Jest coś zadziwiającego w hałasie. Mimo że od samego urodzenia towarzyszy nam on aż do śmierci, to są to w większości dźwięki, na które przestajemy zwracać uwagę. Nadmierny szum powoduje natomiast chęć ucieczki lub zatkania uszu. W owładniętym cyfrowym szaleństwie świecie, gdzie naturalne dźwięki odchodzą do lamusa, dziwić musi popularność wsłuchiwania się w „naturalny” hałas powodowany specjalnie.

Yamato to grupa japońskich bębniarzy, która w dość ciekawy i przystępny tradycję grania na bębnach miksuje z delikatnym powiewem popkultury. Dzięki temu przedstawienie zachowuje swój orientalny wydźwięk jednocześnie nie odstraszając osób, które nie mają czasu, ochoty albo potrzeby wgryzać się w tradycyjną sztukę gry na bębnach. Bo to co prezentują Japończycy dla prawdziwego ortodoksa sztuki taiko (“wielki bęben”) byłoby zapewne bezczeszczeniem świętości.

Przedstawienie zostało podzielone na kilka części z jedną dłuższą przerwą na zmianę scenografii. Rozpoczyna się od razu mocno. Pokaźna grupa bębniarzy wali z energią i mocą w instrumenty, które dudniąc przenosiły nas w okolice Japonii. Szczególnie przywodziły na myśl trzęsienia ziemi, nawiedzające region 4 000 wysp z dużą częstotliwością. Huk i odbijające się od stropu i ścian Hali Ludowej dźwięki mocno grzmiały w uszach. Widać było ile energii i siły potrzeba by, nie tylko rytmicznie, ale także z mocą odpowiednią, wydobyć dudnienie z bębnów.

Może kilka słów o tych właśnie instrumentach, które większości z nas kojarzą się z prostotą by nie rzec prymitywizmem. Bo co to za sztuka uderzać pałeczką w naciągniętą płachtę i wydobywać z niej dźwięki? Otóż, kiedy bęben jest kilkukrotnie większy i cięższy od nas, a sama pałeczka może ważyć ponad 3 kilogramy, ewentualnie kiedy z ważącym naprawdę niemało bębnem przyjdzie nam po scenie chodzić i skakać, pokrzykując na dodatek co jakiś czas, nabiera się szacunku dla osób, które wykonując te wszystkie czynności, są w stanie utrzymać rytm. Na dodatek urozmaicając całość podrzucaniem, machaniem czy też uderzaniem naprzemiennym pałeczkami.

Przedstawienie można podzielić na kilka fragmentów, z których każdy prezentował nieco inną perspektywę gry. Zaczęło się całkowicie poważnie od prezentacji chyba wszystkich artystów grających razem. To mocne wejście od razu pozwoliło przyzwyczaić się do tej specyficznej muzyki. Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale nawet gra na bębnach ma swoją melodię. Wygrywający ją bębniarze dość łatwo i szybko porwali całą publiczność, która gorąco nagradzała ich brawami.

W przedstawieniu jest mnóstwo humoru. Są wesołe pojedynki oraz zawody, w których kryteriami zostaje umiejętność wystukania najciekawszego rytmu albo wniesienie większego bębna na scenę. Ten ostatni motyw został użyty podczas gender wars, w których dwie Japonki walczyły z dwoma Japończykami na głośność i różnorodność rytmu wystukiwanego przy gorącym aplauzie publiczności. Pojedynek zakończył się chyba niewielkim zwycięstwem płci piękniejszej.

Innym razem trzech bębniarzy przy pomocy małych cymbałków założonych na rękach, wystukując rytm odbić, gra w ping ponga i bawi się niewidzialną piłeczką, „podając” ją sobie co jakiś czas.

W niektórych numerach mieliśmy okazję obejrzenia i usłyszenia także innych instrumentów niż bębny. Mała orkiestra z cymbałami, gongami, fletami (Shakuhachi), cytrami (Koto) oraz Shamisen (trzystrunowy instrument przypominający nieco gitarę) doskonale współbrzmiała z wystukującymi rytm bębniarzami.

