Czeski Firlej – Lvmen
marzec 29, 2008
Proponując znajomym koncert Lvmen znałem z góry ich reakcję. Sformułowanie „czeski metal” budzi niestety dość nieuzasadnioną wesołość w niektórych kręgach, ale niezrażony podjąłem się ciężkiej walki na polu uświadomień muzycznych. Zacząłem od wymienienia kolejnych zespołów, z którymi Czesi mieli okazję grać wcześniej. Co prawda Starzy Singers oraz Something Like Elvis nie robiły takiego wrażenia jak Cult of Luna czy Fantomas, ale fakt występów z uznanymi polskimi muzykami dodatkowo rozbudzał lekką ciekawość.
Następnie dookreślałem estetykę, w ramach której się poruszali – mocne wpływy ciężkiego sludge oraz postrockowego plumkania, które, jak to zespoły eksperymentujące i poszukujące mają w zwyczaju, daleko wychodzą poza prostą konstrukcję tworzenia utworów na zasadzie zwrotka i refren. Całość okraszona – pojawiającym się miejscami i przez to wzmacniającym w wybranych momentach przekaz – wokalem, przeskakującym od spokojnych i cichszym partii do growlującego wrzasku i krzyku.
Na sam koniec indoktrynacji podsuwałem próbkę do znalezienia na My Space i wyraźnie ukontentowany rozbiciem kolejnego stereotypu muzycznego wśród znajomych, siadałem przed monitorem, knując kolejny krok zmierzający do zburzenia następnych pokładów muzycznej ignorancji.
Marcowy koncert w Firleju był zaległym występem Lvmen z roku ubiegłego. Wypadek samochodowy sprawił, że zespół swój październikowy tour po Polsce musiał odwołać. Na całe szczęście było te jedynie przesunięcie w czasie, które tylko zaostrzyło mój koncertowy apetyt. Wzmógł go dodatkowo występ, supportującego główną atrakcję, muzyka o pseudonimie Selfbrush. Vaclav Havelka zrobił naprawdę duże wrażenie za pomocą minimalistycznych środków wyrazu. Delikatnie folkująca gitara wprowadziła nieco zaskoczoną publiczność w melancholijno – jesienną atmosferę nieprzystającą do wiosennej pory roku. Spokojny i nieco „oddalony” wokal pogłębił to uczucie. Nastrojowe dźwięki uwiodły mnie całkowicie i z lekkim żalem pożegnałem schodzącego ze sceny artystę. Szkoda że część osób, niezainteresowana występem, zamiast kulturalnie opuścić salę i dać się skupić na muzyce, wolała szemrać dekoncentrując i artystę, i pozostałych słuchaczy.
Tłum osób nabijający salę koncertową Firleja przeczuwał, że zbliża się godzina „zero”. Lvmen delikatnie zaatakował pierwszą kompozycją z albumu „Mondo”. Spokojny utwór popłynął i subtelnie wprowadził w klimat koncertu. Radykalnie mocniejsze uderzenie następnej kompozycji stworzyło ciekawy dysonans. Głośniki zacharczały, a basowe podbicia odbiły się w żołądku. Dźwięk burzył harmonijną kompozycję gazowego składu pomieszczenia, jednocześnie podgrzewając atmosferę. Niestety, nieco zbyt mocno. Miejscami, szczególnie w tych głośniejszych fragmentach koncertu, zamiast poszczególnych instrumentów, słuchać było zlany w jedną – do tego nieco bezkształtną – formę atak na nasze bębenki.
Pomimo że Czesi mają w swym dorobku dość niewielką ilość wydanych albumów, ich kompozycje są różnorodne i nie ma w nich miejsca na monotonię czy też chwilę nudy. Zmiany tempa, ciężkie riffy i urozmaicone dźwięki przeplatane intrygującymi samplami tworzą przemyślaną całość, w której nie ma miejsca na bezmyślną kakofonię czy też losowe dorzucanie nieprzystających do siebie melodii. Co ciekawe, muzycy zaprezentowali całą płytę „Mondo” oraz jedną kompozycję – #7 – z „Raison d’Etre” na dokładkę.
Jedynym elementem scenicznego show, którego poziom wyraźnie odstawał od całości, były niestety wizualizacje. Nie do końca rozumiem parcie niektórych zespołów, które za wszelką cenę chcą ze swoich koncertów, naprawdę dobrych i ciekawych muzycznie, zrobić show pod tytułem „spektakl audio – wizualny”. W wypadku Lvmena zaowocowało to koncepcyjną porażką. W tle dominowały sceny z filmu… Animatrix. Te stylizowane na japońskie anime nowelki, są uzupełnieniem i łącznikiem pomiędzy pierwszą a kolejnymi częściami Matrixa. Ich realizacja, pomysł oraz wykonanie stoją na bardzo wysokim poziomie, jednakże w żaden sposób nie mogłem powiązać ich z muzyką Czechów; nie przystawały w żaden sposób do siebie. Animacje, zamiast uzupełniać, odwracały uwagę, dekoncentrowały, a momentami nawet irytowały.
