Od dwóch lat wiosna w Polsce przychodzi podczas trwania zimy. Nie mowa tu jednak o anomaliach pogodowych związanych z niepodpisaniem przez USA protokołu z Kioto lecz o cyklu koncertów, które objeżdżają dużą część naszego kraju. Połączone siły festiwali „Wiosna Reggae” i „Punky Reggae” podczas trzech dni zapewniły różnorodną rozrywkę obejmującą zarówno wschodzące zespoły, mocno świecące gwiazdy jak i starych wyjadaczy; od ska, poprzez reggae, ragga, punk, rock czy nawet metal. Stylistyczno – gatunkowy miszmasz z którego każdy mógł dobrać dla siebieCGB odpowiedni zestaw muzyczny.

 

Przyznam szczerze, że najbardziej i najmocniej kusił dzień pierwszy. Nie dość że koncertowymi killerami w postaci Pogodna i Vavamuffin, to na dodatek zyskującym coraz większą popularność Dick4Dick. Przy bujającym Maleo oraz energetyczną Całą Górą Barwinków także nie groziła nuda, więc wybór mój wydawał się dość oczywisty.

Pełen przedkoncertowego podniecenia oraz emocji związanych z występami zespołów, na miejscu postanowiłem być nieco przed czasem. Wchodząc do hali Wytwórni Filmów Fabularnych usłyszałem, jak się okazało po chwili, próbę Całej Góry Barwinków, która wykonywała kolejne takty przeboju „To ostatnia niedziela” (mylnie nazywanego „Ta ostatnia niedziela”), zaprezentowanego kilka dni wcześniej w programie Kuby Wojewódzkiego. Przyznaję, że przebój sprzed 80 lat napisany przez duet Jerzy Petersburski/Zenon Friedwald, a wykonywany obecnie przez CGB świetnie się prezentuje. Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Bo mimo wybicia godziny 17:00 publiczność była raczej symboliczna. Kilkadziesiąt osób krzątało się z miejsca na miejsce w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy. Kilka zniecierpliwionych osób, sądząc po minach, gestach i słowach, domagało się rozpoczęcia koncertu. Około 17:30 powoli, z minuty na minutę, hangar WFF zaczął się napełniać ludźmi. Tknięty nagłym przeczuciem cofnąłem się do bramek, przy których, jak się okazało, wywieszony był harmonogram całego dnia. Brakowało na nim… Dick4Dick. Wykorzystałem pierwsze koło ratunkowe i wykonałem telefon do przyjaciela. „My Space prawdę Ci powie” – odrzekł kolega i zacytował: „Do wszystkich, ktorzy wybieraja sie na koncert Dick4Dick dzisiaj 2008.03.06 w wytworni filmow fabularnych we wroclawiu. Niestety ostry atak grypy Dicka Dextera ktora dzisiaj przebiegle przeskoczyla juz na Nygga Dicka a istnieje tez realne zagrozenie ze wieczorem ja tez padne, powoduje ze nie damy rady zagrac dzisiaj. Sila wyzsza.”.

A więc samczo – seksualny i gorszący electrorock nie miał zagościć dnia dzisiejszego na scenie wrocławskiej edycji festiwalu. Wielka strata i wielka szkoda.

Chwilowo nieco mniej radosny usłyszałem krzyk, który oznaczać mógł tylko jedno. Na scenie coś zaczęło się dziać. Faktycznie, Cała Góra Barwinków rozpoczynała swój set. Publiczność, nadal niezbyt liczna, dała wyraz swojej radości rzuciła się od razu w wir zabawy przy radosnych i skocznych dźwiękach chłopaków z Kłobucka. Przytłumiony wokal, pulsujący bas i mocno wyeksponowana sekcja dęta skłaniały do radosnego i bezrefleksyjnego pląsania po parkiecie, któremu poddali się nieomal wszyscy. Nawet moje nogi mimowolnie tupały i wykonywały bliżej nieokreślone ruchy, które tylko święty Wit Cała Góra Barwinkówmógłby nazwać tańcem. W tej muzyce nie chodzi o przekaz intelektualny tylko o radosne emocje związane z zabawą. A umiejętności przekazywania tychże, nijak nie można odmówić zespołowi.

