Afro Kolektyw – bo mają seksapil!
marzec 1, 2009
O jejku! Afrokolektyw! Aaa! Oni są świetni i cudowni. Wspaniali oraz doskonali. A ten Afrojax i jego rymy i szlachetne „r”. Mógłby być Francuzem! Mówię Ci – mega gigant. I podobno jest nieślubnym dzieckiem Franka Sinatry. Tak mi mówiła Zocha, która usłyszała gdzieś o tym. Nie, nie wiem gdzie. Może przeczytała na Pudelku? To możliwe przecież. Wszak cały zespół dostał już zaproszenie do „Tańca z gwiazdami” oraz „Celebrity Deathmatch”. Nie, nie ściemniam.
Radzą sobie. A takie przecież mają problemy. Nie słyszałaś? Śpiewali o nich na tym koncercie. Jeden z nich jest „Tatą dilera” inny ma problemy, bo jego trener, bodaj, Szewczyk jest dość mocno obrzydliwy. No i widać było, że Afrojax ma deficyt szlafroków. No cóż, niestety nagi nie występował. Nie wiem, czy chcesz wiedzieć, ale zamiast podomki była koszulka Eminema oraz wypchany biustonosz. No i czapka z pomponem gubiona i odnajdywana. Nie ściemniam! Zrobiona na drutach chyba. Z oprzyrządowania znalazł się jeszcze gumowy penis. Tak, zgadzam się. Mmmm…
Na szczęście nikt nie umarł zadeptany na śmierć, a zespół grał dalej. Niestety nie wszyscy umiom się bawić. Wyobraź sobie, że część osób krzyczała brzydkie słowo na „wu”. No takie wypieprzać tylko gorzej. Podobno to taka zabawa. Ja nie wiem, ale chłopaki chyba tego nie słyszeli. A jakby usłyszeli i sobie poszli? No ja nie wiem, ja bym się obraziła. A oni zamiast się obrazić to przepraszali. I to jeszcze dwukrotnie!
Następnie był jakiś dziwny song, lecz jaki? Tego nikt nie wiedział. Ale najfajniej było jak zagrali piosenkę o informatyku. No wiesz, tą fajną co myślałam nawet, że kiedyś w ESCE puszczą, ale jeszcze nie trafiłam. Zresztą podsłuchałam kolesia, który mówił, że znalazł na Internecie ich płytę i że ją nawet posłuchał przed koncertem i mówił, znaczy po koncercie, że dużo grali właśnie z tej nowej płyty. Nie, ja nie słyszałam. Jak to po co? Poszłam, bo zespół jest świetny! Są tacy przystojni. Ale trochę się martwię, bo byłam ostatnio na ich maj spejsie i tam była apel „pomocy!”. Podobno Afrojax musi iść na operacją penisa. No coś Ty, głupia? Pomniejszania! Ha! Wiedziałam. Nie wiem, ale następnym razem pójdziemy razem i mejbi bejbi uśmiechnie się do nas szczęście. Znaczy wokalista. To ci pa!
A! Bo był jakiś support, ale przyszłam zbyt późno, bo się zasiedziałam w WuZecie licząc, że Afro wcześniej tam przyjdzie, ale się nie udało. Więc nie wiem co i czy grali. Może innym razem.
Afro Kolektyw - 1 marca 2009 – Droga do Mekki – Wrocław
Alians dał czadu!
listopad 14, 2008
Szczerze muszę powiedzieć, że brakowało mi takiego koncertu. Po całej serii mniej lub bardziej nadętych występów przyszedł czas na coś niezobowiązującego i beztrosko radosnego. Wyśmienita okazja pojawiła się w piątkowy wieczór samym środku listopada, gdyż niemal dokładnie po roku do Wrocławia, a dokładniej to w centrum Wrocławia, a dokładniej to do klubu Łykend, zawitał pilski zespół Alians. Mimo fatum unoszącego się nad koncertami Pilan w stolicy Dolnego Śląska – występy odbywały się z problemami lub nie odbywały się wcale – udało się tym razem uniknąć większych wpadek, świetnie zagrać i rozbawić tłumnie zgromadzoną publiczność.
Supportować w teorii miały dwa młode składy z Namysłowa; niestety, ze względu na problemy do Wrocławia dotarł tylko jeden. Guarana, bo tak nazywali się wytrwali na placu boju, pozostawiła po sobie niezłe wrażenie. Ci młodzi ludzie idealnie wpasowali się w klimat i mimo pewnych braków technicznych można ich było wysłuchać bez większych zgrzytów. Naturalnie, wolno i wręcz należy zauważyć, że gitarzysta będący wokalistą nie zawsze dawał radę, a jego głos nie był w stanie przebić się przez instrumenty, że drugi gitarzysta wkomponował w niektóre utwory niepotrzebne solówki, które nieszczególnie pasowały do muzyki, ale są to tak naprawdę szczegóły. Nie wiem, czy Guarana odniesie sukces, ale jeśli tylko znajdą wokalistę z charyzmą i ciekawą barwą instrumentu wokalnego to mogą się pokusić o pewną ograniczoną popularność. Czego im szczerze życzę.
Po krótkim jednak czasie na scenie zaczęli rozstawiać się Aliansi, a tłum niecierpliwych osób oczekiwał momentu, w którym, niemal jak na komendę, będzie można dopchać się pod scenę i rzucić w wir zabawy. A kiedy wreszcie się zaczęło, nie dawało rady być obojętnym; czy to za sprawą nowszych – no dobrze, tak naprawdę jednego z nowszego singla „Nielegalni” – czy też za sprawą starszych kompozycji – przekrój całościowy bez pominięcia co lepszych utworów.
Muzycznie i scenicznie nie zabrakło niczego; ani szaleństw lekko kontuzjowanego Korabola, ani clashowych „Bomb domowej roboty”, ani uroczej niespodzianki w postaci nowego nabytku grającego na klawiszach, że pozwolę sobie na wybiórczy przestrzał piątkowego wieczoru. Bo będący na koncercie i znający Alians wiedzą, że opisywanie ich muzyki na żywo to próba kategoryzacji żywiołu. Można się prześlizgnąć po temacie, można go musnąć, ale do końca opisać ni dy rydy.
Nie obyło się bez rozmów pomiędzy Kazim a publicznością. Było także kilka wtargnięć na scenę, które zaowocowały nieprzewidzianymi kolaboracjami wokalnymi. Szczególnie ciekawie zabrzmiało dwóch anonimowych fanów zespołu Alians – wieść gminna niosła, że pochodzącymi z Oławy. Ten fluid przepływający pomiędzy nami – oddalonymi na wyciągnięcie ręki słuchaczami – to naprawdę wyjątkowe uczucie. Konstatacja jaka mnie dopadła w połowie występu, utwierdziła mnie w przekonaniu, że pilski skład za każdym razem potrafił wytworzyć podobną atmosferę i porwać swoje audytorium. Zasługa to nie tylko świetnej muzyki, ciekawych i momentami prowokujących tekstów, ale także tego nieokreślonego zlepku elementów składających się na udany występ.
