Konfrontacje bez walki

październik 30, 2008

Hala Ludowa (zwana także Halą Stulecia) to specyficzne miejsce. Wyjątkowe ze względu na swoją historię, robiące niesamowite wrażenie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i piekielnie trudne do nagłośnienia. Moje pierwsze wspomnienia z nią związane kołaczą się w okolicach 1995 roku, ale już wtedy, co pamiętam mimo lat wielu, problemy ze słyszalnością były spore. Od tego czasu miałem jeszcze okazję bywać tam kilkukrotnie i niemal za każdym razem akustycy nie byli w stanie wygrać z materią pozostawioną przez Maxa Berga. W związku z tym, po zeszłorocznej wpadce i nienajlepszym udźwiękowieniu hali sportowej Orbita, miałem obawy dotyczące słyszalności kolejnych zespołów występujących w ramach „Konfrontacji rockowych”.

Naturalnie rozumiem, że to rock`n`roll a nie filharmonia, że przejrzystość stoi poniżej energii, czadu i mocy, ale z drugiej strony wizja charkotu i nierozróżnialnych słów płynących ze sceny, nie była niczym pociągającym. Dlatego też, uprzedzając niejako fakty i argumentację, już teraz mogę Państwu zaproponować wspólną akcję koszulkowo – bannerową pod tytułem „Przywróćmy koncerty w Wytwórni Filmów Fabularnych”. Z przyjemnością się oflaguję i wspólnie z osobami przybyłymi w punkt g, odśpiewam specjalnie przygotowaną na tę okazję protest piosenkę.

Punktem kulminacyjnym czwartkowego wieczoru był występ zespołu Kult – ostatni w Polsce w ramach październikowo – pomarańczowej trasy. Grupa pod wodzą Kazika od kilku już lat podczas jesiennej smuty odwiedza największe miasta Polski i zapełnia mniejsze oraz większe hale ku uciesze licznej i niesłabnącej rzeszy fanów młodszych i starszych, dużych i małych, dziewczęcych i mężczyźnianych. Nim jednak „najdejlsza ta wiekopomna chwila” trzeba było przebrnąć przez prezentacje zgromadzonych na okoliczność „Konfrontacji rockowych” artystów.

Definicji – za internetowym słownikiem języka polskiego PWNu – konfrontacji jest kilka, ale dwie najbardziej interesujące kładą nacisk albo na porównanie albo na spór. Moim marzeniem byłoby postawić na to drugie, przy czym wizja organizatorów obejmuje raczej to pierwsze. Stąd taki a nie inny dobór wykonawców; Czesław Śpiewa, happysad, Męska Muzyka panów Waglewskich oraz Kult. Zachowawczość ponad ryzykiem oraz rutyna nad pazurem.

O obsuwie nie warto nawet wspomnieć. To, że będzie, było tak oczywiste, że aż szkoda było patrzeć na ludzi karnie ustawiających się w kolejce, bo „zaraz się wszystko zacznie – tak było napisane w Internecie”. Otóż, moi Drodzy Państwo, Internet kłamie. Nie było powodów do paniki, nerwów oraz pospiesznego biegania wokół monumentalnego budynku w celu znalezienia dodatkowego i „podobno nieobleganego” wejścia. Zresztą proces wchodzenia było stosunkowo sprawnie przeprowadzony i w sznureczku nie stało się zbyt długo.

Hala Ludowa, będąca obiektem wyjątkowym, miała także wyjątkowo restrykcyjne podejście do picia alkoholu i palenia papierosów. Wiele osób sarkało i parskało i według mnie, mimo że sam nie palę a i konsumować nie miałem ochoty, całkiem słusznie. Pod tym względem WFF także nokautuje.

Wreszcie gromadka, bo o tłumie nie można było jeszcze mówić, tłocząca się pod sceną zapiszczała z radości, a na scenę wkroczył Czesław Mozil z zespołem. I, zgodnie z nazwą swojego projektu, zaśpiewał.