Cała Góra Barwinków nie miała czasu, który dostają zwykle zespoły supportujące. To był festiwal na równorzędnych prawach dla wszystkich, więc po naprawdę długim i różnorodnym secie koncertowym (wbrew moim obawom, występu nie zdominowały utwory z ostatniej płyty), CGB wyszedł jeszcze na bis, podczas którego zabrzmiało wspomniane przeze mnie wyżej tango „To ostatnia niedziela”. Głośne brawa oraz liczne wyrazy radości zwróciły moją uwagę – Wytwórnia Filmów Fabularnych przestawała świecić pustkami, choć do wypełnienia brakowało jeszcze naprawdę sporo osób.

Przerwa techniczna podczas której zapowiedziano Pogodno, zleciała dość szybko. Wymiana i instalacja kolejnych instrumentów odbywało się naprawdę sprawnie. Dla umilenia atmosfery akustyk, ku mojej dużej radości, włączył z głośników fińską hummpę. Kolejne szlagiery grupy Eläkeläiset (polecam!) umilały czas podczas kotłowaniny na scenie.

Pogodno rozpoczęło, jak zwykle od pewnego czasu, od utworu „Fenomeno” z ostatniej płyty Opherafolia, by płynnie przejść do kolejnych szaleńczych popisów muzycznych.Pogodno Szczeciński zespół od dawien dawna proponuje wspólną zabawę i interakcję, której publiczność z radością się poddaje. Można co prawda marudzić, że kolejne koncerty są do siebie dość podobne, a i monologi Budynia nie są dość często odświeżane, ale oddać mu trzeba sprawiedliwość i stwierdzić, że koncertowanie to jego żywioł. Świetnie się na scenie czuje, dobrze się na niej bawi i dzięki temu specyficznemu wyluzowaniu artystycznemu, odnosi się ciągłe wrażenie spontaniczności i swobodnej radości z grania. Niewiele jest w Polsce zespołów, które potrafią połączyć naturalność z techniczną sprawnością. A Pogodno, mimo że wirtuozerskie popisy nie rzucają na kolana, łączy idealnie obydwa pierwiastki w doskonałej równowadze.Budyń

Kolejne hiciory przeplatające się na zasadzie szybko/wolno/szybciej wyrywały do tańca i skakania. Pod sceną było naprawdę gorąco i w przeciwieństwie do zeszłorocznej publiczności, która zachowywała się momentami dość niemrawo, ta obecna na tegorocznej edycji festiwalu, bawiła się przednio i z werwą. Cieszy to o tyle mocno, że mnóstwo było osób młodych i bardzo młodych, których Pogodno, najwyraźniej z sukcesami, sobie odchowało. Świadczyć może o tym także ogromna radość ludzi, która towarzyszyła wejściu muzyków na bis.

Z dziennikarskiego obowiązku wspomnieć muszę o problemach dźwiękowych. Budyń na początku był niemal w ogóle niesłyszalny, bas momentami się nieco gubił, a pod koniec występu nastąpiło sprzężenie i zaczęło głośno buczeć. Niuanse ale potrzebne dla obrazu całości.

Po „pogodnym” występie nastąpiła nieco dłuższa przerwa, podczas której zabrzmiało tak długo oczekiwane, przynajmniej przeze mnie, „Smells like Humppa”. Brawa dla akustyków, którzy promują tak ciekawy i rzadko spotykany rodzaj muzyki. Zapowiedź kolejnego koncertu spowodowała ubytek tlenu pod sceną. Wszystkimi wejściami zaczęli przybywać ludzie wypełniając szczelnie pozostałe resztki przestrzeni.

Powoli zaczęli pojawiać się muzycy Vavamuffin. Zapętlony motyw muzyczny jakiegoś nieznanego mi artysty z okręgu kultury jamajskiej, gorąco polecany potem przez chłopaków z Vavy, wraz z perkusyjnym podkładem, miło wprowadzał w nastrój koncertowego bujania. Operujący światłami techniczni zmienili barwy na żółte, czerwone i, zresztą momentami mocno pachnący, zielone, a na scenę weszli, witani entuzjastycznymi oklaskami, Pablopavo, Reggaenerator oraz Gorg.

Ilość koncertów jakie Vavamuffin daje we Wrocławiu, mogłaby skłaniać do, jakże niesłusznego wniosku, że ich występy stały się nieco zbyt powszednie, więc chętnych będzie mniej, a i entuzjazm publiczności nieco się zmniejszy. Nic z tych rzeczy! Pełna sala, ogromna rzesza bawiących się osób, głośne i częste brawa oddawać mogą chyba stopień uwielbienia dla warszawskiej formacji. Zresztą gorące przyjęcie powodowało szczere wyrazy podziękowań dla ludzi w WFF.

