Sigur Ros. (kropka)
sierpień 20, 2008
Przykro mi – będę pretensjonalny. Bo czasem okazuje się, że słowna ekwilibrystyka nie wystarcza. Bo banał goni za banałem i truizmem całość pogania. Bo słowa potrafią oddać wiele, ale nie wszystko. Bo, na dodatek, umiejętności brak by wszystko przekazać.
Wtedy wydawało mi się, że byłem przygotowany na wszystko. Miałem rację – jedynie mi się „wydawało”. Jeden, ale jakże potężny, cios, wytrącił mnie z mojego świata pewników i rzucił w wir transcendentalnej jazdy bez trzymanki.
Kupując bilet wiedziałem, że nie płacę za zwykły koncert. Byłem przekonany, że najlepszym produktem eksportowym Islandii okaże się być magia, którą muzycy Sigur Rós przywiozą ze sobą i nie poskąpią jej spragnionej czarów polskiej publiczności. Nie spodziewałem się jednak, że nawet po tak długim czasie jaki minął od występu, będę miał nadzwyczaj duże problemy z wyartykułowaniem choćby grama czegoś na tyle zdystansowanego, co pozwoliłoby wam – czytającym me słowa – na stwierdzenie, iż żaden ze mnie fanatyk i szaleniec.
To jednak jest nadal ponad moje siły. Obawiam się także, iż nie istnieje skuteczne lekarstwo na przypadłość i niemoc jaka mnie ogarnęła. Wiele wody będzie musiało upłynąć i wiele koncertów będę musiał zobaczyć, ażeby z pamięci wymazać to, co zrobił ze mną, choć podejrzewam, że moje uczucia podziela zdecydowana większość osób, które były tam wtedy, 20 sierpnia 2008 roku w Warszawie, zespół Sigur Rós.
Nie miałem pojęcia, jak wypadł był Ólafur Arnalds i nic mnie to nie obchodziło. Wiedziałem dokładnie, co robię, gdy podejmowałem decyzję dotyczącą zignorowania występu supportu. Nie dałem mu się wprowadzić w odpowiedni nastrój. Mimo że jego płyta – Eulogy for Evolution – otrzymała dobre recenzje, a ja nie zwykłem omijać występów artystów poprzedzających główne atrakcje, to nie miał on najmniejszych szans na skoncentrowanie mojej uwagi na sobie. Nie sądziłem także, żeby rozkojarzona i niezdrowo podniecona publiczność, oczekująca i rozpalona, była w stanie zaangażować się w coś, co nie dałoby się nazwać nawet surogatem preludium do preludium.
(Podobnie postąpiłem ignorując możliwość zobaczenia na dużym ekranie dokumentu „Heima”, który w ramach gutkowego festiwalu – Era Nowe Horyzonty – kusił mnie niepowtarzalną okazją zachwycenia się nim, filmem a nie festiwalem, w warunkach nieuwłaczających mojej potrzebie słuchania muzyki na w miarę przyzwoitym poziomie.)
Zapętlone „Straumnes” delikatnie koiło moją chęć przedarcia się pod same barierki. Lepszą perspektywę i odbiór dźwięków zapewniał dystans, ale pragnienie wzięcia udziału w tym nabożeństwie było wyjątkowo silne. I wtedy, gdy napięcie sięgało zenitu, ludzie omdlałymi od klaskania dłońmi próbowali ostatnim wysiłkiem woli zmuszać ręce do synchronicznych ruchów a ich zdarte gardła raz za razem wykrzykiwały dwa słowa, Sigur Rós pojawiło się na scenie. Wyciszeni, niepozorni i, mimo że niemal na wyciągnięcie ręki, to tak odlegli.
