Niestraszne nam są Strachy na Lachy
marzec 30, 2008
Kończąca swój żywot Pidżama Porno, jeszcze w zeszłym roku, była w stanie zapełnić ludźmi duże hangary w stylu WFF. To, co Grabaż ze swoim najpopularniejszym bytem muzycznym robił bez problemu, ze Strachami zrobić się tak łatwo nie da. Marcowy koncert SNL odbyć się musiał w o wiele skromniejszych warunkach wrocławskiego klubu Alibi. Sam występ był częścią większej trasy związanej z promocją płyty „Autor”, której treścią są zaaranżowane na nowo utwory Jacka Kaczmarskiego.
Drobne zamieszanie z godziną startu (podana była zarówno 19:00 jak i 20:00) zaowocowały koncertem rozpoczętym w okolicach 20:30. Po drobnych tłumaczeniach zespół ruszył w „Czerwonym autobusie”. Śpiewający z charakterystyczną chrypką, wyćwiczoną podobno podczas jazdy samochodem, Grabaż, wprowadził nas w nastrój lekkiej konsternacji. To poczucie pewnego zdziwienia towarzyszyło niemal wszystkim piosenkom z ostatniej płyty. Refleksyjne teksty Jacka Kaczmarskiego, nawet w strachowej aranżacji, nie są w stanie pozbyć się tego specyficznego piętna zadumy i kontemplacji. Naturalnie, sporo osób się bawiło, ale zdecydowana większość, miast rzucić się w wir skakania i pląsania, stała zasłuchana i chłonęła muzykę.
Osobny akapit należy poświęcić doborowi piosenek. Repertuar był ułożony niemal doskonale. Mimo że była to trasa promocyjna „Autora”, nie zabrakło utworów dawniejszych oraz… tych jeszcze nie wydanych. Mam tu na myśli projekt „Zakazane piosenki” – starych i nieco zapomnianych numerów, które Strachy na Lachy wypuszczą w tym roku, a których oficjalna premiera miała miejsce na początku września w Lubinie. Dzięki „Łazience” zespołu WC czy też „Na kształt dziecka” składu Brak dostaliśmy próbkę tego, co będzie w niedługim czasie, miejmy nadzieję, usłyszeć. Bo mimo sporego wieku, piosenki te nie straciły nic, a dzięki liftingowi i odświeżeniu wiele zyskały.
Naturalnie nie mogło się obyć także bez prawdziwych hitów. „BTW”, „Moralne salto” czy też idące coraz bardziej w stronę reggae „Hej kobieto” podrywały do zabawy ludzi od proscenium do samych krańców. Publiczność dzielnie wtórowała Grabażowi przy śpiewaniu, a momentami („Czarny chleb i czarna kawa” oraz długo skandowane „Piła tango”) wręcz go wyręczała. Z powodzeniem i kolektywnie moglibyśmy działać jako dodatkowy członek grupy.
Zespół wydawał się być w dobrej formie i niezłych humorach. Grabaż i Kozak pozwolili sobie na dłuższą rozmowę odnośnie zwiedzania wrocławskiego ZOO. Zresztą Krzysztof Grabowski był wyjątkowo ekspresywny ruchowo ze szczególnym naciskiem na mimikę. Sympatyczne to było i robiło naprawdę pozytywne wrażenie.
Drobne, acz niezbyt mocne, pochwały należą się także klubowi Alibi. Co prawda pojawiły się drobne problemy z odsłuchami (szybko rozwiązane), nadmierna ilość dymu nie robiła dobrego wrażenia, a Grabaż momentami był zbyt cicho, ale jednak na szczęście nie można powiedzieć, że technika zabiła występ. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby wyeliminować te drobne potknięcia, to koncert sprawiłby jeszcze większą frajdę.
