Narzędzie do naprawy

sierpień 12, 2007

„Jeśli jakiś metal godny uwagi się tam pojawi…”

Kolega zapytany czy pojedzie na Metal Hammer Festival odpowiedział trafnie: „Jeśli jakiś metal godny uwagi się tam pojawi…”. Słuszna skądinąd uwaga na temat stylistyki wyżej wymienionej imprezy, nie była w stanie zmniejszyć mojej radości. Tool znowu przyjeżdża do kraju nad Wisłą. Wystąpią i zrehabilitują się za zeszłoroczny koncert, który mimo radości jaką przyniósł, był także lekkim rozczarowaniem.

Pierwszą i niejedyną niemiłą niespodzianką okazał się być brak „Bury Your Dead”, o którym na plakatach nawet nie wspomniano. Kolejną – absencja Chrisa Cornella, który dosłownie na godziny przed całą imprezą odwołał trzy pierwsze europejskie koncerty ze względu na problemy ze strunami głosowymi. Pocieszeniem dla wszystkich miały być dłuższe występy wszystkich zespołów, w tym wydłużony o 30 minut występ gwiazdy wieczoru – Narzędzia. W ten sposób ujawniono, że początkowo Tool miał zagrać jedynie 75 minutowego seta.

Przed godziną 16 ogromna większość ludzi stała na zewnątrz. Jednak nie ze względu na kolejkę. Część z nich miło konwersowała, część oddawała się radosnej konsumpcji. Wejście i wymiana kuponu kontrolnego na fioletową opaskę zajęły w sumie 3 minuty. Wchodząc po schodach, usłyszałem dźwięki gitary. To się nazywa wyczucie miejsca i czasu.

Całą imprezę rozpoczynał Fair To Midland, „odkryty” i wydawany przez Serja Tankiana, wokalistę System of a Down. Ze względu na ostatnie dokonania jego macierzystego zespołu, nie byłem do końca przekonany, co do jego gustu. Faktycznie się zbytnio nie pomyliłem. W wersji koncertowej nie wypadli zbyt porywająco. Słuchałem ich spoza płyty Spodka, więc pewnie część zabawy mnie ominęła. Był to jednak świadomy wybór uniknięcia pierwszego supportu, który ewentualnie kiedyś zostanie przeze mnie doceniony na inną okoliczność. Wolałem zachować siły na resztę.

Drugi w kolejności był polski Delight. Grupa o której ostatnimi czasy zrobiło się głośno, a to ze względu na renomowaną wytwórnię, która ich przygarnęła pod swoje skrzydła. Wyszedłem z założenia, że Roadrunner Records nie wydawałby zespołu, który nie jest albo czymś ciekawym i oryginalnym albo pomimo czerpania pomysłów od innych, prezentuje się na światowym poziomie. Tymczasem nie usłyszałem nic interesującego. W mojej głowie rodziły się może nieco krzywdzące skojarzenia z Evanescence, ale nie mogłem wciąż uciec od myśli, że mam do czynienia z jakimś klonem amerykańskiej formacji.

Było nudno, mało przekonująco i sennie. Wokal momentami gubił się za gitarami. Zresztą gitarzyści monotonnie wygrywali swoje melodie, a elektroniczny podkład i dodatki nie tyle urozmaicały brzmienie, co sprawiały wrażenie dodanych na siłę. Całości dopełniał wizerunek sceniczny, który bardziej bawił niż intrygował. Publiczność, w większości nieco z grzeczności, nagradzała ich umiarkowanymi brawami. Chyba nie do końca wcelowali w target festiwalu. Bardziej „gotyckie” audytorium zapewne bardziej doceniłoby ich starania. Jednak w rockowym mainstreamie nie wróżę im zbyt świetlanej przyszłości.

