Kazik zszedł na psa

wrzesień 20, 2007

Napiszę szczerze, że z Buldogiem mam problem i zgryz. Siedzę od 30 minut przed białą kartką papieru i co napiszę kilka linijek, to wydaje mi się, że nie oddają tego, co chciałbym przekazać. A chcę powiedzieć, że wrocławski koncert nie był porywający. Co prawda lokal – przynajmniej objętościowo – okazał się strzałem w dziesiątkę i obawy odnośnie rozsadzenia Alibi od środka były na wyrost, ale sam koncert nie wyrywał butów od pierwszych minut. Świadczyć może o tym nie tylko skromniutka ilość osób bawiących się pod sceną, ale także skromniutka ilość osób przebywających na sali. Imię tudzież pseudonim „Kazik” znaczy w polskiej muzyce tyle, co Midas dla rzeki Paktol. Tymczasem słaba promocja oraz znikające w miejskiej dżungli reklamy sprawiły, że był to najbardziej kameralny występ pana Staszewskiego w mojej krótkiej karierze.Znaczy był kiedyś koncert, na którym przestrzeni nie było więcej, ale ludzi tyle, że można było po nich chodzić i nie mieliby okazji by się uchylić przed nadepnięciem. Charytatywny KNŻ w Strefie Radia Kolor przed którym grał Ocean. SRK było mniejsze od Alibi, ale chmara osób obijająca się i kiwająca na boki w żaden sposób nie pozwalała użyć słowa „kameralność”.

Zaczęło się w miarę punktualnie i spokojnie. By nie rzec nieco dosadniej. Przez 3/5 (a dokładniej to 14/24) całego show nic się nie działo. Muzyka leniwie wypływała z głośników, artyści, jakby nieco zmęczeni, spokojnie odgrywali swoje partie, a publiczność melancholijnie podskakiwała i przytupywała nóżką. Dwukrotnie widać było zryw nagły i moc wielką; za pierwszym razem gdy „Nie było nogi” a za drugim gdy dokonał się „V rozbiór Polski”. Z naciskiem na buldożą piosnkę, która jest absolutnie prześwietna i jest to oczywista oczywistość.

Jednak dopiero dźwięki z repertuaru grupy Deadlock rozpoczęły najlepszą część koncertu. „I`m on the top” zabrzmiało szczególnie dobrze i niejako odtruło mnie po mocno zamulającej „Marii”. Bo z solowych dokonań Kazika preferują bardziej żywe kawałki. Z Melassy bądź wcześniej. I do końca było już naprawdę świetnie. Energetyczne utwory z pierwszego singla Buldoga, przeplatane kultową „Piosenką Młodych Wioślarzy”, przemieszane z „Maćkiem, który na żartach się nie zna” oraz domieszką KaeNŻetowych dźwięków w postaci „Legendy Ludowej” i „Taty dilera”. Na deser The Clash wraz z UK Subs dopełniły obrazu.

Tak właśnie prezentuje się najnowsza formacja wsparta mocami Kazimierza Staszewskiego. Z jednej strony mnóstwo zamulających utworów, które bardziej męczą niż cieszą, a z drugiej mamy kilka tak mocnych wejść, że ratują one cały koncert. Gdyby jeszcze dodać parę takich kopów, przeplatanych naturalnie co jakiś czas spokojniejszymi piosenkami dla uspokojenia atmosfery, moglibyśmy mieć naprawdę dużą frajdę podczas występów.

Żadnych niespodzianek. Żadnych zaskoczeń. Weszli, odegrali i zeszli. I żeby nie było niedomówień. Odegrali naprawdę profesjonalnie i ani przez chwilę nie było widać, że to młodziutki zespół mający na swoim koncie dopiero jedną płytę. Tylko że zdaje się, że popadł w pewną rutynę. Mają stanowczo za mało repertuaru koncertowego. Nawet uwzględniając, że byłem tylko na jednym czysto rasowym koncercie, a reszta była przy okazji, to szczególnie ta pierwsza – wolniejsza – część mnie zmęczyła i znudziła. Przed wyruszeniem w następną trasę warto byłoby dorzucić jeszcze pieśni z bogatego repertuaru kazikowo – knżetowego. I to najlepiej te żywsze, coby widownia, miast spać, bawiła się wesoło.

Kazik i Buldog – 20.09.2007. – Wrocław – Alibi