Przez długi czas dość dużym problemem dla Vavamuffinów był ograniczony repertuar. Kolejne występy zaczynały być do siebie bliźniaczo podobne, a odgrywana w kółko płyta „Vabang!” zwyczajnie nudziła. Na całe szczęście, zarówno dla zespołu jak i dla ich słuchaczy, w roku ubiegłym został zaprezentowany album „Inadibusu”, który odświeżył ich koncerty i je urozmaicił. Był to mój pierwszy koncert po premierze, więc moje oczekiwania były dość duże. Nie zawiodłem się. Mimo że na trzecim (bo nie należy zapomnieć o remixiarskiej „Dubang!”) longplayu brak jest typowych hitów singlowych (bo umówmy się, że „Hooligan Rootz” także takim utworem nie jest), to całość robi wrażenie bardziej przemyślanej i spójnej kreacji; szczególnie w warstwie muzycznej.

A jaki był sam występ? Cóż, jak zwykle, bardzo energetyczny i żywiołowy z kilkoma smaczkami (cytowanie Jamala czy też fragment przypominający intro do utworu „Bombtrack”) i stojący na bardzo wysokim poziomie. Nie ma miejsca na fuszerkę i potknięcia. Vavamuffin to koncertowa maszyna, która zacina się wyjątkowo rzadko. Wyeksponowani i skaczący na pierwszym planie wokaliści przyciągali całą uwagę publiczności. To Pablopavo, Reggaenerator oraz Gorg są głównymi gwiazdami, a reszta kolektywu ma wobec nich wyraźnie poddańczą rolę. Co jednak nie oznacza, że pozostali członkowie nie dawali rady. Wprost przeciwnie, oni są równie dobrze przygotowani do swojej roli.

Nie odbyło się bez tradycyjnych pozdrowień dla spełniających swoją rolę wyjątkowo profesjonalnie ochroniarzy, wspomnienia Tybetu czy też wyrazów poparcia dla Obamy, który dobrym kandydatem jest ze względu na kolor swojej skóry. Niektóre z tych tekstów wydawały się nieco naiwne, ale taki już urok koncertowych przemówień – ich merytoryczny poziom nie musi być wysoki. Niestety czas biegł nieubłaganie i po secie standardowym oraz bisach, w których tradycyjnie padły słowa „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” Vava ze sceny zeszła. Chyba idealnie czasowo – zostawiła dobre wrażenia bez nadmiernego nudzenia.

Artystą końcowym był Maleo Reggae Rockers. Nie wiem, czy było to trafne posunięcie. Mimo że Malejonek to naprawdę gwiazda wielkiego formatu, na dodatek mocno zasłużona dla muzyki reggae w Polsce, to jego bujająco – leniwe dźwięki, po kilku wyczerpujących godzinach festiwalu, zaczęły działać usypiająco. Część osób po koncercie Vavamuffin zaczęła powoli odpływać w stronę wyjścia. Zrobiło się luźniej. Niestety, ze względu na niekorzystny rozkład autobusów było mi dane uświadczyć tylko kilku dźwięków z repertuaru grupy. Taka łyżka dziegciu w koncertowej beczce miodu. Pomstując na siłę wyższą (znaczy na logistyków opracowujących plany jazdy) wyszedłem z wiosennej, radosnej, rozkołysanej oraz kolorowej hali Wytwórni Filmów Fabularnych i udałem się w kierunku zimnego przystanku, który niepomny wiosny czającej się tuż za rogiem, mroźnie pomrukiwał w rytm targającego nim wiatru.

Wiosna Reggae – 06.03.2008 – Wrocław – Wytwórnia Filmów Fabularnych

Kult na Dzień Wiosny

marzec 21, 2006

Dawno nie było okazji do podziwiania Kultu podczas Pierwszego Dnia Wiosny. Długoletnia tradycja została złamana już tak naprawdę w 2003 roku, kiedy to zamiast Kultu przyjechał KNŻ. To naturalnie było jeszcze do przełknięcia. Jednakże przez roki dwa następne nie było nic. Dopiero rok 2006 przyniósł odmianę – w hali Wytwórni Filmów Fabularnych zorganizowano koncert.

Dość dużą niespodzianką okazał się support. Nie dość że nie było o nim mowy, to na dodatek okazali się nim być moi krajanie z nu metalowego zespołu Nation. Na ich nieszczęście publiczność w zdecydowanej większości przypominała nieco inżyniera Mamonia. Zaskoczeni nieznaną muzyką albo tępo przypatrywali się scenie albo zajmowali pozycje wokół toalet, miejsc sprzedaży złocistego napoju lub wychodzili na zewnątrz.