Brawa już na wejście dostała Coma. Oklaski, piski, krzyki oraz ogólne wyrazy sympatii. Widać było, że duża część publiczności wyraźnie raduje się z możliwości zobaczenia ich na żywo. To był tak naprawdę mój pierwszy kontakt z łódzkim zespołem w wersji live. Mimo że grali już co najmniej w miejscach, w których miałbym okazję ich podziwiać (jako support Pearl Jam oraz na festiwalu 3 maja we Wrocławiu przed Kultem i Heyem), to jakoś niespecjalnie zwracałem na to uwagę.

Na debiut się nie załapałem, bo mnie singlowe utwory nieszczególnie przekonały. Większą uwagę poświęciłem drugiej płycie pt. „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków”. Napakowana patosem niczym Pudzianowski mięśniami dumnie prężyła swoje pseudoliterackie muskuły. Wystarczyło jednak podejść do niej z igłą i delikatnie nakłuć. Powietrze zeszło dość szybko. Podobnie rzecz się miała w warstwie muzycznej. Niby ciężko, a jednak dość płytko. Niby oryginalnie, a niestety nudno. Dlatego też chciałem skonfrontować ten muzyczny obraz z ich występem na żywo.

Na katowickim koncercie okazało się, że:
- publiczności się podobało
- Rogucki ma teksty w stylu “Dajcie czadu!”, co podrywa dużą część audytorium, a pozostałą lecz jakże nieliczną nieco żenuje
- tematyka “dupamrok” przerwana została utworem w którym refren brzmiał „Skaczemy do góry ludzie”. Skojarzenia z Liroyem („Skaczcie do góry jak kangury”) w pełni uzasadnione.
- gitarzyści wiedzą, że jak się niektóre rzeczy zagra nisko i wolno, to teoretycznie będzie to ciężkie. TEORETYCZNIE!
- maniera wokalna wokalisty irytuje mnie jeszcze bardziej na żywo niż z odtwarzana z płyty
- wokalista chciałby być Keenanem i stara się tak bardzo, że jego ruch sceniczny powoduje tylko uśmiech politowania. Choreografa chłopie zatrudnij! Bo machając ręką nad swoją głową i ruszając się jak robot, co jakiś czas dodając zabawy statywem ala Freddie Mercury, wcale nie wyglądasz „czadowo” i „zajebiście”
- na koniec postraszyli nas trzecią płytą i zeszli ze sceny w tłumie pisków

Skąd się bierze fenomen tego zespołu? Ja rozumiem, że nasza scena muzyczna do najlepszych nie należy, ale skala popularności zespołu Coma mnie nieco przeraża. W drodze powrotnej słyszałem rozmowę rozentuzjazmowanych dziewczyn, które o mało z kapci nie powypadały wspominając, że podczas jedzenia pizzy zobaczyły Roguckiego dwa stoliki dalej.

Za dużo patosu, sztuczności i udawania. Silący się na oryginalność i pragnący za wszelką cenę uchodzić za alternatywę zespół Coma przekracza miejscami granicę śmieszności. A szkoda bo warsztat artystyczny mają niezgorszy. Tylko cóż z tego, skoro przez formę jaką sobie wymyślili, popadają w przesadę? Jestem na nie.

“Co to, kurwa, za japoński mrok?”

Następny w kolejności pojawić się miał nieznany mi bliżej zespół Dir En Grey. I tu ogromna niespodzianka. Dzięki absencji Krzysia Kornelka stać się miał drugą gwiazdą festiwalu Metal Hammera. Najpierw pierwsza ogromna niespodzianka. Okazało się, tak przynajmniej wnioskuję po kotłowaninie i infradźwiękach wydobywanych z gardzieli fanów płci żeńskiej, że japońska grupa ma całkiem pokaźną ilość słuchaczy w Polsce. Po zapowiedzi konferansjera, wrzask, jaki ogarnął Spodek, przywodził na myśl dźwięki wydobywane podczas ataku na gimnazjum gminne. Rozejrzawszy się wokół stwierdziłem ze zdziwieniem, że średnia wieku obniżyła się jeszcze bardziej niż przy Comie. Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe…

Po dłuższym oczekiwaniu na scenę wjechała oryginalnie złożona perkusja, która wizualnie wymagała osoby mającej wzrost powyżej średniej europejskiej. Z dużym zainteresowaniem oczekiwałem wejścia tego azjatyckiego wielkoluda, który miał ją obsługiwać.

