wRock 4 freedom; „Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”
czerwiec 21, 2008
Zeszłoroczny festiwal wRock for Freedom był udanym wydarzeniem. Nie tylko artystycznym ale także frekwencyjnym. Odbywające się na Wyspie Słodowej koncerty, podzielone na trzy bloki tematyczne, swoim rozmachem i oryginalnością nokautowały dość mocno. Artyści młodsi i starsi zaprezentowali swoje pieśni wraz ze słowami poparcia dla Czeczeni, Białorusi i Tybetu. „Wolni i solidarni”, bo tak brzmiało hasło, zagrali swoje utwory dla tłumnie zgromadzonej publiczności, które doceniła kolejne zespoły, świetnie się przy tym bawiąc.
Organizatorzy zachęceni ubiegłorocznym sukcesem nastawili się wyraźnie na więcej. Imprezę przeniesiono na odległe lecz pojemniejsze Pola Marsowe oraz zapewniono większe gwiazdy; przede wszystkim Kult i The Ukrainians. Całość uzupełniono białoruskim i antyłukaszenkowskim zespołem NRM, dorzucono fenomenalnie grający na koncertach Lao Che i skoczne Akurat. Zaproszono ponownie, tym razem z zespołem, Maćka Maleńczuka a także Armię. Dano także alternatywę dla, nie tak znowu drogich, biletów. Dzięki fladze Białorusi, naturalnie nie tej obecnej tylko biało – czerwono –białej, bądź Tybetu można było wejść na koncert za darmo. Gest organizatorów nie zmobilizował jednak zbyt wielu osób. Nie dość że Pola Marsowe zionęły pustką, to na dodatek kolorowych i powiewających flag było jak na lekarstwo.
Tak naprawdę ciężko jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną tak dużej absencji; nadmiar koncertów (było wszak tuż po Juwenaliach), środek sesji (wiele znajomych osób zrezygnowało ze względu na naukę), mała różnorodność i postawienie na gitarowe granie (w zeszłym roku posłuchać można było zarówno młodszych jak i starszych, rocka jak i reggae lub hip hopu) czy też odległa lokalizacja (jedna nitka transportowa po skończonym koncercie zmuszała do nocnego i długiego marszu przez Park Szczytnicki). Być może także główna atrakcja, czyli Kult z Kazikiem, nie spełnił roli magnesu. Uzasadnione to może być prostym faktem, że był to trzeci koncert pana Staszewskiego w przeciągu ostatnich sześciu tygodni.
Nie dla mnie był początkowy koncert. Nie dla mnie. I, przynajmniej w relacji znajomych i mniej znajomych osób, które na wyżej wymienioną sztukę się załapały, nie mam czego żałować. Akurat, dające występ otwarcia, nie porwało i zanudziło. Odejście Kłaptocza zaszkodziło zespołowi i niezbyt pozytywnie wpłynęło na muzykę. Choć może moi informatorzy wprowadzili mnie w błąd i Akurat dali czadu. Jednakże, ze względu na dość dużą oraz zróżnicowaną próbę badawczą, zaryzykuję twierdzenie, że badani mogli mieć rację i zamiast wielkiego spektaklu, mieliśmy do czynienia z wielką porażką.
Następna w kolejności Armia zagrała na pół gwizdka, bez polotu i lekko „odwalając” swoją rolę. Ja rozumiem, że wczesna pora, że mało osób, że się nie chce i że bez sensu dawać z siebie wszystko dla trawy i kurzu, ale pana Budzyńskiego z kolegami nie zwalniało to z powinności wywiązania się z umowy. No, chyba że pójście w progrockową stronę twórczości, na czele z suitą „Ultima Thule”, i odcięcie się od punkowych początków to świadomy zabieg i trwała ewolucja. Mimo wszystko takiej Armii nie chcę. W swoich sądach, dość wyjątkowo, nie byłem osamotniony – publiczność, wyraźnie znudzona, oddawała się innym przyjemnościom, ignorując występ Budzego i spółki.
Co innego Lao Che. Ten zespół poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Co prawda, my –wrocławianie – nie załapaliśmy się na zaplanowaną kilka dni później kolaborację płocczan z sekcją dętą, ale i tak mogliśmy zobaczyć Spiętego z kolegami w świetnej formie. Przeważały utwory z ostatniej płyty – „Gospel” – ale nie zabrakło też killerów z „Powstania Warszawskiego”, na które rozentuzjazmowana publiczność reagowała z dużą żywiołowością i poświęceniem. Krzycząc, skacząc, skandując i emocjonując się. Niestety, nieubłagane prawa festiwali wszelakich zmusiły ich do zejścia, które pozostawiło pewien niedosyt. Ale lepiej czuć lekkie burczenie w brzuchu niż wielką niestrawność. Stąd mój żal nie był tak wielki.