Napompowany do granic możliwości hype, zabawna i natrętna promocja oraz marketingowy szpagat (z jednej nogi Nosowska a z drugiej Nergal) utwierdziły dużą część społeczeństwa w przekonaniu, że mamy do czynienia z „wyjątkowym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej”. Przyznam szczerze, że początkowo ja także dałem się nabrać – szczególnie że singlowa kompozycja, która wraz ze świetnym teledyskiem tworzyła uzupełniającą się całość, zapowiadała pewne przewietrzenie. Jednak po trzecim przesłuchaniu płyta okazała się być tym, czym jest w istocie – męczącymi kalkami i schematami muzycznymi wcześniejszych dokonań Mozila (tak, znałem wcześniej Tesco Value) oraz mocno irytującymi tekstami, którym bliżej do dziecięcych rymowanek niźli tekstów mających jakiś sens. Cóż, kolektywny rozum Internautów zebranych na czacie nie okazał się być wystarczająco twórczy.

Dlatego też występ w Hali Ludowej nie mógł być dobry. Nie dość, że mieliśmy okazję na własne uszy zobaczyć i na własne oczy usłyszeć, że ukończenie The Royal Danish Academy of Music nie czyni wielkim wokalistą, to na dodatek klimat ogromnego hangaru nie sprzyjał atmosferze rozmowy pomiędzy artystą a publiką. Podobno intymniejsze i bardziej kameralne pomieszczenia wpływają pozytywnie na Czesława, który występy przemienia w mówione happeningi przerywane fragmentami utworów. Taki koncept mógłby dać radę. Być może.

Następny w kolejności był happysad. Nie będąc ich targetem, który oscyluje raczej w nieco młodszych oraz nieco innej płci niż ja osobach, postanowiłem nie męczyć ani siebie ani zespołu i uciekłem. Zdecydowaną większość występu spędziłem poza strefą rażenia wokalisty Kuby Kawalca, ale pod koniec występu zasiadłem na trybunach.

Wrażenie płytowe zostało zweryfikowane – inspirując się na wzorcach grabażowych, zespół idzie w kierunku gitarowego gryzienia po ogonie, które słyszeć już można było dziesiątki tysięcy razy w milionach konfiguracji. Co nie zmienia faktu, że happysad ma talent do tworzenia piosenek bazujących na nieskomplikowanych ale chwytliwych melodiach. Nie ma w tym iskry, nie ma mocy i nie ma energii. Ale to nie jest granie, które ma rozsadzać i wytwarzać podciśnienie rozrywające słuchacza nowatorstwem. Gimnazjalno – licealna wrażliwość rządzi się swoimi prawami, więc zgredy, takie jak moja skromna osoba, mogą pokiwać głowami, popatrzeć z pobłażliwym uśmiechem, ale nie zmieni to faktu, że chcieliby zamienić się z tą radosną i żywiołowo bawiącą się młodzieżą na miejsca.

happysad zabisował i zszedł ze sceny, by ustąpić miejsca rodowi Waglewskich. Męska muzyka to zderzenie dwóch światów; pokoleniowa różnica zaowocowała oryginalnym jak na nasze warunki produktem. Mimo że czuć tu przede wszystkim seniora Wojtka, to producencki sznyt Emade oraz wokalne wejścia Fisza nie pozostawiają wątpliwości, że i Wagiel musiał iść na pewne stylistyczne kompromisy. I dobrze! Ale choć płyta zacna, to koncert w ramach wrocławskiego mini festiwalu do najlepszych nie należał. Zawiodło nagłośnienie, a nienajlepszy klimat przestrzenny na tego typu muzykę zabił czar i magię. W dusznym klubie, z ciężką atmosferą oraz butelką wina byłoby, jestem o tym przekonany na 100%, naprawdę wyśmienicie. W Hali Stulecia było tylko poprawnie. Co prawda nie mieliśmy do czynienia z suchym odegraniem płyty i panowie pokusili się o drobne wstawki, improwizacje oraz pomysłowe aranże, ale całości podciągnąć to nie mogło. Momentami nużyło. Flow i fluidy uleciały gdzieś pod samą kopułę i nijak się ich ściągnąć nie dało. Szkoda.

