Coke Live Music Festival 2008
sierpień 23, 2008
Nie przeszkodziły bojkoty czy inne protesty. Kolejna odsłona „Coke Live Music Festival” okazała się cieszyć ogromną popularnością. Ogromną do tego stopnia, że dość szybko zabrakło miejsca na parkingu a tłum osób pod wejściami nie dawał chwili odpoczynku obsłudze. Nie było to zresztą jedynym powodem frustracji osób, które postanowiły wybrać się na krakowski festiwal; słabe oznaczenia dróg dojazdowych, zamieszanie związane z poszukiwaniem „wejścia głównego”, nieporozumienia z parkingiem „dla publiczności”, kolejki za talonami oraz pożywieniem/płynami i nie najwyższy poziom niektórych występów skłaniać mógł do negatywnego postrzegania całego wydarzenia.
Dwudniowe koncerty na trzech różnych scenach (Głównej, Coke oraz Burn) przyciągnęły różnorodne, choć w większości stosunkowo młode i specyficznie stargetowane, audytorium. „Coke Live Music Festival” to alter ego Alter Artu – firmy, która na północy Polski pokazuje swoją bardziej ambitną twarz organizując „Open`er Festival”, a na południu pragnie trafić w gusta masowego słuchacza. Na szczęście dla wielu osób, które potem chadzają na tego typu wydarzenia muzyczne, zaspokajanie potrzeb, w domyśle przeciętnego, pożeracza kultury pop, nie wiąże się z zapraszaniem artystów, którzy najczęściej królują w letnich play listach. A przynajmniej nie tylko. Bo o ile ciężko nie zdyskontować koncertów Timbalanda, Kaiser Chiefs czy Missy Elliott i przełożyć ich na promocję, to gwiazda, nieco już zaśniedziała, w postaci The Prodigy czy cieszący się popularnością dość wybiórczą i w specyficznych kręgach Sean Paul, sprawiają, że imprezie Coca Coli nie można odmówić pewnych walorów nonkonformistycznych. Poważnie!
Zresztą od nich rozpoczął się tak naprawdę festiwal. Bo Hurt, na czele z Maciejem Kurowickim, pomiędzy kolejnymi utworami uświadamiał i edukował, mającą to „dokładnie tam i właśnie tam”, że posłużę się cytatem z wrocławskiego klasyka, publiczność odnośnie złych korporacji i ich pazerności. Ciekawe, swoją drogą, czy wyprawa dolnośląskiego zespołu na krakowską ziemię, była potraktowana jako wejście do paszczy lwa i ostateczny akt odwagi mający na celu propagowanie idei anarchizmu i antykapitalizmu. Mnie bardziej gadki pana Maćka bawiły niż przekonywały. Sądząc po kubkach leżących na koniec każdego dnia oraz kolejkach, jakie dominowały pod budkami z piwem i colą, zdecydowana większość miała jego wywody dokumentnie gdzieś.
Sam występ bez rewelacji. Hurt to kapela całkiem udanie i z sukcesami sprzedająca swoją popularność, która trwać zbyt długo raczej nie będzie. W związku z tym duże brawa dla menago za wciśnięcie ich w kolejne miejsce, w którym mogli zaprezentować się szerokiej publiczności oraz umiarkowane oklaski za samo show. Jako piątkowe granie do piwa sprawdzają się idealnie. Ale nic więcej.
W dalszej kolejności na dużej scenie zaprezentował się ulubieniec, o ironio, jak można nazywać tak stację, która muzyki niemal już nie nadaje, MTV, czyli zespół Kaiser Chiefs. Jeśli chodzi o austriackich imperatorów, to ja wolę tych, którzy występują z Orkiestrą. W związku z tym występ mnie nie porwał. Indierockowe konotacje chłopaków z Leeds są tak symboliczne, że Artur Rojek prędzej by się przekręcił niźli ich do Mysłowic zaprosił. Co nie zmienia faktu, że energia, że moc, że feeling, że zabawa. Doskonale wkomponowali się w formułę Kołka Kolowego Festiwalu i udało im się w większości publiczność rozbawić.
Choć nie wszyscy dali się porwać. Skwaszone i zniesmaczone miny zabawnie korespondowały z radosną atmosferą niezobowiązującego rocka, który tradycję na Wyspach ma dość bogatą. Jednak bycie fanem, a już w szczególności fanką, Timbalanda zobowiązuje i nie ma to tamto, nie będzie Brytol pluł nam w twarz ni dzieci nam rozrywał. Nasze latorośle, najlepiej młodociane córki w obcisłych i krótkich szatach, zabawiać może tylko wielki i zły Murzyn zza Oceanu.