Niestety, po czasie dłuższym niż krótszym, szaleństwa, zarówno pod jak i na scenie, dobiegły końca. Alians wyszedł co prawda na bis, a potem, wywołany przez rozentuzjazmowaną publikę, zrobił to ponownie, ale chwila zakończenia zbliżała się nieuchronnie. Końcowe „Dziękujemy!”, wykrzyczane na kilkadziesiąt gardeł było miłym apogeum całego, jakże udanego wieczoru. Kto nie był, niech żałuje, a kto był, wie, że było świetnie i z radością odlicza dni do następnego koncertu Aliansów we Wrocławiu. Oby jak najszybciej.
Alians – 14 listopada – Wrocław – Łykend
Konfrontacje bez walki
październik 30, 2008
Hala Ludowa (zwana także Halą Stulecia) to specyficzne miejsce. Wyjątkowe ze względu na swoją historię, robiące niesamowite wrażenie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i piekielnie trudne do nagłośnienia. Moje pierwsze wspomnienia z nią związane kołaczą się w okolicach 1995 roku, ale już wtedy, co pamiętam mimo lat wielu, problemy ze słyszalnością były spore. Od tego czasu miałem jeszcze okazję bywać tam kilkukrotnie i niemal za każdym razem akustycy nie byli w stanie wygrać z materią pozostawioną przez Maxa Berga. W związku z tym, po zeszłorocznej wpadce i nienajlepszym udźwiękowieniu hali sportowej Orbita, miałem obawy dotyczące słyszalności kolejnych zespołów występujących w ramach „Konfrontacji rockowych”.
Naturalnie rozumiem, że to rock`n`roll a nie filharmonia, że przejrzystość stoi poniżej energii, czadu i mocy, ale z drugiej strony wizja charkotu i nierozróżnialnych słów płynących ze sceny, nie była niczym pociągającym. Dlatego też, uprzedzając niejako fakty i argumentację, już teraz mogę Państwu zaproponować wspólną akcję koszulkowo – bannerową pod tytułem „Przywróćmy koncerty w Wytwórni Filmów Fabularnych”. Z przyjemnością się oflaguję i wspólnie z osobami przybyłymi w punkt g, odśpiewam specjalnie przygotowaną na tę okazję protest piosenkę.
Punktem kulminacyjnym czwartkowego wieczoru był występ zespołu Kult – ostatni w Polsce w ramach październikowo – pomarańczowej trasy. Grupa pod wodzą Kazika od kilku już lat podczas jesiennej smuty odwiedza największe miasta Polski i zapełnia mniejsze oraz większe hale ku uciesze licznej i niesłabnącej rzeszy fanów młodszych i starszych, dużych i małych, dziewczęcych i mężczyźnianych. Nim jednak „najdejlsza ta wiekopomna chwila” trzeba było przebrnąć przez prezentacje zgromadzonych na okoliczność „Konfrontacji rockowych” artystów.
Definicji – za internetowym słownikiem języka polskiego PWNu – konfrontacji jest kilka, ale dwie najbardziej interesujące kładą nacisk albo na porównanie albo na spór. Moim marzeniem byłoby postawić na to drugie, przy czym wizja organizatorów obejmuje raczej to pierwsze. Stąd taki a nie inny dobór wykonawców; Czesław Śpiewa, happysad, Męska Muzyka panów Waglewskich oraz Kult. Zachowawczość ponad ryzykiem oraz rutyna nad pazurem.
O obsuwie nie warto nawet wspomnieć. To, że będzie, było tak oczywiste, że aż szkoda było patrzeć na ludzi karnie ustawiających się w kolejce, bo „zaraz się wszystko zacznie – tak było napisane w Internecie”. Otóż, moi Drodzy Państwo, Internet kłamie. Nie było powodów do paniki, nerwów oraz pospiesznego biegania wokół monumentalnego budynku w celu znalezienia dodatkowego i „podobno nieobleganego” wejścia. Zresztą proces wchodzenia było stosunkowo sprawnie przeprowadzony i w sznureczku nie stało się zbyt długo.
Hala Ludowa, będąca obiektem wyjątkowym, miała także wyjątkowo restrykcyjne podejście do picia alkoholu i palenia papierosów. Wiele osób sarkało i parskało i według mnie, mimo że sam nie palę a i konsumować nie miałem ochoty, całkiem słusznie. Pod tym względem WFF także nokautuje.
Wreszcie gromadka, bo o tłumie nie można było jeszcze mówić, tłocząca się pod sceną zapiszczała z radości, a na scenę wkroczył Czesław Mozil z zespołem. I, zgodnie z nazwą swojego projektu, zaśpiewał.
Napompowany do granic możliwości hype, zabawna i natrętna promocja oraz marketingowy szpagat (z jednej nogi Nosowska a z drugiej Nergal) utwierdziły dużą część społeczeństwa w przekonaniu, że mamy do czynienia z „wyjątkowym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej”. Przyznam szczerze, że początkowo ja także dałem się nabrać – szczególnie że singlowa kompozycja, która wraz ze świetnym teledyskiem tworzyła uzupełniającą się całość, zapowiadała pewne przewietrzenie. Jednak po trzecim przesłuchaniu płyta okazała się być tym, czym jest w istocie – męczącymi kalkami i schematami muzycznymi wcześniejszych dokonań Mozila (tak, znałem wcześniej Tesco Value) oraz mocno irytującymi tekstami, którym bliżej do dziecięcych rymowanek niźli tekstów mających jakiś sens. Cóż, kolektywny rozum Internautów zebranych na czacie nie okazał się być wystarczająco twórczy.
Dlatego też występ w Hali Ludowej nie mógł być dobry. Nie dość, że mieliśmy okazję na własne uszy zobaczyć i na własne oczy usłyszeć, że ukończenie The Royal Danish Academy of Music nie czyni wielkim wokalistą, to na dodatek klimat ogromnego hangaru nie sprzyjał atmosferze rozmowy pomiędzy artystą a publiką. Podobno intymniejsze i bardziej kameralne pomieszczenia wpływają pozytywnie na Czesława, który występy przemienia w mówione happeningi przerywane fragmentami utworów. Taki koncept mógłby dać radę. Być może.
Następny w kolejności był happysad. Nie będąc ich targetem, który oscyluje raczej w nieco młodszych oraz nieco innej płci niż ja osobach, postanowiłem nie męczyć ani siebie ani zespołu i uciekłem. Zdecydowaną większość występu spędziłem poza strefą rażenia wokalisty Kuby Kawalca, ale pod koniec występu zasiadłem na trybunach.