Powoli zbliżał się moment dania głównego. Pozostała tylko jedna przystawka. Jako że kucharz ze mnie mierny postanowiłem, że przed konsumpcją potrawy wieczoru najpierw posłodzę, a potem dopieprzę.

Plagiat 199 towarzyszył zespołowi Kult na całej trasie październikowej. Swój ostatni koncert w ramach „pomarańczowej” rozpoczęli mocno, głośno, z energią i bez żadnych kompleksów. Zważywszy na to, że zagrali tak naprawdę po Waglewskich, happysadach i Czesławie należą im się brawa za rozruszanie publiczności, która owładnięta potrzeba rozładowania nagromadzonej nadwyżki mocy od razu rzuciła się w pląsy i tany. Widać było, że zgranie oraz ogranie mają spore. Odnajdują się na scenie i ich występowi nie towarzyszył ten nieco naiwny rodzaj nieupierzonego doświadczenia, które może nieco rozczulać, ale na dłuższą metę jest denerwujące. To był raczej dobrze zaprogramowany mechanizm, w którym wszystko jest odpalane zgodnie z autorskim konceptem na radosny i energetyczny band.

Tylko że… (tu rozpocznę diss) ten pomysł nie okazał się szczególnie oryginalny, a na dłuższą metę zwyczajnie męczył. Gdy ze wszystkich stron zostałem zaatakowany kakofonią zlewających się w jedno dźwięków, które świdrując moje bębenki rozwalały mi obydwie półkule jednocześnie, miałem ochotę wsadzić głowę między krzesełka i poprosić o ich złożenie. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie wzmagało się, gdy wokalistka przestawała śpiewać i zaczynała wrzeszczeć. W lirycznym zakresie otrzymaliśmy rodzinne miasto Zygmunta Staszczyka z wyjątkowo irytującą manierą śpiewania wszystkiego w jeden sposób. Wtórował zresztą temu cały zespół, który z uporem godnym lepszej sprawy odgrywał jedną piosenkę w kółko. No, przesadziłem – był jeszcze reggae`owy „Yes I” oraz wyróżniający się i pozostawiający najlepsze wrażenie „Obłęd”.

Pojawiające się nawiązania do Bladych Loków mnie nie przekonują. Pomijając oczywiste zbieżności w postaci wokalistki, sekcji dętej oraz chwilowych ucieczek gitary w mocniejsze rejony punktów stycznych nie zauważam. Wrocławianie kompozycyjnie są parę długości do przodu, a ich muzyczna różnorodność nie podlega najmniejszym dyskusjom. Z większości kawałków, którymi plagiat nas uraczył wyziera jednostajność i monotonia stylistyczna.

Naturalnie nie oznacza to, że zespół nie odniesie sukcesu. Istnieje wiele przykładów na to, że grając w kółko jeden utwór można sobie powodzenie na rodzimym rynku zapewnić. Akurat – rżnący od trzech płyt jeden kawałek – jest podobnej proweniencji co Plagiat i mimo stylistycznych rozbieżności prezentuje analogiczną filozofię grywania. Publiczność, na koncerty przychodząca tylko poskakać, stanowi całkiem sporą grupę, do której podobna muzyka trafiała, trafia i trafiać będzie. Ja od zespołu wymagam czegoś więcej. Stąd z Plagiatami do porozumienia nie byliśmy w stanie dojść.