Jednak elementem na który chcę zwrócić szczególną uwagę, jest interakcja z publicznością. Audytorium nie tylko biernie oklaskiwało bębniarzy po zakończonym numerze, lecz także zostało wciągnięte w zabawę. Wystukiwanie rytmu nogami i klaskanie odpowiednio w dłonie dało niesamowity efekt. Hala zatrzęsła się w posadach, gdy te kilkaset osób, sterowane przez dyrygenta ze sceny, współtworzyło przedstawienie. Rozglądając się wokół nie dostrzegłem ani jednej osoby, która nie brała udziału w zabawie. Widać było, że zarówno na scenie jak i na sali wśród publiczności, wszyscy bawią się przednio. Ta lekkość, spontaniczność i frajda, jaką zobaczyłem wśród artystów, udzieliła się także widzom. Pomimo intensywnego koncertowania nie widać było na twarzach muzyków zmęczenia ani znużenia.

Występ Japończyków z grupy Yamato to naprawdę spore wydarzenie artystyczne. Dobrze zagrane, interesująco wyreżyserowane oraz ciekawie poprowadzone. Żadnych minusów. Rozpływam się do tej pory i życzę sobie i wszystkim więcej tak doskonałych artystów odwiedzających nasz mały kraj w środku Europy.

Yamato – 22.05.2007. – Wrocław – Hala Ludowa

Rhythm of the dance

marzec 10, 2007

Tak się jakoś złożyło że w jednym czasie po Polsce krążyły dwa przedstawienia, które otagować można wspólnie jako „irlandzkie tańce”. Czasami (jak na przykład we Wrocławiu) grupy nieomal ocierały się o siebie, gdyż różnica między ich występami wynosiła tylko jeden dzień.

Jednym z nich był Gaelforce Dance, międzynarodowa grupa taneczna założona w Australii, w której znajduje się również polski akcent – Elżbieta (Ella) Haluk z Rzeszowa. Od 7 lat gra na skrzypcach w zespole muzycznym Gaelforce Dance a od 2001 jest dyrektorem muzycznym przedstawienia. Stworzyła aranżacje smyczków do wielu nowych utworów, składających się na ten spektakl. Flirt z popkulturą i eklektyczność sprawiły z jednej strony, że szał na nich jest przeogromny (szczególnie w USA gdzie zamieszkuje bardzo wielu irlandzkich imigrantów i ich potomków), lecz z drugiej odejście od tego bardziej klasycznego nurtu tańca na rzecz show.

Tym bardziej irlandzkim nurtem, choć nie ukrywajmy, że ich „irlandzkość” jest także umowna, jest Rhythm of the Dance. Grupa która reprezentuje swój kraj jako Państwowy Zespół Tańca Irlandii. Zespół w którego skład wchodzą tylko (co ma dodać autentyzmu występom) rodowici Irlandczycy miałem okazję podziwiać we wrocławskiej Hali Ludowej 10 marca 2007 roku.

Całe przedstawienie składało się niejako z trzech elementów, które przeplatały się ze sobą wzajemnie. Były to więc popisy tancerzy, śpiewaków oraz grających na instrumentach folkowych. Naturalnie najbardziej widowiskową częścią całego występu były tańce; zarówno koedukacyjne jak i jednopłciowo, solo i grupowo. Wśród mrygania kolorowych świateł, wizualizacji z Zielonej Wyspy rzuconych na podwieszony na górze telebim oraz dźwięków skrzypek rozpoczęło się show.

Naprawdę trudno opisać wrażenie, które towarzyszy w początkowej fazie występu. To zwiewne poruszanie się po scenie przy jednoczesnym stepowaniu i wymachiwaniu nogami w powietrzu wydaje się przeczyć przyspieszeniu ziemskiemu. Jakby na scenie, która nie jest zresztą niczym innym niż dechami sklejonymi taśmą klejącą, panowały inne warunki grawitacyjne. Te pełne gracji i całkowicie zsynchronizowane kroki hipnotyzują od pierwszych minut. Każdy ruch ciała wydaje się być podporządkowany nogom, które stają się centralnym punktem tancerza.

