Bezsenne urodziny czyli dwa tria
styczeń 16, 2008
Na drugi bezsenny dzień urodzinowy czekałem z lekkim mrowieniem zwiastującym udaną imprezę. Trio Fisz, Emade, Envee to rzecz warta odnotowania zawsze i w każdych okolicznościach. Żeby było ciekawiej dorzucono do trzech warszawiaków, trójkę wrocławian. Me, Myself and I, o których słyszałem w zasadzie tylko tyle, że zrobili reklamę dla Heyah oraz że są super mega zajebiści, intrygowało mnie jednak nieco bardziej. Powód był dość prosty. Waglewskiego w różnych odmianach i składach, w zeszłym roku, widziałem siedem albo osiem razy.
Jak się okazało podczas dnia poprzedniego, ogłoszono to tuż przed koncertem Mariji, bilety na środowy występ wyprzedały się całkowicie. Nie przeszkodziło to dość pokaźnemu tłumowi, stać w ogromniastej kolejce z nadzieją, iż upragnioną wejściówkę uda się nabyć. Nadzieje płonne, trud daremny. Nabita do ostatniego miejsca „Bezsenność” nie była w stanie pomieścić więcej osób. Rozgrzani ludzie wyczekiwali występów, które, jak to zwykle bywa gdy klub chce zarobić na sprzedawanych w barze napojach alkoholowych, się opóźniały. Wreszcie poproszono nas o niepalenie podczas występu, co kilka osób skwitowało to w mało subtelny sposób.
Na scenę weszła niepozorna trójka (pan, pani, pan) i rozpoczęła swój występ. Piszę to z pełną świadomością, będąc przy zdrowych zmysłach i nie mając we krwi ani kropli substancji odurzających – M&M&I to fenomen i koncertowe przeżycie, które wyrywa z butów od samego początku. Dysponujący niesamowitymi możliwościami wokalnymi oraz pomysłami na muzykę, trio sceniczne jest w stanie oczarować publiczność i robić z nią, co im się żywnie podoba. Czegoś tak oryginalnego dawno nie miałem okazji słyszeć i oglądać.
Solowe popisy sekcji rytmicznej, za którą w głównej mierze odpowiedzialny jest beatboxer Zgas, wzbudzały falę entuzjazmu przy każdym, wydawałoby się coraz trudniejszym i coraz mniej możliwym do wydawania, dźwięku. Wyjątkową zabawą było odgrywanie skreczy wokalnych wśród których publiczność rozpoznawała znane i mniej znane fragmenty utworów, które na stałe zakorzeniły się już w popkulturze. Zgas należy do samej czołówki polskich bb. I nie dziwota, bo to co wyczyniał na scenie, było absolutnie mistrzowskie. Szczególną radość wzbudziły połączone siły poprzedniego „perkusisty i basisty” formacji Me, Myself and I – Saulika – który wspomógł w kilku momentach kolegów z dawnego zespołu zarówno pod względem muzycznym jak i choreograficznym. Swoisty pojedynek pomiędzy byłym a obecnym zakończył się ogromnymi brawami dla obu muzyków.
Jednak na pierwszym planie i prawdziwą gwiazdą całego show była Magdalena Pasierska, której skala głosu oraz umiejętność wyciskania kolejnych porcji emocji budziła podziw i należny respekt. Odważnie i bez żadnych kompromisów tworzy muzykę, bo powiedzieć, że „śpiewa” to jednak zbyt mało, której nie można odmówić ładunku emocjonalnego oraz niebanalności. Raz skrzeczała niczym zwierzątko z dżungli, następnym razem popisywała się niczym pani Dudziak, by płynnie przejść do wokaliz bjorkowych. To wszystko okraszone
Jako dopełnienie całości, choć równie istotne jak pozostałe osoby z tria, i swój własny sposób śpiewania oraz zabawy dźwiękami pokazał Michał Majera. Jego głos, przetwarzany i modyfikowany na różne sposoby, doskonale kontrastował z dźwiękami reszty grupy i wzbogacał cały występ.
Ciężko opisać coś tak zjawiskowego jak zespół Me, Myself and I. Wielorakość smaczków, gwizdów, szeptów, pojękiwań, bzyczeń i tysięcy innych dźwięków nie da się słowami opisać. Najlepiej, i chyba najłatwiej, uczynię, podając i zapraszając na ich My Space (http://www.myspace.com/mmipoland). Brawo Wrocław. MMI to kolejny ciekawy zespół, którego kariera na pewno nie skończy się na naszym lokalnym podwórko. Czego życzę im ja oraz czego życzyła im publiczność, kilkukrotnie przywołując muzyków na scenę.
