Takiego przyjęcia nie spodziewał się nikt. Na pewno nie spodziewali się go organizatorzy, którzy zostali całkowicie zaskoczeni ilością osób, które pragnęły się dostać na koncerty w Polsce. Zarówno krakowski, jak i wrocławski, na którym miałem okazję być, wyprzedały się całkowicie. Promujący swój ubiegłoroczny album „Solar Soul” szwajcarski zespół Samael, przygotował kilkudaniowy posiłek o konsystencji i kolorze smoły zmieszanej z siarką.

Spragniona i głodna publiczność już na długo przed teoretyczną godziną rozpoczęcia występu koczowała w okolicach Firleja. Pękający w szwach klub przyjął w swe gościnne progi wielu gości, którzy, jak usłyszałem z bezczelnie podsłuchiwanych rozmów, przyjechali nawet z dość odległych rejonów naszego kraju. Cóż, koncertowe szaleństwo i radość z obcowania z muzyką na żywo jest czymś naprawdę wyjątkowym, więc nie powinno dziwić, że znalazły się osoby gotowe do przejechania kilkuset kilometrów w celu zobaczenia występu lubianego zespołu.

Pierwszym artystą jaki zaprezentował się zgromadzonej publiczności była Ayin Aleph – zapamiętana dzięki sukience w czerwone cekiny. Ze sporym dekoltem! Efekt sceniczny mocny i na tyle absorbujący, że na towarzyszących artystce muzyków nie zwracało się większej uwagi. Ta Francuzka rosyjskiego pochodzenia, wzięła na barki całe sceniczne show i odgrywała na scenie zaplanowaną wcześniej performance. Kolejne gesty, zaplatanie rąk i momentami groteskowe miny składały się na w miarę spójną kompozycję „mowy ciała”. Co prawda, nie do końca uświadomiłem sobie przekaz, ale jestem jak najbardziej za taką formą zabaw i gier scenicznych. Mimo że nie do końca byłem targetem Ayin to jej show mnie przekonało.

Niestety, odniosłem wrażenie, które z każdym kolejnym zespołem wydawało się potwierdzać, że mentalność dużej części publiczności była ukierunkowana dość wąsko i tylko na jedną atrakcję. I wszelkie stylistyczne ucieczki oraz gatunkowe skoki w bok traktowane były w najlepszym przypadku z rozbawieniem bądź, o czym będzie mowa później, nawet agresją.

Wracając do występu Ayin Aleph to akustyka i nagłośnienie nie przysłużyły jej się. Mimo, co sprawdziłem zaraz po występie na My Spacer, potężnych możliwości strun głosowych, nie byłem w stanie się zachwycić jej wokalem. Naturalnie, diwa robiła dobre wrażenie, ale nie była w stanie do końca przekonać o swoich umiejętnościach. Momentami wpadała w dziwne rejestry, które drażniły i irytowały. Aha, momentami także wcielała się w rolę pianistki i pogrywała na klawiszach.

Muzyka i kompozycje nie porywały. Nużący i lekko monotonny łomot gitarowy przerywany był melodyjnymi wstawkami. Aczkolwiek przezywanie ich „kopią Nightwish” uważam za przesadę – Francuzka wydaje się mieć większy dystans do tego co robi i w świadomy sposób buduje swój sceniczny wizerunek. Na pewno bardziej niż zagubiona wśród Wikingów i innych bogów finlandzkich Tarja. Po swoim krótkim i idealnym dla suportu czasie występu, na scenie zaczął się montować kolejny zespół.

Sybreed to krajanie Samaela. Ci pochodzący z Genewy muzycy, prezentowali się na scenie… normalnie. Był to pewien ewenement, gdyż cała reszta zespołów miała swój image i dopracowane sceniczne show. Bez udziwnień i bez fanaberii wyszli, zagrali i zniszczyli. Największe, a tym większe że postury dość niewielkiej, wrażenie robił wokalista – Ben – który swym potężnym głosem miażdżył. Jego przejścia od mocnego krzyku do melodyjnego i wręcz przyjemnego śpiewu budziły szczery respekt i mimo że muzyka, okraszona dużą dawką elektroniki i brzmiąca momentami dość wtórnie, nie czarowała, to publiczność, przynajmniej w większości, nagradzała muzyków gorącymi brawami. Ciekawostką były na pewno drum`n`bassowe sample i loopy wkomponowane w strukturę występu, które sprowokowały głupie komentarze. Cóż, otwartość na muzyczne miksowanie gatunków nie należy do głównych walorów metalowej publiki, ale sądziłem, że mocno eksperymentujący Samael posiada w szeregach swych słuchaczy ludzi o otwartych głowach. Protekcjonalne uśmieszki i bzdurne teksty wyprowadziły mnie z tego błędu.