Oczekiwanie na kolejnego artystę dłużyło się niemiłosiernie. Ale wreszcie na scenie pojawił się On. Zeszłoroczna obecność Macieja Maleńczuka była wkomponowana w stonowany i nieco refleksyjny, bardowski set, który miło korespondował z poprzedzającymi go występami młodszych i bardziej żywiołowych zespołów. W tym roku, ten niepokorny, krakowski artysta postanowił zaprezentować się w mocniejszej i nieco bardziej rozbudowanej formie. Niestety, tak jak się spodziewałem, tylko nieliczne grono osób poszło się bawić i słuchać dokonań pana Maleńczuka. Królowała, znana z występów o wcześniejszych godzinach, pustka. Mimo że repertuar był niezgorszy, energetyczne i mocne kawałki z dotychczasowych dokonań przemieszane coverami klasyków typu Młynarski czy Cash, to publika pozostała głucha. Kwartet określany mianem Psychodancing nie wzbudził wielkiego entuzjazmu. A szkoda.
Absencji N.R.M.u nic by nie mogło tłumaczyć. Przedstawiciele alternatywnego (dla Łukaszenki) świata muzycznego z jedynego kraju w Europie, w którym dyktatura jest ciągle żywa i mocno trzymająca się, zagrali… nudno. Był to niestety kolejny przewidywalny występ Lawona, Pita, Jurasa oraz Aleha. Setlista – standard. Symultaniczne tłumaczenie i zestawy scenicznych żartów – jak zwykle. Niespodzianek – brak. Panowie, ja rozumiem, że promowanie idei białoruskości jest naprawdę trudnym zajęciem, ale zanudzanie bliźniaczo podobnymi do siebie koncertami na pewno wam nie pomoże, a może jedyne zrazić. Całość była poprawnie odegrana. Tak jak zdzierana płyta. Rutyniarsko, bez polotu i wkładu. N.R.M. musi wreszcie coś zmienić, określić się na nowo i odświeżyć, bo ta przewidywalność oraz ogranie zabijają frajdę, jaka towarzyszyła na początku ich drogi muzycznej w naszym kraju.
Po Niepodległej Republice Marzeń nadeszła pora gwiazd prawdziwych. Brytyjscy The Ukrainians rozpoczęli swój set z iście punkową energią zmieszaną z folkowo – wschodnimi (wschodnimi w sensie europejskim) melodiami. Do zagospodarowania mieli wiele osób, które do tej pory raczej stroniły od zabawy na rzecz spokojnego picia piwa bądź wygrzewania się na trawie. Skoczna muzyka podrywała jednak do tańca i zmuszała choćby do tupania nogą. Idealnie wkomponowali się w lekko leniwy nastrój, raz zwalniając a raz przyspieszając tępo, angażując dużą część słuchaczy do tańca i zabawy. Starsi panowie a dali radę. Naprawdę mocny punkt wieczoru.
Wreszcie nadszedł czas na finał. Wzbierająca fala zamieniła się w powódź krzyku i klaskania, gdy cały zespół, wraz z Kazikiem na czele, pojawił się na scenie i uruchomił swoje koncertowe perpetum mobile. Dopiero wtedy naprawdę było widać i słychać na co czekała zdecydowana większość osób zgromadzonych na Polach Marsowych. W miarę długi, ale sensownie skonstruowany i nienudzący set, z dużą ilością utworów z płyt „Tata Kazika”, „Tata 2” oraz „Mój wydawca” rozbawił niemal wszystkich. Nowy nabytek Kultu, puzonista Jarosław Ważny, dodał kilku utworom ciekawy posmaczek. Wielkiej rewolucji nie było, kilka utworów, niestety, zabrzmiało bez Banana gorzej, ale próba odświeżenia składu wyjść może tylko na lepsze. Choć parę spraw, jak świetne intro w „BRŻ” czy wstęp na gitarze w „Niejeden” ciężko sobie odpuścić.
Staszewski, znany kibic sportowy, poinformował nawet o wyniku trwającego meczu, czym uradował albo zmartwił, w zależności od poparcia dla reprezentacji Rosji lub Holandii, spore grono osób. Na marginesie i z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że kilkaset metrów od sceny, zespół Lao Che oddawał się gorączce kibicowania wpatrzony w kilkunastocalowy ekran śnieżącego telewizora.
Czy wiadomo jaka jest przyszłość „wRock 4 freedom”? Ciężko wyrokować. Zeszłoroczna, jakże udana impreza, zderzyła się z edycją tegoroczną, która pozostawiła smak nie do końca taki, jaki powinien być. Jeśli organizatorzy wyciągną odpowiednie wnioski i powrócą do szerszej formuły to przy pewnej dozie szczęścia, ponownie uda im się zrobić ciekawą imprezę, która przyciągnie wielu słuchaczy. W innym wypadku, nawet pomoc mediów (w tym roku fragmenty koncertów były transmitowane w „Trójce”) i kampania reklamowa (spora ilość billboardów i plakatów jak na lokalne wydarzenie) nie przyciągną ilości ludzi, odpowiedniej do zapchania Pól Marsowych.
„Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”
Wrock For Freedom 2008 – 21.06.2008 – Wrocław – Pola Marsowe
Juwenalia part 3
maj 12, 2006
Dwunastego maja roku 2006 wybrałem się na trzeci i zarazem najważniejszy dla mnie dzień tegorocznych Juwenaliów. Tandem Kult i Homo Twist miały być uwieńczeniem i najmocniejszym akcentem koncertowym. Bilet był stosunkowo drogi, ale klasa i ranga zespołów były pewnym wytłumaczeniem tej, jak na juwenaliowe warunki, wysokiej ceny. Słonko grzało, ciepły maj pozwalał na rozebranie się z czego większość osób skwapliwie korzystała pokazując czasem co ciekawsze fragmenty swojego ciała. I o ile męska część publiki raczej mało mnie pociągała, to żeńskie grono wyglądało wyjątkowo urokliwie. Odwieczny dylemat; patrzeć na scenę czy na publikę pozostał dla mnie nierozwiązany. Starałem się naturalnie wykonywać dwie czynności jednocześnie, jednak ze względu na brak poważnej wady wzroku nazywanej z łacińskiego strabismus, nie byłem w stanie podołać temu zadaniu. Przestałem więc zwracać uwagę na otaczające mnie chmary potencjalnych partnerek seksualnych i objąłem spojrzeniem zespół, który powoli instalował się na scenie.Po raz kolejny okazało się, że plenerowe koncerty rockowego zespołu Maleńczuka brzmią zwyczajnie średnio. Homo Twist to ciekawa kapela, ich najnowsza płyta brzmi momentami naprawdę mocno metalowo, a tymczasem wśród wyluzowanej gawiedzi, która zajmowała się bardziej sobą nawzajem niż odbieraniem muzyki płynącej z głośników, nie było niemal żadnego odzewu. Bez problemu dopłynąłem niemal pod same barierki… i od razu tego pożałowałem. Słodkawy kurz, którego nie powstydziłby się nawet Woodstock, zaczął wlatywać we mnie wszystkimi otworami. Łzawienie, krztuszenie, charkanie i smarkanie zmusiły mnie do ponownego przeanalizowania sytuacji i taktycznego odejścia w tył.
A wracając do samego koncertu to mnie jakoś nie porwał. Za wcześnie, za krótko, w złym miejscu i czasie. Maleńczuk i reszta nadają się do ciemnego i dusznego lokalu, gdzie ich dźwięki równie mroczne i ciężkie jak atmosfera wewnątrz, współbrzmiałyby doskonale. Tymczasem luz na Polach Marsowych przypominał bardziej piknik i spotkanie na ogródku działkowym. Aż chciało się zakrzyknąć „wsi spokojna wsi wesoła” i rozpocząć przekopywanie ogródka. Nawet tych parę kąśliwych uwag wygłoszonych przez MM trafiło w próżnię; spokój i rozleniwienie było wszechobecne wśród audytorium. Organizatorzy wyraźnie nie wcelowali i odpowiednio nie dobrali zespołu. Gdybyż jeszcze istnieli Pudelsi w wersji normalnej a nie kuriozalnej, to w Juwenalia wpasowaliby się idealnie.
Tymczasem dała o sobie znać pewna mizeria polskiej sceny muzycznej; naprawdę brakuje nam zespołów, których poziom artystyczny i renoma byłyby w stanie przyciągnąć pokaźną ilość słuchaczy i zapewnić im zabawę na odpowiednim poziomie. Natężenie imprez we Wrocławiu sprawiło, że można się było o tym samemu przekonać, wnikliwie badając koncertowy rozkład jazdy. W ciągu kilku dni przyjechali niemal wszyscy artyści, którzy tylko mogli się zjawić. Aż cud że nie wyciągnięto z grobu Ryśka albo nie spróbowano skusić jakiejś starej i przechodzonej gwiazdy, co to zeszła ze sceny niepokalana, do uczestniczenia w tej całej hucpie.
Jednak może już bez nadmiernego marudzenia. Homo Twist dał radę i wcale ale to wcale nie żałowałem, że mogłem po raz kolejny zobaczyć popisy Titusa szalejącego z basem czy też Maleńkiego, który stojąc niczym monumentalny pomnik, wydobywał kolejne dźwięki z gardła i gitary. A pod koniec koncertu już całkiem pokaźna ilość ludzi szalała w okolicach sceny, nie przejmując się ani żarem lejącym się z nieba, ani też kurzem wzniecanym przez ich własne buty.