Po odegraniu części zasadniczej zespół zszedł ze sceny, by po chwili – przy gorących oklaskach oraz głośnym skandowaniu nazwy ich grupy – wejść na nią z powrotem. Rozpoczął się bis (zwany poza Polską „encore”). Gdy usłyszałem pierwsze takty utworu, to aż mnie skręciło. „Dzień dobry, kocham Cię” czyli najbardziej katowana w radiu, najmniej ciekawa, jedna z głupszych tekstowo oraz nudnych muzycznie piosenek w repertuarze Grabaża poderwała niemal wszystkich do zabawy. Potęga radia jest wielka, a jako że większość osób ma umysł ścisły w związku z czym, „podobają im się piosenki, które już słyszeli”. A im więcej razy słyszeli, tym bardziej im się one podobają. Ta rejsowa teoria sprawdza się powszechnie, a przykład niemądrego „DD,KC” tylko mnie w tym utwierdza.
Dobre wrażenie koncertu zostało zatarte i sądziłem, że nie będzie się już dało tego niesmaku niczym zabić. Jakże się myliłem.
Kozak ściąga swoją gitarę. Kozak zmienia miejsce. Kozak zakłada gitarę akustyczną i gra. A mnie zaczynają przebiegać po plecach ciarki, bo oto Strachy na Lachy, dzięki kompozycji „A my nie chemy uciekać stąd” (na którą Gintrowski nie udzielił zespołowi zgody), zaczyna czary, które przez kolejnych kilkanaście minut przeniosą mnie poza obręb Alibi i planety nazywanej Ziemią. Śpiewający chrypką Grabaż przy spokojnych dźwiękach wydobywanych przez gitarzystę Strachów, przy wtórze delikatnych i spokojnych elektronicznych plumknięć, które przechodzą w kanonadę, prowadzi nas przez stojący w ogniu dom wariatów. Historia z 31 października 1980 roku opowiadająca o tragedii w ośrodku w Górnej Grupie, robi wstrząsające wrażenie do dnia dzisiejszego. Sugestywny tekst Gintrowskiego to smutna alegoria losów Polaków, którzy mimo cierpień i krzywd doznawanych od władz PRLu nie zamierzali z kraju ojczystego wyjeżdżać. Ciężko przy takiej dawce emocji się bawić. Mimo że muzyka zamienia się w rytmiczny utwór przy którym z łatwością można wystukiwać rytm, stoję jak skamieniały. Po chwili zdaję sobie sprawę, że od dłuższej chwili wstrzymywałem oddech. Wycieńczony oklaskuję muzyków. Oni się kłaniają schodzą i po chwili wracają na drugi bis.
A ja wiem. Nie mam pojęcia skąd, ale po prostu czuję to każdą komórką swego ciała. Z głośników sączy się delikatny głos Zamachowskiego, a zespół rozpoczyna grać najlepszy utwór w swoim repertuarze – „Pogrzeb króla”. Na to czekałem. Na te dwa ostatnie utwory. Dziesięć minut onirycznej jazdy po sennych majakach Grabaża, to mój ulubiony utwór ze wszystkich dotychczasowych dokonań tego charyzmatycznego muzyka. Ciężko je z czymkolwiek przyrównać, bo opowieść o losach narodu na tle śmierci papieża – Polaka, ma w sobie tyle ekspresji i finezji, że obdzielić by mogła kilka innych piosenek, a każda z nich byłaby co najmniej dobra. Tym utworem zamykają swój występ i schodzą. Brak słów, by opisać kończące występ dwa utwory, które mimo wielu różnic, zarówno tekstowych jak i muzycznych, mają ze sobą coś wspólnego – to ogromne emocje jakie towarzyszą słuchaniu. Dla mnie Strachy na Lachy mogą jeździć po kraju wykonując tylko „Pogrzeb króla” oraz „A my nie chcemy uciekać stąd”. Obiecuję, że stawię się na każdym występie.