Zakończenie występu zostało nagrodzone zasłużonymi brawami, po czym nastąpiła tradycja przerwa na wymianę sprzętów muzycznych i instalowanie następnego zespołu. Gothminister miał za chwilę rozpocząć swój występ. Widać było, że sceniczny image jest traktowany przez nich z pełną powagą. Czarno – białe twarze muzyków w poświacie firlejowych świateł robiły trupie wrażenie. Jednak dopiero pojawienie się wokalisty – Gothminister himself – dało pożądany przez nich efekt. Ten ubrany w przypominający mundur strój osobnik, miał za chwilę zawładnąć całą sceną. Zaanektował ją dla siebie i rządził na niej przez cały czas trwania występu. Obładowany gadżetami niczym minister Kołodko podczas konferencji prasowej, zaskakiwał co chwila kolejnymi pomysłami; ot, choćby drabina na której stawał niczym na trybunie do przemawiania. Nie przekraczając subtelnej granicy pomiędzy kiczem a grozą, udało im się pozostać ze swym mrocznym wizerunkiem po stronie, która nie budzi uśmiechu politowania.

Pierwsze skojarzenie – Rammstein. Lecz nie chodziło tu o samą muzykę, choć i tutaj znalazłoby się kilka wspólnych mianowników, choćby „marszowy” rytm utworów, ale raczej o ten ciężki do nazwania pierwiastek, który sprawia, że nasz mózg samoistnie i nie do końca świadomie taguje i wiąże ze sobą różne zespoły. Filozofia? Klimat? Posmak? To nieuchwytne i nienazwane „coś”.

Stylistycznie umieściłbym ich w przegródce industrial metal z licznymi i dość dobrze słyszanymi inspiracjami nurtu goth. Miejscami grali nieco toporne i bez finezji, nadrabiali za to zaangażowaniem oraz niektórymi pomysłami. Nie było rewelacji, ale przyznaję, że nie nudziłem się szczególnie.

Niestety, długie oczekiwanie na występ Samaela oraz łatwość zakupu kolejnych butelek ze złocistym płynem sprawiła, że Gothminister miał mocno utrudnione zadanie. Cześć osób, naturalnie Ci z końca sali, skryci w ciemnościach i przez to odważni, poczęstowali ich suchym i wulgarnym słowem, które sugerowało chęć zobaczenia Samaela natychmiast. Zresztą samo skandowanie nazwy zespołu kończącego ten wieczór także nie było zbyt taktowne. Rozumiem, że zgodnie z zasadą, która mówi „jak mogą klaskać, to mogą też i gwizdać”, dopuszczalne jest, ażeby w dyskursie koncertowym można było wyrazić swoją dezaprobatę dla dokonań poszczególnych artystów, ale czynienie tego w taki sposób to mentalne dresiartwo, które, jak niestety można było zauważyć, nieobce jest także ludziom, których muzyczna świadomość powinna być rozwinięta bardziej od gustu inżyniera Mamonia.

Wreszcie nastąpiła oczekiwana przez wszystkich chwila. Zniecierpliwiona i podniecona publiczność z radością przywitała kłęby dymu oraz czerwoną poświatę, która rzucała krwisty blask na okolice sceny. Po chwili zapanowało istne szaleństwo. Nie było najmniejszych wątpliwości, że zgromadzeni ludzie oczekiwali na Samaela i tylko na niego. Początek występu to kompozycje tytułowe z dwóch ostatnich (i pełnoprawnych, bo „Era One & Lesson In Magic #1” za taką nie jest przeze mnie uznawana) albumów – „Solar Soul” oraz „Reign of Light”. Na drugi ogień poszły „On the Rise” oraz „Valkyries’ New Ride”, pochodzące z ostatniego albumu i wreszcie to, co wprowadziło w ekstazę fanów Samaela – starsze utwory nawiązujące do jakże odmiennej estetyki i filozofii grania i życia.

