do tak wielkiego szmergania w nosie, że rozważałem możliwość zaprzestania oddychania.

Jednak od Opola Gł. było tylko lepiej. Rodzinka wysiadła, a na ich miejsce przyszła grupka jadących na koncert studentów polibudy wrocławskiej. Wyglądali na informatykę i okazało się, że jak wyglądają, to studiują. Spać mi się chciało, więc rozmowy z nimi za bardzo nie prowadziłem, lecz co jakiś czas wtrącałem jakieś słowo. Jako że czas potrzebny na pokonanie trasy ze Śląska na Śląsk (wszak wszyscy jesteśmy Ślązakami, nie?) długi nie jest, to nim się zorientowałem, pociąg powoli stawał na stacji. Wysiadłszy z niego od razu zobaczyłem kolegę, który czekał na mnie na peronie. Po szybkim przywitaniu ruszyliśmy do przodu.

Była 15:30.

Do godziny rozpoczęcia koncertu było sporo czasu, więc niespiesznym krokiem ruszyliśmy naprzód. Przechodząc przez hol dworca zaświtała mi żarówka kup bilet powrotny, lecz stwierdziwszy, że po koncercie będę miał całkiem sporo czasu, zrezygnowałem z tego zamiaru.
Jako że to był mój drugi raz w pięknym mieście hut i kominów, niczego nie rozpoznawałem, to i powiedziałem koledze, że bym na pewno się bez niego zgubił. Ale po chwili marszu namierzyłem znany mi budynek. Spodek wisiał nad gruntem. Przez chwilę wydawało mi się, że to on wytwarza hałas wokół, ale był to remont ronda. Ot, jak Polska długa i szeroka remontuje się wszędzie tak samo głośno, tak samo wolno i tak samo w porach największego natężenia ruchu.

Wepchawszy się do tramwaju, nabitego jak pociąg na Woodstock, ruszyliśmy wraz z mnóstwem osób, w kierunku Chorzowa. Droga w miarę szybko zleciała, choć na pewno nie było to co chwilę powtarzanego żartu brzmiącego mniej więcej tak: „Ty, a ci wszyscy ludzie wokół to gdzie jadą? Jakiś koncert jest dzisiaj czy co?” . Naturalnie nie muszę dodawać, że pytanie było zadawane przez osobników w koszulce Metallica oraz trzymających coś kurczowo w zębach tudzież w łapce.

Po miłej przejażdżce namierzywszy kierunek w którym znajdował się sklepik osiedlowy (ukryty wśród blokowisk), ruszyliśmy w jego stronę. Ujrzeliśmy kolejkę, spowodowaną faktem, iż na bramce stała pani, która reglamentowała wejście. Stojąc i patrząc na sklepową w fartuchu spożywczym, czułem się jak w innej epoce. W sumie ta cała akcja była w miarę logiczna, bo jakby wszyscy wleźli na raz, to część osób mogłaby ulec pokusie zapieprzenia czegoś. A tak… po prostu trzeba było czekać, aż pani na bramce łaskawie skinie ręką i wpuści po piwo, które spożyliśmy na trawce w cieniu.

Akurat po jednym piwoczasie (czyli jednostce czasu jaka jest potrzebna spożycie jednego piwa) ktoś powiedział, że zaraz zacznie grać Vader. Sprawdziłem po raz 10 tego dnia czy mam jeszcze bilet i ruszyłem wraz ze znajomym do bramki. Przed wejściem leżały setki butelek z napoczętym piciem. Na bramce przeszukała mnie pani. Miła odmiana po bysiorach, którzy zwykle z głupimi uśmiechami łapią za nogawki szukając tam bomb neutronowych tudzież sprzętu rejestrującego. Nieopodal mnie stał jakiś facet, który klął niemiłosiernie. Musiał oddać swój aparat w depozyt. Tak, byłem już pewny. To JEST koncert Metallicki.

Przy wchodzeniu na płytę, sprawdzano drugi raz bilety. Jeszcze tylko tunel i mym oczom ukazał się tłum osób, które stały, siedziały i leżały. Normalnie piknik. Trybuny były puste. Jako że ludzie stali jeszcze luźno, to dość szybko dobrnęliśmy do… barierek. Jako że był to pierwszy mój koncert na stadionie, to się lekko zdziwiłem. Został wydzielony sektor pod sceną, w którym było naprawdę luźno. Ludzie tam będący zostali oznakowani opaskami i kisili się po sceną. Heh! Na początku nic nie zapowiadało, że nienawiść do tych osób, po mojej stronie barierek będzie taka duża.