Ale zmierzch dopiero powoli nadchodził, a główny zespół wieczoru, miał dopiero wystąpić. Fala ludzka powoli zaczynała napierać na wejście i Pola Marsowe zaczęły się powoli zapełniać. Tłum osób co jakiś czas próbował skandowaniem wywołać zespół, lecz długo przyszło czekać wszystkim tym, co liczyli na to, iż sztuka rozpocznie się szybciej dzięki ich wrzaskom, prośbom i błaganiom. Jako że trochę już tych koncertów Kultu przeżyłem, wiedziałem, że grupa lekko przechodzonych rockmenów nie będzie się spieszyć. Przeciąganie i wydłużanie tego czasu opanowali oni do perfekcji, ale tego typu podgrzewanie nastroju oczekiwania i podniesienie ciśnienia bywa już lekko nużące. Naturalnie nie oczekuję, że po przedzespole ZPiT Kult w pozycji „na baczność” będzie stał pod sceną. Ale jednak chłopaki mogłyby czasem zrezygnować ze swojej demencji i uwiądu na rzecz lepszej organizacji całości występu.
Tylko dwie rzeczy są w stanie przyciągnąć na Pola Marsowe taką armię, darmowe piwo i Kult. Na żadnym innym koncercie juwenaliowym nie było tylu osób i nie panował taki ścisk. Wpychanie się pod scenę nie miało sensu, bo nie dość że naparcie na przednią część publiczności ciągle wzrastało, to na dodatek kurzyło się niemiłosiernie. Przez chwilę miałem wrażenie, że ludzie ten cały pył w plecakach przywożą, dorzucając do tej całej kupki kolejne porcje wszędobylskich drobinek. Stojąc w bezpiecznej odległości oczekiwałem rozpoczęcia się koncertu. Stojąc na paluszkach i wyciągając szyję widziałem niemal całą scenę. Ale osoby którym Bozia zamiast wzrostu dała intelekt miały poważny problem. Chyba że Bozia dała im również i urodę zamieniając w cycatą panienkę, którą każdy chłopak chce podnieść do góry i poczuć jej nogi na swojej głowie.
W każdym razie nisko osadzona scena przy takim tłumie, ścisku i oddaleniu dawała się nieco we znaki. Podobnie zresztą jak nagłośnienie, które miejscami leżało. Szczególnie wokal zlewał się z resztą instrumentarium. Gdyby nie to, że w większości utworów wiem, jakie słowa padną, to sens poszczególnych piosenek mógłby mi uciec. Zresztą problemy z nagłośnieniem były nie tylko głosu wokalisty. Podobnie jak na większości koncertów Kultu momentami gubił się dźwięk gitar i basu. Sekcja dęta ma siłę, która puszczona samopas i nieograniczana przez pana akustyka, zagłuszy nawet śmiech Dody Elektrody.
Całość koncertu była jak zwykle na wysokim poziomie. Ale to już standard. Kazik jak zwykle pod koniec koncertu zaczął skrzypieć i zdarzyły mu się niewcelowania w dźwięki. Ale to także standard. Wpadek większych nie było, lecz mimo to całość występu jakoś mnie nie porwała. Nawet fakt iż dobór utworów pozytywnie zaskakiwał nie był w stanie zmienić moich odczuć. Choć wartym odnotowania faktem jest, że utwory z „Mojego Wydawcy” oraz „OKSK” zabrzmiały naprawdę dobrze i zanotowały udany come back odświeżając setlistę. Naturalnie znalazły się też utwory z najnowszego albumu Kultu, które wzmagały ruch przy Toi Toiach. Gdy tylko leciał jakiś utwór z „Poligono Industrial”, ludzie ustawiali się do niebieskich budek, w których kulturalnie można było pozbyć się ciężkiego bagażu uryny. Nie świadczy to jednak zbyt dobrze o tych kawałkach.
Być może nieco się przejadłem Kultem, być może nieco znużyłem i znudziłem ilością koncertów podczas Juwenaliów. Mimo że ten dzień miał być uwieńczeniem całej zabawy i że rokował najlepiej ze wszystkich dni, to nie sądzę, aby długo pozostał mi w pamięci. Ot, kolejny zaliczony występ zespołu, który gra dłużej niż ja żyję i pogra jeszcze tyle, że mój brat będzie w stanie ich zaprosić na swoje wesele.
Juwenalia – 12.05.2006 – Wrocław – Pola Marsowe
Juwenalia part 2
maj 11, 2006
Anyway, idąc powoli w kierunku zielonych łąk dosłyszałem plumkanie basu oraz uderzenia werbla. Byłem spóźniony. Zbliżając się do celu ze smutkiem wykoncypowałem, że nie tylko przegapiłem Wu-Hae, ale i uciekają mi kolejne minuty występu Lao Che. Przyspieszyłem kroku i poszukałem strategicznego miejsca do odbioru muzyki.
Wyjątkowo dobrą pozycją na oglądanie sceny i słuchanie dźwięków był wał przylegający do pustego basenu, który to basen (jak i wał także) znajdował się paręnaście metrów od płotu okalającego Pola Marsowe. Gratulując sobie genialnego wyboru, usiadłem wśród tłumu osób, z których zdecydowana mniejszość poświęcała chociaż część uwagi koncertowi Lao Che.