Wrażenie płytowe zostało zweryfikowane – inspirując się na wzorcach grabażowych, zespół idzie w kierunku gitarowego gryzienia po ogonie, które słyszeć już można było dziesiątki tysięcy razy w milionach konfiguracji. Co nie zmienia faktu, że happysad ma talent do tworzenia piosenek bazujących na nieskomplikowanych ale chwytliwych melodiach. Nie ma w tym iskry, nie ma mocy i nie ma energii. Ale to nie jest granie, które ma rozsadzać i wytwarzać podciśnienie rozrywające słuchacza nowatorstwem. Gimnazjalno – licealna wrażliwość rządzi się swoimi prawami, więc zgredy, takie jak moja skromna osoba, mogą pokiwać głowami, popatrzeć z pobłażliwym uśmiechem, ale nie zmieni to faktu, że chcieliby zamienić się z tą radosną i żywiołowo bawiącą się młodzieżą na miejsca.
happysad zabisował i zszedł ze sceny, by ustąpić miejsca rodowi Waglewskich. Męska muzyka to zderzenie dwóch światów; pokoleniowa różnica zaowocowała oryginalnym jak na nasze warunki produktem. Mimo że czuć tu przede wszystkim seniora Wojtka, to producencki sznyt Emade oraz wokalne wejścia Fisza nie pozostawiają wątpliwości, że i Wagiel musiał iść na pewne stylistyczne kompromisy. I dobrze! Ale choć płyta zacna, to koncert w ramach wrocławskiego mini festiwalu do najlepszych nie należał. Zawiodło nagłośnienie, a nienajlepszy klimat przestrzenny na tego typu muzykę zabił czar i magię. W dusznym klubie, z ciężką atmosferą oraz butelką wina byłoby, jestem o tym przekonany na 100%, naprawdę wyśmienicie. W Hali Stulecia było tylko poprawnie. Co prawda nie mieliśmy do czynienia z suchym odegraniem płyty i panowie pokusili się o drobne wstawki, improwizacje oraz pomysłowe aranże, ale całości podciągnąć to nie mogło. Momentami nużyło. Flow i fluidy uleciały gdzieś pod samą kopułę i nijak się ich ściągnąć nie dało. Szkoda.
Powoli zbliżał się moment dania głównego. Pozostała tylko jedna przystawka. Jako że kucharz ze mnie mierny postanowiłem, że przed konsumpcją potrawy wieczoru najpierw posłodzę, a potem dopieprzę.
Plagiat 199 towarzyszył zespołowi Kult na całej trasie październikowej. Swój ostatni koncert w ramach „pomarańczowej” rozpoczęli mocno, głośno, z energią i bez żadnych kompleksów. Zważywszy na to, że zagrali tak naprawdę po Waglewskich, happysadach i Czesławie należą im się brawa za rozruszanie publiczności, która owładnięta potrzeba rozładowania nagromadzonej nadwyżki mocy od razu rzuciła się w pląsy i tany. Widać było, że zgranie oraz ogranie mają spore. Odnajdują się na scenie i ich występowi nie towarzyszył ten nieco naiwny rodzaj nieupierzonego doświadczenia, które może nieco rozczulać, ale na dłuższą metę jest denerwujące. To był raczej dobrze zaprogramowany mechanizm, w którym wszystko jest odpalane zgodnie z autorskim konceptem na radosny i energetyczny band.
Tylko że… (tu rozpocznę diss) ten pomysł nie okazał się szczególnie oryginalny, a na dłuższą metę zwyczajnie męczył. Gdy ze wszystkich stron zostałem zaatakowany kakofonią zlewających się w jedno dźwięków, które świdrując moje bębenki rozwalały mi obydwie półkule jednocześnie, miałem ochotę wsadzić głowę między krzesełka i poprosić o ich złożenie. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie wzmagało się, gdy wokalistka przestawała śpiewać i zaczynała wrzeszczeć. W lirycznym zakresie otrzymaliśmy rodzinne miasto Zygmunta Staszczyka z wyjątkowo irytującą manierą śpiewania wszystkiego w jeden sposób. Wtórował zresztą temu cały zespół, który z uporem godnym lepszej sprawy odgrywał jedną piosenkę w kółko. No, przesadziłem – był jeszcze reggae`owy „Yes I” oraz wyróżniający się i pozostawiający najlepsze wrażenie „Obłęd”.
Pojawiające się nawiązania do Bladych Loków mnie nie przekonują. Pomijając oczywiste zbieżności w postaci wokalistki, sekcji dętej oraz chwilowych ucieczek gitary w mocniejsze rejony punktów stycznych nie zauważam. Wrocławianie kompozycyjnie są parę długości do przodu, a ich muzyczna różnorodność nie podlega najmniejszym dyskusjom. Z większości kawałków, którymi plagiat nas uraczył wyziera jednostajność i monotonia stylistyczna.
Naturalnie nie oznacza to, że zespół nie odniesie sukcesu. Istnieje wiele przykładów na to, że grając w kółko jeden utwór można sobie powodzenie na rodzimym rynku zapewnić. Akurat – rżnący od trzech płyt jeden kawałek – jest podobnej proweniencji co Plagiat i mimo stylistycznych rozbieżności prezentuje analogiczną filozofię grywania. Publiczność, na koncerty przychodząca tylko poskakać, stanowi całkiem sporą grupę, do której podobna muzyka trafiała, trafia i trafiać będzie. Ja od zespołu wymagam czegoś więcej. Stąd z Plagiatami do porozumienia nie byliśmy w stanie dojść.
Kult zabrzmiał źle. Dało o sobie znać nagłośnienie, które zamieniło dźwięk w dolby surround. Atakowany echem zza pleców przesuwałem się po płycie w celu odnalezienia punktu do komfortowego odsłuchu i zabawy. Nie znalazłem. Bas nie istniał, gitary z trudem przedzierały się przez sekcję dętą, klawisze nieśmiało przebijały przez tło, a perkusja głucho odbijała się od wszystkich ścian jednocześnie. Nie wiem, czy zaistniał wybór „mniejszego zła” i postanowiono poświęcić resztę instrumentów i nagłośnić Kazika wraz z sekcją dętą, czy też strunowce były z tyłu naumyślnie i z premedytacją. Fakt faktem pozostał – tęskniłem do dźwiękowego komfortu pozostawionego w WFF.
Ale czy Kult zagrał dobrze? Cóż, należałoby odpowiedzieć na pytanie, czy Kult może marnie zagrać. Zapewne twierdząca odpowiedź przejdzie przez myśl temu i owemu, ale będą to po pierwsze głosy nieliczne, a po drugie… uzasadnione. Bo przecież każdemu zdarzyć się może gorszy dzień i spadek formy. Na całe szczęście nie w tym wrocławskim przypadku. Może nie było jakichś wielkich niespodzianek, może nie zaprezentowano żadnego nowego utworu, może dramaturgia występu była powielona po raz osiemset sześćdziesiąty siódmy, ale koncert należał do tych z gatunku dobrych. Ani Kazik, ani zespół nie oszczędzali energii i mimo pewnego zmęczenia trasą dawali z siebie wszystko. Tak samo jak audytorium, które po kilku godzinach oczekiwania dostało porcję większych oraz nieco mniejszych hitów Kultu urozmaiconych filmowymi wizualizacjami. Momentami ich nadmierna dosłowność albo zbytnie eksploatowanie poszczególnych elementów nieco psuło efekt, ale ogólne wrażenie pozostawiły niezłe.