Strachy na Lachy – 30.03.2008 – Wrocław – Alibi
Kazik zszedł na psa
wrzesień 20, 2007
Napiszę szczerze, że z Buldogiem mam problem i zgryz. Siedzę od 30 minut przed białą kartką papieru i co napiszę kilka linijek, to wydaje mi się, że nie oddają tego, co chciałbym przekazać. A chcę powiedzieć, że wrocławski koncert nie był porywający. Co prawda lokal – przynajmniej objętościowo – okazał się strzałem w dziesiątkę i obawy odnośnie rozsadzenia Alibi od środka były na wyrost, ale sam koncert nie wyrywał butów od pierwszych minut. Świadczyć może o tym nie tylko skromniutka ilość osób bawiących się pod sceną, ale także skromniutka ilość osób przebywających na sali. Imię tudzież pseudonim „Kazik” znaczy w polskiej muzyce tyle, co Midas dla rzeki Paktol. Tymczasem słaba promocja oraz znikające w miejskiej dżungli reklamy sprawiły, że był to najbardziej kameralny występ pana Staszewskiego w mojej krótkiej karierze.Znaczy był kiedyś koncert, na którym przestrzeni nie było więcej, ale ludzi tyle, że można było po nich chodzić i nie mieliby okazji by się uchylić przed nadepnięciem. Charytatywny KNŻ w Strefie Radia Kolor przed którym grał Ocean. SRK było mniejsze od Alibi, ale chmara osób obijająca się i kiwająca na boki w żaden sposób nie pozwalała użyć słowa „kameralność”.
Zaczęło się w miarę punktualnie i spokojnie. By nie rzec nieco dosadniej. Przez 3/5 (a dokładniej to 14/24) całego show nic się nie działo. Muzyka leniwie wypływała z głośników, artyści, jakby nieco zmęczeni, spokojnie odgrywali swoje partie, a publiczność melancholijnie podskakiwała i przytupywała nóżką. Dwukrotnie widać było zryw nagły i moc wielką; za pierwszym razem gdy „Nie było nogi” a za drugim gdy dokonał się „V rozbiór Polski”. Z naciskiem na buldożą piosnkę, która jest absolutnie prześwietna i jest to oczywista oczywistość.
Jednak dopiero dźwięki z repertuaru grupy Deadlock rozpoczęły najlepszą część koncertu. „I`m on the top” zabrzmiało szczególnie dobrze i niejako odtruło mnie po mocno zamulającej „Marii”. Bo z solowych dokonań Kazika preferują bardziej żywe kawałki. Z Melassy bądź wcześniej. I do końca było już naprawdę świetnie. Energetyczne utwory z pierwszego singla Buldoga, przeplatane kultową „Piosenką Młodych Wioślarzy”, przemieszane z „Maćkiem, który na żartach się nie zna” oraz domieszką KaeNŻetowych dźwięków w postaci „Legendy Ludowej” i „Taty dilera”. Na deser The Clash wraz z UK Subs dopełniły obrazu.
Tak właśnie prezentuje się najnowsza formacja wsparta mocami Kazimierza Staszewskiego. Z jednej strony mnóstwo zamulających utworów, które bardziej męczą niż cieszą, a z drugiej mamy kilka tak mocnych wejść, że ratują one cały koncert. Gdyby jeszcze dodać parę takich kopów, przeplatanych naturalnie co jakiś czas spokojniejszymi piosenkami dla uspokojenia atmosfery, moglibyśmy mieć naprawdę dużą frajdę podczas występów.
Żadnych niespodzianek. Żadnych zaskoczeń. Weszli, odegrali i zeszli. I żeby nie było niedomówień. Odegrali naprawdę profesjonalnie i ani przez chwilę nie było widać, że to młodziutki zespół mający na swoim koncie dopiero jedną płytę. Tylko że zdaje się, że popadł w pewną rutynę. Mają stanowczo za mało repertuaru koncertowego. Nawet uwzględniając, że byłem tylko na jednym czysto rasowym koncercie, a reszta była przy okazji, to szczególnie ta pierwsza – wolniejsza – część mnie zmęczyła i znudziła. Przed wyruszeniem w następną trasę warto byłoby dorzucić jeszcze pieśni z bogatego repertuaru kazikowo – knżetowego. I to najlepiej te żywsze, coby widownia, miast spać, bawiła się wesoło.