Kult zabrzmiał źle. Dało o sobie znać nagłośnienie, które zamieniło dźwięk w dolby surround. Atakowany echem zza pleców przesuwałem się po płycie w celu odnalezienia punktu do komfortowego odsłuchu i zabawy. Nie znalazłem. Bas nie istniał, gitary z trudem przedzierały się przez sekcję dętą, klawisze nieśmiało przebijały przez tło, a perkusja głucho odbijała się od wszystkich ścian jednocześnie. Nie wiem, czy zaistniał wybór „mniejszego zła” i postanowiono poświęcić resztę instrumentów i nagłośnić Kazika wraz z sekcją dętą, czy też strunowce były z tyłu naumyślnie i z premedytacją. Fakt faktem pozostał – tęskniłem do dźwiękowego komfortu pozostawionego w WFF.

Ale czy Kult zagrał dobrze? Cóż, należałoby odpowiedzieć na pytanie, czy Kult może marnie zagrać. Zapewne twierdząca odpowiedź przejdzie przez myśl temu i owemu, ale będą to po pierwsze głosy nieliczne, a po drugie… uzasadnione. Bo przecież każdemu zdarzyć się może gorszy dzień i spadek formy. Na całe szczęście nie w tym wrocławskim przypadku. Może nie było jakichś wielkich niespodzianek, może nie zaprezentowano żadnego nowego utworu, może dramaturgia występu była powielona po raz osiemset sześćdziesiąty siódmy, ale koncert należał do tych z gatunku dobrych. Ani Kazik, ani zespół nie oszczędzali energii i mimo pewnego zmęczenia trasą dawali z siebie wszystko. Tak samo jak audytorium, które po kilku godzinach oczekiwania dostało porcję większych oraz nieco mniejszych hitów Kultu urozmaiconych filmowymi wizualizacjami. Momentami ich nadmierna dosłowność albo zbytnie eksploatowanie poszczególnych elementów nieco psuło efekt, ale ogólne wrażenie pozostawiły niezłe.

Satysfakcja z doboru utworów jest indywidualną sprawą każdego osobnika, ale z mojej strony wyrazić mogę tylko radość ze względu na dużą porcję smacznego i ostrego grania z płyty „Ostateczny Krach Systemu Korporacji” oraz utworu będącego hołdem dla boksera Angelo Jacopucciego z perkusyjną solówką Goehsa. Poza tym mieliśmy, jak to na koncertach Kultu bywa, przekrój całości z tradycyjnymi bisami w postaci „Polski”, „Wolności”, „Krwi boga” oraz „Konsumenta”. Co ciekawe, pierwszą strofę najsłynniejszej piosenki Kultu zaśpiewał jeden z członków Kult ochrony, a drugi zagrał ją na gitarze.

Już na sam koniec, po zejściu niemal całego zespołu, Kazik, w dowód wdzięczności, zaśpiewał tradycyjną patriotyczną piosnkę pod tytułem „Sowieci”, niemniej tradycyjną „Moją dzieweczkę” oraz pięciokrotnie się ukłonił dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji całej trasy październikowej, a przede wszystkim nam – publiczności. „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” rzekł i zszedł ze sceny.

Konfrontacje rockowe 2008 – Kult, Plagiat 199, Męska Muzyka, happysad, Czesław Śpiewa – 30.10.2008 – Wrocław – Hala Ludowa

Jest coś zadziwiającego w hałasie. Mimo że od samego urodzenia towarzyszy nam on aż do śmierci, to są to w większości dźwięki, na które przestajemy zwracać uwagę. Nadmierny szum powoduje natomiast chęć ucieczki lub zatkania uszu. W owładniętym cyfrowym szaleństwie świecie, gdzie naturalne dźwięki odchodzą do lamusa, dziwić musi popularność wsłuchiwania się w „naturalny” hałas powodowany specjalnie.

Yamato to grupa japońskich bębniarzy, która w dość ciekawy i przystępny tradycję grania na bębnach miksuje z delikatnym powiewem popkultury. Dzięki temu przedstawienie zachowuje swój orientalny wydźwięk jednocześnie nie odstraszając osób, które nie mają czasu, ochoty albo potrzeby wgryzać się w tradycyjną sztukę gry na bębnach. Bo to co prezentują Japończycy dla prawdziwego ortodoksa sztuki taiko (“wielki bęben”) byłoby zapewne bezczeszczeniem świętości.