Dlatego tłum zgęstniał wraz z końcem Kaisersów. Zaczęło się nerwowe oczekiwanie, przerywane co już i co chwila oklaskami, piskami i nieuzasadnionymi wywoływaniami głównej atrakcji na głównej scenie. W tle dochodziły zawodzenia Gutka z Indios Bravos, który wraz z kolegami i naczelnym wodzem – Banachem – dał, podobno, świetny i żywiołowy koncert. Jako że antonimiczność słów „Indios Bravos” oraz „żywiołowość” jest dla mnie dogmatem, a synonimiczność „Gutek” oraz „nuda” ma tylko kilka wyjątków i czeka na akceptację jako dogmat, pozwalam sobie cicho powątpiewać w prawdziwość wyżej wymienionego twierdzenia.
Wreszcie na scenie się zakotłowało i w myśl starej ale jakże sprawdzonej metody pojawiła się pierwsza osoba. Taktyka ta ma liczne nazwy lecz sprowadza się do twierdzenia „Idź przodem, stary. Niech wiedzą, że mamy pokojowe zamiary”, ewentualnie „Puśćmy mały oddział na początek i sprawdźmy czy nie czeka na nas duża zasadzka”. Timbaland wysłał balon próbny, którym okazał się być zagrzewający i testujący naszą gotowość DJ. Kiedy trzeba było, – krzyczeli, kiedy trzeba było – klaskali, kiedy trzeba było – robili hałas. Ukontentowany Timbaland, albo jak mawia mój kolega Timberland, wyszedł i zaczął się „koncert”. Nie mam pojęcia na ile reprezentatywny był jego występ w ramach krakowskiego festiwalu, ale jeśli tak właśnie wygląda Timba show, to Main Stage nie stanowiła odpowiedniego miejsca na te popisy. Gość nie umie śpiewać, co zresztą nie jest przecież aż tak dużą niespodzianką, ale nie umie także odpowiednio się sprzedać, a jego obecność wydaje się być w gruncie rzeczy zbędna. (Pół)playback załatwia resztę.
Co z tego, że była seksowna Nelly, że Justin falsecikiem ciągnął w górę a Madonna próbowała łapać drugą młodość. W refrenach bądź znanym wszystkich strofach didżej obsługujący imprezę ściszał muzykę, ażeby publiczność mogła zrobić to, co powinien zrobić ktoś, kto na scenie miał występować – zaśpiewać. Poczułem się jak na dyskotece w podstawówce, kiedy to ściszana Nirvana prowokowała nas do zbiorowego krzyku mającego przypominać słowa ze „Smells Like Teen Spirit”.
Najzabawniejsze jednak jest to, że… ludzie bawili się całkiem nieźle. Bo po olaniu warstwy symbolicznej i zignorowaniu nieco nieprzystającej do tego miejsca formule występu, okazało się, że ten czarnoskóry producent to osoba, która zapewnić potrafi niezwykłą i spontaniczną balangę. Midas XXI wieku, jak go nazywają niektóre portale muzyczne zapominając o smutnym końcu frygijskiego władcy, wziął na siebie funkcję wodzireja. Może to dzięki tej specyficznej muzycznej konferansjerce i przewodzeniu wraz z nowoczesnymi rytmami i układami, owładnięta silną potrzebą ekspresji ruchowej publika, tak długo i radośnie poddawała się dyktatowi dźwiękowo – wizualnemu producenckiego półboga. Co prawda słyszane po raz dziesiąty „I love You Poland” trąciło nieco nieświeżą karmą dla kota, ale miało swój urok. Całości dopełniły sztuczne ognie. A jako że sztuczne ognie za czarne milion dolarów są zawsze na miejscu, to wychodziłem z okolic Muzeum Lotnictwa całkiem zadowolony.