Oniryczny „Svefn-g-Englar”, o ironio, obudził we mnie pokłady nienazywalnych uczuć, które raz mocniej a raz nieco słabiej, na nowo definiowały we mnie określenia „muzyka”, „sztuka”, „emocje” czy też „koncert”. Burza braw, pisków i okrzyków wytrąciła mnie z kontemplacji. Krótka przerwa na parę głębszych wdechów i powrót do świata rzeczywistego. Powoli ruszał „Glósóli”, który koncertowo miażdży. Narastające dźwięki zlewające się pod koniec w wielki, rozbłysk jasnego światła całkowicie mnie pochłonął. Wybuch supernowej. Nie miałem siły klaskać. Nie byłem w stanie się ruszyć. Mimo że po chwili usłyszałem pierwsze takty „Ný Batterí”, to brak energii i woli do działania się pogłębiał. Czułem się, jakby te nuty wysysały ze mnie wszystko. Byłem pustym naczyniem, które wypełniane było magią promieniującą ze sceny.
Wtedy ropozczęła się prezentacja najnoszwego materiału. Melancholijne i piękne „Fljótavík” pociągnęło mnie głębiej. Nieco odetchnąłem przy „Festival”, który snując się początkowo spokojnie, delikatnie i niemal niepostrzeżenie, rozświetlił się na koniec niczym tęcza. Feeria barw rozbłysła wśród spadającego śniegu. A może płatków kwiatów. Czary? Magia? Koncertowo obydwa utwory wybroniły się bez problemu.
Dopiero następna w kolejności „Hoppípolla” przechodząca płynnie w „Með Blóðnasir” pozwoliła mi się wyrwać z tego dziwnego stanu odrętwienia i marazmu. A końcowe tony wyśpiewane przez Jónsiego wespół z publicznością to było już niemalże mistrzostwo świata. Echa tego duetu długo jeszcze będzie zalegać mi w uszach zmuszając do przeanalizowania konstruktu „artysta wspomagany głosami publiczności brzmi gorzej, bo publiczność nie umie nucić i psuje klimat”.
Nie było czasu na dłuższe przestoje. Porywające do swobodnego pląsania „Inní mér syngur vitleysingur” oraz „Við spilum endalaust”, odegrane na basie za pomocą pałeczki miarowo wystukującej rytm, to jedne z bardziej radosnych akcentów całego koncertu. Rytmiczne i beztroskie. Zielona, wiosenna łąka podczas majowego poranka. Idylla.
Po frywolnych chwilach nastąpiło uspokojenie nastroju. Ostatni utwór z Takk – „Heysátan” – delikatnie prześlizgiwał się ponad głowami wszystkich. Majestatycznie i refleksyjnie porywał ze sobą każdego po kolei. Niemożliwym było nie odlecieć wraz z nim. Oniemiała publiczność nieomal z nabożną czcią wysłuchała go do ostatniego taktu. Podobnie zresztą wyglądało „Olsen, Olsen”. Basowy podkład z przebijającą się z tła perkusją połączony z dźwiękami fleta, klawiszy i smyka na gitarze wyciskał łzy.
Następnie popłynęło „Sæglópur”. Wzbierało powoli. Subtelne, rozpoczynające takty, zmieniły się w mocniejsze falowanie. Cymbałki grzmiały metalicznym pogłosem niczym dzwon. Energia kumulowana przez początkowe minuty strzeliła z ogromną mocą. Następiło przesilenie. Wreszcie utwór porwał i nieomal utopił wszystkich. Zanurzeni, oniemiali i cisi obserwowali żywioł do samego końca. Z szeroko otwartymi oczami i twarzą wyrażającą błogostan.
Po chwili kontynuowany był temat morza w przepięknym „Hafsól”. Z basowym taktem, zapętlonym i wystukiwanym ponownie za pomocą perkusyjnej pałeczki. Rytm wyjątkowy, sprawiający wrażenie pogłosu. Albo dźwięków pod wodą. Złamany smyczek Jónsiego nie przeszkadził mu zbytnio w dokończeniu piosenki.