A Fisz? Nudno dość i schematycznie. Krótko i bez polotu. Jeden z gorszych występów młodych Waglewskich i Envee`go na jakim miałem okazję być. Mocno poniżej swojego zwykłego poziomu nie spadli, ale zmęczenie materiału dało o sobie znać. Być może na ambiwalentne uczucia odnośnie ichniego show miała także wpływ częstotliwość, z jaką ich widziałem ostatnimi czasy. Jak mawiał mój ksiądz w liceum posługując się pewną analogią do czynności pięknej, miłej i przyjemnej: „Nawet lody śmietankowe jedzone codziennie powodują po pewnym czasie obrzydzenie i mdłości. Stąd potrzeba przerwy.”.
Urodziny (w) Bezsenności – Fisz, Emade, Envee + MMI – 16.01.2008 – Wrocław – Bezsenność
Bezsenna Marija
styczeń 15, 2008
Zakochałem się.
Idąc na pierwszy dzień trzecich urodzin klubu Bezsenność nie spodziewałem się, że podejrzana istota ze skrzydłami i łukiem o pseudonimie Kupidyn lub Eros zaczai się przy wejściu i odda ostrzegawczy strzał w miejsce, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, a nogi się jeszcze nie rozpoczynają. I właśnie od tamtego punktu, po całym ciele, przeszedł mnie dreszcz w momencie, kiedy na scenę weszła Marija wraz z towarzyszącymi jej muzykami i koncert się zaczął. Prześliczna dziewczyna z niesamowitymi umiejętnościami wokalnymi od samego początku oczarowała tłumnie zgromadzoną publiczność.
Coverowane utwory, dzięki muzykom towarzyszącym Mariji, nabierały ciekawego brzmienia w nowych aranżacjach. Przy funkowej wersji „Sing It Back” z repertuaru Moloko z trudem opanowałem chęć wyrwania się pod samą scenę. Duża w tym zasługa muzyków, z których największe brawa dostał grający na elektrycznym pianinie Robert Jarmuzek, dokonujący na swym instrumencie naprawdę niesamowitych akrobacji po klawiaturze.
Utwór za utworem mój zachwyt rósł. Marcelina okazała się nie tylko wspaniałą piosenkarką; zrobiła na mnie także bardzo duże wrażenie dzięki skromności i braku scenicznego zmanierowania. Żadnego ściemniania i sztuczności na scenie. Jaka Marija jest, każdy może zobaczyć i uśmiechnąć się miło, bo dość nieczęsto zdarza się spotkać tak naturalnie zachowującą się osobę.
Dodatkowo przez większą część koncertu odnosiłem wrażenie, ach, jaka szkoda, że mylne, iż wokalistka śpiewa tylko do mnie; do mnie kieruje swoje wyśpiewywane słowa i na mnie patrzy uśmiechając się przy tym słodko. Zupełnie jak Mona Lisa, która zerka we wszystkie strony jednocześnie i nieważne czy ogląda się ją z boku czy z przodu.
Doskonale dobrana mieszanka kompozycji nastrojowych i spokojniejszych przeplatana tymi, w których noga sama przytupywała do rytmu, w bogatych i miejscami w zaskakujących aranżacjach naprawdę się spodobała bezsennej publiczności. Pewnym mankamentem był jednak niedobór repertuaru własnego i, mimo że Cieszynianka ma naprawdę niezły akcent, brak polskojęzycznych utworów. Szkoda.
Ale to tak naprawdę niuans, który w żaden sposób nie wpłynął na odbiór całości występu; był on po prostu fantastyczny i wszyscy nieobecni mają prawo żałować swej absencji na tym koncercie. Marcelina talent posiada i mam nadzieję, że go dobrze wykorzysta. Na użytek swój, ale przede wszystkim na nasze szczęście. W dobie Internetu oraz nowoczesnej promocji i komunikacji Marija ma szansę na duży sukces. Pokazał to ten koncert. Bo jak często zdarza się, że na występ jednak mało znanej osoby, której tylko kilka nagrań można posłuchać na My Space, przychodzi tłum osób i kilkukrotnie „zmusza” ją do bisowania?
Marija feat. Not Only – 15.01.2008 – Wrocław – Bezsenność
Lynky:
-
Fragmenty koncertu na You Tube
-
Zdjęcia z koncertu na blogu Mateusza Baranowskiego