Święto Grzyba z Kultem
wrzesień 10, 2005
Należy zacząć od tego, że mój cały plan wziął w łeb. Miałem jechać pociągiem, żeby wyrobić się na zawody drwali i Hurt, a pojechaliśmy samochodem w momencie, w którym byłem niemal pewny, że na lumberjackow nie zdążymy. Żeby było mało, to okazało się, że moje obliczenia dotyczące odległości Węglińca od mego miejsca zamieszkania nieco odstają od rzeczywistości. Miast założonych przeze mnie 130 km było ich niemal o 70 więcej.
Na dodatek warunki jazdy były dość mało ciekawe. Mały samochód, a w nim 5 niemałych osób. “A lato było piękne tego roku”, więc duchota panowała nieziemska. Droga oczywiście w remoncie, ograniczenia do prędkości 22,(2) m/s, ale i tak nasz pojazd przekraczał miejscami magiczną barierę 100 km/h (zresztą nie byliśmy w tym odosobnieni), więc nim sie obejrzałem, wjechaliśmy w burzę.
Pełni obaw wysłaliśmy wiadomość do Węglińca i niemal od razu otrzymaliśmy odpowiedź: “No. Pada…”. No good. Ale podtrzymywałem towarzystwo na duchu, ze nie można przecież odwołać, ot tak, koncertu z powodu deszczyku, bo i umowa na pewno podpisana, a i pewnie dachem czy inną plandeką scena jest osłonięta.
Dojechawszy na miejsce udaliśmy sie sprawdzić, co też kryje sklep znajdujący sie 5 metrów od miejsca naszego parkowania. Miejscowe tanie wino o dziwnej nazwie “Mustak” w cenie 3,30 zł za butelkę wypiłem z kuzynem w czasie szybszym niż pięciokrotne wypowiedzenie magicznego zwrotu, które fani Kazika i Kultu uwielbiają wykrzykiwać, gdy oczekiwanie na koncert zaczyna im się dłużyć. Należy tutaj dodać, ze szybkość opróżniania butelki była spowodowana faktem, iż jego smak był po prostu wyjątkowo okropny. Albo może i ja odwykłem…
Przy okazji oddalania sie do POMu* rozejrzałem sie wokół i stwierdziłem, że jak na jarmarczno wiejską imprezę z grochówką i balonami, to całkiem niezły poziom reprezentuje. Mnogość atrakcji (bez cienia ironii to pisze) była pokaźna; karuzele, zabawy, tony żarcia. Pogratulować rozmachu tylko mogę. Szczególnie iż bylem w tym roku na dożynkach gminnych i powiatowych, więc porównywać mam z czym. Smutne jednoczenie jest to, ze moje własne okolice dość biednie przy Węglińcu wypadły.
Zbliżała sie 20, więc postanowiłem zająć jakieś strategiczne miejsce blisko sceny. Dość łatwo stanąłem niemal pod samymi barierkami. Z głośników sączyło sie coś kazikowego, a ja patrzyłem na krzątaninę na scenie. Tomasz Goehs poprawiał sobie lusterko, wsadzał zatyczki i ustawiał perkusje. Drugi perkusista kazikowy wykonywał nerwowe ruchy przy głośnikach i kablach. Coś mi nie grało. Brakowało sprzętu i brakowało muzyków.
Deszczyk zaczął lekko siąpić, a na scenie zaczęto rozstawiać piwo. Swoją drogą ciekawe jak im ten trunek smakował. Ja osobiście Goolmana nie lubię; nawet jak na piwo dość tanie, nie spełnia kryteriów smakowych. Ale to może tylko moje odosobnione zdanie.
Moje wcześniejsze podejrzenia okazały się słuszne, bo po niemal godzinnym spóźnieniu na scenę wpadł jednoczenie cały zespół i po chwilowym chaosie wszystko było gotowe. Zgubiły się pewnie chłopaki wśród tych lasów i pól czerwonych (ciekawostka, większość skoszonych pól które mijaliśmy miała odcień krwistoczerwony. Osobliwie to dość wyglądało).
