Alians dał czadu!

listopad 14, 2008

Szczerze muszę powiedzieć, że brakowało mi takiego koncertu. Po całej serii mniej lub bardziej nadętych występów przyszedł czas na coś niezobowiązującego i beztrosko radosnego. Wyśmienita okazja pojawiła się w piątkowy wieczór samym środku listopada, gdyż niemal dokładnie po roku do Wrocławia, a dokładniej to w centrum Wrocławia, a dokładniej to do klubu Łykend, zawitał pilski zespół Alians. Mimo fatum unoszącego się nad koncertami Pilan w stolicy Dolnego Śląska – występy odbywały się z problemami lub nie odbywały się wcale – udało się tym razem uniknąć większych wpadek, świetnie zagrać i rozbawić tłumnie zgromadzoną publiczność.

Supportować w teorii miały dwa młode składy z Namysłowa; niestety, ze względu na problemy do Wrocławia dotarł tylko jeden. Guarana, bo tak nazywali się wytrwali na placu boju, pozostawiła po sobie niezłe wrażenie. Ci młodzi ludzie idealnie wpasowali się w klimat i mimo pewnych braków technicznych można ich było wysłuchać bez większych zgrzytów. Naturalnie, wolno i wręcz należy zauważyć, że gitarzysta będący wokalistą nie zawsze dawał radę, a jego głos nie był w stanie przebić się przez instrumenty, że drugi gitarzysta wkomponował w niektóre utwory niepotrzebne solówki, które nieszczególnie pasowały do muzyki, ale są to tak naprawdę szczegóły. Nie wiem, czy Guarana odniesie sukces, ale jeśli tylko znajdą wokalistę z charyzmą i ciekawą barwą instrumentu wokalnego to mogą się pokusić o pewną ograniczoną popularność. Czego im szczerze życzę.

Po krótkim jednak czasie na scenie zaczęli rozstawiać się Aliansi, a tłum niecierpliwych osób oczekiwał momentu, w którym, niemal jak na komendę, będzie można dopchać się pod scenę i rzucić w wir zabawy. A kiedy wreszcie się zaczęło, nie dawało rady być obojętnym; czy to za sprawą nowszych – no dobrze, tak naprawdę jednego z nowszego singla „Nielegalni” – czy też za sprawą starszych kompozycji – przekrój całościowy bez pominięcia co lepszych utworów.

Muzycznie i scenicznie nie zabrakło niczego; ani szaleństw lekko kontuzjowanego Korabola, ani clashowych „Bomb domowej roboty”, ani uroczej niespodzianki w postaci nowego nabytku grającego na klawiszach, że pozwolę sobie na wybiórczy przestrzał piątkowego wieczoru. Bo będący na koncercie i znający Alians wiedzą, że opisywanie ich muzyki na żywo to próba kategoryzacji żywiołu. Można się prześlizgnąć po temacie, można go musnąć, ale do końca opisać ni dy rydy.

Nie obyło się bez rozmów pomiędzy Kazim a publicznością. Było także kilka wtargnięć na scenę, które zaowocowały nieprzewidzianymi kolaboracjami wokalnymi. Szczególnie ciekawie zabrzmiało dwóch anonimowych fanów zespołu Alians – wieść gminna niosła, że pochodzącymi z Oławy. Ten fluid przepływający pomiędzy nami – oddalonymi na wyciągnięcie ręki słuchaczami – to naprawdę wyjątkowe uczucie. Konstatacja jaka mnie dopadła w połowie występu, utwierdziła mnie w przekonaniu, że pilski skład za każdym razem potrafił wytworzyć podobną atmosferę i porwać swoje audytorium. Zasługa to nie tylko świetnej muzyki, ciekawych i momentami prowokujących tekstów, ale także tego nieokreślonego zlepku elementów składających się na udany występ.

Niestety, po czasie dłuższym niż krótszym, szaleństwa, zarówno pod jak i na scenie, dobiegły końca. Alians wyszedł co prawda na bis, a potem, wywołany przez rozentuzjazmowaną publikę, zrobił to ponownie, ale chwila zakończenia zbliżała się nieuchronnie. Końcowe „Dziękujemy!”, wykrzyczane na kilkadziesiąt gardeł było miłym apogeum całego, jakże udanego wieczoru. Kto nie był, niech żałuje, a kto był, wie, że było świetnie i z radością odlicza dni do następnego koncertu Aliansów we Wrocławiu. Oby jak najszybciej.

Alians – 14 listopada – Wrocław – Łykend

Messer Chups

czerwiec 14, 2008

Messer Chups został mi polecony dość dawno przez kolegę, który maniakiem ogromnym Pattona będąc, łykał wszystko co jego wytwórnia lub też on sam wypuszczały. W ten właśnie sposób dotarł do płyty „Crazy Price” wydanej przez Ipecac Recordings. A jako że pan Mike ma gust nietuzinkowy, uległem namowom i zapoznałem się z kompozycjami Rosjan. Bo to Rosjanie z prawdziwej Rosji. Sankt Petersburga czyli dawnego Leningradu i dawniejszego Piotrogrodu. Dokładnie tego samego w którym został utworzony słynny zespół z szalonym Siergiejem “Sznurem” Sznurowem na wokalu. Co jest o tyle istotne, bo obydwa zespoły (i Messer, i Leningrad) korzystają z usług jednego perkusisty – Denisa Kuptsova. Choć tak naprawdę na grupę ze stajni Pattona składają się dwie osoby (tak stoi na ich My Space). Czyli jest tak zwany duet.