Co wam powiem, to wam powiem, ale wam powiem… Było ciepło. Nawet cień rzucany przez otaczające mnie drzewa nie był w stanie zapobiec inwazji promieni słonecznych. Upał dawał się we znaki także nielicznej publiczności pod sceną, która to publiczność próbowała wykrzesać z siebie jakąś energię. Z mojej perspektywy wyglądało to raczej na emeryten party niż studenckie święto, ale być może tumany kurzu kotłujące się w okolicach sceny rozmyły mi perspektywę odbioru wrażeń wizualnych.
Nie wiem czy podyktowane to było wczesną godziną, upałem, ilością koncertów, perspektywą zajęć w dniu następnym, czy też brakiem nawisu inflacyjnego ale przed sceną była jedynie garstka osób.
Z mojego punktu widzenia, siedzącego w cieniu drzew malkontenta, którego perspektywa była nieco oddalona, koncert niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zagrali, zabisowali (nawet dwukrotnie) i zeszli ślicznie dziękując nielicznym słuchaczom.
I wtedy pod sceną zrobiło się pusto. Długie czekanie, przerwane konkursami oraz podziękowaniami dla sponsorów, rozleniwiło całe audytorium, które schroniło się w cieniu parasoli piwnych i rozpoczęło radosną konsumpcję. Zapowiedziany Sidney Polak nie pojawiał się. Nie pojawiał i nie pojawiał… Poszła plotka, jakoby nie miał zamiaru grać do nieobecnej publiczności. A publiczność czekała, aż zacznie grać, żeby nie prażyć się nonsensownie na Słońcu. Pat.
Po godzinnym oczekiwaniu na ruch z którejś strony, przekląłem, kopnąłem leżącą nieopodal puszkę, spytałem która godzina i poszedłem w diabły. Na dodatek dopiero po chwili zorientowałem się, że odór, który jakiś czas temu mnie niezauważony otoczył, nie był naturalnym swądem zalegającym we Wrocławiu, jeno zapachem jednorazowego grilla, który robi ostatnimi czasy furorę. Szczególnie wśród studentów polibudy. Wychodząc z tego smrodu poczułem się, jakbym opuszczał okolice Piły, zostawiając za sobą imperium byłego senatora Henryka Stokłosy. Oddech pełną piersią pozwolił mi nabrać nieco energii i ruszyć w powrotną podróż.
Juwenalia part 1
maj 6, 2006
Tegoroczne Juwenalia nieco przeraziły mnie swoim bogactwem. Nadspodziewanie wysoka ilość artystów oraz mnogość koncertów sprawiły, iż mój portfel zaczął obawiać się, że zostanie w nim emocjonalna pustka – nawis finansowy został i tak ostatnio mocno zredukowany, a tutaj szykowało się parę koncertowych hiciorów, których nijak nie mogłem, nie chciałem i nie byłem w stanie pominąć. Postanowiłem dokonać wstępnej selekcji i wybrać tylko te występy, które gwarantowałyby: a) wysoki poziom artystyczny b) emocjonalne przeżycia podczas wysłuchiwania zespołów, co do których mam mocny sentyment c) możliwość zaspokojenie estetycznej potrzeby pogapienia się na ogromne ilości studentek wszelkich kategorii i rodzajów.Wyszło mi, że wszystkie te kryteria są jednak nie do pogodzenia na jednym występie. Pozostało mi więc znalezienie takich koncertów, które by w dwóch częściach odpowiadały moim ścisłym i jakże ważkim problemom.
Z lekkim bólem serca zrezygnowałem z występu O.S.T.R. oraz nieco mniejszym bólem przepony z Indios Bravos. Żadnego żalu nie czułem natomiast przy T. Love, Frustucku oraz Tumbao. Moja bajka muzyczna na zupełnie innym torze się porusza, więc nie miałem zamiaru zmuszać się do koncertu, który wzmagałby we mnie jedynie chęć pochłonięcia kolejnego rozcieńczonego piwa.
Inną sprawą była sobota. Sobota – słoneczna i złota – została przeze mnie okrzyknięta jednym z dwóch najlepszych dni koncertowych. Pogodno, Fisz oraz Vavamuffin powinny zaspokoić nieukojony ból artystyczny po absencji na koncertach dnia poprzedniego, a występ HEY winien przyciągnąć pokaźną grupę płci przeciwnej (acz zapewne nie tylko studentek), która to grupa ładnie będzie komponowała się na tle zielonej trawki Pól Marsowych.
Anyway, plan przewidywał jeszcze występ grupy Ocean, który to występ był raczej najmniej intrygującą częścią całego dnia. Wielogodzinna burza mózgów oraz dokładne przestudiowanie plakatów juwenaliowych pozwoliły nam przypuszczać, które to przypuszczenia graniczyły ze 100% pewnością, że Ocean, jako zespół najmniej znany, najmniej lubiany i najmniej ciekawy będzie grał pierwszy.