Początkową pozycje pod barierkami utrzymałem niemal do samego końca. Rozbawiło mnie jednak, kiedy mama ze swoim dzieckiem płci męskiej w wieku raczej wczesnopodstawówkowym, została przez ową latorośl zmuszona do opuszczenia miejsca pod barierkami, bo „było za głośno”. Swoją drogą szkoda, bo mama wyglądała wyjątkowo miło. Jeśli wiecie, o czym ja mówię…
Rozbawiło mnie także setnie, gdy Kulci chcieli ruszyć z kopyta i im troszkę nie wyszło, bo Wirek sie walnął. Goehs zaczął stukać Baranka, a pan Ireneusz się mocno zdziwił. Dopiero pokazanie kartki z setlistą pozwoliło na zaśpiewanie „Ech Ci ludzie! To brudne świnie!” i koncert potoczył się dalej. Niektóre pomyłki są na tyle sympatyczne, że dodają występowi uroku. Szczególnie gdy nie zdarzają się nagminnie.
Z ciekawostek:
Przed „Do (b)Ani” a po “Wspaniałej nowinie” zabrakło prądu dla pana Grudzińskiego. Dopiero po pewnym czasie opanowano sytuacje i dźwięki keyboardu zaczęły być słyszalne.
Gitara Banana była bardzo głośno ustawiona (przebijała wszystkie instrumenty razem wzięte), więc pierwszy raz chyba moglem usłyszeć cały podkład gitarowy podczas wyśpiewanego „kurwa w dupę mać”. Swoją szosą z koncertu na koncert ten utwór nabiera dla mnie mocy. Ale o tekście sza.. Nic o „dumnej brwi” nie napiszę. Spuszczę na to zasłonę milczenia.
Gdy zaczęło się “latanie” ochrona pierwszej osoby nie złapała. Ale juz następne dość umiejętnie ściągali z głów ludzi pod barierkami i bez żadnych problemów kierowali do wyjścia. Wielkie brawa dla panów. Szybko się dość odnaleźli w, bądź co bądź, nowej dla nich sytuacji.
Podczas “Tłuszczy” ktoś z tłuszczy rzucił Kazika puchą. Koncert po chwili został wznowiony,. Nota bene – sam utwór się zmienił nieco. Jak dla mnie, niestety, na gorsze… Poprzednia aranżacja o wiele bardziej mi się podobała. Ta jakaś taka piskliwa się wydaje być.
Porażka koncertu – “Krew jak śnieg”. Absolutnie nic się w tej piosence Kazikowi nie udało; źle wszedł, mylił zwrotki, nawet z refrenem było cos nie tak. Chyba nawet zapomniał pierwszych słów piosenki, bo w momencie, w którym miał rozpocząć, podszedł do Wojtka Jabłońskiego, który, tak to przynajmniej wyglądało, podpowiedział mu pierwsze słowa piosenki. Oj, chyba przydałby się sufler.
Podoba mi się płynne przejście z “Ja cham miałem złoty róg” do “Ręce do góry”. Wyciszenie zespołu, Kazik nuci “Miałem sznur, dwa sznury, Ręce do góry”, pierdyknięcie Tomasza w perkusje i “heja ho”!
Przy pierwszych dźwiękach “Rządu oficjalnego” nie wiedziałem, co grają. Dość ciekawe intro.
Kazelot pomylił także zwrotki w “Wolności”, ale po “Krwi jak śnieg” niemalże nie zwróciłem na to uwagi. Po prostu małe wahnięcie.
Juz wiem co teraz jest absolutnym killerem koncertowym – “Dziewczyna bez zęba na przedzie” brzmi tak, jak sobie wyobrażam najlepszy koncertowy utwór. Absolutne numero uno wczorajszego występu.
Podsumowując: Fajnie, energetycznie i miło. Kult poniżej pewnego poziomu nie schodzi i świetnie sie można bawić słuchając i oglądając chłopaków na scenie. Mnie sie podobało. I to mocno!
* POM – Punkt Oddawania Moczu
P.S.
Światełka też ładne, ale po “październikowej” ciężko mnie w tym aspekcie zaspokoić, więc zauważam, ze były, ale tylko na marginesie.
Skrót skrótu: 1. Baranek 2. Grzesz, 3. Pasy, Pasa, Pasadena czyli Pasażer 4. Bez dzieci jesteśmy zarówno niegrzeczni jak i mocno niebezpieczni 5. JHWH 6. Planiści w Kaście 7. Nowinka 8. Totalna militia 9. Pot, kurwa w dupę mać, i kreff vol. 2 10. Czarne Słońca 11. Brook 12. Al Arahija 13. Dolina 14. Cham 15. Rencami w górę 16. Krew vol. jeden czyli ze śniegiem 17. Fearrirrrrra i do tego oficjalny rząd 18. Tłuszcza rzucająca puszką w Kazika 19. Imć Gruda zapodaje Mengistację20. PMW 21. Urwy Wend 22. Dama co straciła trzonowego 23. Casablanca Bisy: Standard