Gitarzysta Oleg Gitarkin i basistka Zombie Girl tworzą muzykę, która nie wymaga od nas zbyt wiele. Jest łatwo przyswajalna, bez nadmiernych komplikacji i kombinowania. Lecz tyleż w niej magii i (u/m)roku , że ciężko pozostać obojętnym, gdy gdzieś w tle dalszym lub bliższym pojawiają się dźwięki firmowane przez Messer Chups. Stylistycznie twórczość Rosjan to coś pomiędzy psychobilly a rockabilly uzupełniona samplami z horrorów i filmów science fiction klasy „b” i „c”. W tym właśnie tkwi cały myk ich kompozycji. Dźwiękowe smaczki z kiczowatych filmów tworzą groteskowy klimat uzupełniany przez odpowiednie okładki (na płytach) i image basistki (na koncertach). Lata 50` i 60` wiecznie żywe, a zamysł artystyczny by swoją twórczość przeładować taką stylistyką jest tyleż prosty co świetny.

Gdy słucha się ich kompozycji, to na myśl przychodzi tylko jedno – ścieżka dźwiękowa. Tak brzmiałaby muzyka do filmów Rodrigueza („Planet Terror” i „Od zmierzchu do świtu”, a nie żadne „Desperatki” czy inni „Mali agenci”), gdyby robił ją Tarantino. Przy tej muzyce noga rwie się do tańca i zabawy. Stąd moja wizyta na koncercie w Łykendzie była pewna. Mimo pewnych obaw.

Koncert był naturalnie frekwencyjną porażką. Brak reklamy, piękna pogoda, czas sesji oraz wrodzona niechęć poznawania nowych artystów powszechnie panująca wśród Polaków (inżynier Mamoń wiecznie żywy) to główne powody, dla których podczas występu obecnych było około dwudziestu osób. Łącznie z obsługą klubową.

Mimo tego że oficjalne info głosiło, że godziną rozpoczęcia imprezy będzie 20:00, nie dałem się nabrać. Przyszedłem spóźniony i dowiedziałem się, że na Messer Chups trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. A więc czekałem. Czekałem. I czekałem, aż zajdzie Słońce i atmosfera dramatycznego półmroku w której przyjdzie grać zespołowi spowije całe miasto. Po dwóch godzinach i trzydziestu minutach od planowanego startu, koncertowe trio ruszyło z kopyta. Ustylizowana na sexy goth w wydaniu prasłowiańskim o proweniencji Mortycji Adams Zombie Girl wraz z towarzyszącym jej Olegiem i przy wtórze perkusji rozpoczęli swoje małe show.

Mimo długiego oczekiwania, niemal wszyscy od razu rzucili się pod scenę. Jak się okazało w praniu, Messer doskonale nadają się jako podkład do tańczenia w parach mieszanych. To byłby wprost wymarzony zespół do zaduszno – halloweenowego balu tematycznego. Na początku lata, przy pięknej pogodzie i lekkiej atmosferze nie było możliwe uzyskanie pełnej siły (w)rażenia. Nawet łykendowe kazamaty nie były w stanie zrekompensować braku krwi oraz… ubogiej ilości sampli. To, co na ich albumach tworzyło ten niesamowity nastrój, którego każdy fan Ed Wood Juniora zakosztuje z przyjemnością smakowania wyrafinowanej potrawy, w wyniku minimalnej ilości podkładów niemal zupełnie się ulotniło. Nie to że dźwięków zabrakło całkowicie. Pojawiały się, jednak tylko na początku utworów, bo potem, obsługujący swoją gitarę Gitarkin, nie miał jak ich włączać. Ze szkodą dla zespołu umiejętności bilokacji nie opanował. Był to jeden z trzech głównych minusów.

Drugim była odczuwalna monotonia. Optymalną dawką słuchania Chupsów jest czas pozwalający na wypicie od jednego do dwóch piw. W dłuższej perspektywie zaczyna być lekko nudno. Stąd, jeśli ktoś nie chce, nie umie bądź nie może tańczyć i bawić się przy ich muzyce, może się lekko znużyć. Choć pewnie w innym czasie i przy lepszej atmosferze… Kto wie, kto wie. Na całe szczęście artyści zagrali na tyle długo, żeby można było ich posłuchać i na tyle krótko, ażeby nie trzeba było wychodzić w trakcie trwania.

Trzecim mankamentem była wspomniana przeze mnie wcześniej obsuwa połączona z dużą absencją. Fluid pomiędzy garstką publiczności a artystami był niezły, ale granie to pustawej sali chyba nikogo nie raduje. Stąd uczucia odnośnie tego wieczoru są ambiwalentne.

W smsowym skrócie całość recenzji brzmiałaby następująco: „Nietuzinkowi artyści, mocno spóźnieni, dali średni koncert, dla nielicznej publiczności, w złym czasie lecz w dobrze dobranym miejscu.”.

Messer Chups – 14.06.2008 – Wrocław – Łykend