Na widowisko, mające się rozpocząć około godziny 15:00, przybyłem przed czasem i ze zdziwieniem zaobserwowałem nadspodziewanie dużą ilość flag, czapek oraz umalowanych twarzy w barwach narodowych (biało czerwony – jakby ktoś nie wiedział). Sprawa wyjaśniła się dopiero przy wejściu, kiedy to usłyszałem potężny ryk silników motocyklowych. Pierwsza klapka zaskoczyła i w mej głowie coś zaczęło świtać. Jednak dopiero podczas rozmowy przy kasie zorientowałem się w czym rzecz:
-Poproszę bilet. – zagaiłem inteligentnie panią, która wyglądała jakby w tej kasie siedziała od Gomułki. I to wczesnego!
-Jaki? – mocne pytanie. Cóż, trzeba walczyć.
-No, może studencki?? – zaryzykowałem odkrycie mojej tożsamości.
-Yyy – inteligentnie przedłużyła frazę – Ale jaki sektor? – Zaatakowała ponownie.
-A jakie są za ile? – nie poddałem się i niczym porządny chasyd odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Ha!
-Za 100 zł… – W tym momencie moja mina musiała wyglądać dość intrygująco, bo pani z okienka, która już niejednego namolnego klienta spławiła w swej długiej karierze, wykazała pewną dozę troski, bo dodała – No ale pan może jeszcze przez płot obejrzeć…
-Hę? To co dzisiaj, przepraszam, zagra? Hendrix czy Doorsi z Morrisonem?
-Aaaa! – wyraz zrozumienia zagościł w oczach pani kasjerki – Pan na Juwenalia… To dalej trzeba iść. Ja tutaj mam bilety na żużel. Wie pan, zawody jakieś są.
„Ha!” – druga klapka przeskoczyła mi w głowie – „Tutaj jest Stadion Olimpijski i na tym stadionie odbywają się zawodu żużlowe. Stąd tyle ludzi.”
Oszołomiony swoją własną logiką poczłapałem w kierunku bliżej znanym, mijając kolejne grupy wesołych żaków oraz żuli (czasem rozróżnienie jednego typu od drugiego może być trudne, a już osobną kwestią jest to, że bycie jednym nie oznacza niebycia drugim) i tu kolejna niespodzianka. Wejście z innej strony oraz pokaźna ilość strażników pilnujących płotów z każdej strony. Na dodatek scena ustawiona nieco inaczej i dużo pokaźniejsza przestrzeń do ogarnięcia.
Dużo się niezastanawiając postanowiłem przekroczyć bramy ogradzające teren przykoncertowy i namierzając przeszkody terenowe obrać kierunek chmielowy. Zakupiony bilet został starym, dobrym zwyczajem zmasakrowany przez przedzieracza, który z furią i sadystycznym błyskiem w oku lubuje się w kwałkowaniu niewinnych fragmentów papieru z nadrukami nań.
Zresztą na każdym koncercie taki osobnik występuje. Jego profil to biały mężczyzna, wiek około 25 – 30 lat, włosy krótkie, uśmiech cyniczny, nieuzasadnione wysokie mniemanie odnośnie wykonywanej funkcji. Często typ socjopaty, który z największą przyjemnością odmawia wejścia wszystkim, u których podejrzewa a) nieczyste intencje b) nieczyste ręce c) „czystą” w plecaku (chodzi naturalnie o produkt zawierający pewną ilość procentową alkoholu). Nie należy przypatrywać się jego osobie, gdyż może to uznać jako wyzwanie i po zdewastowaniu biletu, cofnie nas z powrotem pod pozorem nieposiadania ważnego, bo przecież skasowanego już, biletu.
Tak więc po zdaniu testu na praworządnego obywatela (Czy posiada pan jakąś ukrytą broń?) oraz pozytywnie przechodząc test na znajomość regulaminu imprezy (Naturalnie wie pan, że nie można żadnego alkoholu wnosić, prawda?) mogłem udać się bliżej sceny. I tutaj kolejna niespodzianka. Teren przyscenowy został ogrodzony kolejnym płotkiem. Celem było uniemożliwienie wejścia osobom z alkoholem. Miły to pomysł pozwalał bujać się i skakać bez obawy, że ktoś mało trzeźwy wyleje mi na łeb swoje piwo. Tylko że pomysł idzie zawsze inaczej niż praktyka – wokół mnóstwo osób stało z kubkami i nawet puszkami. No ale z drugiej strony nie przesadzajmy z rygorem. It was a party time.
Ambitny plan zakładał wygrzewanie się na trawce z piwkiem w łapce przy jednoczesnym delektowaniu się muzyką z głośników. Znaczy o ile mnie muzycznie coś nie porwie i nie zagna jednak bliżej sceny. Inaczej niż sobie założyłem koncertu nie rozpoczął występ rockowego Oceanu, tylko Fisza.