Sobotni start na Scenie Głównej był zdecydowanie lepszy niż piątkowy. Marika to taka pani, która mojemu koledze od Timberlanda pomyliła się z Mariją. Ciepło, miło, miejscami leniwie, miejscami mocniej. Szczególnie że Marta swój aparat głosowy obsługiwać potrafi i zdarza jej się wycisnąć zarówno mocne doły jak i ciekawie brzmiące góry. Stylistycznie, przynajmniej w wersji Coca Coli, usłyszeć można było wypadkową lekkiego reggae, podsypanego bujanymi aranżami, z lekkim odchyłem w stronę dancehallu, która to mieszanka w krakowskiej scenerii i przy współudziale licznej grupy muzyków, w tym chórku, dała efekt doskonałej rozgrzewki do występującego po niej Jamajczyka.
A Sean Paul, bo o nim właśnie mowa, to już nie bułka z kremem i możliwość bujania. To obowiązek. To żywioł i szaleństwo. Rozprzestrzeniające się niczym fala tsunami po japońskim wybrzeżu. Na scenie gibają się skąpo ubrane panie nie z Polski, a pod sceną tańczą równie skromnie ubrane panie z Polski. Kto nie tańczy ten z policji pada gdzieś z tłumu, ale przekonywać nikogo nie trzeba. Nieświadoma znajomości tak wielu utworów Seana Paula publika, z lekkim zdumieniem odśpiewuje kolejne hiciory prezentowane w dancehallowej konwencji, która nikogo nie pozostawia obojętnym i wymusza pląsy. Bardziej lub mniej estetyczne ale jednak. Dynamika, energia, Dżamajka, moc i przede wszystkim zabawa. Z niedowierzaniem kręcę głową i z lekkim uśmiechem wypowiadam szeptem zdanie, które przyjdzie mi jednak odszczekać. Później. „Prodigy tego nie przebije”.
Królowa hip hopu była następna w kolejce. Tłumaczyła się chorobą. Show, podobnie jak timbelandowe, dziwaczne. Autografy, tancerze, rozmowy, wchodzenie w tłum. I gdzieś na marginesie utwory; „Get Ur Freak On”, Ching – A-Ling”, „Lose Control”, czy też „Supa Dupa Fly”. No good Missy Elliott. Wtedy ustawiała po kątach i wiadomo było, dlaczego ktoś wpadł na pomysł, ażeby ją do Polski sprowadzić. Tylko co z tego? Pozytywne relacje na koncertach osiąga się za pomocą muzyki a nie schodzenia w plebs i integrację autografami. Przykro mi Panienko, nie tak się umawialiśmy.
Niby Coke Stage kusiła mnie TCIOFem, ale jako że ostatnio nie miałem okazji do kontestowania żadnego modnego i popularnego w kręgach kultury alternatywnej bandu, to mój wybór padł na ex Borysa. Co prawda lepiej by mi było olewać, gdyby Dejnarowicz nadal tam grywał, ale jak się nie ma, co się lubi…
Dlatego w okolice self/titled sceny doszedłem dopiero w okolicach 23. Moim oczom ukazał się tłum osób pod namiotem i jakieś niewyraźne sylwetki w centrum uwagi publiczności. Bez zerkania w program próbowałem przez chwilę rozszyfrować i przypomnieć sobie, kto może zapodawać te bity i strzelać tymi strofami. Utrudnione, ze względu na tragiczną akustykę, która nie pozwalała rozróżnić poszczególnych słów, zadanie rozwiązało się samo. Ktoś za moimi plecami krzyczał zdartym głosem „Sokół!”. Na około mnie koszulki „Prosto”, ze sceny co chwila „zip skład” i „pierdolić policję”. Nierozróżnialne wersy zlewały się w jedno z bitami didżeja Deszczu Strugi. Mnogo osób, aż zadziwiony byłem popularnością hip hopowej estetyki. Do czasu. Dokładnie to do zejścia ze sceny. Wtedy rozległ się nieco chaotyczny, ciężki do wyłowienia tumult. Ogłuszony harmidrem, z nieco otępionymi bębenkami nie rozumiałem, co też ci ludzie skandują. Dopiero któraś z kolei fala była na tyle wyraźna, że mogłem rozróżnić te dwie sylaby. „W Aucie”. I niech „Polityka”, piórem Mirosława Pęczaka ogłasza sobie, że przeboje wakacyjne nie mają już racji bytu. I że od dawna ich funkcję przejęły piosenki wypromowane i odgrywane w ugładzonych play listach stworzonych za pomocą odpowiednich badań na odpowiedniej grupie. Otóż, moi mili, instytucja „przebój lata” nadal istnieje i ma się całkiem nieźle. Co udowodnił tłum osób, w odśpiewanym na parę tysięcy gardeł wakacyjnym hicie z lirycznym refrenem „Będę brał Cię! W aucie!”.
