O jejku! Afrokolektyw! Aaa! Oni są świetni i cudowni. Wspaniali oraz doskonali. A ten Afrojax i jego rymy i szlachetne „r”. Mógłby być Francuzem! Mówię Ci – mega gigant. I podobno jest nieślubnym dzieckiem Franka Sinatry. Tak mi mówiła Zocha, która usłyszała gdzieś o tym. Nie, nie wiem gdzie. Może przeczytała na Pudelku? To możliwe przecież. Wszak cały zespół dostał już zaproszenie do „Tańca z gwiazdami” oraz „Celebrity Deathmatch”. Nie, nie ściemniam.

Radzą sobie. A takie przecież mają problemy. Nie słyszałaś? Śpiewali o nich na tym koncercie. Jeden z nich jest „Tatą dilera” inny ma problemy, bo jego trener, bodaj, Szewczyk jest dość mocno obrzydliwy. No i widać było, że Afrojax ma deficyt szlafroków. No cóż, niestety nagi nie występował. Nie wiem, czy chcesz wiedzieć, ale zamiast podomki była koszulka Eminema oraz wypchany biustonosz. No i czapka z pomponem gubiona i odnajdywana. Nie ściemniam! Zrobiona na drutach chyba. Z oprzyrządowania znalazł się jeszcze gumowy penis. Tak, zgadzam się. Mmmm…

Na szczęście nikt nie umarł zadeptany na śmierć, a zespół grał dalej. Niestety nie wszyscy umiom się bawić. Wyobraź sobie, że część osób krzyczała brzydkie słowo na „wu”. No takie wypieprzać tylko gorzej. Podobno to taka zabawa. Ja nie wiem, ale chłopaki chyba tego nie słyszeli. A jakby usłyszeli i sobie poszli? No ja nie wiem, ja bym się obraziła. A oni zamiast się obrazić to przepraszali. I to jeszcze dwukrotnie!

Następnie był jakiś dziwny song, lecz jaki? Tego nikt nie wiedział. Ale najfajniej było jak zagrali piosenkę o informatyku. No wiesz, tą fajną co myślałam nawet, że kiedyś w ESCE puszczą, ale jeszcze nie trafiłam. Zresztą podsłuchałam kolesia, który mówił, że znalazł na Internecie ich płytę i że ją nawet posłuchał przed koncertem i mówił, znaczy po koncercie, że dużo grali właśnie z tej nowej płyty. Nie, ja nie słyszałam. Jak to po co? Poszłam, bo zespół jest świetny! Są tacy przystojni. Ale trochę się martwię, bo byłam ostatnio na ich maj spejsie i tam była apel „pomocy!”. Podobno Afrojax musi iść na operacją penisa. No coś Ty, głupia? Pomniejszania! Ha! Wiedziałam. Nie wiem, ale następnym razem pójdziemy razem i mejbi bejbi uśmiechnie się do nas szczęście. Znaczy wokalista. To ci pa!

A! Bo był jakiś support, ale przyszłam zbyt późno, bo się zasiedziałam w WuZecie licząc, że Afro wcześniej tam przyjdzie, ale się nie udało. Więc nie wiem co i czy grali. Może innym razem.

Afro Kolektyw  - 1 marca 2009 – Droga do Mekki – Wrocław

OSTRy LUC

czerwiec 1, 2007

Klub Droga do Mekki nie wie, ile ma lat. Swoje drugie bądź trzecie urodziny obchodzi jednak hucznie. Trzydniowa impreza która odbywa się właśnie teraz – podczas pierwszego czerwcowego weekendu – swoim rozmachem zachwyca. L.U.C., O.S.T.R., SWAYZAK czy też niedzielny występ kabaretowy ukontentować mogą naprawdę spore grono marud, do których i ja się zaliczam.