(Widać było, ile uczucia przekazuje i jak bardzo koncentruje się na swojej grze. To nie tylko dla nas przedstawienie zaserwowane przez Islandczyków jest tak wyjątkowe. Także oni sami są rozrywani zarówno przez muzykę, jak i przez nasz afekt względem nich i ich twórczości. Sprzedawcy emocji. )
Lecz dopiero zmierzające do finału „Gobbledigook” poderwało wszystkich. Odłożona gitara elektryczna na rzecz akustycznego pudła nadała temu utworowi nieco inny mniej doniosły wydźwięk. Wspólna zabawa oraz klaskanie i moment w którym podczas wspólnego „la, la, la, la, la, la, la” zostaliśmy zalani przez morze spadającego konfetti to wymarzony finał. Szczególnie że wspomagany ponownie spadającymi z nieba płatkami śniegu. Róża Zwycięstwa, tonąc w oklaskach i euforycznych okrzykach, zeszła ze sceny.
Ale nikt nie uwierzył że to już prawdziwy koniec. Nawet jedna osoba nie ruszyła się z miejsca a donośne „Sigur Ros”, skandowane przez kilka tysięcy gardeł, rozrywało Amfiteatr Parku Sowińskiego od sufitu po podłogę. Ponowne wyjście zespołu wzbudziły jeszcze większy tumult, a pierwsze dźwięki bisu podniosły temperaturę do niewyobrażalnego poziomu.
I właśnie wtedy…
…delikatne odgłosy gitary z samplerowanym tłem i perkusyjnym podkładem rozpoczynają najlepszy song, jaki zdarzyło się Sigurom nagrać. Ostatni track z (), czyli „Untitled #8”, „Popplagið”, „The Pop Song” czy też „Piosenka popowa”. Ten utwór to absolutne i całkowite mistrzostwo. Coś, co w Sèvres pod Paryżem może zalec z adnotacją „absolut”. Niedościgniony wzór, perfekcyjnie rozegrany, z doskonale rozłożonymi akcentami i dramaturgią, które sprawiają, że w okolicach szóstej minuty, tuż po spokojnym i lekkim preludium, pojawiają się ciarki na plecach.
Gdy Orri Páll Dýrason zaczyna miarowo wybijać rytm powoli dochodzą kolejni muzycy. Stopniowo włączają się instrumenty. Ale nad tym wszystkim znajduje się Jónsi ze swoim głosem – jego falset bierze w kluczowym momencie górę. Cała ta kakofonia, obłędna i narastająca w kulminacyjnym momencie perkusja, elektroniczny podkład atakujący ze wszystkich stron, hipnotyzujący bas oraz uwodząca gitara, tworzą ścianę – nieprzepuszczalną kurtynę – która oddziela nas od świata.
Bo Sigur Rós nie gra po prostu na instrumentach – oni opanowali sztukę grania na emocjach, czego najpełniejszym wyrazem jest „Niezatytułowany #8”. Czuję, jak mnie pochłania. Jak jest mnie coraz mniej. Ta dychotomiczna muzyka, niepokojąca oraz kojąca zarazem, wypełnia mnie bez reszty. Poza rozrywającymi moje jestestwo nutami nie istnieje nic. Pełne zatracenie i pełna jedność.
I wreszcie wybuch. Orgazm. Spełnienie. Katharsis. Tysiąc myśli i miliard emocji na sekundę. Całkowity brak słów. Pobudka ze snu. Koniec. Powrót do rzeczywistości. Uczucie depersonalizacji.
I to mimo ponownego bisu – „Viðrar Vel Til Loftárása”. Dla mnie nie miało to już najmniejszego znaczenia. Przemiana, jaka się we mnie dokonała podczas „Untitled #8”, nie daje się z niczym porównać. To nie koncert, to było misterium, msza pod wezwaniem Róży Zwycięstwa. I mną – wiernym fanatykiem – który chciał jedynie przeżyć coś wyjątkowo, a doznał objawienia.
P.S.
Naturalnie można napisać, że brakło Amiina, że perkusja była momentami nieco za głośno, a orkiestra, której nie było, wzbogaciłaby brzmienie utworów z með suð í eyrum við spilum endalaust. Tylko jakie to ma znaczenie? Żadnego. Sigur Rós w Parku Sowińskiego to był koncert roku. I chuj.
Sigur Rós – 20.08.2008 – Warszawa – Park Sowińskiego