Satysfakcja z doboru utworów jest indywidualną sprawą każdego osobnika, ale z mojej strony wyrazić mogę tylko radość ze względu na dużą porcję smacznego i ostrego grania z płyty „Ostateczny Krach Systemu Korporacji” oraz utworu będącego hołdem dla boksera Angelo Jacopucciego z perkusyjną solówką Goehsa. Poza tym mieliśmy, jak to na koncertach Kultu bywa, przekrój całości z tradycyjnymi bisami w postaci „Polski”, „Wolności”, „Krwi boga” oraz „Konsumenta”. Co ciekawe, pierwszą strofę najsłynniejszej piosenki Kultu zaśpiewał jeden z członków Kult ochrony, a drugi zagrał ją na gitarze.
Już na sam koniec, po zejściu niemal całego zespołu, Kazik, w dowód wdzięczności, zaśpiewał tradycyjną patriotyczną piosnkę pod tytułem „Sowieci”, niemniej tradycyjną „Moją dzieweczkę” oraz pięciokrotnie się ukłonił dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji całej trasy październikowej, a przede wszystkim nam – publiczności. „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” rzekł i zszedł ze sceny.
Konfrontacje rockowe 2008 – Kult, Plagiat 199, Męska Muzyka, happysad, Czesław Śpiewa – 30.10.2008 – Wrocław – Hala Ludowa
Blame Canada!
październik 11, 2008
Szczerze przyznam, że początkowe info odnośnie TEGO koncertu w TAKIM miejscu potraktowałem mocno nieufnie. Niby oficjalna strona CRK twierdziła, co twierdziła, ale będąc niewiernym Tomaszem, chciałem wetknąć kursor myszki w linka prowadzącego do potwierdzenia tej informacji przez zespół i managment. Synapsy wyraźnie nie akceptowały związku przyczynowo – skutkowego między „Thee Silver Mt. Zion” a „Centrum Reanimacji Kultury”. Oczami wyobraźni widziałem przyjezdnych, którzy „łażą w rejonach, w które nikt zdrowych zmysłach nie chodzi nocą, ani nawet za dnia”, kanadyjski kolektyw nie mieści się na małej scenie, zrozpaczeni, dla których nie starczyło biletów, szturmem biorą koncertownię, dokonując rzezi na obrońcach biletowego status quo. Na całe szczęście nic z tego się nie spełniło, choć w każdym tym twierdzeniu jest malutkie ziarenko prawdy.
Parę momentów przed godziną dwudziestą natknąłem się na grupę osób, która zdezorientowana stała w okolicach Placu Świętego Macieja. W drodze do celu, podczas której odgrywałem rolę przewodnika, dołączały kolejne osoby i z dość liczną świtą triumfalnie wkroczyłem na dziedziniec CRK. Tłum kłębiących się wokół centralnego punktu, to jest sprawnie przeprowadzanej kontroli opłat i nabijania biletów, zachowywał spokój i opanowanie. Dziwne ze względu na godzinę, która zwiastowała czas rozpoczęcia koncertu. Planowana trzydziestominutowa obsuwa przedłużyła się do godzinnej. I gdy powietrze wewnątrz odpowiednio się zagęściło, a poziom dwutlenku węgla sprawił, że czerwone plamy przed oczami wprowadziły mnie w psychodeliczny nastrój na scenie pojawili się główni aktorzy całego show. Ciasno bo ciasno, ale jakoś się pomieścili. Po krótkim przywitaniu, w którym określili nas jako reprezentację całej Polski, rozpoczęli jedno z jaśniejszych wydarzeń na koncertowej mapie naszego kraju Anno Domini 2008.
Już sam początek pozwolił się utwierdzić w przekonaniu, że o selektywnym dźwięku i doskonałej akustyce nie ma co marzyć. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że byliśmy świadkami antytezy dobrego nagłośnienia. Taka specyfika sali – technik robił, co mógł – i nic nam na to poradzić. No, prawie nic, bo krążąc i przesuwając się z miejsca na miejsce dało się znaleźć punkty, w których słyszalność poszczególnych instrumentów zdawała się być na granicy „mniej więcej ok”. I to chyba największy minus całego występu, który mając potencjał bycia na podium „wydarzenia roku” ześlizgnął się ze strefy medalowej.
Drugim faux pas były aż dwa przedługaśne i rozwleczone do granic możliwości utwory z tegorocznej płyty „13 Blues for Thirteen Moons”, która, eufemistycznie rzec ujmując, nie powala na kolana. Poza utworem tytułowym, rozpoczynającym zresztą cały koncert, usłyszeliśmy jeszcze „1000000 Died To Make That Sound”. Choć trzeba przyznać że ten drugi miał mocne fragmenty i ocierał się o głośny wyraz aprobaty i gwałtownej próby wciągnięcia powietrza w płuca. Ale gdzie mu tam do będącego o cztery długości lepszym „God Bless Our Dead Marines”, które hipnotyzując sporą część publiczności sprowokowało ją do ekstatycznego pokrzykiwania w takt przygrywających skrzypiec. Słysząc to echo, odbijające się głucho od ceglanych ścian, niemalże podskoczyłem. Magiczna chwila w której słowa „electric chair” zamieniły się w prawdziwy ładunek pozytronowy.
Mocne wrażenie pozostawił także „Take These Hands and Throw Them in the River” budujący przytłaczającymi frazami muzycznymi kontrast w stosunku do spokojniejszych i usypiających fragmentów podczas których… rozmawiający, chichoczący i niezainteresowani ludzie psuli nastrój. Nie spodziewałem się tego – liczyłem na większy poziom koncertowej kumacji – ale momentami gwar zagłuszał muzykę. Thee Silver Mt. Zion to zespół wykorzystujący w swoich utworach ciszę oraz pojedyncze plamy dźwięków do budowania całości nastroju.
Swoją szosą, zdecydowana większość kompozycji była wydłużona i “pokombinowana” w stosunku do płytowych oryginałów. Można to policzyć jako wielki plus, bo nie ma nic gorszego niż odgrywający w kółko swoje albumy artyści zanudzający zarówno siebie jak i zgromadzone na ich koncertach audytorium.
To, co mnie naprawdę zadziwiło, to świetny kontakt muzyków z ludźmi pod sceną. Niecodziennie zdarza się możliwość rozmowy z Efrim Menuckiem, ale „przytulna” sala CRK zagwarantowała bliskość, która do dialogu pomiędzy nami niemalże prowokowała. Były więc wymieniane typowe uprzejmości oraz… rozmowy polityczne. Mimo że Kanada zdawała się być naprawdę odległa, to sława braci Kaczyńskich i ich partii, której skrót w języku angielskim “coś” oznacza, a przetłumaczona pełna nazwa brzmi jak tytuł piosenki Metallicki, dotarła także tam. Cóż, chyba nie o taką „sławę” w świecie nam chodziło.
