Konfrontacje bez walki
październik 30, 2008
Hala Ludowa (zwana także Halą Stulecia) to specyficzne miejsce. Wyjątkowe ze względu na swoją historię, robiące niesamowite wrażenie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i piekielnie trudne do nagłośnienia. Moje pierwsze wspomnienia z nią związane kołaczą się w okolicach 1995 roku, ale już wtedy, co pamiętam mimo lat wielu, problemy ze słyszalnością były spore. Od tego czasu miałem jeszcze okazję bywać tam kilkukrotnie i niemal za każdym razem akustycy nie byli w stanie wygrać z materią pozostawioną przez Maxa Berga. W związku z tym, po zeszłorocznej wpadce i nienajlepszym udźwiękowieniu hali sportowej Orbita, miałem obawy dotyczące słyszalności kolejnych zespołów występujących w ramach „Konfrontacji rockowych”.
Naturalnie rozumiem, że to rock`n`roll a nie filharmonia, że przejrzystość stoi poniżej energii, czadu i mocy, ale z drugiej strony wizja charkotu i nierozróżnialnych słów płynących ze sceny, nie była niczym pociągającym. Dlatego też, uprzedzając niejako fakty i argumentację, już teraz mogę Państwu zaproponować wspólną akcję koszulkowo – bannerową pod tytułem „Przywróćmy koncerty w Wytwórni Filmów Fabularnych”. Z przyjemnością się oflaguję i wspólnie z osobami przybyłymi w punkt g, odśpiewam specjalnie przygotowaną na tę okazję protest piosenkę.
Punktem kulminacyjnym czwartkowego wieczoru był występ zespołu Kult – ostatni w Polsce w ramach październikowo – pomarańczowej trasy. Grupa pod wodzą Kazika od kilku już lat podczas jesiennej smuty odwiedza największe miasta Polski i zapełnia mniejsze oraz większe hale ku uciesze licznej i niesłabnącej rzeszy fanów młodszych i starszych, dużych i małych, dziewczęcych i mężczyźnianych. Nim jednak „najdejlsza ta wiekopomna chwila” trzeba było przebrnąć przez prezentacje zgromadzonych na okoliczność „Konfrontacji rockowych” artystów.
Definicji – za internetowym słownikiem języka polskiego PWNu – konfrontacji jest kilka, ale dwie najbardziej interesujące kładą nacisk albo na porównanie albo na spór. Moim marzeniem byłoby postawić na to drugie, przy czym wizja organizatorów obejmuje raczej to pierwsze. Stąd taki a nie inny dobór wykonawców; Czesław Śpiewa, happysad, Męska Muzyka panów Waglewskich oraz Kult. Zachowawczość ponad ryzykiem oraz rutyna nad pazurem.
O obsuwie nie warto nawet wspomnieć. To, że będzie, było tak oczywiste, że aż szkoda było patrzeć na ludzi karnie ustawiających się w kolejce, bo „zaraz się wszystko zacznie – tak było napisane w Internecie”. Otóż, moi Drodzy Państwo, Internet kłamie. Nie było powodów do paniki, nerwów oraz pospiesznego biegania wokół monumentalnego budynku w celu znalezienia dodatkowego i „podobno nieobleganego” wejścia. Zresztą proces wchodzenia było stosunkowo sprawnie przeprowadzony i w sznureczku nie stało się zbyt długo.
Hala Ludowa, będąca obiektem wyjątkowym, miała także wyjątkowo restrykcyjne podejście do picia alkoholu i palenia papierosów. Wiele osób sarkało i parskało i według mnie, mimo że sam nie palę a i konsumować nie miałem ochoty, całkiem słusznie. Pod tym względem WFF także nokautuje.
Wreszcie gromadka, bo o tłumie nie można było jeszcze mówić, tłocząca się pod sceną zapiszczała z radości, a na scenę wkroczył Czesław Mozil z zespołem. I, zgodnie z nazwą swojego projektu, zaśpiewał.
Napompowany do granic możliwości hype, zabawna i natrętna promocja oraz marketingowy szpagat (z jednej nogi Nosowska a z drugiej Nergal) utwierdziły dużą część społeczeństwa w przekonaniu, że mamy do czynienia z „wyjątkowym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej”. Przyznam szczerze, że początkowo ja także dałem się nabrać – szczególnie że singlowa kompozycja, która wraz ze świetnym teledyskiem tworzyła uzupełniającą się całość, zapowiadała pewne przewietrzenie. Jednak po trzecim przesłuchaniu płyta okazała się być tym, czym jest w istocie – męczącymi kalkami i schematami muzycznymi wcześniejszych dokonań Mozila (tak, znałem wcześniej Tesco Value) oraz mocno irytującymi tekstami, którym bliżej do dziecięcych rymowanek niźli tekstów mających jakiś sens. Cóż, kolektywny rozum Internautów zebranych na czacie nie okazał się być wystarczająco twórczy.