Nagle zrobiło się ciemno i mroczno, a elektroniczne dźwięki zapętlone i podbite mocnymi basami zlały się z histerycznym krzykiem dziewcząt w wieku gimnazjalno – licealnym. Po chwili pojawił się oni, a estrogen zaczął wypływać spod sceny. Przy każdym najmniejszym geście, uśmiechu, zagrywce gitarowej, absolutnie każdym oddechu, wzmagał się pisk, a euforia przekraczała skalę dopuszczalną dla zdrowych psychicznie osób.

Tymczasem członkowie Dir En Grey okazali się być androgenicznymi osobnikami, zdającymi sobie sprawę ze swojej zajebistości. Okazywali to na każdym kroku; a to wykonując dość mało wyrafinowane gesty, a to rzucając wodę w publiczność, a to wylewając ją sobie na głowę. Prym wiódł naturalnie wokalistka, który nie tylko tarzał się po ziemi i miotał po scenie, lecz także ściągał koszulkę i napinał swojej wątpliwej wielkości mięśnie. Ja próbowałem przez chwilę traktować ich poważnie. Tymczasem miałem przed sobą J-rock w pełnej krasie.

Występ rozpoczął się mocno. Gitary buczały, wokalista się darł, a niewielki perkusista nawalał w swój dziwny zestaw. Wydawało mi się to jednak wszystko robione nieco na siłę. Kolejny raz odnoszę wrażenie, słuchając japońskiej ostrej muzyki, że ich krąg kulturowy tak mocno wszystko przetwarza i wypluwa tak mocno zmodyfikowane, że nastawianie się na cokolwiek jest z góry pozbawione sensu. Lubię oryginalność i inwencję, ale DEG wydawało mi się nazbyt cudaczne. Nazbyt wymyślne zarówno muzycznie jak i scenicznie.

Utwory momentami męczyły i nużyły; szczególnie partie gitarowe zlewały się w jeden charkot. Jednak duże wrażenie zrobił na mnie perkusista, intuicyjnie wystukujący każdy takt na swoim cudacznym zestawie oraz wokalista, który skalę głosu miał naprawdę imponującą. Niskie i wysokie, growl i skrzek. Muzycznie niekoniecznie miało to jakiś sens, ale jego wokalne popisy wzbudziły mój szczery podziw.

Jednym słowem: Ambiwaletnie. Źle nie było. Jako ciekawostka stylistyczna dało radę. Mimo wszystko mnie jednak nie przekonali do siebie. Z azjatyckich odlotów zdecydowanie bardziej urzekł mnie kicz w japońskiej odmianie czyli Papaya Paranoia.

Gdy przy piskach i oklaskach schodził Dir En Grey, na scenie pojawił się uprzejmy i roznegliżowany pan, który rzekł, że Tool nie zagra obiecanych 105 minut. Nie zagra także 75 minut. Keenan i spółki mieli wyjść i gwałcić nasze uszy przez dwie godziny. Nie wierzyłem w to…

“To chyba jakieś wolne żarty”

Tool zagrał normalnego seta, którego rozpoczął mocarnym utworem Jambi a zakończył singlowym Vicarious. Do naszych biednych bębenków trafiły jeszcze dwa utwory z Aenimy (Stikfist, Forty six & 2), dwa z Lateralusa (Schism oraz Lateralus), Flood z Undertow oraz trzeci utwór z ostatniego albumu – 10 000 days – Rosetta stoned. I to był koniec. Zakontraktowane 75 minut i ani kawałeczka więcej. To co mnie zadziwiło, to brak utwórów Aenema oraz Sober. Do tej pory sądziłem, że koncert się bez nich nie może obejść. Obszedł się. Niestety.