Ja z ciekawością wysłuchałem występu zespołu, którego dość dawno nie miałem okazji oglądać. Jednak z pełną świadomością mówię, że ich estetyka oraz klimaty w jakie się zapuszczają nie za bardzo mi odpowiada. Szczególnie niestrawny jest dla mnie wokal; jego nijakość i płytkość wydają się być głównym minusem całego przedsięwzięcia muzycznego o nazwie Nation. Weszli, zagrali, zeszli. Gwizdów mocnych nie było, ale żadnej euforii także nie wzbudzili.

Po dłuższej chwili oczekiwania, w ramach której jeden zespół się instalował a drugi wręcz odwrotnie, rozpoczął się występ. Tłumnie zgromadzona, mimo wysokiej ceny jak na pierwszowiosenny występ, publiczność ruszyła z kopyta do przodu. Przeciskające się przez tłum mniejsze i większe osobniki płci obojga napierały i wlewały się kolejnymi falami, potrącając i popychając stojących z tyłu ludzi. Po chwili nieco się uspokoiło i wszyscy, w mniejszym lub większym komforcie, mogli skoncentrować się na występie.

Kult jak to Kult. Poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Zapowiedzi wspaniałego nagłośnienia i zupełnie nowych wizualizacji spełniły się po części. Pojawiły się zarówno znane i jak i zupełnie nowe obrazy. Hala WFF spełniająca rolę hangaru koncertowego radzi sobie całkiem nieźle z potężnym natężeniem i różnorodnością dźwięków, którymi raczy nas zespół. Jedynym punktem nieco odbiegającym od standardów europejskich był chwilami słabo słyszalny wokal Kazika. Ciężko mu było przedrzeć się przez ścianę dźwięku, które reszta chłopaków wydobywała. No i niemal obowiązkowo po połowie koncertu pojawiła się chrypka, która połączona z niektórymi fałszywymi dźwiękami wydobywanymi ze strun głosowych, niemiło obijała się o bębenki słuchowe.

Mimo tego jednego mankamentu bawiłem się wyśmienicie. Zaserwowane kawałki porwały mnie dość szybko i ten ponad dwie i pół godzinny występ przeleciał niczym dres w pogoni za swoją ofiarą. Wraz z ostatnimi dźwiękami końcowych bisów, niemal z całą Wytwórnią Filmów Fabularnych, przebudziłem się z muzycznego snu i dziarskim krokiem pomaszerowałem w kierunku wyjścia. Kult to doskonałe rozpoczęcie wiosny, w ramach której podczas Juwenaliów przyjdzie nam ponownie podziwiać jeden z lepszych zespołów koncertowych w Polsce.

Kult – 21.03.2006. – Wrocław – WFF

Pomarańczowy Kult 2004

październik 17, 2004

Witaj! Co tu robisz?

Hej! A siedzę sobie i czekam na ciapąga w kierunku mego miasta…

Długo jeszcze byndziesz czekać?

Raczej nie. Już tylko godzina i powinni podstawić. Znaczy mam taką nadzieję, bom jeszcze lekki nieprzyzwyczajony do temperatur wynikających ze zmiany kąta padania promieni słonecznych.

Hę?

No zimno jest już…

To mów!

Mówię przecież. A zresztą; łajno tam!

Dobra to zapytam jeszcze o to skąd wracasz.

Teoretycznie z koncertu Kultu a praktycznie z knajpy.

Kult znowu grał ? Często im się to zdarza ostatnio.

No cóż. Trasę pomarańczową chłopaki grają. A że Wrocław miastem małym nie jest to i dobrze, że nas odwiedzili.

A bilety ile?

32 w przedsprzedaży…

Niemało. Rzekłbym nawet całkiem sporo…

Taaaa! Pidżama dla przykładu 25 zł kosztowała. A Kulci nie dość, że wożą ze sobą jakiś tam większy dobytek to na dodatek jest ich więcej niźli przeciętnego zespołu. Co jednak faktu nie zmienia, że 32 zł to nie jest mało. Ale cholera! WARTO! Zdziwionym jak diabli, bo się spodziewałem standardu w wykonaniu dość dobrze mi znanego zespołu, a oni mnie zaskoczyli. Na plus oczywizda!