Przedstawienie zostało podzielone na kilka części z jedną dłuższą przerwą na zmianę scenografii. Rozpoczyna się od razu mocno. Pokaźna grupa bębniarzy wali z energią i mocą w instrumenty, które dudniąc przenosiły nas w okolice Japonii. Szczególnie przywodziły na myśl trzęsienia ziemi, nawiedzające region 4 000 wysp z dużą częstotliwością. Huk i odbijające się od stropu i ścian Hali Ludowej dźwięki mocno grzmiały w uszach. Widać było ile energii i siły potrzeba by, nie tylko rytmicznie, ale także z mocą odpowiednią, wydobyć dudnienie z bębnów.

Może kilka słów o tych właśnie instrumentach, które większości z nas kojarzą się z prostotą by nie rzec prymitywizmem. Bo co to za sztuka uderzać pałeczką w naciągniętą płachtę i wydobywać z niej dźwięki? Otóż, kiedy bęben jest kilkukrotnie większy i cięższy od nas, a sama pałeczka może ważyć ponad 3 kilogramy, ewentualnie kiedy z ważącym naprawdę niemało bębnem przyjdzie nam po scenie chodzić i skakać, pokrzykując na dodatek co jakiś czas, nabiera się szacunku dla osób, które wykonując te wszystkie czynności, są w stanie utrzymać rytm. Na dodatek urozmaicając całość podrzucaniem, machaniem czy też uderzaniem naprzemiennym pałeczkami.

Przedstawienie można podzielić na kilka fragmentów, z których każdy prezentował nieco inną perspektywę gry. Zaczęło się całkowicie poważnie od prezentacji chyba wszystkich artystów grających razem. To mocne wejście od razu pozwoliło przyzwyczaić się do tej specyficznej muzyki. Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale nawet gra na bębnach ma swoją melodię. Wygrywający ją bębniarze dość łatwo i szybko porwali całą publiczność, która gorąco nagradzała ich brawami.

W przedstawieniu jest mnóstwo humoru. Są wesołe pojedynki oraz zawody, w których kryteriami zostaje umiejętność wystukania najciekawszego rytmu albo wniesienie większego bębna na scenę. Ten ostatni motyw został użyty podczas gender wars, w których dwie Japonki walczyły z dwoma Japończykami na głośność i różnorodność rytmu wystukiwanego przy gorącym aplauzie publiczności. Pojedynek zakończył się chyba niewielkim zwycięstwem płci piękniejszej.

Innym razem trzech bębniarzy przy pomocy małych cymbałków założonych na rękach, wystukując rytm odbić, gra w ping ponga i bawi się niewidzialną piłeczką, „podając” ją sobie co jakiś czas.

W niektórych numerach mieliśmy okazję obejrzenia i usłyszenia także innych instrumentów niż bębny. Mała orkiestra z cymbałami, gongami, fletami (Shakuhachi), cytrami (Koto) oraz Shamisen (trzystrunowy instrument przypominający nieco gitarę) doskonale współbrzmiała z wystukującymi rytm bębniarzami.

Jednak elementem na który chcę zwrócić szczególną uwagę, jest interakcja z publicznością. Audytorium nie tylko biernie oklaskiwało bębniarzy po zakończonym numerze, lecz także zostało wciągnięte w zabawę. Wystukiwanie rytmu nogami i klaskanie odpowiednio w dłonie dało niesamowity efekt. Hala zatrzęsła się w posadach, gdy te kilkaset osób, sterowane przez dyrygenta ze sceny, współtworzyło przedstawienie. Rozglądając się wokół nie dostrzegłem ani jednej osoby, która nie brała udziału w zabawie. Widać było, że zarówno na scenie jak i na sali wśród publiczności, wszyscy bawią się przednio. Ta lekkość, spontaniczność i frajda, jaką zobaczyłem wśród artystów, udzieliła się także widzom. Pomimo intensywnego koncertowania nie widać było na twarzach muzyków zmęczenia ani znużenia.