Dlatego też występ w Hali Ludowej nie mógł być dobry. Nie dość, że mieliśmy okazję na własne uszy zobaczyć i na własne oczy usłyszeć, że ukończenie The Royal Danish Academy of Music nie czyni wielkim wokalistą, to na dodatek klimat ogromnego hangaru nie sprzyjał atmosferze rozmowy pomiędzy artystą a publiką. Podobno intymniejsze i bardziej kameralne pomieszczenia wpływają pozytywnie na Czesława, który występy przemienia w mówione happeningi przerywane fragmentami utworów. Taki koncept mógłby dać radę. Być może.
Następny w kolejności był happysad. Nie będąc ich targetem, który oscyluje raczej w nieco młodszych oraz nieco innej płci niż ja osobach, postanowiłem nie męczyć ani siebie ani zespołu i uciekłem. Zdecydowaną większość występu spędziłem poza strefą rażenia wokalisty Kuby Kawalca, ale pod koniec występu zasiadłem na trybunach.
Wrażenie płytowe zostało zweryfikowane – inspirując się na wzorcach grabażowych, zespół idzie w kierunku gitarowego gryzienia po ogonie, które słyszeć już można było dziesiątki tysięcy razy w milionach konfiguracji. Co nie zmienia faktu, że happysad ma talent do tworzenia piosenek bazujących na nieskomplikowanych ale chwytliwych melodiach. Nie ma w tym iskry, nie ma mocy i nie ma energii. Ale to nie jest granie, które ma rozsadzać i wytwarzać podciśnienie rozrywające słuchacza nowatorstwem. Gimnazjalno – licealna wrażliwość rządzi się swoimi prawami, więc zgredy, takie jak moja skromna osoba, mogą pokiwać głowami, popatrzeć z pobłażliwym uśmiechem, ale nie zmieni to faktu, że chcieliby zamienić się z tą radosną i żywiołowo bawiącą się młodzieżą na miejsca.
happysad zabisował i zszedł ze sceny, by ustąpić miejsca rodowi Waglewskich. Męska muzyka to zderzenie dwóch światów; pokoleniowa różnica zaowocowała oryginalnym jak na nasze warunki produktem. Mimo że czuć tu przede wszystkim seniora Wojtka, to producencki sznyt Emade oraz wokalne wejścia Fisza nie pozostawiają wątpliwości, że i Wagiel musiał iść na pewne stylistyczne kompromisy. I dobrze! Ale choć płyta zacna, to koncert w ramach wrocławskiego mini festiwalu do najlepszych nie należał. Zawiodło nagłośnienie, a nienajlepszy klimat przestrzenny na tego typu muzykę zabił czar i magię. W dusznym klubie, z ciężką atmosferą oraz butelką wina byłoby, jestem o tym przekonany na 100%, naprawdę wyśmienicie. W Hali Stulecia było tylko poprawnie. Co prawda nie mieliśmy do czynienia z suchym odegraniem płyty i panowie pokusili się o drobne wstawki, improwizacje oraz pomysłowe aranże, ale całości podciągnąć to nie mogło. Momentami nużyło. Flow i fluidy uleciały gdzieś pod samą kopułę i nijak się ich ściągnąć nie dało. Szkoda.
Powoli zbliżał się moment dania głównego. Pozostała tylko jedna przystawka. Jako że kucharz ze mnie mierny postanowiłem, że przed konsumpcją potrawy wieczoru najpierw posłodzę, a potem dopieprzę.
Plagiat 199 towarzyszył zespołowi Kult na całej trasie październikowej. Swój ostatni koncert w ramach „pomarańczowej” rozpoczęli mocno, głośno, z energią i bez żadnych kompleksów. Zważywszy na to, że zagrali tak naprawdę po Waglewskich, happysadach i Czesławie należą im się brawa za rozruszanie publiczności, która owładnięta potrzeba rozładowania nagromadzonej nadwyżki mocy od razu rzuciła się w pląsy i tany. Widać było, że zgranie oraz ogranie mają spore. Odnajdują się na scenie i ich występowi nie towarzyszył ten nieco naiwny rodzaj nieupierzonego doświadczenia, które może nieco rozczulać, ale na dłuższą metę jest denerwujące. To był raczej dobrze zaprogramowany mechanizm, w którym wszystko jest odpalane zgodnie z autorskim konceptem na radosny i energetyczny band.