Spośród tego bogactwa postawiłem na pewniaki w Dzień Dziecka. Hip hopowy klimat, nieco dla mnie obcy, skusił mnie mimo niemałej ceny. Jednak jako że płyta Haelucenogenoklektyzm – Przypowieść o Zagubieniu w Czasoprzestrzeni była jedną z częściej przeze mnie słuchanych płyt polskich w roku zeszłym, postanowiłem sprawdzić jak na żywo prezentuje się frontman Kanału Audytywnego. Start imprezy zaplanowano na 21, co naturalnie było wielką ściemą. Godzinne opóźnienie miało na celu tylko jedno – zarobić na oczekujących koncertu ludziach, którzy w wyniku temperatury panującej we wnętrzu klubu musieli wspomagać się zimnym, acz niezbyt dobrym, piwem. Sahara to mało powiedziane. Skromny nawiew nie poprawiał sytuacji i już po chwili, mały tłumek który oczekiwał pod sceną występu, co jakiś czas skandując “OSTRY”, zaczął pływać we własnych ubraniach.

Około godziny 22 na scenę wkroczył L.U.C. z akompaniującymi mu muzykami. Ubrani w białe kitle oraz maski wyglądali niczym naukowcy rodem z kiczowatych filmów Ed Wood Juniora. Usłyszeliśmy wysamplowany monolog z filmu Borat, artyści zakrzyknęli “High five” i ruszyło. W tle pojawiły się wizualizacje a dźwięki intra słabo rozpoczęły się sączyć z głośników.

I tutaj pojawiło się coś, co mnie mocno przez cały koncert irytowało. Co jakiś czas pewna grupa osób, która na całe szczęście po kilku minutach występu mocno stopniała, skandowała przez cały niemal czas “Ostry, Ostry!”. Nie to że brak kultury, nie to że brak szacunku dla innych osób, którym się przeszkadza w koncercie, nie to że szczyt buractwa. Głupota całkowita. Ja kupując bilet i wchodząc potem na występ bez problemu uzyskałem wiedzę, kto o której i ile czasu będzie mniej więcej grał. Skoro chcieli tylko na O.S.T.R., to powinni poczekać do północy. Tyle. Na dodatek publiczność podrywała się w momentach, że tak to określę, hip hopowych. Kiedy bity lub podkład przypominały o muzycznym protoplaście rączki szły w górę, bioderka na boki, a nóżki postukiwały. Gdy następował znowu odjazd w rejony mniej znane, zabawa zamierała.

A występ L.U.C.? Muszę z pewnym żalem powiedzieć, że miejscami byłem rozczarowany. Szczególnie początek, z dziwnym podkładem w utworze “Stan haelucynogenny” mnie odrzucił. Zamiast spokojnego, trip hopowego loopa, dostaliśmy po uszach ostrym, dyskotekowym podkładem, urozmaiconym dźwiękami skrzypek i trąbki. Potem było już nieco lepiej. Choć klimatu porównywalnego do albumowej wersji historii nie udało się uzyskać. Po części to na pewno wina klubu i publiczności, która nie bardzo mogła się odnaleźć w estetyce tak odmiennej jednak od “typowo” hip hopowej. Ale także samo “przedstawienie”, z wizualizacjami i odgrywaniem w pewnej konwencji, nie było tym, czego się spodziewałem i na co liczyłem.

Istotnym elementem scenografii i występu były rzucone na ścianę wizualizacje. Początkowo były to klimaty pozaziemskie; ufo, gwiazdy, mgławice, kosmos, fragmenty jakiejś kiczowatej produkcji s-f. Pojawił się także… Yoda. Poprzedzony monologiem na temat dziadka. Jako smaczek dla fanów Gwiezdnych Wojen pojawił się także wysamplowany “Imperial March”. Przy kolejnych utworach obrazy gwiezdnych przestrzeni ustąpiły miejsca Wrocławowi czy też supermarketowi. Miało to wszystko ręce i nogi – uzupełniało całość przekazu. Tylko że ze względu na rozmiary Mekki oraz niską scenę ciężko było cokolwiek zobaczyć.

Udanego featuringa zaliczyła, znana między innymi z zespołu Mikromusic, Natalia Grosiak. Naprawdę magiczny głos. Szkoda że była to tylko króciutka chwila, na dodatek znowu zakłócona przez idiotów wykrzykujących “Ostry!”. Na koniec zaserwowano Kanałoaudytywny utwór “Neurofotoreceptoreplotyka” i nastąpiło długie oczekiwanie na O.S.T.R.