Z zainteresowaniem zacząłem oglądać stadion. Miejsca dużo. Zauważyłem, niestety, tylko jedno wyjście, co zapowiadało ścisk i długą przepychankę podczas ewakuacji na pociąg. Murawa została przykryta i zabezpieczona przed stratowaniem przez złych metali, co to na koncert przyjechali. Popatrzyłem jeszcze sobie uważnie na tył. Reflektory, wieża, konsoleta. Wyglądało poważnie.
Ale i scena przedstawiała się imponująco. Duża, z podwyższeniem, wielką ilością świateł i 4 miejscami na rzuty z telebimów. Było dobrze. Dopiero po chwili zorientowałem się, że scena jest jednak za nisko. Musiałem mocno wyciągać głowę, żeby wszystko dobrze widzieć, a taka pozycja była mało wygodna. Z pewną zazdrością zerkałem na nielicznych osobników, którzy górowali nad resztą mogąc bez przeszkód rozglądać się wokół.

Ludzie cały czas wchodzili i cały czas się upychali. Słońce mocno grzało w plecy. A na scenie nic się nie działo. I nie działo. I nie działo. Aż w końcu usłyszeliśmy vaderowe intro i zaczęło się.

Koncert był… średni. Ale to głównie pewnie dlatego, że zagrali króciutko. Kilka kawałków w tym Epitaph i Wings. Jakieś światła błyskały, ale ze względu na jasność (koncert zaczął się około 18) nic prawie nie było widać. Piter powiedział, że to zaszczyt grać przed takimi kapelami.

Występ ten przypominał raczej supporcik niż support. Za krótko to było. I nawet krzyczane przez publikę VADER nie pomogło nic, bo niemal od razu po zejściu ze sceny muzyków, techniczni rozebrali sprzęt na którym grał Piter i spółka i zaczęli wnosić Slipknotowe grajła.

Ustawianie sprzętu trwało ze dwa razy dłużej niż występ Vadera. Potem było czekanie w grzejącym słońcu. Zniecierpliwienie ogarniało powoli wszystkich. Wnoszenie tego wszystkie przeciągało się niemiłosiernie i powoli szlag mnie tam trafiał. Bo przypominać to zaczynało działania wojenne. Najpierw na łeb na szyję biegnie się, by zająć dobrą pozycję, a potem czekać trzeba na ruch przeciwnika. Ale atmosfera w tłumie była w miarę miła. Powstawały chwilowe znajomości. Można była porozmawiać z ludźmi. Gdyby tylko nie ten gorąc.

Ale powoli czas leciał. Stojąc tam, wśród tłumu, o suchym pysku zastanawiałem się nad ewakuacją, żeby pogujący metale nie stratowali mnie przy niu metalowej kapeli. Jednak postanowiłem zostać, bo udało mi się wejść na swego rodzaju podwyższenie. Jakieś kable biegnące do sceny były zabezpieczone czymś w rodzaju korytarzyka. Na tym właśnie próbowałem zająć jakąś stabilną pozycje. Naturalnie nie ja jeden na to wpadłem.
W tym czasie część ludzi obróciła się w prawo. Burczący i lecący nisko samolot miał przyczepioną płachtą, na której widniała reklama Najtłiszowej płyty Once. Ot taka ciekawostka.

I nagle dziwne dźwięki zaczęły dobiegać z głośników. „Intro Slipknota” pomyślałem i nie pomyliłem się. Ludzie zaczęli gwizdać i klaskać. Rozległy się krzyki SLIPKNOT. Po chwili wyłonili się z przejściach panowie w maskach. Jako że ich twórczość znam bardzo pobieżnie to uda mi się wymienić tylko część utworów jakie znam; Spit it out, Duality, People = Shit, Wait and bleed, The Heretic Anthem. I muzycznie nie było źle. Zdziwiłem się bardzo, bo miejscami mi się podobało. A byłem wszak nastawiony raczej negatywnie. Co prawda nie całość, ale kilka momentów było niezłych. Dobre wrażenie zrobiła na mnie perkusja. Mocnym momentem były także dwa werble w utworze The Blister exists