Keenan wszedł jaskrawopomarańczowej bluzie i kowbojskim kapeluszy, którym wywijał nad swoją głową w rytm dźwięków, bujając się na tle telebimów. Zeszłoroczna gazeta nazwała go „kosmicznym kowbojem”. W takim razie w tym roku „kosmiczny kowboj” kontratakował.

Czyli podobnie jak w zeszłym roku? Podobnie ale inaczej. Ogromne wrażenie robiła oprawa, która wreszcie była na światowym poziomie. Nie tylko wspaniałe światła, nie tylko cztery telebimy, na których doskonale zrealizowane wizualizacje dopełniały dźwięków dobywających się ze sceny, lecz także podwieszona białą płachta, która w odpowiednim momencie podświetlona ukazała motyw twarzy i oczu zwróconych ku sobie znany z 10 000 dni.

Dodatkowym elementem, który przepięknie wkomponował się w krajobraz Spodka było pięć zielonych laserów, które rzucone na ściany i sklepienie budowały obrazy o fantazyjnych kształtach; rąby, okręgi, parabole czy też gęsto utkaną siatkę tuż nad naszymi głowami. Wielkie brawa i ogromny plus.

Natomiast wielki minus dla akustyka. Znowu było za głośno i znowu źle było słychać Keenana. Uszy bolały od hałasu. Wokal schowany w tle i perkusja zagłuszająca gitarę naprawdę odbierały przyjemność z występu. Krążyłem po Spodku szukając miejsca dobrego do słuchania, ale wyszła kicha. Wszędzie było albo źle albo jeszcze gorzej. Zdecydowanie lepiej brzmiały poprzednie zespoły, choć i im do ideału nadal sporo brakowało.

„Poland! Look at the time. Please/Peace out!”

Maynard przed ostatnim kawałkiem sugerował, że zaraz nastąpi la grande finale. Nie wierzyłem w to. Liczyłem na odrobinę więcej przyjemności i radości z obcowania z Toolem i ich twórczością. To misterium nie mogło zakończyć w chwili, w której ja i zdecydowana większość zgromadzonej widowni pochłonięta była wyłapywaniem kolejnych fluidów przekazywanych nam przez zespół. Gdy ostatnie dźwięki przebrzmiały, a zespół z uśmiechem na twarzy kłaniał się lekko zdezorientowanej i wyrwanej z letargu publiczności, ja wiedziałem, że to już jest koniec. Dodatkowo wiedziałem, że większość osób będzie czuła niedosyt.

Po szumnie i tłumnie ogłaszanym czasie, jaki Tool miał poświęcić na granie, te 75 minut jawiło się jako oszustwo. Tylko nikt nie był pewny czy to oszukał nas zespół czy też organizator koncertu. Minorowe miny i cisza jaka panowała wśród wychodzących ludzi „brzmiała” posępnie. Zresztą to chyba jakieś fatum. W zeszłym roku Narzędzie miało mieć godny mu support – Isis – który także nie mógł wtedy przybyć ze względu na nagrywaną płytę. W tym zabrakło dwóch artystów, a gwiazda wieczoru nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań. Następnym razem prosimy o zmianę feralnego Spodka… może to coś pomoże.

Czy Metal Hammer Festival był udaną imprezą? Chyba zbyt szumnie określono to wydarzenie festiwalem. Mieliśmy dominację jednego zespołu oraz przystawki, które z lepszym lub gorszym skutkiem zaprezentowały swoje umiejętności przed gwiazdą wieczoru. Właśnie na tym polegał problem. Gdy zabrakło Chrisa Cornella okazało się, że nie ma możliwości, by jakiś drugi artysta mógł udźwignąć oczekiwania wygłodniałych ludzi. Zbyt wiele skupiło się na Toolu, czego skutkiem pozostaje duży niedosyt. Być może gdyby pojawił się ktoś jeszcze…

Metal Hammer Festival – 12.08.2007. – Katowice – Spodek

Tool

czerwiec 24, 2006

„Odliczam te dni gdy czekam na wyrok”

