Joe Satriani
czerwiec 1, 2006
Wielkie kulturalne święto Wrocławia jakim niewątpliwie jest „Wrocław Non Stop” z roku na rok nabiera rumieńców. Ilość festiwali, koncertów, happeningów i wystaw oszałamia. Naprawdę ciężko nie znaleźć czegoś dla siebie. Rozmach całej imprezy jest niesamowity, więc i oczekiwania względem niej duże. Koncert mający odbyć się na „Old Market Square” (czyli na wrocławskim Rynku) poprzedziły spekulacje i plotki mówiące o Bjork albo King Crimson. Skończyło się tylko na Joe Satrianim.Scena znajdująca się na Rynku, umiejscowiona tyłem do Placu Solnego, była dość niewielkich rozmiarów a przy tym stosunkowo niska. Gęstniejący tłum uniemożliwiał niższym osobom obserwowanie zespołu. Bo Joe Satriani wystąpił naturalnie z zespołem. Choć określaniem ich tym mianem jest nieco na wyrost. To osoby towarzyszące, które starały się momentami, zresztą dość skutecznie, tak wtopić w tło, by nie zwracać na siebie najmniejszej uwagi. Niemal od samego początku widać było, kto jest najważniejszy i kto jest głównym aktorem tego spektaklu. Akompaniament osób towarzyszących Satrianiemu był momentami niesłyszalny. Druga gitara praktycznie była nieobecna i trzeba było się silnie skoncentrować, by wyłowić jej brzmienie. Światła, prąd i moc głośników były oddane Joe. A on z nich robił odpowiedni użytek.
Niemal od samego początku jego instrument grał, śpiewał, piszczał, skrzypiał, mruczał i wydobywał z siebie dźwięki, których pozazdrościć może nawet Tom Morello. Kolejne sprinty po gryfie, tapingi i tremolo poprzeplatane ze sobą w różnych konfiguracjach tworzyły niesamowity efekt. Naprawdę widać było, że Satriani wie co robić z gitarą i nie bez kozery uchodzi za jednego z lepszych gitarzystów na tym świecie. Kolejne popisy i ewolucje wzbudzały aplauz publiczności, która z każdą kolejną minutą reagowała coraz bardziej entuzjastycznie.
Jednak mniej więcej w połowie koncertu emocje zaczęły opadać. Kolejne, wciąż tak samo trudne i wymagające fenomenalnych umiejętności zagrywki znudziły publiczność. Satriani jest niesamowity, ale ciągłe patrzenie na to samo jest najzwyczajniej w świecie mocno nużące. Dramaturgia całego występu nieco kulała i zabrakło elementów, które mogłyby nieco bardziej „ubarwić” i ożywić występ. Moje subtelne ziewnięcie zwróciło uwagę koleżanki, która ze zrozumieniem pokiwała głową. Ja w sumie z obowiązku, bo to przecież Joe Satriani gra, wytrzymałem jakoś do końca. Nie uważam wieczoru za stracony, ale mam inną definicję spędzania wyjątkowo udanych wieczorów. Ot, koncert zaliczony i nic więcej. Może gdyby to było G3…
Wrocław Non Stop – 1.07.2006 – Wrocław – Old Market Square czyli Rynek