Osobnym akapitem należy wyróżnić show sceniczny. Mnie tego typu zabawy nie rajcują, ale widać było, że to co wyczyniają panowie z SP podchodzi zdecydowanej większości publiczności. Na scenie działo się wiele, a to przekładało się na dodatkowe parę stopni wśród publiczności. Co jakiś czas odkręcone butelki z wodą lądowały w rozgrzanym tłumie. Także pokaźna ilość pałeczek zmieniła właściciela. Walenie w kotły miało różne oblicze; ze zmianą miejsc podczas utworów, z naprzemiennym uderzaniem, z równoczesnym w jeden, skakaniem po kotle, bujaniem się na kotle i cholera wie co jeszcze. Nie wiem czy choreografia jest ustalana wcześniej, ale ciekawie to wyglądało.

Jednak w moim przekonaniu show jest, ale miejscami brak muzyki. Przede wszystkim nie słychać, że jest ich dziewięciu na scenie. Przy takiej pokaźnej ilości osób powinno być cosik więcej dźwięków. A tu raczej tego nie ma.
Wokalista, krzyczący ze sceny „zajebiście”, przywiódł mi na myśl Michała Wiśniewskiego. I nawet ten sam kolor włosów mają.

Ciekawym patentem było także poproszenie publiczności o położenie się na chwilę, co ona w większości uczyniła (ja jako nonkonformistyczna jednostka o silnych bodźcach przekory uczynić tego naturalnie nie mogłem), a następnie wyskoczenie w górę w odpowiednim momencie. W każdym razie jak na komendę (która w istocie wszak padła) niemalże cała publiczność zaległa i tylko pojedynczy ludzie stali niczym niepowalone drzewa po przejściu huraganu przez las. Jednak i tym razem odbyło się bez bisu. Chłopcy zwinęli się i zaczęto ustawiać sprzęt zespołu, na który wszyscy czekali. Długo czekali. I jeszcze mieli poczekać…

Czas uciekał. Powoli się ściemniało, a i Słońce przestało przysmażać. Część ludzi wycofała się, dzięki czemu ruszyłem do przodu podchodząc niemal do samych barierek. Jednak nie tylko ja wpadłem na ten pomysł. Gros ludzi napierał na nas, przez co dwukrotnie obejrzałem murawę stadionu z odległości kilku centymetrów. Powoli nogi zaczynały mi drętwieć; czterogodzinne stanie mogło wymęczyć najtrwadszego zawodnika. Plecak obijał się boleśnie o plecy, a kręgosłup wołał o ratunek z Niebios bądź Otchłani. Jednak ani jedno ani drugie nie chciało mi pomóc, przez co ciężar plecaka przerzucić musiałem na przód. Uff! Chwilowa ulga. Interwencja sił wyższych powstrzymana.

Na 4 ekranach ukazał się krótki film zapowiadający koncert. Rozpoczęło się nerwowe odliczanie.
Ochroniarze wbrew naszym prośbom o przepuszczenie przez barierki, by ciut bardziej napełnić sektor podscenowy (Ej! Kurwa! Wpuście nas tam!) nie dali się przekonać. Dopiero milsze prośby ( Ej! Kurwa w duoę mać! Dajcie wody, bo ludzie mdleją) przekonały ich do postąpienia tak jak Pismo rzecze czyli napojenia spragnionych. Kranówa bo kranówa, ale pragnienia chwilowo gasiła. Ustawiłem się wśród autochtonów ,przez co miałem chwilowe problemy ze zrozumieniem, co mówią. Gwara gwarą jednak po pewnym czasie zaczęli śpiewać. Poszły klasyczne przeboje koncertowe jak: „Czterej pancerni”, „Szła dzieweczka do laseczka”, „Domowe przedszkole”, „Bogurodzica” czy też “Pan Jezus już się zbliża, już puka do mych drzwi”. Ktoś nawet krzyknął znane wszystkim ‘kurwa mać. Ile mamy stać’, ale nikt nie kontynuował, więc krzyk ten szybko zginął. Ja zacząłem krzyczeć “Kazik grać”… i o dziwo kilka osób zaczęło krzyczeć wraz ze mną. Reszta rechotała na boku. Jedna osoba wraz z dużą ilością jadu i nieogarniętą dawką frustracji powiedziała “Niech i Kazik, ale, kurwać mać, niech wreszcie zaczną!”

