Red Sparowes
maj 12, 2007
Dokładnie pamiętam ból zawodu, jaki mnie ogarnął w marcu zeszłego roku, gdy z wysoką gorączką leżąc i kwiląc cichutko, zdałem sobie sprawę, że ominie mnie koncert zespołu, który zapewne długo już nie odwiedzi tej części świata. Na całe szczęście Red Sparowes w tym roku ponownie przyjechało na nasz kontynent i ruszyło w dużą trasę, która objęła także trzy miasta Polski. We Wrocławiu, gdzie panowie zagościli w ramach drugiej edycji industrialnego festiwalu Energia Dźwięku, towarzyszyły im występy polskich grup Emiter oraz Ben Zeen.
Jako że zapowiedziane były najpierw dwa 45 minutowe występy Polaków, w Sali Gotyckiej pojawiłem się dopiero w okolicach godziny 21. Wchodząc do środka zostałem zaatakowany falą pisków, skrzypów i pomrukiwań elektronicznych, które sprawiały nieomal fizyczny ból. W przestronnej, oceglowanej komorze, w której miały odbywać się występy ujrzałem dwóch osobników płci męskiej, którzy stali przy stole suto zastawionym kablami, pokrętłami i innymi niezbędnymi do wydobywania dziwnych pojękiwań cholerstwami. Wrażenie jakie zrobili na mnie, jeden, rozebrany od pasa w górę z owłosieniem na plecach i jego kompan który paląc jedną fajkę, ewentualnie trzymając rękę w kieszeni, było mocne. Nie zdawałem sobie, sprawy że w taki sposób można „grać”. Chodzenie w kółko i mówienie niewyraźnie do mikrofonu, skrobanie tymże po podłodze, przestawianie jedną ręką pokręteł doprowadzając do pisku rozsadzającego bębenki słuchowe przy jednoczesnym drapaniu się po głowie to przekrojowy obraz tego, co się działo podczas występu grupy Ben Zeen. Było to tak odjechane od mojej estetyki i tego, co zwykłem uważać za „muzykę elektroniczną”, że aż mną telepało. Nie mogłem odnaleźć żadnej logiki ani sensu. Nie było niczego, co pozwalałoby odnaleźć jakiś klucz do zrozumienia tych dźwięków. Jak to skomentował stojący obok mnie osobnik: „Wrzucam do Winampa zgrzyty, skrzypy, charknięcia i popiskiwania, daję shuffle i mam secik podobny do tego, co obecnie przyszło nam słuchać”. Coś w tym było.
Drugi wykonawca, tym razem solo, przygotował muzykę o wiele mniej agresywną. Subtelne dźwięki, często na granicy słyszalności, wprowadziły lekko transowy nastrój. Ben Zeen Emiter zagrał spokojny, kojący niemal po muzyce Emiteru, koncert, który co prawda nie rzucił na kolana, ale nie był też zbyt negatywnie odebrany, zarówno przeze mnie jak i przez zgromadzoną, głównie w pozycji siedzącej, publiczność. Tym razem oklaski na zakończenie wydały się mniej wymuszone i bardziej szczere.
W chwili gdy stoły z elektronicznymi bajerami były wynoszone, a na scenie zaczęli krzątać się muzycy podłączając instrumenty i manipulując światłem oraz ustawiając projektor rzucający obraz na białą płachtę podwieszoną nad sceną.. Ja w tym czasie obejrzałem sobie miejsce, w którym przyszło mi przebywać. Przestronne, z wysokim sufitem i dość nisko podwieszonymi żyrandolami. Szatan na pewno tu nie mieszkał, ale całość robiła niezłe wrażenie. Scena nieco podwyższona, przez co widok na muzyków nie był tragiczny. Niebieska poświata rzucana zza sceny oraz czerwone reflektory na scenie robiły wystarczający nastrój. To miał być koncert, nie dyskoteka.
Po dłuższym czasie zespół się ustawił i rozstawił. Josh Graham zrobił pilotem „pyk” i poszło.
Gdy po 1,5 godziny zbierałem szczękę z podłogi i powoli wybudzałem się z transu mrugając niepewnie oczami, nie byłem w stanie stwierdzić, co się właściwie stało. Dawno ale to naprawdę dawno żaden zespół mnie tak nie poskładał. Red Sparowes zagrali fenomenalny koncert. Dodając energię oraz moc, jakiej na płytach nie było, nie zagubili klimatu towarzyszącego ich muzyce. Wręcz przeciwnie. Dzięki doskonale dobranym wizualizacjom udało im się wzmóc czar, który wcześniej można było usłyszeć w domowym zaciszu. Obrazy rzucone na białą płachtę przedstawiały, w zależności od utworu albo scenki rodzajowe w stylu Lenina, Mao czy też szarańczy pożerającą rośliny i zasłaniającą całe niebo albo też cichutki poranek na którego tle rozpadały się budynki. Szczególnie utwory z płyty „At the Soundless Dawn” robiły mocne wrażenie. Delikatne wstępy zamieniające się momentalnie w przepotężną falę dźwięku, która unicestwiała kolejne domostwa i zamieniała sielankowy krajobraz w dzień sądu. Postapokaliptyczna wizja rzeczywistości wywoływała ciarki na plecach i doskonale prezentowała się z muzyką.
Należy jednocześnie dodać, że wszystkie utwory prezentowały się dużo mocniej i ostrzej niż na albumach. Duża w tym zasługa obłędnie walącego po bębnach Davida Clifforda. W dusznej Sali Gotyckiej wylewał z siebie siódme poty. Niestety momentami zagłuszał grę innych muzyków, szczególnie Josha Grahama, którego gitara była bardzo słabo nagłośniona. To był jeden z dwóch mankamentów jakie wymienić mogę. Tym drugim były lekkie dłużyzny podczas przejść z jednego utworu do drugiego. Dwie czy trzy dłuższe przerwy wynikły z powodu wyłączenia rzutnika. No i standardowy zarzut w stosunku do wszystkich koncertów, które są prześwietne – za krótko. Półtorej godziny z malutkim haczykiem pozostawiło pewien niedosyt. Na całe szczęście już za miesiąc będzie szansa na zaspokojenie głodu, gdy będzie można popodziwiać Isis.
Red Sparowes – 12.05.2007 – Wrocław – Sala Gotycka