W płomieniach Słońca i z zimnym piwkiem byłem w dość leniwym nastroju, więc jedyną formą aktywności, o jaką się pokusiłem, było bujanie się w miejscu.
Występ mnie jakoś szczególnie nie porwał, ale z drugiej strony nic nie mogę mu zarzucić. Niewielka ilość osób, wczesna pora oraz świadomość supportowania wpłynęły zarówno na mój odbiór jak i na ich granie. Na pewno dużym pozytywem okazało się nagłośnienie (ale to przecież nie zasługa zespołu); wyraźny wokal, wszystkie instrumenty było słychać, łącznie z komputerem, który „grał” niczym równorzędny instrument muzyczny.
Summa summarum godzinny występ Waglewskiego był pozytywnym rozpoczęciem popołudniowo – wieczornych imprez. Tylko ten bis w którym „zagrała” wcześniej już zagrana piosenka…
Następnie musiało pójść pasmo reklamowe, musiał wyskoczyć konferansjer z mało śmiesznymi żartami i musiała nastąpić zmiana sprzętu na scenie. Taka konwencja juwenaliowych imprez – bez beznadziejnego wodzireja, dziękującemu sponsorom co 34 sekundy, nie może się obejść.
Powoli acz nieustępliwie ustawiał się warsiaffkowy Vavamuffin, zapowiedziany przez rzucającego co chwilę nieśmieszne teksty pana na scenie. Pisk po mojej sterburcie i tupot gimnazjalno – licealnych trampek świadczył o tym, że komunikat został zrozumiany. Dość pokaźna ilość osób pokonała siłę grawitacji, zmieniła pozycję wertykalną na horyzontalną i ruszyła pod scenę. Mnie ta wędrówka ludów zaciekawiła o tyle, że przed nosem poczęły mi się przesuwać kolejne zastępy tyłków wszelkich rozmiarów. Po minucie czy dwóch obserwacji, wróciłem do błogiego leżenia na trawce i oczekiwania na występ reggae/ragga składu.
Panowie ruszyli z kopyta, choć już niestety nie głównym motywem z Rockyego. A szkoda bo to mocne wejście w Bielawie na długo, jak widać, zapadło mi w pamięć. Ale nie ma co marudzić, bo był i ogień, i moc, i energia. Nóżka sama się podrywała i tylko zimne piwo, z którym miałbym problem dostać się w rejony podsceniczne, ochładzało mój zapał rzucenia się w pokaźny tłum osób szalejących pod sceną. W przeciwieństwie do poprzedzającego Fisza, Vavamuffin naprawdę sprawdza się na takich imprezach. W warstwie setlistowej obyło się raczej bez niespodzianek – leciał „Va Bang!” plus pewna doza nowości, co zresztą wypada raczej traktować na plus.
Muzycznie także bardzo w porządku. No a skład wypluwający słowa z prędkością dobrego kałacha, za każdym razem wzbudza u mnie podziw. Umiejętności wyginania języków i tworzenia kolejnych łamańców sylabowych u Warszawiaków jest zresztą czymś, co także lekko mnie frustruje, z powodów moich własnych problemów z dykcją. Tajemnicą poliszynela jest to, że ja, osoba która w zasadzie reggae nie lubi, Vavamuffina darzy ogromną sympatią i ma mocno pozytywny stosunek do nich. Bo oni nie tylko miło grają, ale także sami zdają się być ludźmi miłymi. „Pozytywne wibracje”, jakkolwiek głupio to zabrzmi, to coś co na koncertach Vavy naprawdę istnieje w pokaźnej ilości. Zresztą wystarczyło się rozejrzeć dookoła, by stwierdzić, że zdecydowana większość osób przebywających na Polach Marsowych, z szerokim uśmiechem przygląda się kolejnym popisom lingwistyczno – wokalno – instrumentalnym.
Było tylko jedno „ale”. Chodzi mi (znowu!) o bis, który był nieciekawy i mnie znudził. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć czy to był jakiś jeden kawałek czy też improwizacja, nie wiem. W każdym razie wrażenie pozostawił średnie.
Podczas technicznej przerwy, podczas której zaczęło się instalować Pogodno, na scenę powrócił ulubieniec publiczności – imć konferansjer – z kolejną porcją nieśmiesznych zapowiedzi i kolejnymi ukłonami dla sponsorów. Kolejne fale ludzi odpływały spod sceny, dzięki czemu dość łatwo dobrnąłem w taktyczny punkt, w którym mogłem dość swobodnie przyglądać się poczynaniom muzyków przy jednoczesnym uniknięciu kociołka, w którym poziom kurzu przypadający na jednego koncertowicza był porównywalny z syfem woodstockowym.
Po krótkiej chwili Pogodno pojawiło się na scenie. Jednak skład był nieco „wykastrowany”; czwórka płci męskiej bez dęciaka, to nie było to, co miałem okazję obserwować na ostatnim wrocławskim koncercie. „No trudno” – pomyślałem – „miast ubolewać nad niekompletnym składem skoncentruję się na muzyce.”