Z rozbawieniem zakonotowałem, że osoby w koszulkach „Prosto” z niesmakiem na twarzy opuszczają bawiące się towarzystwo. True fani Sokoła nie zdzierżyli pastiszu i stylistycznej zabawy rapera, w której tribute dla Franka Kimono jest pretekstem do odświeżenia klimatu z dancingów i potańcówek.
Pora była najwyższa, by przenieść się pod Main Stage i zobaczyć zespół, dla którego przybyli ci wszyscy tutaj wokół zgromadzeni. Bo pomimo średniej jakości aury – było zimno i zaczynało kapać z nieba – tłum kolejnymi falami nabijał okolice proscenium do granic możliwości.
Mimo że ensemble Prodigy szczyty popularności ma już zdecydowanie za sobą, to na ich koncercie bawiła się największa liczba osób. A różnorodność i przekrój publiki budził nawet moje zdumienie; obok białych rękawiczek, gwizdków i dresów, emo fryzury z trampkami, plecaki kostki i długie włosy. Wszystko pomieszane i zmiksowane lejącym się z góry deszczem, prowokującym do ściągania co bardziej mokrych części garderoby – stąd nad wyraz duża liczba ekshibicjonistów.
Muzycznie dostaliśmy przekrój twórczości. Największy entuzjazm budziły jednak utwory z „The Fat of the Land” – podczas „Breathe”, „Firestarter” czy „Smack My Bitch Up” tłum wpadał w ekstazę i wyraźnie odlatywał w rejony, które zarezerwowane były do tej pory dla osób łykających pixy.
Ciekawie obserwowało się obłędnie walącego w bębny Leo Crabtree`go, którego gra nie porywała ani kunsztem ani innowacyjnością, ale niesamowicie komponowała się z kwaśnymi tańcami Maxima i Keitha. Zresztą ten ostatni, ubrany w pasiastą, czerwono – białą marynarkę z napisem „My dogs will kill you all”, dość swobodnym krokiem schodził ze sceny i maszerował wśród lasu rąk, a swymi wyłupiastymi oczami świdrował publiczność. Widziałem, jak parę osób się wzdrygnęło pod tym wzrokiem. Mnie momentalnie przyszła do głowy postać pewnego błazna…
„All my people, all my fuckin` Voodoo People” a wszyscy ludzie byli faktycznie tylko biednymi kukiełkami, którymi zespół sterował niewidzialnymi sznureczkami przenoszonymi za pomocą akustycznej fali dźwiękowej i stroboskopowych świateł.
Znalazło się jeszcze kilka mocnych momentów podczas „Warrior’s dance” czy też „Beat55”, ale jednolitość tej imprezy nieco mnie nużyła. Brak urozmaiceń i przewidywalność sprawiały lekki zawód. Od początków istnienia i popularności brytyjskiego kolektywu, mimo że pamięć mi nieco zawodzi i nie do końca wszystko ogarnia, miałem sprzeczne i mieszane uczucia dotyczące ich twórczości. Niby odjazd, niby rave, niby szaleństwo rytmu i tańca, a mnie podczas wyścigów Wipeouta „Firestarter” muliło. Ich język chyba nigdy do końca do mojej skromnej osoby nie trafiał i mimo że będąc pod wrażeniem ich występu, napisać muszę, że scenicznie pozostawiają mocne wrażenia psajkodelicznej jazdy bez trzymanki pasującej do sfiksowanej twórczości gibsonowego cyberpunka, to mnie do końca nie kupują.
Natomiast szeroko i szczerze uśmiechnąłem się, gdy operator pokazał na telebimie napis znajdujący się na laptopie stojącym w centralnym punkcie sceny – „Take me to the hospital”. Tak, zdecydowanie Prodigy to chory zespół. Mimo że rozsiewana przez nich przypadłość nie ma takiej mocy jak pandemia z lat 90`, to symptomy nadal są łatwo zauważalne. W tym roku padło na Kraków. Choć sądząc po sile oddziaływania ich twórczości, można zaryzykować twierdzenie, że gniazdo choroby przenieść się może także za rok w nowe miejsce w kraju. Z równie wielkim powodzeniem.
Coke Live Music Festival 2008 – 22 – 23. 08.2008 – Kraków – Lotnisko w Muzeum Lotnictwa