Na całe szczęście, zostały wykorzystane nie tylko sceny z uniwersum braci Wachowskich. O wiele lepsze wrażenie robiły pozostałe elementy zabawy obrazem, których jednak było zdecydowanie mniej; pszczoły, wilki, fragmenty jakiegoś filmu „made in Hong Kong” czy też motywy religijne. No i unoszący się nad wszystkim znaczek – logo z płyty „Mondo”. Ten element układanki był naprawdę niezły.
Całość trwała w okolicach jednej godziny. Bez bisów, bez kontaktu z publicznością. Muzyka jako jedyne źródło przekazu. Koncert rozpoczęty i skończony. Niczym wyrwany fragment większej całości. Przy czym, ta skoncentrowana wiązka emocji, miast do zabawy, prowokowała do transu i lekkiego odrętwienia. Nie było szalonych podskoków czy energetycznego obijania się o siebie nawzajem. Bliżej było do wyciszonej i kontemplacyjnej mszy niż do rockowo – metalowego szaleństwa.
Ciekawy wieczór. Krótki, pozostawiający niedosyt, ale wzbudzający emocje. Nie padłem na kolana, ale Lvmen zapewniło mi naprawdę intrygujące wspomnienia ze swojego występu.
Lvmen - 29.03.2008 - Wrocław - Firlej
Nosfell na Festiwalu Frankofońskim
marzec 15, 2008
Festiwal Frankofoński, w ramach którego występowali francuskojęzyczni artyści, miał na celu rozpropagowanie i zapoznanie Polaków z kulturą naszego europejskiego znajomka. Przy imprezach tego typu istnieje pewna obawa, że wybierze się artystów „ugładzonych”, którzy „godnie” i „odpowiedni sposób” promować będą swój ojczysty kraj. Na całe szczęście w tym wypadku nie poczyniono starań tego typu; nie czuć nawet sztampowego posmaku. Muzyk, którego miałem okazję poznać, był tak inny od wszystkiego, co do tej pory miałem okazję słyszeć w swoim krótkim życiu, że od razu wzbudził we mnie pozytywne emocje.
Nosfell, bo takie imię przybrał ów jegomość, to postać szalenie trudna do zaszufladkowania. Eklektyzm jego kompozycji jest na tyle duży, że każdy może odkryć coś dla siebie odpowiedniego. Przy czym omawiając z kimś jeden konkretny utwór okaże się, że mimo iż słyszeliście to samo, to wasze refleksje odnośnie muzyki są diametralnie inne. Siła w różnorodności. Krytycy, których tendencja do zamykania w odpowiednich katalogach nawet dźwięków wydawanych przez pralkę budzi podziw równie wielki jak rozbawienie, określili jego twórczość mianem „world music”. Termin wata, tyleż pojemny co bez jednoznacznego określenia i nasycenia.
Wymykający się jednoznacznym określeniom Nosfell robi wszystko po swojemu; snuje historie w stworzonym przez siebie języku przy akompaniamencie muzyki będącej oryginalną wypadkową kilku różnych, dość często dalekich od siebie, nurtów. Jego zaangażowanie w spektakl, artysta wykorzystuje w swoim show elementy japońskiego teatru kabuki, budzi początkowo lekką konsternację, ale po pewnym czasie zaczynamy mu wierzyć i przyjmować jego sztukę jako całość. Dodatkowo, i piszę to jako w 100% heteroseksualny samiec owładnięty wiosenną aurą, ma w sobie jakiś wewnętrzny czar i ciepło, które ujmują i tworzą dodatkową wartość dodaną.
Sam występ zachwycał bogactwem pomysłów. Każdy kolejny utwór to koncepcyjna niespodzianka, przeplatana często i gęsto muzycznymi wariacjami z różnych kręgów kulturowych. Zaczynając od subtelnych i płynnych dźwięków z północy, poprzez cieplejsze beatboxowe zapętlenia a skończywszy na cieplejszych południowych rytmach wzmacnianych sprytnie za pomocą zapętlonych wokaliz. Konceptualny miszmasz możliwy do zaistnienia tylko w miejscach, w których przeplatają i oddziałują na siebie wzajemnie różne wpływy – tygiel kulturowy to naprawdę piękne zjawisko.
Najciekawsze było jednak to, że pomimo dość skromnego składu osobowego, na scenie obecny był tylko Nosfell wraz z towarzyszącym mu i grającym na basie oraz kontrabasie muzykiem, o żadnej prostocie nie mogło być mowy. Za sprawą intrygującego głosu i ciekawych rozwiązań elektronicznych, kolejne podkłady wokalne, zapętlone w kilkunastosekundowe loopy, nakładały się na siebie, tworząc magiczną całość podkreśloną za sprawą zmieniających barwę płócien. Ale największe wrażenie robił właśnie śpiew; począwszy od delikatnego i bardzo subtelnego, kojarzący się delikatnie z Antonym Hegartym, a skończywszy na mocniejszym i przypominającym nieco popisy Mike`a Pattona.