Zdumiony i z coraz większym rozwarciem paszczęki przedniej oglądałem występ, który był dla mnie, i nie tylko dla mnie, że pozwolę sobie to napisać w imieniu pokaźnej ilości bawiących się wokół mnie osób, ukoronowaniem całych sobotnich juwenaliów. Już od pierwszym minut występu wiedziałem, że ani HEY z Kasią, ani tym bardziej Ocean nie są w stanie zakasować Budynia z kompanią.
W tym miejscu pozwolę sobie zawiesić akcję i przejść do krótkiej dygresji. Otóż nie jestem w stanie ocenić na ile ich spontaniczność, humor oraz dystans, są naturalnymi cechami wynikającymi z ich osobowości scenicznej, a na ile jest to świadomy i wyćwiczony proces autokreacji. Podobnie jak nie jestem w stanie ocenić czy kolejne muzyczne łamańce i wygibasy są ustalonymi na próbach wersjami koncertowymi kawałków z płyt i to co improwizacją się być wydaje, jest po prostu wyreżyserowanym i odgrywanym za każdym razem od nowa spektaklem. Naprawdę nie wiem. I co więcej – nie chcę wiedzieć.
Każdy ich koncert ma w sobie tyle luzu i spontaniczności, że w chwili gdy choćby malutki cień zwątpienia uderza mnie w sploty, to od razu jest gaszony przez kolejne synapsy, które dopuszczają do świadomości tylko pozytywne obrazy tyczące się ich muzyki. Za każdym razem mnie kupują i za każdym razem, gdy wychodzę z ich występu jestem pewny – to był prawdziwy rock`n`roll. Moja koleżanka powiedziała mi kiedyś, że uwielbia Pogodno za ich niekonwencjonalne podejście do odgrywanej muzyki. I chyba właśnie zawarła esencję filozofii artystycznej w tym jednym prostym zdaniu. Oryginalność, w jak najlepszym rozumieniu tego słowa, to cecha, która najlepiej ich charakteryzuje.
Wystarczy raz pójść na koncert, by stwierdzić, że równie istotną częścią każdego występu jest kontakt i interakcja z publicznością, którą Budyń uwodzi (publiczność, nie interakcję) z łatwością. Prawdę mówiąc podobne odczucia mam tylko, gdy oglądam Wojtka Waglewskiego, który w zdecydowanie inny, ale równie skuteczny sposób potrafi zaczarować ludzi wokół siebie.
Ile grało Pogodno? Nie wiem. Na pewno za krótko, choć pewnie coś ponad godzinę. Co zagrało Pogodno? Nie jestem w stanie wymienić nawet połowy utworów, bo kolejne kawałki zlały się w jedną wspaniałą pieśń, która mnie uwiodła. Na dodatek musiałem mieć wygląd niedorozwiniętego kretyna, gdy z szerokim uśmiechem na ustach, skakałem i bujałem się w rytm dźwięków dobywających się z głośników. Dobrze że osób, które odnotować, by mogły ten stan jako dziwny, było bardzo niewiele, bo zdecydowana większość wokół mnie miała równie skretyniale błogie miny.
Wraz z końcem występu miałem wrażenie wyjścia z jakiegoś transu. Albo przerwanego snu, który był bardzo przyjemny, ale urwał się w połowie i pozostawił smutek związany z niedokończoną przyjemnością. Odwróciłem głowę i zobaczyłem nad lasem zachodzące Słońce. Czerwona kula znikała wraz z ostatnim „Paparara” i idealnie zgrała się w czasie zakończeniem pogodnego występu Pogodna.
Kolejne osoby mrugały zdezorientowane, lecz ani oklaski, ani krzyki, ani prośby, ani groźby nie mogły powstrzymać zespołu przed zejściem ze sceny i powrotem do rzeczywistości.
A do rzeczywistości wkroczył konferansjer niszcząc resztki emocji, które krążyły jeszcze wśród audytorium. Był jak ziarnko goryczy, które znalazło się przypadkiem na dnie miseczki z lodami czekoladowymi i które to ziarenko rozgryzione przypadkiem wraz z ostatnim kęsem lodów, zepsuło cały smak, przyjemność i radość. Jakby było mało, dobił mnie zapowiedzią Oceanu. Zrejterowałem sprzed sceny i powoli, przemykając wśród publiczności niczym statek pokonujący fale uderzającego w jego dziub, zacząłem się ewakuować. Porykiwania wokalisty i monotonne brzmienie gitar dopełniło sprawy i przepłoszyło mnie całkowicie z Pół Marsowych, przez co ominął mnie, z tego co potem mi powiedziano, dość przeciętny koncert HEYa, na którym była do usłyszenia spora ilość piosenek z najnowszej, lecz nienowej bo zeszłorocznej, płyty Echosystem.