Ten miszmasz nowego i starego wypadł doskonale. Pochwalony za znajomość repertuaru tłum był wniebowzięty. Nieliczne monologi doskonale wprowadzały w klimat nienaruszając subtelnej równowagi pomiędzy kontaktem z publiką a samym występem. Samael to niesamowita maszynka koncertowa, która działa ze sprawnością i szybkością AK47. Falująca, skacząca, obijająca się o siebie i ciesząca się z każdej chwili obcowania z muzyką Szwajcarów publiczność, była wyraźnie ukontentowana scenicznymi popisami i po ich zejściu ze sceny, domagała się więcej. Naturalnie nie mogło obejść się bez bisu.

Jedyne co przeszkadzało w odbiorze, to gubiona momentami w hałasie elektronika. Przez to wiele smaczków uciekło i mimo że ogólnego, jak najbardziej pozytywnego, wrażenia nie zepsuło, miało jednak nutkę goryczy. No, ale przecież smak siarki i tak wszystko wypala. Dlatego kolejnym razem, a po wspaniałym przyjęciu Samaela przez polską publikę nie mam wątpliwości co do ich ponownego przyjazdu, postaram się także wybrać na ich koncert. I zachwycić się oryginalnym podejściem do metalu, który jako twór żywy ciągle ewoluuje i rozwija się. Czego można uświadczyć chociażby na koncertach szwajcarskiego zespołu.

Samael – 16.04.2008 - Wrocław - Firlej

Czeski Firlej – Lvmen

marzec 29, 2008

Proponując znajomym koncert Lvmen znałem z góry ich reakcję. Sformułowanie „czeski metal” budzi niestety dość nieuzasadnioną wesołość w niektórych kręgach, ale niezrażony podjąłem się ciężkiej walki na polu uświadomień muzycznych. Zacząłem od wymienienia kolejnych zespołów, z którymi Czesi mieli okazję grać wcześniej. Co prawda Starzy Singers oraz Something Like Elvis nie robiły takiego wrażenia jak Cult of Luna czy Fantomas, ale fakt występów z uznanymi polskimi muzykami dodatkowo rozbudzał lekką ciekawość.

Następnie dookreślałem estetykę, w ramach której się poruszali – mocne wpływy ciężkiego sludge oraz postrockowego plumkania, które, jak to zespoły eksperymentujące i poszukujące mają w zwyczaju, daleko wychodzą poza prostą konstrukcję tworzenia utworów na zasadzie zwrotka i refren. Całość okraszona – pojawiającym się miejscami i przez to wzmacniającym w wybranych momentach przekaz – wokalem, przeskakującym od spokojnych i cichszym partii do growlującego wrzasku i krzyku.

Na sam koniec indoktrynacji podsuwałem próbkę do znalezienia na My Space i wyraźnie ukontentowany rozbiciem kolejnego stereotypu muzycznego wśród znajomych, siadałem przed monitorem, knując kolejny krok zmierzający do zburzenia następnych pokładów muzycznej ignorancji.

Marcowy koncert w Firleju był zaległym występem Lvmen z roku ubiegłego. Wypadek samochodowy sprawił, że zespół swój październikowy tour po Polsce musiał odwołać. Na całe szczęście było te jedynie przesunięcie w czasie, które tylko zaostrzyło mój koncertowy apetyt. Wzmógł go dodatkowo występ, supportującego główną atrakcję, muzyka o pseudonimie Selfbrush. Vaclav Havelka zrobił naprawdę duże wrażenie za pomocą minimalistycznych środków wyrazu. Delikatnie folkująca gitara wprowadziła nieco zaskoczoną publiczność w melancholijno – jesienną atmosferę nieprzystającą do wiosennej pory roku. Spokojny i nieco „oddalony” wokal pogłębił to uczucie. Nastrojowe dźwięki uwiodły mnie całkowicie i z lekkim żalem pożegnałem schodzącego ze sceny artystę. Szkoda że część osób, niezainteresowana występem, zamiast kulturalnie opuścić salę i dać się skupić na muzyce, wolała szemrać dekoncentrując i artystę, i pozostałych słuchaczy.