Występ Japończyków z grupy Yamato to naprawdę spore wydarzenie artystyczne. Dobrze zagrane, interesująco wyreżyserowane oraz ciekawie poprowadzone. Żadnych minusów. Rozpływam się do tej pory i życzę sobie i wszystkim więcej tak doskonałych artystów odwiedzających nasz mały kraj w środku Europy.

Yamato – 22.05.2007. – Wrocław – Hala Ludowa

Rhythm of the dance

marzec 10, 2007

Tak się jakoś złożyło że w jednym czasie po Polsce krążyły dwa przedstawienia, które otagować można wspólnie jako „irlandzkie tańce”. Czasami (jak na przykład we Wrocławiu) grupy nieomal ocierały się o siebie, gdyż różnica między ich występami wynosiła tylko jeden dzień.

Jednym z nich był Gaelforce Dance, międzynarodowa grupa taneczna założona w Australii, w której znajduje się również polski akcent – Elżbieta (Ella) Haluk z Rzeszowa. Od 7 lat gra na skrzypcach w zespole muzycznym Gaelforce Dance a od 2001 jest dyrektorem muzycznym przedstawienia. Stworzyła aranżacje smyczków do wielu nowych utworów, składających się na ten spektakl. Flirt z popkulturą i eklektyczność sprawiły z jednej strony, że szał na nich jest przeogromny (szczególnie w USA gdzie zamieszkuje bardzo wielu irlandzkich imigrantów i ich potomków), lecz z drugiej odejście od tego bardziej klasycznego nurtu tańca na rzecz show.

Tym bardziej irlandzkim nurtem, choć nie ukrywajmy, że ich „irlandzkość” jest także umowna, jest Rhythm of the Dance. Grupa która reprezentuje swój kraj jako Państwowy Zespół Tańca Irlandii. Zespół w którego skład wchodzą tylko (co ma dodać autentyzmu występom) rodowici Irlandczycy miałem okazję podziwiać we wrocławskiej Hali Ludowej 10 marca 2007 roku.

Całe przedstawienie składało się niejako z trzech elementów, które przeplatały się ze sobą wzajemnie. Były to więc popisy tancerzy, śpiewaków oraz grających na instrumentach folkowych. Naturalnie najbardziej widowiskową częścią całego występu były tańce; zarówno koedukacyjne jak i jednopłciowo, solo i grupowo. Wśród mrygania kolorowych świateł, wizualizacji z Zielonej Wyspy rzuconych na podwieszony na górze telebim oraz dźwięków skrzypek rozpoczęło się show.

Naprawdę trudno opisać wrażenie, które towarzyszy w początkowej fazie występu. To zwiewne poruszanie się po scenie przy jednoczesnym stepowaniu i wymachiwaniu nogami w powietrzu wydaje się przeczyć przyspieszeniu ziemskiemu. Jakby na scenie, która nie jest zresztą niczym innym niż dechami sklejonymi taśmą klejącą, panowały inne warunki grawitacyjne. Te pełne gracji i całkowicie zsynchronizowane kroki hipnotyzują od pierwszych minut. Każdy ruch ciała wydaje się być podporządkowany nogom, które stają się centralnym punktem tancerza.

Czy w całym tym przedstawieniu była historia lub fabuła? Zapewne była, ale bez scenariusza ciężko ustalić, o co naprawdę chodziło. Tak naprawdę ważniejsze były kolejne popisy i efektowne wygibasy artystów, które przyciągają publiczność na całym świecie swoją egzotyką oraz magią. To co zwracało uwagę to soliści, zarówno chłopak jak i dziewczyna, wokół których zbudowana była większa część spektaklu. Dyrygowali oni niejako resztą zespołu, który poddawał się ich woli. Oni przewodzili, rozpoczynali daną scenę lub byli jej pointą i zwieńczeniem. Do nich należał w tej rozmowie nóg decydujący głos.