Tylko że… (tu rozpocznę diss) ten pomysł nie okazał się szczególnie oryginalny, a na dłuższą metę zwyczajnie męczył. Gdy ze wszystkich stron zostałem zaatakowany kakofonią zlewających się w jedno dźwięków, które świdrując moje bębenki rozwalały mi obydwie półkule jednocześnie, miałem ochotę wsadzić głowę między krzesełka i poprosić o ich złożenie. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie wzmagało się, gdy wokalistka przestawała śpiewać i zaczynała wrzeszczeć. W lirycznym zakresie otrzymaliśmy rodzinne miasto Zygmunta Staszczyka z wyjątkowo irytującą manierą śpiewania wszystkiego w jeden sposób. Wtórował zresztą temu cały zespół, który z uporem godnym lepszej sprawy odgrywał jedną piosenkę w kółko. No, przesadziłem – był jeszcze reggae`owy „Yes I” oraz wyróżniający się i pozostawiający najlepsze wrażenie „Obłęd”.
Pojawiające się nawiązania do Bladych Loków mnie nie przekonują. Pomijając oczywiste zbieżności w postaci wokalistki, sekcji dętej oraz chwilowych ucieczek gitary w mocniejsze rejony punktów stycznych nie zauważam. Wrocławianie kompozycyjnie są parę długości do przodu, a ich muzyczna różnorodność nie podlega najmniejszym dyskusjom. Z większości kawałków, którymi plagiat nas uraczył wyziera jednostajność i monotonia stylistyczna.
Naturalnie nie oznacza to, że zespół nie odniesie sukcesu. Istnieje wiele przykładów na to, że grając w kółko jeden utwór można sobie powodzenie na rodzimym rynku zapewnić. Akurat – rżnący od trzech płyt jeden kawałek – jest podobnej proweniencji co Plagiat i mimo stylistycznych rozbieżności prezentuje analogiczną filozofię grywania. Publiczność, na koncerty przychodząca tylko poskakać, stanowi całkiem sporą grupę, do której podobna muzyka trafiała, trafia i trafiać będzie. Ja od zespołu wymagam czegoś więcej. Stąd z Plagiatami do porozumienia nie byliśmy w stanie dojść.
Kult zabrzmiał źle. Dało o sobie znać nagłośnienie, które zamieniło dźwięk w dolby surround. Atakowany echem zza pleców przesuwałem się po płycie w celu odnalezienia punktu do komfortowego odsłuchu i zabawy. Nie znalazłem. Bas nie istniał, gitary z trudem przedzierały się przez sekcję dętą, klawisze nieśmiało przebijały przez tło, a perkusja głucho odbijała się od wszystkich ścian jednocześnie. Nie wiem, czy zaistniał wybór „mniejszego zła” i postanowiono poświęcić resztę instrumentów i nagłośnić Kazika wraz z sekcją dętą, czy też strunowce były z tyłu naumyślnie i z premedytacją. Fakt faktem pozostał – tęskniłem do dźwiękowego komfortu pozostawionego w WFF.
Ale czy Kult zagrał dobrze? Cóż, należałoby odpowiedzieć na pytanie, czy Kult może marnie zagrać. Zapewne twierdząca odpowiedź przejdzie przez myśl temu i owemu, ale będą to po pierwsze głosy nieliczne, a po drugie… uzasadnione. Bo przecież każdemu zdarzyć się może gorszy dzień i spadek formy. Na całe szczęście nie w tym wrocławskim przypadku. Może nie było jakichś wielkich niespodzianek, może nie zaprezentowano żadnego nowego utworu, może dramaturgia występu była powielona po raz osiemset sześćdziesiąty siódmy, ale koncert należał do tych z gatunku dobrych. Ani Kazik, ani zespół nie oszczędzali energii i mimo pewnego zmęczenia trasą dawali z siebie wszystko. Tak samo jak audytorium, które po kilku godzinach oczekiwania dostało porcję większych oraz nieco mniejszych hitów Kultu urozmaiconych filmowymi wizualizacjami. Momentami ich nadmierna dosłowność albo zbytnie eksploatowanie poszczególnych elementów nieco psuło efekt, ale ogólne wrażenie pozostawiły niezłe.