W okolicach północy, mniej więcej tak jak obiecano, rozpoczął się koncert łódzkiego muzyka. Przy gorących brawa i jeszcze bardziej gorącej atmosferze, przy pocie lejącym się z sufitu i gibającym się na wszystkie strony, ubranych w ciężkie spodnie i bluzy z kapturem, ziomalach czułem się nieco nieswojo. Na całe szczęście O.S.T.R. dość szybko różnicę w postrzeganiu mi zniwelował i dołączyłem do bouncującej braci. Na początku dominowały utwory z najnowszej płyty HollyŁódź. Mimo relatywnie krótkiego żywota nie widać było osób, które by tego albumu nie znały. Powszechna znajomość słów, przyznam, wprawiła mnie w lekkie osłupienie. No ale skoro właśnie ostatni OSTR sprzedał się w ilości złotopłytowej to nie powinno mnie to zbytnio dziwić.

W każdym razie po secie pierwszym, przerywanym co jakiś czas fajnymi bądź mniej fajnymi gadkami na tematy przeróżne; było o polityce, o wyjazdach, o obronie pracy magisterskiej i o studiach nastąpiło przemieszanie i wyciągnięcie na wierzch starszych utworów . Połączenie freestylowych nawijek, jakich parę znalazło się podczas występu, i ciekawe włączenie skrzypiec dało fenomenalne wrażenie. Na marginesie dodam, że to właśnie słowna improwizacja na temat grania na tym instrumencie wzbudziła największy zachwyt. I to zarówno u mnie jak i u całej publiczności, która gorąco oklaskała ten popis umiejętności lingwistycznych.

Jednak jak to zwykle bywa, wszystko co dobre szybko się kończy. Doskonale się bawiąca i wspomagająca ze wszystkich sił publiczność, została po godzinie z drobnym hakiem, wyrwana z miłego snu. OSTR podziękował i zakończył występ. Gorący, bujający i prześwietny. Naprawdę tak dobrej zabawy, takiej umiejętności władania słowem i wyczucia w koncertowym fachu ze świecą można szukać. Koncertowy wyga, który na scenie czuje się jeszcze lepiej niż w studiu. Co naturalnie podczas występów słychać na każdym kroku. Bo artysta który dobrze bawi się podczas swojego show buduje pozytywne relacje ze swoimi słuchaczami, co przekłada się na wspaniałą zabawę po obydwu stronach.

L.U.C oraz O.S.T.R. – 1.06.2007 – Droga do Mekki – Wrocław

Sidney Polak

sierpień 22, 2004

Plakaty z napisem Sidney Polak zobaczyłem w piątek po południu i zastanawiałem się czy to nie błąd, bo jego występ nakładał mi się czasowo z Bielawą. Na szczęście, oba przedsięwzięcia pokrywały się tylko w mej świadomości. Spacerek mijał miło do czasu zerknięcia na plakat. Napisane jak byk „ Koncert – godzina 20:00”. Do tej pory byłem przekonany, że koncert miał się zacząć o 21. O siebie się nie martwiłem, lecz robiąc reklamę temu koncertu (temu misiu?) informował wszem i wobec, że rozpocznie się właśnie o dziewiątej. Machnąłem ręką, rozgrzeszyłem się w myślach i postanowiłem wejść szybciej, co by zająć dobre miejsce i kupić bilet. Sytuacja po chwili okazała się być dość zabawna; bilety są, ale wejść nie można – trzeba czekać. Byłem uratowany. Znajomi zdążą się spóźnić na czas.

No cóż, gwiazda się peszy i nie można jej przeszkadzać. Zapłaciłem zawrotną sumę dziewięciu złotych i z zainteresowaniem przyjrzałem się biletowi, który nie odpowiadał moim oczekiwaniom. Znaczy nie dość, że była napisana nie ta data, to na dodatek artysta także był przeinaczony. Ale jak się okazało za chwilę, była to specyficzna forma reklamy imprezy przyszłej.

Jako że była to pierwsza wizyta w klubie „Droga do Mekki” to z uwagą i ciekawością rozglądałem się po okolicy, zastanawiając się jednocześnie nad najlepszym rozwiązaniem taktycznym. Sceny brak. Klimatyzacja albo nie wyrabiała albo nie istniała. Duszno, tłoczno i przytulnie. O ile liczba osób, nie przekroczy punktu krytycznego, będzie dobrze. Postanowiłem nie martwić się na zapas – przytulna i chłodna toaleta zachęcała cichym szumem lejącej się wody do wejścia.