Zdarzają się występy artystów tak niebanalnych, że ich ocenianie w normalnych kategoriach pozbawione jest sensu. Nosfell jest właśnie przedstawicielem tego typu zjawiska. Percepcja jego koncertu wymaga dość szczególnego podejścia i otwartej głowy, lecz daje dużą radość przy obcowaniu. Niestety, odbiór jego muzyki w intymnej atmosferze domowego odtwarzacza bądź to muzyki, bądź to DVD daje dość skromną namiastkę tego, co można było zobaczyć w Firleju. Surogat występujący w postaci cyfrowej w żaden sposób nie oddaje klimatu i może być mylący. Z tego względu zdecydowanie polecam wykorzystanie następnej możliwości ujrzenia Francuza, która, mam nadzieję, pojawi się w czasie bliższym lub dalszym. Tego typu przeżycia warto sobie czasem aplikować.
Nosfell - 15.03.2008 - Wrocław - Firlej
Komety
marzec 1, 2008
– Cześć. Co słychać?
- A dziękuję, całkiem dobrze. Z koncertu właśnie wracam.
– Z jakiego?
- Komety. Znasz?
– Niespecjalnie. Pewnie w radiu ich nie usłyszę.
- Zależy jakim, ale sądząc po ilości osób na występie to faktycznie niezbyt często są chyba grywani.
– Aż takie pustki?
- Wiesz, koncert może nie przyciągnął tłumów i zaryzykowałbym stwierdzenie, że Firlej był tego sobotniego wieczoru bardzo luźny pod względem frekwencji. Nie zmienia to jednak faktu, że w tą apokaliptyczną pogodę, kiedy Orki latały nam nad głowami, strata tak ciekawego wydarzenia muzycznego, to ogromna wpadka dla każdego koncertowego wyjadacza. Naturalnie nie dla mnie, bo ja Kometów, jak widać na obrazku załączonym, nie odpuściłem.
– No dobra, ale co to są te Komety i czymże się ich słucha?
- To warszawskie trio, będące bezpośrednim spadkobiercą dokonań Partii. Gra prostą formę rock and rolla – rockabilly – która ma jednak w sobie to coś, co sprawia, że muzyki słucha się z przyjemnością. Bez zbędnego kombinowania, z prostotą, lecz nie z prostactwem, prześlizgują się po kolejnych utworach, które od razu wpadają w ucho. Nie trzeba być mistrzem gitary, żeby wymyślić dobry riff w ciekawej aranżacji.
– Teksty?
- Dominuje tematyka miłosna w niebanalnej formie. Zresztą właśnie podczas Komet, jak rzadko kiedy, odczuwałem potrzebę, przynajmniej koncertową, posiadania pary. Ta muzyka aż woła by słuchać ją z kimś, by się przy niej razem bawić i by ją wspólnie odczuwać. Cholera, chyba w lędźwiach czuję wiosnę.
- Spokojnie, koty też czują to naturalne. Mimo że wiatr głowę przy samym tyłku urywa, to aura inaczej już działa. Zew natury.
- Tak, tak. Nieważne. Poza utworami „z”, „do”, „o” oraz „na temat” miłości pojawiają się klimaty warszawskie – wielkomiejski folk? – które na myśl przywodzą połączenie praskiej dzielnicy z klimatem amerykańskich przedmieść. Mieszanka iście wybuchowa.
– A kontakt z publiką?
- Lesław – wokalista, tekściarz i gitarzysta – z pewną taką dozą śliskiego acz miłego włazidupstwa, komplementował wrocławską publiczność oraz dziękował za przybycie. Sympatyczne to było, mimo że pewnie tego typu zagrania są na każdym albo niemal każdym koncercie.
– Normalka…
- Z ciekawostek, było zagranych kilka utworów starej Partii. Zresztą tego domagała się publiczność. Zawsze mnie zastanawiało, co czują artyści w momencie, gdy ich nowsze utwory nie są tak entuzjastycznie przyjmowane jak wcześniejsze dokonania. Lesław żadnego skrępowania nie wykazywał podczas grania starych hiciorów. Wręcz przeciwnie, widać było, że ten repertuar sceniczno – wokalny nadal mu „leży” i pasuje.
– No ale ogólnie to żałujesz pójścia?
- W żadnym razie i wypadku. Było naprawdę świetnie. Dynamicznie, z przytupem i przyjemnie. Wiem, że tego słowa się mocno nadużywa, ale Komety są „oldschoolowe” w tym naprawdę dobrym znaczeniu. Lesław co prawda Elvisem nie jest, ale to naprawdę porządny kawałek rock`n`rolla.
– Brzmi smacznie.
- I jest. Następnym razem dam Ci znać i pójdziemy z jakimiś fajnymi dziewojami. Podryw „na Komety” po prostu musi się udać. Tymczasem znikam, bo mi tramwaj odjeżdża. Trzymaj się.
– Ty też. Na razie.