Satysfakcja z doboru utworów jest indywidualną sprawą każdego osobnika, ale z mojej strony wyrazić mogę tylko radość ze względu na dużą porcję smacznego i ostrego grania z płyty „Ostateczny Krach Systemu Korporacji” oraz utworu będącego hołdem dla boksera Angelo Jacopucciego z perkusyjną solówką Goehsa. Poza tym mieliśmy, jak to na koncertach Kultu bywa, przekrój całości z tradycyjnymi bisami w postaci „Polski”, „Wolności”, „Krwi boga” oraz „Konsumenta”. Co ciekawe, pierwszą strofę najsłynniejszej piosenki Kultu zaśpiewał jeden z członków Kult ochrony, a drugi zagrał ją na gitarze.
Już na sam koniec, po zejściu niemal całego zespołu, Kazik, w dowód wdzięczności, zaśpiewał tradycyjną patriotyczną piosnkę pod tytułem „Sowieci”, niemniej tradycyjną „Moją dzieweczkę” oraz pięciokrotnie się ukłonił dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji całej trasy październikowej, a przede wszystkim nam – publiczności. „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” rzekł i zszedł ze sceny.
Konfrontacje rockowe 2008 – Kult, Plagiat 199, Męska Muzyka, happysad, Czesław Śpiewa – 30.10.2008 – Wrocław – Hala Ludowa
Bezsenne urodziny czyli dwa tria
styczeń 16, 2008
Na drugi bezsenny dzień urodzinowy czekałem z lekkim mrowieniem zwiastującym udaną imprezę. Trio Fisz, Emade, Envee to rzecz warta odnotowania zawsze i w każdych okolicznościach. Żeby było ciekawiej dorzucono do trzech warszawiaków, trójkę wrocławian. Me, Myself and I, o których słyszałem w zasadzie tylko tyle, że zrobili reklamę dla Heyah oraz że są super mega zajebiści, intrygowało mnie jednak nieco bardziej. Powód był dość prosty. Waglewskiego w różnych odmianach i składach, w zeszłym roku, widziałem siedem albo osiem razy.
Jak się okazało podczas dnia poprzedniego, ogłoszono to tuż przed koncertem Mariji, bilety na środowy występ wyprzedały się całkowicie. Nie przeszkodziło to dość pokaźnemu tłumowi, stać w ogromniastej kolejce z nadzieją, iż upragnioną wejściówkę uda się nabyć. Nadzieje płonne, trud daremny. Nabita do ostatniego miejsca „Bezsenność” nie była w stanie pomieścić więcej osób. Rozgrzani ludzie wyczekiwali występów, które, jak to zwykle bywa gdy klub chce zarobić na sprzedawanych w barze napojach alkoholowych, się opóźniały. Wreszcie poproszono nas o niepalenie podczas występu, co kilka osób skwitowało to w mało subtelny sposób.
Na scenę weszła niepozorna trójka (pan, pani, pan) i rozpoczęła swój występ. Piszę to z pełną świadomością, będąc przy zdrowych zmysłach i nie mając we krwi ani kropli substancji odurzających – M&M&I to fenomen i koncertowe przeżycie, które wyrywa z butów od samego początku. Dysponujący niesamowitymi możliwościami wokalnymi oraz pomysłami na muzykę, trio sceniczne jest w stanie oczarować publiczność i robić z nią, co im się żywnie podoba. Czegoś tak oryginalnego dawno nie miałem okazji słyszeć i oglądać.
Solowe popisy sekcji rytmicznej, za którą w głównej mierze odpowiedzialny jest beatboxer Zgas, wzbudzały falę entuzjazmu przy każdym, wydawałoby się coraz trudniejszym i coraz mniej możliwym do wydawania, dźwięku. Wyjątkową zabawą było odgrywanie skreczy wokalnych wśród których publiczność rozpoznawała znane i mniej znane fragmenty utworów, które na stałe zakorzeniły się już w popkulturze. Zgas należy do samej czołówki polskich bb. I nie dziwota, bo to co wyczyniał na scenie, było absolutnie mistrzowskie. Szczególną radość wzbudziły połączone siły poprzedniego „perkusisty i basisty” formacji Me, Myself and I – Saulika – który wspomógł w kilku momentach kolegów z dawnego zespołu zarówno pod względem muzycznym jak i choreograficznym. Swoisty pojedynek pomiędzy byłym a obecnym zakończył się ogromnymi brawami dla obu muzyków.
Jednak na pierwszym planie i prawdziwą gwiazdą całego show była Magdalena Pasierska, której skala głosu oraz umiejętność wyciskania kolejnych porcji emocji budziła podziw i należny respekt. Odważnie i bez żadnych kompromisów tworzy muzykę, bo powiedzieć, że „śpiewa” to jednak zbyt mało, której nie można odmówić ładunku emocjonalnego oraz niebanalności. Raz skrzeczała niczym zwierzątko z dżungli, następnym razem popisywała się niczym pani Dudziak, by płynnie przejść do wokaliz bjorkowych. To wszystko okraszone
Jako dopełnienie całości, choć równie istotne jak pozostałe osoby z tria, i swój własny sposób śpiewania oraz zabawy dźwiękami pokazał Michał Majera. Jego głos, przetwarzany i modyfikowany na różne sposoby, doskonale kontrastował z dźwiękami reszty grupy i wzbogacał cały występ.