Tłum osób nabijający salę koncertową Firleja przeczuwał, że zbliża się godzina „zero”. Lvmen delikatnie zaatakował pierwszą kompozycją z albumu „Mondo”. Spokojny utwór popłynął i subtelnie wprowadził w klimat koncertu. Radykalnie mocniejsze uderzenie następnej kompozycji stworzyło ciekawy dysonans. Głośniki zacharczały, a basowe podbicia odbiły się w żołądku. Dźwięk burzył harmonijną kompozycję gazowego składu pomieszczenia, jednocześnie podgrzewając atmosferę. Niestety, nieco zbyt mocno. Miejscami, szczególnie w tych głośniejszych fragmentach koncertu, zamiast poszczególnych instrumentów, słuchać było zlany w jedną – do tego nieco bezkształtną – formę atak na nasze bębenki.

Pomimo że Czesi mają w swym dorobku dość niewielką ilość wydanych albumów, ich kompozycje są różnorodne i nie ma w nich miejsca na monotonię czy też chwilę nudy. Zmiany tempa, ciężkie riffy i urozmaicone dźwięki przeplatane intrygującymi samplami tworzą przemyślaną całość, w której nie ma miejsca na bezmyślną kakofonię czy też losowe dorzucanie nieprzystających do siebie melodii. Co ciekawe, muzycy zaprezentowali całą płytę „Mondo” oraz jedną kompozycję – #7 – z „Raison d’Etre” na dokładkę.

Jedynym elementem scenicznego show, którego poziom wyraźnie odstawał od całości, były niestety wizualizacje. Nie do końca rozumiem parcie niektórych zespołów, które za wszelką cenę chcą ze swoich koncertów, naprawdę dobrych i ciekawych muzycznie, zrobić show pod tytułem „spektakl audio – wizualny”. W wypadku Lvmena zaowocowało to koncepcyjną porażką. W tle dominowały sceny z filmu… Animatrix. Te stylizowane na japońskie anime nowelki, są uzupełnieniem i łącznikiem pomiędzy pierwszą a kolejnymi częściami Matrixa. Ich realizacja, pomysł oraz wykonanie stoją na bardzo wysokim poziomie, jednakże w żaden sposób nie mogłem powiązać ich z muzyką Czechów; nie przystawały w żaden sposób do siebie. Animacje, zamiast uzupełniać, odwracały uwagę, dekoncentrowały, a momentami nawet irytowały.

Na całe szczęście, zostały wykorzystane nie tylko sceny z uniwersum braci Wachowskich. O wiele lepsze wrażenie robiły pozostałe elementy zabawy obrazem, których jednak było zdecydowanie mniej; pszczoły, wilki, fragmenty jakiegoś filmu „made in Hong Kong” czy też motywy religijne. No i unoszący się nad wszystkim znaczek – logo z płyty „Mondo”. Ten element układanki był naprawdę niezły.

Całość trwała w okolicach jednej godziny. Bez bisów, bez kontaktu z publicznością. Muzyka jako jedyne źródło przekazu. Koncert rozpoczęty i skończony. Niczym wyrwany fragment większej całości. Przy czym, ta skoncentrowana wiązka emocji, miast do zabawy, prowokowała do transu i lekkiego odrętwienia. Nie było szalonych podskoków czy energetycznego obijania się o siebie nawzajem. Bliżej było do wyciszonej i kontemplacyjnej mszy niż do rockowo – metalowego szaleństwa.

Ciekawy wieczór. Krótki, pozostawiający niedosyt, ale wzbudzający emocje. Nie padłem na kolana, ale Lvmen zapewniło mi naprawdę intrygujące wspomnienia ze swojego występu.