A koncert gdzie? We W-Zwodzie jak zwykle i znowu padało z nieba, a ludzie sobie po głowach łazili ?

No właśnie na szczęście nie. Nie wiem kto wpadł na koncepcję, ale byłaby to słuszna koncepcja. Koncert odbył się tuż w WFF obok Hali Ludowej. Na początku nie mogłem sobie prawdę mówiąc zwizualizować tego miejsca, ale kolega na szczęście mi wytłumaczył i coś tam w głowie zgrzytnęło i zaskoczyło, więc nie było problemów z trafieniem.

I jak sala?

No właśnie o to chodzi, że świetnie. Wchodziło się do przestronnego przedsionka, gdzie było prawie wszystko. Był Forni ze sklepikiem, byli piwoleje z kranikami, była ubikacja, a nawet było co zeżreć. Co prawda w żadnym z wyżej wymienionych miejsc nie skorzystałem z możliwości wymiany pieniędzy na dane dobro, ale sama możliwość ich wydania była przeze mnie pozytywnie odebrana. Jedynym i największym minusem był brak szatni. Na szczęście dość szybko przewiesiłem golf przez barierkę technicznych i z dumą wyprężałem koszulkę Kasty Pianistów na klacie.

To chyba przedsionek opisujesz… A ja się pytam jak sala?

Jak mi będziesz przerywać, to nas tu odnajdą archeolodzy z oleśnickiego uniwersytetu nim ja skończę…

W Oleśnicy nie ma wyższej uczelni…

Ale, kurwa, założą zanim ja skończę! Zamilkniesz? Dziękuję! A więc na czym to ja skończyłem?

A co szara breja, którą ktoś śmiał mózgiem nazwać, już całkowicie Ci się zlasowała od palenia ?

Dowcip Ci się wyostrzył? Jak nie chcesz słuchać to won z miejsca przy mnie i pokontempluję w samotności. O czym to ja ? Aha! Tak! Ludzi całkiem pokaźna ilość się zbierała, więc z pewną obawą wszedłem na główną salę. Ale na szczęście me obawy były urojone, bo miejsce nie dość, że przestronne to na dodatek z dobrze ulokowaną sceną. Znajdowała się na tyle wysoko, że widać ją było z nawet dalszej odległości. To znaczy byłoby widać, gdyby nie ten dym i przyciemnione światła. Zastanawiałem się kto i po co tak mocno nakurzył. Nie wyglądało to na typowo koncertowy dym z papierosów i na pewno nim nie było. Z prostego względu; ochraniarze wypraszali ludzi palących na sali. Bardzo mi to odpowiadało, a psioczenia palaczy wychodzących z sali radowały mnie dosyć mocno. Przynajmniej nikt mi nie nachucha w gębę.Rozglądałem się z zainteresowaniem i zauważyłem, że istnieje coś w rodzaju balkonu. Nikogo tam nie było z początku, jednak drzwi wskazywały na to, że jest możliwość dostania się nań.
Cyrkulacja powietrza istniała, więc także moje obawy, co do duchoty, dość szybko się rozwiały.
Za perkusją natomiast, rozwieszona biała płachta – wytężając pokłady swej ponadprzeciętnej inteligencji doszedłem do słusznego wniosku, że zapewne będą tam wyświetlane słynne wizualizacje

Co takiego?

Wizualizacje. W sumie dość dawno to wymyślono i zapewne sam wiesz o co chodzi. Podczas piosenek leci w tle obraz, nadający pewnego znaczenia utworowi właśnie odgrywanemu. Można to robić całkiem interesująco i doskonale wypełnić sceniczny image. Tylko że na to potrzeba dość dużych funduszy, żeby nie wyszła za wielka wiocha. No i żeby jakoś to wszystko ze sobą współgrało; nie rozpraszało uwagi i było stylistycznie do siebie dobrane.

A jak było w tym wypadku?

Miejscami nieźle, miejscami średnio. Rzeczą na którą zwróciłem uwagę było to, że chyba aż trzy miały w sobie motyw ognia. Jednym z ciekawszych uobrazowień były obrazowe dogrania do Pasażera. To im się naprawdę udało. Podobnie ciekawie wyglądała Celina ze stylizacją na kino lat 20/30. Także Parada wspomnień i Studenci zaprezentowali się na poziomie. Smaczkami niewątpliwie były Wódka oraz Wolność.
I jeszcze jedna ze scen przywiodła mi na myśl teledysk do Sugar System of a Down. Chodzi mi konkretnie o grupy ludzi idące w rzędzie.
Ale podczas Polski to mnie raczej rozstbawienie ogarniało jak widziałem plastikową flagę tak sztucznie łopoczącą.