Co jakiś czas, śpiewacy (wszyscy rodzaju męskiego), z dość dziwną manierą wokalną i o bardzo niskich głosach, wchodzili na scenę i dawali odsapnąć tancerzom. Ich utwory, którym akompaniowali muzycy przez większą część przedstawienia schowani nieco z tyłu, miały zapewne wzbudzać nostalgię i przybliżyć nam sielankowy obraz Irlandii. Całości dopełniały obrazy łąk, rzek, gór oraz małych miejscowości z uśmiechniętymi ludźmi, które można było obejrzeć na podwieszonym ekranie. Niestety w moim jedynym uczuciem jakiego doznałem było lekkie znudzenie. Na całe szczęście przerw tego typu było naprawdę niewiele.

Jednak z każdą chwilą czar i magia nieco parowały. Kolejne stepy i machnięcia zaczynały nużyć. Wszystko zaczynało wyglądać coraz bardziej schematycznie i rutyniarsko. Nawet uśmiechy były przyklejone na stałe. Zrozumiałe jest przeze mnie, że dając niemal codziennie przedstawienia, pewna spontaniczność i radość z występów jest trudno osiągalna, lecz to nie jest żadne wytłumaczenie, gdyż publiczność, a przynajmniej jej cześć, będzie wyczuwała ten brak artystycznej szczerości.

Nie mogę jednak nie wspomnieć o kilku momentach, które porwały wszystkich i z nawiązką wynagrodziły słabsze momenty. Należał do nich na pewno solowy popis dziewczyny jednocześnie tańczącej i grającej na skrzypcach. Co prawda kilka omsknięć na gryfie się zdarzyło, jednak efekt końcowy i tak jest niesamowity. Koordynacja ruchowa i podzielność uwagi między obydwie pary kończyn może budzić tylko wielkie uznanie.

Innym silnym akcentem wieczoru z kulturą irlandzką stał się pojedynek tańczącej solistki z chłopakiem operującym na dość prymitywnym instrumencie perkusyjnym. Jednak kunszt artysty oraz możliwości, które dawał ten bębenek, okazały się przeogromne. Nie tylko różnorodność dźwięków ale także ich szybkość robiły wrażenie od początku występu. Jednak we fragmencie o którym piszę, nogi wystukujące rytm tańczącej dziewczyny i grającego muzyka na zmianę próbowały pokonać prawa fizyki i dokonać rzeczy, której druga strona nie będzie w stanie powtórzyć. Pojedynek został zakończony na korzyść tańczącej Irlandki, która w finale rozgromiła swojego przeciwnika.

Jednak końcowa ocena nie będzie jednoznaczna. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że ogromne wrażenie, jakie na mnie zrobił zespół Rhythm of the dance jest zasługą mej świeżości. Innymi słowy trafili u mnie na dziewiczy teren do zagospodarowania i udało im się mnie mocno zaintrygować. Nie mając z czym porównać, ani też nie zdając sobie sprawy ze zjawiskowości ich występów mogli, nie wznosząc się na wyżyny sztuki którą uprawiają, wbić mi się w pamięć na długi czas.

Druga strona medalu, ta mniej racjonalna i bardziej skłonna do konfabulacji twierdzi, iż ich występowi czegoś zabrakło. Jakiejś iskry, który porwałby mnie i powalił na deski nie pozwalając pozbierać się przez długi czas. Jednak na pytanie czy warto było iść, odpowiem zdecydowanym głosem: „Oczywiście że warto!”. Choćby po to by popodziwiać dość dorodne i całkiem urocze dziewczyny, w kusych i kolorowych strojach, w których podskakują dość wysoko i bujają się różnymi częściami ciała w przeróżnych kierunkach. Przedstawienie może być i denne, ale skaczące laski zawsze zwiększą jego atrakcyjność w moich oczach.

Rhythm of the Dance – 10.03.2007. – Wrocław – Hala Ludowa