Pamiętam, że tego ranka odpaliłem CGM i oniemiałem – Tool przyjeżdżał do Polski. Bilety można było od razu zakupić. Nie zwlekając ani chwili dokonałem kliknięcia mojego życia. Drżącymi rączkami wypełniałem czerwony przekaz pocztowy i na miękkich kolanach szedłem opłacić go w najbliższym banku. Śliczna pani w okienku wzięła mój blankiet i z dużą dawką rutyny wklepywała kolejne ciągi znaków, które powoli acz nieustająco przepływały w kierunku docelowym. Po zakończeniu transakcji powróciłem spełniony do domu i rozpocząłem odliczanie. Do 24 czerwca było mnóstwo czasu które spędziłem na radosnym kwileniu i bezproduktywnym zamienianiu czasu pozostającego do koncertu na godziny, te na minuty, by wreszcie zakończyć sekundami. Dużo tych sekund wtedy było…

W międzyczasie pani doktor Adrianna postanowiła uszczęśliwić mnie egzaminem w rzeczonym dniu. Wybór był dość trywialny, bo kampania wrześniowa to żaden powód do hańby, ale rejterada z koncertu ukochanej kapeli – już tak. Tak więc los Międzynarodowych stosunków gospodarczych był przesądzony.

Czas leciał nieubłaganie, ja tuptałem z niecierpliwości i dzieliłem się ze wszystkimi moją radością poprzez dość wątpliwą przyjemnoścć słuchania bełkotu na temat „koncertu mojego życia”. Chyba nie było osoby, która by nie wiedziała, że w końcówce czerwca „idę na pielgrzymkę do Katowic”, „padnę w Spodku na kolana”, „będę leżał krzyżem pod sceną”, „pomodlę się do Keenana” czy też „umrę wreszcie szczęśliwy”.

Gdzieś tam po drodze dotarł do mnie bilet, który stał się obiektem kultu. Codzienne mantry, zaklęcia i inkantacje pozwoliły mi przetrwać czas, który oddzielał mnie od przedostatniej soboty czerwca. Wreszcie w odpowiednim czasie niepewne ręce chwyciły kopertę, sprawdziły opuszkami czy zadrukowany magicznym słowem „Tool” kartonik tkwi we właściwym miejscu, po czym udały się, zresztą wraz z całą resztą szczęśliwego jestestwa, na wyprawę do Stalinogrodu.

Zamieszanie z supportem, którym miał być, według organizatora, Isis, (sam zespół o tym występie początkowo nie wiedział) zakończyło się decyzją o braku przedzespołu. Co prawda co jakiś czas dochodziły niepokojące plotki co do występu grupy Coma, ale na całe szczęście okazały się one być jedynie ponurym żartem jakiegoś złośliwego osobnika z gatunku Coma Sapiens.
W związku z tym koncert Keenana i spółki miał trwać w granicach dwóch godzin; to Tool miał nas całkowicie wymęczyć oraz być główną i jedyną atrakcją tego wieczoru.

„No i w Spodku. Brzydactwo. Czekam na koncert w tłumie mało pachnących osób – koncertowa norma.”

Dojazd PKP – standard. Znaczy obsuwa i spóźnienie. Pogoda – duszno, parno i gorąco niczym w Piekle. Ale nawet Szatan by mnie nie powstrzymał przed pójściem na koncert. Zresztą na swoje szczęście nawet nie próbował. Pamiętał, co się stało ostatnim razem, gdy próbował mnie na Iron Maiden nie wpuścić. Długo w Piekle nikt się po drewienko jeszcze nie będzie schylał.