Wyjątkowo trudno odnieść się do wydarzenia, którego bohaterowie, poprzez nieszablonowość i wieczną ucieczkę do przodu, wymykają się wszelkim ocenom i opisom. Przyjęcie jakichkolwiek stałych kryteriów doprowadzić może do kuriozalnej sytuacji, w której banalne twierdzenia próbują zamknąć muzyczną rzeczywistość w ramy będące ogranicznikiem dla dźwiękowej wyobraźni. Stąd te wszystkie zdania powyżej to raczej próba joyce`owego „strumienia świadomości” niźli rzetelna próba zdania relacji z występu bandu nie z tej planety. A o tym jak udane, zarówno dla nas jak i dla zespołu, było to wydarzenie niech świadczy fakt, że po pierwszym, standardowym i zaplanowanym bisie – „Microphones In The Trees” – wyszli ponownie, by zagrać „Horses in The Sky”. A to już naprawdę rzadko spotykane zjawisko na koncertach Thee Silver Mt. Zion.
Thee Silver Mt. Zion Memorial Orchestra – 11.10.2008 – Wrocław – CRK
Czeska inwazja na Polskę
wrzesień 28, 2008
I właśnie w niedzielny wieczór zawitał jeden z przedstawicieli czeskiej awangardy rockowej, którego klasyfikacja stylowo – gatunkowa jest niemożliwa do zwerbalizowania. „Už Jsme Doma” – bo tak nazywają się ci nieszablonowi artyści – w swojej muzyce miksują ogień z wodą oraz ziemię z powietrzem. Z połączenia tych żywiołów rodzi się mieszanka, która sprawia piorunująco – wybuchowe wrażenie na każdym, kto znajdzie się w obrębie strefy wyznaczanej przez siłę głośników.
Ich CV budzi respekt; ilość zrealizowanych projektów duża, lista współpracowników obejmuje między innymi „The Residents”, „Sleepytime Gorilla Museum” czy byłego wokalistę „Dead Kennedys” – Jello Biafrę, a mnogość zagranych koncertów w samych Stanach Zjednoczonych przekracza marzenia naszych rodzimych gwiazd śniących o podboju, niedostępnego podobno dla Słowian, Zachodu. Jeśli dodać do tego wyjątkowe „licentia poetica”, nawiązujące do kafkowskiego klimatu groteski z dodatkową porcją absurdu, sprzedawane za pomocą nietypowych wokaliz oraz zabaw głosowych, to otrzymamy namiastkę tego muzycznego zjawiska, jakim jest „Už Jsme Doma”.
Ten mini tour po Polsce to naprawdę jedno z ciekawszych wydarzeń jesiennej alternatywy muzycznej. I co prawda planowany na punkt 20:00 start nieco się opóźnił, ale przyzwyczajona do obsuw wrocławska publiczność nie zbyt mocno kręciła nosami na ten drobny nietakt. Szczególnie że wnętrze klubu jazzowego Rura okazało się być wyjątkowo przyjazne, a cały proces instalowania się muzyków na scenie oraz ludzi pod sceną przebiegł wyjątkowo sprawnie. Wreszcie nastąpił moment, na który wszyscy czekali – zostaliśmy zaatakowani feerią dźwięków, która zalawszy dolne pokłady klubu utopiła nas na dłuższy czas w czeskim morzu kakofonii o niedookreślonej konstrukcji.
Punkowo – jazzowo – rockowe łamańce o intrygującej strukturze, pomysłowych wstępach i niespodziewanych przejściach nie mogły się nie podobać. Zdecydowana większość osób siedziała – pląsaniem zajęte było tylko kilka postaci pod samą sceną – ale gorące i długie oklaski po każdym utworze nie miały w sobie ani grama plastikowo – udawanej wdzięczności. Szczere i w żaden sposób niewymuszone zachwyty nie pozostawiały wątpliwości co do uznania, jakiego w te kilkadziesiąt minut dorobiło się „UJD”.
Przemykający przez kolejne pieśni Czesi nie odpuszczali ani na chwilę, serwując nam kolejne niebanalności ze swego bogatego repertuaru; momentami kierowali się w stronę iście fantomasowych rejonów, by po chwili powrócić do melodyjnych zaśpiewów na słowiańską nutę, okraszonych cyrkowym wtrętem, prześlizgującym się przy okazji przez punkową estetykę, która szalonym rytmem i zrywami zamykała kolejne konstrukty muzyczne mieszając i doskonale się komponując z nieco bardziej stonowanymi fragmentami scenicznego show.
Wrażenie bardzo udanego występu potwierdziły bisy, na które zespół, zachęcony gorącymi oraz długimi oklaskami, wychodził kilkukrotnie. Aż do całkowitego wyczerpania i rozładowania baterii – widać było, jak wiele energii włożyli w ten koncert. Żadnego pół gwizdka i cały czas na pełnych obrotach . „UJD” to antonim indolencji twórczej oraz przykład na to, że grając bez ulegania chwilowym modom oraz śpiewając w ojczystym języku można osiągnąć sukces gdzieś indziej niż tylko w lokalnym grajdołku.
Czechom możemy tylko zazdrościć.
Už Jsme Doma – 28.10.2008 – Wrocław – Jazz Klub Rura
Manu Chao
lipiec 15, 2008
Przez długi czas w światku muzycznym krążyły plotki odnośnie artysty mającego postawić kropkę nad “i” w ramach festiwalu Wrocław Non Stop. Wymieniano przede wszystkim gwiazdę tegorocznego Open`era czyli Massive Attack. Niestety, skończyło się “tylko” na “guru alterblobalistów” śpiewającym w tylu językach, że sam papież mógłby mu pozazdrościć.
Osobiście nie spodziewałem się zbyt wiele i nie miałem szczególnie wielkich oczekiwań. Chciałem się miło rozczarować. Ale czuję się rozczarowany nieszczególnie miło. Jasne, Manu Chao skacze i miota się po scenie – to żywy wulkan energii niespożytej – prowokując do zabawy i szaleństw pod sceną. Równie wielkie show robili towarzyszący mu muzycy. Duże brawa za czas trwania, choć wbrew temu co niektórzy piszą, nadmiernie się przy tym egzaltując, nie było to dwie i pół godziny a niemalże dwie i pół godziny, gdzie na „niemalże” pada mocny akcent. Bywałem na dłuższych koncertach choć także i na krótszych. Trwał idealnie. Ale idealny koncert to nie był.
Pomysł zrobienia koncertu na Wyspie Piaskowej nie był zbyt dobry. Rozumiem poniekąd obawy organizatorów, którzy w zeszłym roku przestrzelili z występem The Stooges i w pośpiechu przenosili go ze Stadionu Olimpijskiego do dużo mniejszej Orbity, ale (nie)popularność Iggy`ego Popa ma się nijak do popularności Manu Chao.
Już początek zapowiadał, że nie wszystko zostało do końca przemyślane. Godzina umieszczona na plakatach i bilecie obejmowała występ samego José – Manuela. O koncercie supportu, ciekawego i oryginalnie brzmiącego składu Me, Myself and I, nie wiedziałem ani ja, ani żaden z moich znajomych. Szkoda bo wrocławskie trio jest naprawdę wyjątkowe, a ich popisy wokalne na długo zapadają w pamięć.