Czy w całym tym przedstawieniu była historia lub fabuła? Zapewne była, ale bez scenariusza ciężko ustalić, o co naprawdę chodziło. Tak naprawdę ważniejsze były kolejne popisy i efektowne wygibasy artystów, które przyciągają publiczność na całym świecie swoją egzotyką oraz magią. To co zwracało uwagę to soliści, zarówno chłopak jak i dziewczyna, wokół których zbudowana była większa część spektaklu. Dyrygowali oni niejako resztą zespołu, który poddawał się ich woli. Oni przewodzili, rozpoczynali daną scenę lub byli jej pointą i zwieńczeniem. Do nich należał w tej rozmowie nóg decydujący głos.

Co jakiś czas, śpiewacy (wszyscy rodzaju męskiego), z dość dziwną manierą wokalną i o bardzo niskich głosach, wchodzili na scenę i dawali odsapnąć tancerzom. Ich utwory, którym akompaniowali muzycy przez większą część przedstawienia schowani nieco z tyłu, miały zapewne wzbudzać nostalgię i przybliżyć nam sielankowy obraz Irlandii. Całości dopełniały obrazy łąk, rzek, gór oraz małych miejscowości z uśmiechniętymi ludźmi, które można było obejrzeć na podwieszonym ekranie. Niestety w moim jedynym uczuciem jakiego doznałem było lekkie znudzenie. Na całe szczęście przerw tego typu było naprawdę niewiele.

Jednak z każdą chwilą czar i magia nieco parowały. Kolejne stepy i machnięcia zaczynały nużyć. Wszystko zaczynało wyglądać coraz bardziej schematycznie i rutyniarsko. Nawet uśmiechy były przyklejone na stałe. Zrozumiałe jest przeze mnie, że dając niemal codziennie przedstawienia, pewna spontaniczność i radość z występów jest trudno osiągalna, lecz to nie jest żadne wytłumaczenie, gdyż publiczność, a przynajmniej jej cześć, będzie wyczuwała ten brak artystycznej szczerości.

Nie mogę jednak nie wspomnieć o kilku momentach, które porwały wszystkich i z nawiązką wynagrodziły słabsze momenty. Należał do nich na pewno solowy popis dziewczyny jednocześnie tańczącej i grającej na skrzypcach. Co prawda kilka omsknięć na gryfie się zdarzyło, jednak efekt końcowy i tak jest niesamowity. Koordynacja ruchowa i podzielność uwagi między obydwie pary kończyn może budzić tylko wielkie uznanie.

Innym silnym akcentem wieczoru z kulturą irlandzką stał się pojedynek tańczącej solistki z chłopakiem operującym na dość prymitywnym instrumencie perkusyjnym. Jednak kunszt artysty oraz możliwości, które dawał ten bębenek, okazały się przeogromne. Nie tylko różnorodność dźwięków ale także ich szybkość robiły wrażenie od początku występu. Jednak we fragmencie o którym piszę, nogi wystukujące rytm tańczącej dziewczyny i grającego muzyka na zmianę próbowały pokonać prawa fizyki i dokonać rzeczy, której druga strona nie będzie w stanie powtórzyć. Pojedynek został zakończony na korzyść tańczącej Irlandki, która w finale rozgromiła swojego przeciwnika.

Jednak końcowa ocena nie będzie jednoznaczna. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że ogromne wrażenie, jakie na mnie zrobił zespół Rhythm of the dance jest zasługą mej świeżości. Innymi słowy trafili u mnie na dziewiczy teren do zagospodarowania i udało im się mnie mocno zaintrygować. Nie mając z czym porównać, ani też nie zdając sobie sprawy ze zjawiskowości ich występów mogli, nie wznosząc się na wyżyny sztuki którą uprawiają, wbić mi się w pamięć na długi czas.

Druga strona medalu, ta mniej racjonalna i bardziej skłonna do konfabulacji twierdzi, iż ich występowi czegoś zabrakło. Jakiejś iskry, który porwałby mnie i powalił na deski nie pozwalając pozbierać się przez długi czas. Jednak na pytanie czy warto było iść, odpowiem zdecydowanym głosem: „Oczywiście że warto!”. Choćby po to by popodziwiać dość dorodne i całkiem urocze dziewczyny, w kusych i kolorowych strojach, w których podskakują dość wysoko i bujają się różnymi częściami ciała w przeróżnych kierunkach. Przedstawienie może być i denne, ale skaczące laski zawsze zwiększą jego atrakcyjność w moich oczach.

Rhythm of the Dance – 10.03.2007. – Wrocław – Hala Ludowa