Pod Spodkiem tłumy osób stojące i zniecierpliwione. Wreszcie – otwarcie bram. Grzecznie stanąwszy w kolejce oczekiwałem dopełnienia formalności, związanych z przemycaniem niebezpiecznych narzędzi, związków, przedmiotów, płynów, pokarmów oraz sprzętu audiowizualnego. Po wykazaniu się teoretycznym brakiem czegokolwiek potencjalnie niepożądanego wlazłem do Spodka. Jako że była to moja pierwsza wizyta w tym relikcie PRLu postanowiłem go sobie dokładnie obejrzeć. Robił raczej niepozorne wrażenie. A ilość osób kręcąca się po korytarzach była naprawdę niewielka. Dopiero po wejściu na płytę i rozejrzeniu stwierdziłem, że to ustrojstwo jest jednak duże. Tłum osób naokoło mnie, kolejne setki na widowni i ciągle dochodziły nowe osoby.

Z głośników sączyła się dziwna muzyka, między innymi pobrzękiwało jakieś techno, a ludzie starali się wywołać zespół na scenę. Kolejne próby klaskania, tupania, piszczenia, skandowania i krzyczenia zawodziły.

„Chcesz gacie z Toolem za 100 zł?”
„Nie potrzebuję gaci z Toolem, bo mam toola w gaciach”

Po dłuższym braku jakiejkolwiek aktywności na scenie, wreszcie coś się ruszyło. Techniczni pobrzdąkali gitarami, poruszali kablami i zgasło światło. Cztery telebimy ożyły, a kłęby dymu zaczęły unosić się na scenie. Pierwsze dźwięki gitary i basu rozpoczęły koncert.

Z dość dużym zainteresowaniem oglądałem zachowanie audytorium. Widać było, że nie tylko ja chciałem przeżyć ten koncert jak misterium. Dziwnie wyglądający osobnik za mną wzniósł ręce ku niebu i zaczął piszczeć falsetem „Dzięki!”, inny z otwartą paszczęką i zamkniętymi oczami podskakiwał w miejscu, jeszcze inny kręcił się w kółko, co jakiś czas zatrzymując się w miejscu i wyskakując z półprzysiadu. Ludzie krzyczeli, skandowali, klaskali. Widać było, że Tool to kapela która wśród zgromadzonej publiczności budzi naprawdę żywe reakcje.

Lost keys połączone z Roseta Stoned zabrzmiało źle. Za spokojnie, mało dynamicznie, na dodatek wokal za cichy, perkusja jak na St. Anger, bas buczał za mocno, a gitara zlewała się w kakofonię nierozpoznawalnych dźwięków. Pan za konsoletą wyraźnie się zdrzemnął. A przecież zespół zagrał próbę przed koncertem. Mieliśmy nieudany start rakiety, która powinna od razu nas w kosmos wywalić.

Powoli jednak zaczynało poprawiać; nie wiem tylko czy to zasługa mojego przemieszczania się po płycie, przyzwyczajenia bębenków słuchowych do decybeli czy też tego że akustyk się obudził, ale po pewnym czasie zacząłem nawet rozróżniać poszczególne słowa śpiewane przez Keenana. Jednak perkusja nadal była nieco zbyt „płaska”, a wokal schowany.

Znajdujące się za plecami muzyków cztery ekrany błyskały kolorowymi refleksami wypełniając cały Spodek kolorową poświatą. Lekkie skojarzenie z wizualizacjami w windows media playerze nie zakłóciło jednak generalnie pozytywnego odczucia co do tych błysków. Szczególnie że w tle tej, wydawałoby się, chaotycznej mieszanki barw, pojawiała się co jakiś niewyraźna postać lub postacie.

Okazało się, że jednym z większych błędów jakie popełniłem przed koncertem, było zapoznanie się z bootlegiem z tegorocznego występu w Dallas. Nie zaglądając do tamtej setlisty miałem okazję zostać czymś zaskoczony. Pokusiłem się, zaspokoiłem ciekawość i teraz za wszelką cenę starałem się zapomnieć, jaki dźwięki rozlegną się jako następne.

Jednak nie dałem rady wyrzucić z pamięci kolejności piosenek i wiedziałem, że wraz z ostatnimi taktami Roseta Stoned rozpocznie się mocarne walnięcie Stinkfist. I to był tak naprawdę początek koncertu. Z wtrąconym w międzyczasie „Good Evening”.