Nawiązawszy dialog z jednym górnoślązakiem wymieniliśmy się opiniami o naszych miastach, a gdy dowiedział się, że jestem z Wrocławia (ciutkę nagiąłem prawdę), powiedział, że Breslau to najlepsze miejsce w Polsce. Miło się gawędziło i oderwało mnie to od męczącego oczekiwania, jednak cały czas bacznie  obserwowałem scenę.

Śmieszny był też epizod, w którym jedna dziewczyna z wydzielonego sektora zaczęła się nieco wyśmiewać z nas – ludzi tłoczących się pod barierkami. Chóralne „pokaż cycki!” szybko ją speszyło i przestała być taka cwana. Krzywo się uśmiechnąłem. Nienawiść po naszej stronie barierek rosła.

W pewnym momencie czterech panów wlazło po linkowej drabince na rusztowania, gdzie zasiedli, by operować czterema źródłami światła. Kamerzyści zaczęli krążyć po scenie, a reszta technicznych ganiała wokół. Chaos i pandemonium nie mniejsze niż w tłumie. Wiadomo było, że M poczeka aż się ciut ściemni, żeby światełka i fireworksy mogły być doskonale widoczne.

I gdy ludzi ogarniał już marazm, a „kurwy” zaczęły soczyście lecieć w kierunku sceny równie często jak zdanie „Cholerni gwiazdorzy”, zaczęło się. Na ekranach się ruszyło, a z głośników poszło Ectasy of gold. To na co czekał cały stadion rozpoczęło się. Metallica grała koncert. Ludzie wiwatowali, krzyczeli, gwizdali, klaskali i szaleli. Naprawdę niesamowite uczucie. Setlista wyglądała następująco: 1. Blackened 2. Fuel 3. The Four Horsemen 4. Fade To Black 5. Frantic 6. King Nothing 7. No Leaf Clover 8. St. Anger 9. Sad But True 10. Creeping Death 11. Battery 12. Wherever I May Roam 13. Nothing Else Matters 14. Master of Puppets 15. One 16. Enter Sandman 17. Dyers Eve 18. Seek And Destroy

Niestety zagrane zostały aż dwa kawałki z albumu St. Anger. Spodziewałem się tego, ale… miałem cichą nadzieję, że nie będzie nic.
Podczas koncertu zabrzmiały one tak samo niemal jak na płycie, więc nic specjalnego ani porywającego. Niby coś tam dodane, ale tak naprawdę wrażenie pozostało takie samo. Miałkość i nuda.

Jednak pozostałe kawałki to już old shit Metallica; Fuel wśród płomieni czy też One przy wybuchach petard i sztucznych ogni. I ta gra świateł gdy widać tylko sylwetkę Jamesa, z delikatnie rzuconym na niego fioletowym refleksem. Przy Landmine – wybuch. Ciarki na plecach mnie przechodziły i naprawdę ciężko mi było uwierzyć, że oto jestem na koncercie Metallicki.

I podczas Creeeping death jak wraz ze wszystkimi krzyczałem; DIE! DIE! DIE!.
I jeszcze ten S&Menowy początek z No leaf clover po którym weszła właściwa część utwory. Że o Master of Puppets i Battery nie wspomnę. Coś pięknego.
I było “Sza”!!! To takie fajne “Sza!”, na które zwrócił mi uwagę kolega. To które słychać tylko na Symfonicznej…
Zaprawdę ciężko to wszystko opisać.

Kirk trzaskał solówki, Lars szalał, Robert ganiał z gitarą a James gadał z publiką. Naprawdę wydał się być zaskoczony znajomością nie tylko tekstów, ale i języka angielskiego. Choć raczi liczenie do dziesięciu to nie jest jakaś wielce skomplikowana umiejętność. Ale i tak najzabawniej było jak Hetfield krzyknął “Jazda!”.

Tylko te przerwy. Wydaje mi się, że było one takie długie, żeby Lars mógł odsapnąć, bo napieprzał z taką energią, że momentami bałem się o jego pikawę. Czasami było to nieco na wyrost; bo nie rozumiem, po co jest podwójna stopa pod koniec Fade to black. Tylko solówkę zagłuszała…

James dawał dość długie partie tekstu do śpiewania przez co zdarłem sobie gardło Ale nie żałuję. I powątpiewam czy jest takich kilku, którzy żałują… Szkoda że nie było klasyka – For whom the bell tolls. Ech! Nie można mieć wszystkiego… rajt?