Lvmen - 29.03.2008 - Wrocław - Firlej

Festiwal Frankofoński, w ramach którego występowali francuskojęzyczni artyści, miał na celu rozpropagowanie i zapoznanie Polaków z kulturą naszego europejskiego znajomka. Przy imprezach tego typu istnieje pewna obawa, że wybierze się artystów „ugładzonych”, którzy „godnie” i „odpowiedni sposób” promować będą swój ojczysty kraj. Na całe szczęście w tym wypadku nie poczyniono starań tego typu; nie czuć nawet sztampowego posmaku. Muzyk, którego miałem okazję poznać, był tak inny od wszystkiego, co do tej pory miałem okazję słyszeć w swoim krótkim życiu, że od razu wzbudził we mnie pozytywne emocje.

Nosfell, bo takie imię przybrał ów jegomość, to postać szalenie trudna do zaszufladkowania. Eklektyzm jego kompozycji jest na tyle duży, że każdy może odkryć coś dla siebie odpowiedniego. Przy czym omawiając z kimś jeden konkretny utwór okaże się, że mimo iż słyszeliście to samo, to wasze refleksje odnośnie muzyki są diametralnie inne. Siła w różnorodności. Krytycy, których tendencja do zamykania w odpowiednich katalogach nawet dźwięków wydawanych przez pralkę budzi podziw równie wielki jak rozbawienie, określili jego twórczość mianem „world music”. Termin wata, tyleż pojemny co bez jednoznacznego określenia i nasycenia.

Wymykający się jednoznacznym określeniom Nosfell robi wszystko po swojemu; snuje historie w stworzonym przez siebie języku przy akompaniamencie muzyki będącej oryginalną wypadkową kilku różnych, dość często dalekich od siebie, nurtów. Jego zaangażowanie w spektakl, artysta wykorzystuje w swoim show elementy japońskiego teatru kabuki, budzi początkowo lekką konsternację, ale po pewnym czasie zaczynamy mu wierzyć i przyjmować jego sztukę jako całość. Dodatkowo, i piszę to jako w 100% heteroseksualny samiec owładnięty wiosenną aurą, ma w sobie jakiś wewnętrzny czar i ciepło, które ujmują i tworzą dodatkową wartość dodaną.

Sam występ zachwycał bogactwem pomysłów. Każdy kolejny utwór to koncepcyjna niespodzianka, przeplatana często i gęsto muzycznymi wariacjami z różnych kręgów kulturowych. Zaczynając od subtelnych i płynnych dźwięków z północy, poprzez cieplejsze beatboxowe zapętlenia a skończywszy na cieplejszych południowych rytmach wzmacnianych sprytnie za pomocą zapętlonych wokaliz. Konceptualny miszmasz możliwy do zaistnienia tylko w miejscach, w których przeplatają i oddziałują na siebie wzajemnie różne wpływy – tygiel kulturowy to naprawdę piękne zjawisko.

Najciekawsze było jednak to, że pomimo dość skromnego składu osobowego, na scenie obecny był tylko Nosfell wraz z towarzyszącym mu i grającym na basie oraz kontrabasie muzykiem, o żadnej prostocie nie mogło być mowy. Za sprawą intrygującego głosu i ciekawych rozwiązań elektronicznych, kolejne podkłady wokalne, zapętlone w kilkunastosekundowe loopy, nakładały się na siebie, tworząc magiczną całość podkreśloną za sprawą zmieniających barwę płócien. Ale największe wrażenie robił właśnie śpiew; począwszy od delikatnego i bardzo subtelnego, kojarzący się delikatnie z Antonym Hegartym, a skończywszy na mocniejszym i przypominającym nieco popisy Mike`a Pattona.

Zdarzają się występy artystów tak niebanalnych, że ich ocenianie w normalnych kategoriach pozbawione jest sensu. Nosfell jest właśnie przedstawicielem tego typu zjawiska. Percepcja jego koncertu wymaga dość szczególnego podejścia i otwartej głowy, lecz daje dużą radość przy obcowaniu. Niestety, odbiór jego muzyki w intymnej atmosferze domowego odtwarzacza bądź to muzyki, bądź to DVD daje dość skromną namiastkę tego, co można było zobaczyć w Firleju. Surogat występujący w postaci cyfrowej w żaden sposób nie oddaje klimatu i może być mylący. Z tego względu zdecydowanie polecam wykorzystanie następnej możliwości ujrzenia Francuza, która, mam nadzieję, pojawi się w czasie bliższym lub dalszym. Tego typu przeżycia warto sobie czasem aplikować.