Przesterowana gitara zabuczała, Dany wybił rytm i uderzył. Ænimowe utwory wypadły najlepiej tego wieczoru. Lecz także Sober, poprzedzony dość długim wstępem; po częsci improwizowanym, po części podobnym do innych, podobał się zdecydowanej większości rozentuzjazmowanej gawiedzi.

Takich wstępów tudzież przerw między utworami, podczas których imć Maynard zabawiał się elektronicznymi efektami swojego kosmicznego urządzenia, było kilka. Najdłuższa i jednocześnie najciekawsza była chyba ta przed singlowym Vicariousem, podczas którego na telebimach wyświetlał się obraz niedostrojonego obrazu telewizyjnego.

Z utworów z najnowszej płyty mieliśmy jeszcze okazję wysłuchać doskonałego Jambi oraz chwilami nieco nudnawego Right in Two. Na pewno zabrakło takich killerów z 10 000 dni jak The Pot (grany na innych koncertach) czy też spokojny ale niesamowicie piękny dwuutwór Wings for Mary (part 1)/ 10 000 days (Wings part 2). Dobór piosenek mało trafiony. Na pewno można było wybrać lepiej i zbudować dramaturgię występu. Tymczasem mieliśmy po prostu kolejno odgrywane utwory, których kolejność była losowana przez rzut dwunastosześcienną kostką.

„Cała nadzieja w Lateralusie”

Od czasu Lateralusa kocham Toola. Żadna inna płyta nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia. Długo nie mogłem wyjść z podziwu dla pomysłów, kunsztu i oryginalności tego zespołu. Dlatego moje oczekiwania koncentrowały się wokół utworów z przedostatniego albumu. Oczekiwania te jednak zostały zweryfikowane przez rzeczywistość. Jako jedyne zostały zagrane Schism oraz tytułowy Lateralus.

To prawda, zabrzmiały dobrze, ale nie rzuciły na kolana, nie wbiły w ziemię, nie doprowadziły mnie do muzycznego orgazmu, nie powaliły do pozycji leżenia plackiem na znak pokory wobec absolutu, nie umarłem z radości, nie osiągnąłem stanu nirwany, nie zszedłem nakopać szatanowi w jego kosmatą rzyć, nie zacząłem się zastanawiać nad chwilą ulotnego szczęścia, której nie doświadczę ponownie przez bardzo długi czas, nie zamyśliłem się nad genialnością zespołu, który w ciągu 7 minut był w stanie zrobić ze mną więcej rzeczy niż niejaka Anna w ciągu paru upojnych nocy zeszłego lata. Jednym zdaniem – nie przeżyłem powtórnego utracenia muzycznego dziewictwa. A tego właśnie się spodziewałem i tego oczekiwałem.

Te pierwsze cztery dźwięki rozpoczynające Schisma, podczas których na telebimie pojawiły się teledyskowe ludki próbujące ze sobą nawiązać komunikację, przeszyły mnie na wylot. Lecz wbrew hitchkokowej zasadzie budowania klimatu („Zacznijmy od trzęsienia ziemi, a potem budujmy powoli napięcie), dramaturgia występu znowu się załamała. Nawet niestandardowe i jakże ciekawe przyspieszenie w środku Schisma nie było w stanie „podnieść” atmosfery. Nie do końca wiem czyja to wina, moja – bo źle się nastawiłem do tego koncertu i zbyt wiele oczekiwałem czy też zespołu – bo w fazie koncepcyjnej im coś zdechło.