Chaos przy wchodzeniu na Wyspę osiągnął apogeum na długo przed 21:30. Tłum kłębiących się, brodzących w błocie, napierających na płot koncertowiczów przeraził stojących po drugiej stronie ochroniarzy. Puściły im nerwy; wulgaryzmy i groźby pojawiły się po obydwu stronach. Bramki, odcedzające i wpuszczające ludzi, nie wyrabiały. Stłoczeni, spoceni i zdenerwowani ludzie napierali coraz bardziej, coraz mocniej się gniotąc. Wyginający i powoli ustępujący płot uratowany został w ostatnim momencie przez ochroniarskie posiłki. I znowu, jak chwilę wcześniej, pojawiły się słowa, które profesjonalnej ochronie nie powinny nawet przez głowę przejść.
Piski i krzyki wzmogły się, gdy ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki występu, który zaczął się w miarę punktualnie. Ja rozumiem, że cisza nocna, że czas nagli, że zgoda miasta, ale danie sygnału do rozpoczęcia w momencie, w którym dziki tłum pragnący przedrzeć się przez bramki niemalże zadeptuje kilka mniejszych osób, to nie jest dobry pomysł. Można było wstrzymać artystę, można było zwiększyć przepustowość bramek, można było napisać inną – wcześniejszą – godzinę na biletach i plakatach, można było zmienić lokalizację w momencie, gdy okazało się, że bilety niemalże się wyprzedały. Nie zrobiono nic.
W ramach organizacyjnej wyliczanki należałoby dodać, że stoiska piwno – gastronomiczne także nie były szczególnie mądrze pomyślane. Ich niewielka ilość sprawiła, że odwieczny dylemat „piwo czy piosenka” zamieniał się w problem typu „piwo czy ¼ koncertu”. Długie kolejki posuwały się bardzo powoli i przypominały glizdę na maku biorącą udział w maratonie slow food.
Jak na kulminacyjny i najznamienitszy koncert w ramach festiwalowego święta o nazwie „Wrocław Non Stop” było tych wpadek zbyt wiele. Choć tak naprawdę nie mogły mieć decydującego wpływu na odbiór całego koncertu, to pozostawiały wrażenie braku profesjonalizmu, na który nie można sobie pozwolić. Fuszerka i prowizorka podczas tego typu zabawy przeszkadza w odbiorze i wpływa na całość oceny.
Po przebiciu przez kordon i dotarciu w miarę sensowne miejsce pozostało mi tylko jedno. Zabawa!
Radio Bemba Sound System i Manu Chao od samego początku narzucili ostre tempo. Jeśli zwalniali to tylko po to, aby za chwilę przyspieszyć z jeszcze większą mocą. Punkowa estetyka, która momentami zamieniała się w bujające reggae bądź skoczne ska, dobrze nadawała się do zabawy i skakania pod sceną. Kto poszedł właśnie z takim nastawieniem, na pewno się nie zawiódł. Szalejąca publika była wniebowzięta, a ubrany w koszulkę Brazylii i czapeczkę z czerwonym emblematem José – Manuel dawał wyraz swojej radości na tak entuzjastyczne przyjęcie w Polsce. Jak zaczął, to nie mógł przestać – czterokrotnie (trzykrotnie? Ciężko policzyć.) bisował. Aż chciałoby się napisać, że razem żyli długo i szczęśliwie. Byłaby to jednak nieprawda.
Nawet najlepsze „szybko, szybko, szybko, wolniej” zapętlone nuży po drugiej repecie. To, co było dla mnie męczące na płycie i przez co nie dawałem rady za często słuchać albumowego Manu Chao, wzmogło się na koncercie. Monotonia. Mimo bogactwa dźwięków, jakie momentami wylewały się z głośnika, większość kompozycji zlewała się w ciąg nierozróżnialnych dla mnie utworów. Na jedno kopyto. Nieco schematycznie. Niekoniecznie aranżacyjne ale strukturalne. Innymi słowy, mimo energii i powera, mimo fluidów i szaleństw, momentami się nudziłem. Szczególnie że poza „Don`t sell Your soul to Bush” nie zrozumiałem nic, co mówił bohater wieczoru. A libretta na wejściu nie dawali.
I jeszcze ten opis w wyjątkowo umiejętny sposób „zachęcający” do koncertu; „Okrzyknięto go etnopunkiem i idolem zbuntowanej młodzieży”. Być może w tym jednym zdaniu – kluczu kryje się cała zagadka. Ani za mnie etno, ani punk, ani młodzież, idolem też jeszcze niczyim nie jestem, a na bunt mnie finansowo nie stać. Z tym że wbrew temu, co wykoncypowali sprytni copywriterzy, grupa wiekowa na koncercie nie była wcale tak jednorodnie licealna. Rozstrzał pomiędzy datami urodzenia koncertowiczów, szczególnie w tylnych rejonach, był dość spory. A i arafatek nie było zbyt wiele. Choć może to zasługa dobrej pogody.
„A lato było piękne tego roku”. I pewnie dlatego Manu Chao zgolił sobie włosy pod pachami. Jak, nie przymierzając, Beckham. David Beckham.
Wrocław Non Stop – Manu Chao – 15.07.2008 – Wrocław – Wyspa Piaskowa
wRock 4 freedom; „Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”
czerwiec 21, 2008
Zeszłoroczny festiwal wRock for Freedom był udanym wydarzeniem. Nie tylko artystycznym ale także frekwencyjnym. Odbywające się na Wyspie Słodowej koncerty, podzielone na trzy bloki tematyczne, swoim rozmachem i oryginalnością nokautowały dość mocno. Artyści młodsi i starsi zaprezentowali swoje pieśni wraz ze słowami poparcia dla Czeczeni, Białorusi i Tybetu. „Wolni i solidarni”, bo tak brzmiało hasło, zagrali swoje utwory dla tłumnie zgromadzonej publiczności, które doceniła kolejne zespoły, świetnie się przy tym bawiąc.
Organizatorzy zachęceni ubiegłorocznym sukcesem nastawili się wyraźnie na więcej. Imprezę przeniesiono na odległe lecz pojemniejsze Pola Marsowe oraz zapewniono większe gwiazdy; przede wszystkim Kult i The Ukrainians. Całość uzupełniono białoruskim i antyłukaszenkowskim zespołem NRM, dorzucono fenomenalnie grający na koncertach Lao Che i skoczne Akurat. Zaproszono ponownie, tym razem z zespołem, Maćka Maleńczuka a także Armię. Dano także alternatywę dla, nie tak znowu drogich, biletów. Dzięki fladze Białorusi, naturalnie nie tej obecnej tylko biało – czerwono –białej, bądź Tybetu można było wejść na koncert za darmo. Gest organizatorów nie zmobilizował jednak zbyt wielu osób. Nie dość że Pola Marsowe zionęły pustką, to na dodatek kolorowych i powiewających flag było jak na lekarstwo.