Z głośników muzyka leciała i leciała, lecz nic się nie działo. Znaczy nie do końca nic, bo jakbym był 15 letnia fanką znanych-postaci-z-radia-i-Tv to bym nie mógł oderwać oczu od ściany czy raczej białej płachty oddzielającej nas – szaraczków od nich – celebritów. Co chwilę można było podziwiać sylwetkę pana Sidneya wraz z charakterystycznym fryzem. Po chwili dłuższej na scenie (a raczej wśród instrumentów rozstawionych tuż przed naszymi nosami) zaczęła się kotłowanina i ruszyli do boju.

Publiczność niemrawa, spokojna i cicha. Aż lekki wstyd, że Wrocław, że kultura, że studenty, że zabawa, a tutaj nic się nie dzieje – Katolicki Uniwersytet Lubelski wydział teologii.

Lecz na scenie… ho ho ho, żywiołak, co to ktoś go mianował Polak; skakał, miotał się i szalał nieomal cały czas. Z utworu na utwór było co raz milej, fajniej, ciekawiej i gorącej. Pot się lał ze wszystkich i po dwakroć. Po 20 minutach czułem się jakbym w ubraniu wlazł do Odry. Tyle że nie wyrosła mi druga głowa, trzecia ręka, ani pierwsze skrzela – no i fetor pewnie był mniejszy.

Spodziewałem się, że klimat muzyczny będzie ciut inny niż na płycie. Dlatego bałem się rozczarowania. Lecz na szczęście, dla Sidneya oczywiście, stało się inaczej. Mimo że było odmiennie nie znaczy że gorzej. Trzema numerami, które w ziemię wbiły i zdecydowały o tym, że ten koncert stał się absolutnie świetny i wyjątkowy zostały:

  • Chorwat – niesamowita energia i czad w skoncentrowanej formie, które lecą wspólnie lotem koszącym od pierwszego do ostatniego dźwięku;
  • Ragga-rap – noga sama się tuptała, a tyłek odrywał się ziemi;
  • Chomiczówka – podczas tego utworu na telebimie leciały ciekawie pomontowane ze sobą zdjęcia. Dobrze się to ze sobą komponowało i współtworzyło jakiś taki obraz sentymentalnego powrotu do dzieciństwa.

Koncert zakończył się bez udziału perkusisty, który musiał się udać w kierunku PKP. Wreszcie końcowe słowa Sidneya brzmiały „Uważajcie na siebie”. Miłe. Ale powiedziane tak nagle i z dość kategorycznym stwierdzeniem „Więcej nie gram”, co już tak miłe nie było i wprowadziło leciutki dysonans.

Bardzo pozytywne odczucia i bardzo miło spędzony czas. Nie żałuję ani chwili. I po raz kolejny mam dość banalne spostrzeżenie, że o ile nie ma zbyt dużo ludzi, to małe kluby bardzo mi się podobają na koncertowanie. Inna jest relacja między artystą a publiką. Wiem, że to raczej banalna myśl, ale takie wnioski mnie nachodzą po tak sympatycznych występach w stosunkowo kameralnej atmosferze.
Warta odnotowania była jeszcze próba wciągnięcia w zabawę publiczności. Zresztą widać było, że Sidney Polak nieźle czuję się jako frontman i wyraźną frajdę sprawia mu bycie pierwszoplanową postacią.

Lekkim minusem całego występu był czas trwania. Znaczy, nie że za długo i nikt nie dawał rady, tylko za krótko i zbyt przewidywalnie. Szczególnie wyraźnie rzucało się to wszystkim tym, a takich była zdecydowana większość, którzy płytę znali. Zaskoczeń żadnych. Artysta usprawiedliwiony jednak jest do pewnego stopnia ze względu na oczywistość w postaci posiadania tylko jednego wydanego albumu. Ciężko zaskakiwać jeśli materiałowo ma się mocno ograniczony zasób muzyczny.

Są to tylko subtelności, które ogólnego wizerunku nie zburzą. Koncert był świetny, ciekawy i energetyczny. Dawno się tak nie wyszalałem i życzyć jedynie mogę dalszych koncertów i występów przy ukontentowanej tym faktem publiczności.

Sidney Polak – 22.08.2004 – Wrocław – Droga do Mekki