„Some say the end is near”

Finiszowali Ænemą. Szeptane Keenana wraz z gitarowym riffem poderwało na koniec wszystkich do góry. Gdyby wszystko tak zagrali, gdyby na wszystko tak publiczność reagowała, gdyby było więcej zagranych takich wspaniałych utworów, których przecież Toolowi nie brakuje, gdyby…

Koniec nadszedł niespodziewanie. Kolejne napoje, pałeczki i kostki poszły w publikę. Także naciąg od perkusji, rzucony przez Carreya, poszybował niczym freesbe. Światła się zapaliły, muzyka poszła z głośników i wszelkie próby skandowania nazwy zespołu były z góry stracone na porażkę. Ludzie budzili się z 1,5 godzinnego letargu i z niedowierzaniem szli w kierunku wyjścia. Spocone sylwetki płynęły nieprzerwanym potokiem. Wiem, że to nadużycie, wiem, że nie powinienem, ale muszę to napisać. Czuć było rozczarowanie. Miałem wyraźne wrażenie, że duża część osób nie była usatysfakcjonowana.

Również mój niedosyt z każdą chwilą wzrastał. Było za krótko, a część utworów mogła zostać z powodzeniem zastąpiona i z korzyścią dla audytorium, i dla zespołu, i dla koncertu. No a sam zespół mógł włożyć nieco więcej serca. Odczułem niestety pewne „odbębnienie” koncertu. Przyjechali do Polski i stwierdzili: „Grajmy koncert i chodźmy na piwo”. Zagrali i poszli. Występ zespołu sprowadził się tak naprawdę do dwóch elementów: braku jakiegokolwiek kontaktu z publiką oraz odegraniem utworów.

Ja rozumiem, że wizerunek natchnionego bandu i otoczka tajemniczości, to świadomy zabieg kreacyjny, ale kiedy kilka tysięcy osób krzyczy, klaszcze i generalnie oddaje pewien hołd dla ciebie i twoich dokonań, to jakoś tak głupio usiąść na scenie i gadać z kumplami przez dwie minuty. Postawa „Hej! To Wy tutaj jesteście dla nas, nie my dla was” jest dobra dla bufoniastych występów pseudo gwiazdek, nie dla najważniejszego zespołu przełomu XX i XXI wieku. Brak było pasji, natchnienia, energii i emocji. Brak tej magii, która na płytach Toola wypływa z każdego dźwięku.

MJK śpiewał tyłem do publiczności, bujał się rozebrany do połowy, machał redneckim kapeluszem, chował za dziwnymi okularami i wyginał się z mikrofonem. Ale zabrakło w tym wszystkim mocy. Za słabe na śmieszne, za śmieszne na poważne. Momentami wyglądało to groteskowo.

„Thank You very much. See You again soon. Hopefully in november”

A więc rozczarowałem się, zawiodłem, liczyłem na więcej? Spodziewałem się mszy i spełnienia, a co dostałem? Po prostu koncert. Na pewno niezły. W długości spodziewanej acz nieco okrojony w stosunku do innych występów (o jakieś dwa kawałki).

To że było za krótko, to standardowe narzekanie każdej osoby, której koncert się w miarę podobał. Ale w tym wypadku, to „za krótko”, było niczym zabraniem rafaello przed rozgryzieniem i dostaniem się do migdałka tkwiącego w środku.

Stojąc w dwugodzinnej kolejce po bilet (błąd taktyczny jak na Metallice, wtedy też stałem coś koło tego), słyszałem rozmowy otaczających mnie koncertowiczów. Absolutnie wszystkie opinie osób, które były na poprzednich występach Toola, zgadzały się ze sobą. Ten był najsłabszy. Nawet jako support przed Ozzym, MJK i spółka sprawili się lepiej, mimo przypadkowej publiczność fanów Slayera i Ozzmana. Może ta długa trasa jednak dała im się we znaki?

Czego więc zabrakło? Pasji i emocji. Po obydwóch stronach barierek. Tylko że to rolą zespołu jest rozgrzać publiczność. Na dodatek średnie nagłośnienie oraz krótkie przestoje psuły atmosferę całego występu. Czy żałuję? Nie, nie żałuję. Aczkolwiek przed następnym naciśnięciem „potwierdź wysłanie zamówienia” zastanowię się chwilkę. Zapewne coś koło sekundy lub dwóch.

Tool – 24.06.06 – Katowice – Spodek