Tak naprawdę ciężko jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną tak dużej absencji; nadmiar koncertów (było wszak tuż po Juwenaliach), środek sesji (wiele znajomych osób zrezygnowało ze względu na naukę), mała różnorodność i postawienie na gitarowe granie (w zeszłym roku posłuchać można było zarówno młodszych jak i starszych, rocka jak i reggae lub hip hopu) czy też odległa lokalizacja (jedna nitka transportowa po skończonym koncercie zmuszała do nocnego i długiego marszu przez Park Szczytnicki). Być może także główna atrakcja, czyli Kult z Kazikiem, nie spełnił roli magnesu. Uzasadnione to może być prostym faktem, że był to trzeci koncert pana Staszewskiego w przeciągu ostatnich sześciu tygodni.
Nie dla mnie był początkowy koncert. Nie dla mnie. I, przynajmniej w relacji znajomych i mniej znajomych osób, które na wyżej wymienioną sztukę się załapały, nie mam czego żałować. Akurat, dające występ otwarcia, nie porwało i zanudziło. Odejście Kłaptocza zaszkodziło zespołowi i niezbyt pozytywnie wpłynęło na muzykę. Choć może moi informatorzy wprowadzili mnie w błąd i Akurat dali czadu. Jednakże, ze względu na dość dużą oraz zróżnicowaną próbę badawczą, zaryzykuję twierdzenie, że badani mogli mieć rację i zamiast wielkiego spektaklu, mieliśmy do czynienia z wielką porażką.
Następna w kolejności Armia zagrała na pół gwizdka, bez polotu i lekko „odwalając” swoją rolę. Ja rozumiem, że wczesna pora, że mało osób, że się nie chce i że bez sensu dawać z siebie wszystko dla trawy i kurzu, ale pana Budzyńskiego z kolegami nie zwalniało to z powinności wywiązania się z umowy. No, chyba że pójście w progrockową stronę twórczości, na czele z suitą „Ultima Thule”, i odcięcie się od punkowych początków to świadomy zabieg i trwała ewolucja. Mimo wszystko takiej Armii nie chcę. W swoich sądach, dość wyjątkowo, nie byłem osamotniony – publiczność, wyraźnie znudzona, oddawała się innym przyjemnościom, ignorując występ Budzego i spółki.
Co innego Lao Che. Ten zespół poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Co prawda, my –wrocławianie – nie załapaliśmy się na zaplanowaną kilka dni później kolaborację płocczan z sekcją dętą, ale i tak mogliśmy zobaczyć Spiętego z kolegami w świetnej formie. Przeważały utwory z ostatniej płyty – „Gospel” – ale nie zabrakło też killerów z „Powstania Warszawskiego”, na które rozentuzjazmowana publiczność reagowała z dużą żywiołowością i poświęceniem. Krzycząc, skacząc, skandując i emocjonując się. Niestety, nieubłagane prawa festiwali wszelakich zmusiły ich do zejścia, które pozostawiło pewien niedosyt. Ale lepiej czuć lekkie burczenie w brzuchu niż wielką niestrawność. Stąd mój żal nie był tak wielki.
Oczekiwanie na kolejnego artystę dłużyło się niemiłosiernie. Ale wreszcie na scenie pojawił się On. Zeszłoroczna obecność Macieja Maleńczuka była wkomponowana w stonowany i nieco refleksyjny, bardowski set, który miło korespondował z poprzedzającymi go występami młodszych i bardziej żywiołowych zespołów. W tym roku, ten niepokorny, krakowski artysta postanowił zaprezentować się w mocniejszej i nieco bardziej rozbudowanej formie. Niestety, tak jak się spodziewałem, tylko nieliczne grono osób poszło się bawić i słuchać dokonań pana Maleńczuka. Królowała, znana z występów o wcześniejszych godzinach, pustka. Mimo że repertuar był niezgorszy, energetyczne i mocne kawałki z dotychczasowych dokonań przemieszane coverami klasyków typu Młynarski czy Cash, to publika pozostała głucha. Kwartet określany mianem Psychodancing nie wzbudził wielkiego entuzjazmu. A szkoda.
Absencji N.R.M.u nic by nie mogło tłumaczyć. Przedstawiciele alternatywnego (dla Łukaszenki) świata muzycznego z jedynego kraju w Europie, w którym dyktatura jest ciągle żywa i mocno trzymająca się, zagrali… nudno. Był to niestety kolejny przewidywalny występ Lawona, Pita, Jurasa oraz Aleha. Setlista – standard. Symultaniczne tłumaczenie i zestawy scenicznych żartów – jak zwykle. Niespodzianek – brak. Panowie, ja rozumiem, że promowanie idei białoruskości jest naprawdę trudnym zajęciem, ale zanudzanie bliźniaczo podobnymi do siebie koncertami na pewno wam nie pomoże, a może jedyne zrazić. Całość była poprawnie odegrana. Tak jak zdzierana płyta. Rutyniarsko, bez polotu i wkładu. N.R.M. musi wreszcie coś zmienić, określić się na nowo i odświeżyć, bo ta przewidywalność oraz ogranie zabijają frajdę, jaka towarzyszyła na początku ich drogi muzycznej w naszym kraju.
Po Niepodległej Republice Marzeń nadeszła pora gwiazd prawdziwych. Brytyjscy The Ukrainians rozpoczęli swój set z iście punkową energią zmieszaną z folkowo – wschodnimi (wschodnimi w sensie europejskim) melodiami. Do zagospodarowania mieli wiele osób, które do tej pory raczej stroniły od zabawy na rzecz spokojnego picia piwa bądź wygrzewania się na trawie. Skoczna muzyka podrywała jednak do tańca i zmuszała choćby do tupania nogą. Idealnie wkomponowali się w lekko leniwy nastrój, raz zwalniając a raz przyspieszając tępo, angażując dużą część słuchaczy do tańca i zabawy. Starsi panowie a dali radę. Naprawdę mocny punkt wieczoru.
Wreszcie nadszedł czas na finał. Wzbierająca fala zamieniła się w powódź krzyku i klaskania, gdy cały zespół, wraz z Kazikiem na czele, pojawił się na scenie i uruchomił swoje koncertowe perpetum mobile. Dopiero wtedy naprawdę było widać i słychać na co czekała zdecydowana większość osób zgromadzonych na Polach Marsowych. W miarę długi, ale sensownie skonstruowany i nienudzący set, z dużą ilością utworów z płyt „Tata Kazika”, „Tata 2” oraz „Mój wydawca” rozbawił niemal wszystkich. Nowy nabytek Kultu, puzonista Jarosław Ważny, dodał kilku utworom ciekawy posmaczek. Wielkiej rewolucji nie było, kilka utworów, niestety, zabrzmiało bez Banana gorzej, ale próba odświeżenia składu wyjść może tylko na lepsze. Choć parę spraw, jak świetne intro w „BRŻ” czy wstęp na gitarze w „Niejeden” ciężko sobie odpuścić.
Staszewski, znany kibic sportowy, poinformował nawet o wyniku trwającego meczu, czym uradował albo zmartwił, w zależności od poparcia dla reprezentacji Rosji lub Holandii, spore grono osób. Na marginesie i z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że kilkaset metrów od sceny, zespół Lao Che oddawał się gorączce kibicowania wpatrzony w kilkunastocalowy ekran śnieżącego telewizora.