Czyli plus czy minus?

Wynik dodatni jak najbardziej. Obraz rzucany był na tyle `delikatnie`, że jednak nie rozpraszał uwagi i nie dekoncentrował, a tego najbardziej się obawiałem; żeby owe wizualizacje nie zajęły roli pierwszoplanowej, bo ja jednak idę na koncert a nie do kina tudzież na film.

A jeszcze co do sali; jak akustyka? Duże sale ciężko dobrze nagłośnić…

Srututu! To właśnie chyba największy atut tej sali. WSZYSTKO słychać było. Chyba po raz pierwszy od bardzo dawna słyszalny był i pluton egzekucyjny z dęciakami i wokal i gitarzyści. Goehs był wyjątkowo nieco w tle, ale była to pewne odmiana, od zwykle za mocno podkręconej perkusji. Każdy instrument dało się wyłowić i słuchać osobno. No po prostu brawa dla panów z potencjometrami.

Wow! Toś mnie zaskoczył… Cały czas idealnie, co?

No dobra. Nie cały czas. Podczas Wysłannika Irek był ciutkę za mocno i nie słyszałem solówki.

Wysłannika? To ciekawe. Duże zmiany w playliście?

No właśnie tak! Nie dość że zaczęli Kastą pianistów, nie dość że przypomnieli część starszych utworów, to na dodatek większość z nich jest odświeżona. Słychać te nowe dźwięki podczas aranżacji i koncert zyskuje. Nudą nie powiewa i Michał zadowolony.
Cieszy powracanie do albumu Mój wydawca chociażby z coverem Omegi…

Czekaj! Zagrali Dziewczynę?

Obydwie nawet. Ale daj skończyć! Z tej samej płyty zaistniały jeszcze Ręce do góry, Wioślarzy no i Casablancę

Casablancę ?

Znaczy Psalm 151. Szkoda że Lewe lewe loff wyleciało.

A z nowych kawałków?

O nowych utworach też mogę się rozpisać w superlatywach samych. Co prawda Pot i krew ma nadal tak samo denny tekst, to jednak muzycznie brzmi on wspaniale; z wykopem i czadem z dupy na maksa, że zacytuję nieobecną na koncercie koleżankę. Cham ślicznie buja, a Park 23 jest lekko transowy. Jest dobrze. To że Kazik coś tam przebąkuje o kryzysie, nie znaczy, że cały zespół jest w dołku. Na koncertach wyraźnie widać, że jest wręcz odwrotnie.
No i ja mogę się zachwycać długo dość, bo jest i nad czym. Zgroza jak zwykle z podwójną stopą zabrzmiała energetycznie, a obydwie Dziewczyny doprowadziły mnie..

..do orgazmu. Hehehehe!

… Debil! Anyway. Nie wspomniałem jeszcze o światełkach. Już podczas pierwszego utworu wyjaśniło mi się po co jest ten dym. Smugi światła było dzięki niemu doskonale widoczne. Refleksy odbijały się po całej sali i wyglądało to po prostu przepięknie. A podczas refrenu Brooklińskiej… zaczynały świecić na żółto i wyglądały jak słoneczka! Zresztą od dość dawna Kult trzyma wysoki poziom z zabawą kolorami, refleksami świetlnymi itp.

A jakieś smaczki? If You know what I mean…

Wiem. I było tego parę. Z okazji urodzin Grudy sala odśpiewała mu “Sto lat!”. Potem także Banan zagrał na waltorni wariację z tą melodią. Było naprawdę miło. Szczególnie że Gruda na końcu zrobił jeszcze mini recital swych utworów. Z tegoż to powodu Kazik się śmiał, że dzisiejszego wieczoru ZpiT Kult gra jako support przed Grudą.
A sam Grudziński zaskoczony był dość mocno, gdy zakrzyknąłem Stare samochody. Te utwory są okropne, wokalista mruczy, teksty są banalne a jednak miło się ich słucha.

O! Jakiś pociąg. Twój?

Ta! Spadać muszę powoli. Dzięki za umilenie czasu…

Nie ma sprawy. Do następnego razu. Tylko jeszcze powiedz czego Ci zabrakło.

Angeliny Jolie tańczącej obok mnie. Trzym się!

KULT – 17.10.2004 – Wrocław – WFF