Nosfell - 15.03.2008 - Wrocław - Firlej

Komety

marzec 1, 2008

- Cześć.
– Cześć. Co słychać?
- A dziękuję, całkiem dobrze. Z koncertu właśnie wracam.
– Z jakiego?
- Komety. Znasz?
– Niespecjalnie. Pewnie w radiu ich nie usłyszę.
- Zależy jakim, ale sądząc po ilości osób na występie to faktycznie niezbyt często są chyba grywani.
– Aż takie pustki?
- Wiesz, koncert może nie przyciągnął tłumów i zaryzykowałbym stwierdzenie, że Firlej był tego sobotniego wieczoru bardzo luźny pod względem frekwencji. Nie zmienia to jednak faktu, że w tą apokaliptyczną pogodę, kiedy Orki latały nam nad głowami, strata tak ciekawego wydarzenia muzycznego, to ogromna wpadka dla każdego koncertowego wyjadacza. Naturalnie nie dla mnie, bo ja Kometów, jak widać na obrazku załączonym, nie odpuściłem.
– No dobra, ale co to są te Komety i czymże się ich słucha?
- To warszawskie trio, będące bezpośrednim spadkobiercą dokonań Partii. Gra prostą formę rock and rolla – rockabilly – która ma jednak w sobie to coś, co sprawia, że muzyki słucha się z przyjemnością. Bez zbędnego kombinowania, z prostotą, lecz nie z prostactwem, prześlizgują się po kolejnych utworach, które od razu wpadają w ucho. Nie trzeba być mistrzem gitary, żeby wymyślić dobry riff w ciekawej aranżacji.
– Teksty?
- Dominuje tematyka miłosna w niebanalnej formie. Zresztą właśnie podczas Komet, jak rzadko kiedy, odczuwałem potrzebę, przynajmniej koncertową, posiadania pary. Ta muzyka aż woła by słuchać ją z kimś, by się przy niej razem bawić i by ją wspólnie odczuwać. Cholera, chyba w lędźwiach czuję wiosnę.
- Spokojnie, koty też czują to naturalne. Mimo że wiatr głowę przy samym tyłku urywa, to aura inaczej już działa. Zew natury.
- Tak, tak. Nieważne. Poza utworami „z”, „do”, „o” oraz „na temat” miłości pojawiają się klimaty warszawskie – wielkomiejski folk? – które na myśl przywodzą połączenie praskiej dzielnicy z klimatem amerykańskich przedmieść. Mieszanka iście wybuchowa.
– A kontakt z publiką?
- Lesław – wokalista, tekściarz i gitarzysta – z pewną taką dozą śliskiego acz miłego włazidupstwa, komplementował wrocławską publiczność oraz dziękował za przybycie. Sympatyczne to było, mimo że pewnie tego typu zagrania są na każdym albo niemal każdym koncercie.
– Normalka…
- Z ciekawostek, było zagranych kilka utworów starej Partii. Zresztą tego domagała się publiczność. Zawsze mnie zastanawiało, co czują artyści w momencie, gdy ich nowsze utwory nie są tak entuzjastycznie przyjmowane jak wcześniejsze dokonania. Lesław żadnego skrępowania nie wykazywał podczas grania starych hiciorów. Wręcz przeciwnie, widać było, że ten repertuar sceniczno – wokalny nadal mu „leży” i pasuje.
– No ale ogólnie to żałujesz pójścia?
- W żadnym razie i wypadku. Było naprawdę świetnie. Dynamicznie, z przytupem i przyjemnie. Wiem, że tego słowa się mocno nadużywa, ale Komety są „oldschoolowe” w tym naprawdę dobrym znaczeniu. Lesław co prawda Elvisem nie jest, ale to naprawdę porządny kawałek rock`n`rolla.
– Brzmi smacznie.
- I jest. Następnym razem dam Ci znać i pójdziemy z jakimiś fajnymi dziewojami. Podryw „na Komety” po prostu musi się udać. Tymczasem znikam, bo mi tramwaj odjeżdża. Trzymaj się.
– Ty też. Na razie.
Komety – 01.03.2008 – Wrocław – ODA Firlej