Czy wiadomo jaka jest przyszłość „wRock 4 freedom”? Ciężko wyrokować. Zeszłoroczna, jakże udana impreza, zderzyła się z edycją tegoroczną, która pozostawiła smak nie do końca taki, jaki powinien być. Jeśli organizatorzy wyciągną odpowiednie wnioski i powrócą do szerszej formuły to przy pewnej dozie szczęścia, ponownie uda im się zrobić ciekawą imprezę, która przyciągnie wielu słuchaczy. W innym wypadku, nawet pomoc mediów (w tym roku fragmenty koncertów były transmitowane w „Trójce”) i kampania reklamowa (spora ilość billboardów i plakatów jak na lokalne wydarzenie) nie przyciągną ilości ludzi, odpowiedniej do zapchania Pól Marsowych.
„Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”
Wrock For Freedom 2008 – 21.06.2008 – Wrocław – Pola Marsowe
Messer Chups
czerwiec 14, 2008
Messer Chups został mi polecony dość dawno przez kolegę, który maniakiem ogromnym Pattona będąc, łykał wszystko co jego wytwórnia lub też on sam wypuszczały. W ten właśnie sposób dotarł do płyty „Crazy Price” wydanej przez Ipecac Recordings. A jako że pan Mike ma gust nietuzinkowy, uległem namowom i zapoznałem się z kompozycjami Rosjan. Bo to Rosjanie z prawdziwej Rosji. Sankt Petersburga czyli dawnego Leningradu i dawniejszego Piotrogrodu. Dokładnie tego samego w którym został utworzony słynny zespół z szalonym Siergiejem “Sznurem” Sznurowem na wokalu. Co jest o tyle istotne, bo obydwa zespoły (i Messer, i Leningrad) korzystają z usług jednego perkusisty – Denisa Kuptsova. Choć tak naprawdę na grupę ze stajni Pattona składają się dwie osoby (tak stoi na ich My Space). Czyli jest tak zwany duet.
Gitarzysta Oleg Gitarkin i basistka Zombie Girl tworzą muzykę, która nie wymaga od nas zbyt wiele. Jest łatwo przyswajalna, bez nadmiernych komplikacji i kombinowania. Lecz tyleż w niej magii i (u/m)roku , że ciężko pozostać obojętnym, gdy gdzieś w tle dalszym lub bliższym pojawiają się dźwięki firmowane przez Messer Chups. Stylistycznie twórczość Rosjan to coś pomiędzy psychobilly a rockabilly uzupełniona samplami z horrorów i filmów science fiction klasy „b” i „c”. W tym właśnie tkwi cały myk ich kompozycji. Dźwiękowe smaczki z kiczowatych filmów tworzą groteskowy klimat uzupełniany przez odpowiednie okładki (na płytach) i image basistki (na koncertach). Lata 50` i 60` wiecznie żywe, a zamysł artystyczny by swoją twórczość przeładować taką stylistyką jest tyleż prosty co świetny.
Gdy słucha się ich kompozycji, to na myśl przychodzi tylko jedno – ścieżka dźwiękowa. Tak brzmiałaby muzyka do filmów Rodrigueza („Planet Terror” i „Od zmierzchu do świtu”, a nie żadne „Desperatki” czy inni „Mali agenci”), gdyby robił ją Tarantino. Przy tej muzyce noga rwie się do tańca i zabawy. Stąd moja wizyta na koncercie w Łykendzie była pewna. Mimo pewnych obaw.
Koncert był naturalnie frekwencyjną porażką. Brak reklamy, piękna pogoda, czas sesji oraz wrodzona niechęć poznawania nowych artystów powszechnie panująca wśród Polaków (inżynier Mamoń wiecznie żywy) to główne powody, dla których podczas występu obecnych było około dwudziestu osób. Łącznie z obsługą klubową.
Mimo tego że oficjalne info głosiło, że godziną rozpoczęcia imprezy będzie 20:00, nie dałem się nabrać. Przyszedłem spóźniony i dowiedziałem się, że na Messer Chups trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. A więc czekałem. Czekałem. I czekałem, aż zajdzie Słońce i atmosfera dramatycznego półmroku w której przyjdzie grać zespołowi spowije całe miasto. Po dwóch godzinach i trzydziestu minutach od planowanego startu, koncertowe trio ruszyło z kopyta. Ustylizowana na sexy goth w wydaniu prasłowiańskim o proweniencji Mortycji Adams Zombie Girl wraz z towarzyszącym jej Olegiem i przy wtórze perkusji rozpoczęli swoje małe show.
Mimo długiego oczekiwania, niemal wszyscy od razu rzucili się pod scenę. Jak się okazało w praniu, Messer doskonale nadają się jako podkład do tańczenia w parach mieszanych. To byłby wprost wymarzony zespół do zaduszno – halloweenowego balu tematycznego. Na początku lata, przy pięknej pogodzie i lekkiej atmosferze nie było możliwe uzyskanie pełnej siły (w)rażenia. Nawet łykendowe kazamaty nie były w stanie zrekompensować braku krwi oraz… ubogiej ilości sampli. To, co na ich albumach tworzyło ten niesamowity nastrój, którego każdy fan Ed Wood Juniora zakosztuje z przyjemnością smakowania wyrafinowanej potrawy, w wyniku minimalnej ilości podkładów niemal zupełnie się ulotniło. Nie to że dźwięków zabrakło całkowicie. Pojawiały się, jednak tylko na początku utworów, bo potem, obsługujący swoją gitarę Gitarkin, nie miał jak ich włączać. Ze szkodą dla zespołu umiejętności bilokacji nie opanował. Był to jeden z trzech głównych minusów.
Drugim była odczuwalna monotonia. Optymalną dawką słuchania Chupsów jest czas pozwalający na wypicie od jednego do dwóch piw. W dłuższej perspektywie zaczyna być lekko nudno. Stąd, jeśli ktoś nie chce, nie umie bądź nie może tańczyć i bawić się przy ich muzyce, może się lekko znużyć. Choć pewnie w innym czasie i przy lepszej atmosferze… Kto wie, kto wie. Na całe szczęście artyści zagrali na tyle długo, żeby można było ich posłuchać i na tyle krótko, ażeby nie trzeba było wychodzić w trakcie trwania.
Trzecim mankamentem była wspomniana przeze mnie wcześniej obsuwa połączona z dużą absencją. Fluid pomiędzy garstką publiczności a artystami był niezły, ale granie to pustawej sali chyba nikogo nie raduje. Stąd uczucia odnośnie tego wieczoru są ambiwalentne.
W smsowym skrócie całość recenzji brzmiałaby następująco: „Nietuzinkowi artyści, mocno spóźnieni, dali średni koncert, dla nielicznej publiczności, w złym czasie lecz w dobrze dobranym miejscu.”.
Messer Chups – 14.06.2008 – Wrocław – Łykend