Reammon
kwiecień 1, 2007
Czym jest Reamonn, dowiedziałem się zaglądając na stronę wikipedii. Jedno krótkie zdanie lecz treści w nim tyle, że tak naprawdę mogłoby ono wystarczyć za ten cały elaborat, który mam zamiar tutaj popełnić – „Niemiecki zespół z irlandzkim wokalistą wykonujący muzykę rockową”. Dorzuciłem do tego znajomość jednego utworu pt. „Super Girl” i idąc na koncert miałem jakie takie pojęcie na temat tego, co będzie mi dane usłyszeć. Moje przewidywania sprawdziły się w 90%.Gdy kraty, którymi okolice sceny w tym dyskotekowym klubie są zabezpieczone, zostały wreszcie podniesione, pod scenę wlał się tłum osób, które kolejnymi falami obsadziły miejsca pod sceną i na wszystkich podwyższeniach. Jednakże ludzie powoli przestawali napływać. Mimo iż miejscami było widać parkiet, nikt nie zajmował pustych miejsc. Choć nie można powiedzieć, że na sali panowały pustki, to przypominając sobie występy innych zespołów, kiedy to wciśnięcie się do głównej sali było niemożliwe, a na suficie skraplały się opary potu powodując przelotne deszcze, wyglądało na to, że Reamonn nie skusił zbyt wielu osób.
Po niedługim oczekiwaniu, o godzinie 20 z akademickim kwadransem, na scenę, wśród ogromnego aplauzu, wkroczyli muzycy i rozpoczęli koncert, który po niecałych dwóch godzinach skończyli. Występ nie rzucił mnie na kolana, lecz także nie odrzucił. Kolega z którym miałem okazję rozmawiać zaraz po występie skwitował to jednak mocniej mówiąc, iż „dawno się tak nie wynudził na koncercie rockowym”.
Faktycznie, muzyka Reamonn do nowatorskiego nurtu nie należy. To lekki rock z elementami popu wzorowany nieco na U2. Szczególnie wokalista – Rea Garvey – próbował mnie przekonać, że bycie Irlandczykiem predestynuje do bycia Bono. Nie do końca mu się to udało, bo jego głos, dość nijaki, brzmiał dość płasko i nawet usilne próby naśladowania maniery wokalnej słynniejszego kolegi z Zielonej Wyspy niewiele mu dały.
Co do germańskich członków zespołu, to także nie wyszli ponad średnią. Co prawda kilka zagrywek było dość ciekawych, szczególnie podobał mi się jeden wstęp stylizowany na muzykę wydobywaną z cytry, ale brak im było świeżości przez co perełki ginęły w monotonnych i wtórnych riffach. Sama dramaturgia koncertu była dość schematyczna; kawałki wolne przeplatane z szybkimi zaczęły nużyć po mniej więcej połowie koncertu.
Jednak wszystkie negatywy, o których tutaj wspomniałem, dość dziwnie brzmią w kontekście euforii, która opanowała publiczność od pierwszych sekund koncertu. Po każdym utworze – długie brawa, na każde słowo – szaleńczy aplauz. Widać było, że audytorium nie jest przypadkową grupą osób, lecz osobami, które są żywo zainteresowane występem. Skorzy byli do rozmów, klaskania, braw czy też pokrzykiwania za wokalistą, który od samego początku złapał dobry kontakt ze swoimi fanami. Potrafili oni nawet „wymusić” utwór „Josephine”, jak się potem dowiedział ich drugi najsłynniejszy hicior, który to utwór nie był przez Reamonn grany od dwóch lat i mógł zostać „fucked up”.
Momentami sam zespół wydawał się być zaskoczony tak pozytywną energią i zachowaniem publiczności. Widać było, że ludzie świetnie się bawią podczas występu. Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że ichni keyboardzista (grający także na saksofonie i flecie poprzecznym) zgodnie z zasadą, wyglądał i zachowywał się na scenie jak metroseksualny orangutan w okresie rui. Bujając się we wszystkich kierunkach i podskakując w rytm wystukiwanych przez siebie nutek wywołał mój szeroki uśmiech na twarzy. Szczególnie że dym, co jakiś czas wypuszczany przez techników, dodawał mu powabu wokalisty Tokio Motel.
Jako osoba która dość neutralnie podeszła do tego koncertu, nie mogę powiedzieć, że zostałem oczarowany i że zapamiętam tam występ na długo. Wręcz przeciwnie, mam przeczucie, że jedynym elementem, który na pewno zapamiętam będzie śliczna blondynka stojąca przede mną. Dość często wzrok mimowolnie zjeżdżał mi nieco w dół i gubiłem z pola zasięgu mało urodziwych Niemców i Irlandczyka. Z drugiej strony nie żałuję czasu, który na koncercie dane mi było spełnić. Ale nim drugi raz wybiorę się na Reamonna to zastanowię się poważnie ze trzy razy.