No i po Seek & Destroy nastąpił koniec. Robert powiedział Dziękujemy bardzo a Kirk Na zdrowie!, za co dostali gromkie brawa. Zresztą publiczność po każdym kawałku klaskała i skandowała METALLICA!. Metallica loves You. Tak powiedział James na koniec. Ale chyba i ja wtedy kochałem Metallickę. Dziwnie to brzmi odnośnie takich przechodzonych rockmenów, ale faktyczny poziom emocji na Stadionie był naprawdę wysoki. Widać było że wiele osób czekało na tę chwilę długi czas. Czekali na ten koncert.Może dziwnie to zdanie zabrzmi, ale… wychodząc, zorientowałem się, że nie czuję nóg. Jak to możliwe, że bez nóg szedłem? Otóż dopiero marsz jakoś je przywrócił do życia i nie przypominały już kawałka drewna służącego do „grania, nie do zabijania”. Idąc przed wejście przypomniałem sobie o setkach butelek z piciem, które przeleżały cały koncert, porzucone przez właścicieli oczekiwały nadejścia lepszych czasów. Lepsze czasy przyszły już – tysiące spragnionych osób rzuciło się do odgrzebywania kolejnych dziesiątek plastikowych butelek, w których obiecująco pluskała różnoraka zawartość. Pragnienie i mi dało o sobie znać, więc i ja napiłem się jakichś żółtych sików z Helenki czy czegoś takiego.

Czekałem na kolegę w punkcie zbornym czyli pod tojtojami. Niestety oczekiwanie nie przyniosło wymiernego rezultatu. Czekał mnie powrót do Katowic. Miałem mało czasu, a szansę na dostanie się do tramwaju graniczyły z cudem. Na cud nie zamierzałem liczyć, więc niemal biegiem pokonałem dystans dzielący mnie do stacji PKP Katowice. Naturalnie przy wsparciu osób, które co jakiś czas częstowały mnie czymś do picia. Bez tego wspomagacza sczezłbym po kilkunastu minutach.

Przy wejściu do głównego holu dworca przypomniała mi się żarówka, jaka zaświeciła się w tym samym miejscu parę godzin temu. Kupowanie biletu. No tak! Kolejka taka jebitna, że stania na godzinę. Stałem… 2 godziny, bo okienko do którego powoli się przesuwałem, zostało zamknięte na 4 osoby przede mną. Pociąg 2:35 podjechał punktualnie. Peron pełny. Ludzi tłum. Skład krótki. O ile przyjazd był pis of kejk, to wyjazd przypominał bardziej ucieczkę z twierdzy albo Przystanek Woodstock.

Ale na szczęście doczepiono jeszcze wagony, więc mogłem się położyć koło POM (Punkt Oddawania Moczu). Oczywiście podkurczając nogi i zachwycając się wonią dobywającą się z toalety najlepszych kolei w Polsce.

Chwilę jeszcze porozmawiałem z ludźmi z Lub(l)ina, z którymi zawarłem tymczasową znajomość po czym postanowiłem zregenerować siły.
Przez opóźnienie pociągu musiałem czekać ponad godzinę na dalszy transport do Oleśnicy. Przypomniawszy sobie, że od 20 godzin nic nie jadłem, wpieprzyłem 4 pączki oraz pitę. Popiłem to kolejnym zdrowym junk foodem i nabyłem także „Imię róży” wraz z Wybiórczą.

Po czasie pewnym, który upłynął równie szybko jak bieg ślimaka na 100 metrów, wsiadłem do pojazdu PKP. W przedziale siedział koncertowicz. Zamieniliśmy parę zdań i posnęliśmy. Dobrze że konduktor sprawdzał bilety, bo bym się w Częstochowie obudził. Wymiętoszony, zmęczony, zmarznięty, ogłuszony, z dzwonkami w uszach, z problemami z mówieniem, przepocony, spragniony i głodny, ale jednak usatysfakcjonowany wracałem powoli do domu człapiąc i powłócząc nogami. Yep, wróciłem z koncertu.

Metallica – 31.05.2004. – Chorzów – Stadion Śląski