Ciężko opisać coś tak zjawiskowego jak zespół Me, Myself and I. Wielorakość smaczków, gwizdów, szeptów, pojękiwań, bzyczeń i tysięcy innych dźwięków nie da się słowami opisać. Najlepiej, i chyba najłatwiej, uczynię, podając i zapraszając na ich My Space (http://www.myspace.com/mmipoland). Brawo Wrocław. MMI to kolejny ciekawy zespół, którego kariera na pewno nie skończy się na naszym lokalnym podwórko. Czego życzę im ja oraz czego życzyła im publiczność, kilkukrotnie przywołując muzyków na scenę.
A Fisz? Nudno dość i schematycznie. Krótko i bez polotu. Jeden z gorszych występów młodych Waglewskich i Envee`go na jakim miałem okazję być. Mocno poniżej swojego zwykłego poziomu nie spadli, ale zmęczenie materiału dało o sobie znać. Być może na ambiwalentne uczucia odnośnie ichniego show miała także wpływ częstotliwość, z jaką ich widziałem ostatnimi czasy. Jak mawiał mój ksiądz w liceum posługując się pewną analogią do czynności pięknej, miłej i przyjemnej: „Nawet lody śmietankowe jedzone codziennie powodują po pewnym czasie obrzydzenie i mdłości. Stąd potrzeba przerwy.”.
Urodziny (w) Bezsenności – Fisz, Emade, Envee + MMI – 16.01.2008 – Wrocław – Bezsenność
Juwenalia part 1
maj 6, 2006
Tegoroczne Juwenalia nieco przeraziły mnie swoim bogactwem. Nadspodziewanie wysoka ilość artystów oraz mnogość koncertów sprawiły, iż mój portfel zaczął obawiać się, że zostanie w nim emocjonalna pustka – nawis finansowy został i tak ostatnio mocno zredukowany, a tutaj szykowało się parę koncertowych hiciorów, których nijak nie mogłem, nie chciałem i nie byłem w stanie pominąć. Postanowiłem dokonać wstępnej selekcji i wybrać tylko te występy, które gwarantowałyby: a) wysoki poziom artystyczny b) emocjonalne przeżycia podczas wysłuchiwania zespołów, co do których mam mocny sentyment c) możliwość zaspokojenie estetycznej potrzeby pogapienia się na ogromne ilości studentek wszelkich kategorii i rodzajów.Wyszło mi, że wszystkie te kryteria są jednak nie do pogodzenia na jednym występie. Pozostało mi więc znalezienie takich koncertów, które by w dwóch częściach odpowiadały moim ścisłym i jakże ważkim problemom.
Z lekkim bólem serca zrezygnowałem z występu O.S.T.R. oraz nieco mniejszym bólem przepony z Indios Bravos. Żadnego żalu nie czułem natomiast przy T. Love, Frustucku oraz Tumbao. Moja bajka muzyczna na zupełnie innym torze się porusza, więc nie miałem zamiaru zmuszać się do koncertu, który wzmagałby we mnie jedynie chęć pochłonięcia kolejnego rozcieńczonego piwa.
Inną sprawą była sobota. Sobota – słoneczna i złota – została przeze mnie okrzyknięta jednym z dwóch najlepszych dni koncertowych. Pogodno, Fisz oraz Vavamuffin powinny zaspokoić nieukojony ból artystyczny po absencji na koncertach dnia poprzedniego, a występ HEY winien przyciągnąć pokaźną grupę płci przeciwnej (acz zapewne nie tylko studentek), która to grupa ładnie będzie komponowała się na tle zielonej trawki Pól Marsowych.
Anyway, plan przewidywał jeszcze występ grupy Ocean, który to występ był raczej najmniej intrygującą częścią całego dnia. Wielogodzinna burza mózgów oraz dokładne przestudiowanie plakatów juwenaliowych pozwoliły nam przypuszczać, które to przypuszczenia graniczyły ze 100% pewnością, że Ocean, jako zespół najmniej znany, najmniej lubiany i najmniej ciekawy będzie grał pierwszy.
Na widowisko, mające się rozpocząć około godziny 15:00, przybyłem przed czasem i ze zdziwieniem zaobserwowałem nadspodziewanie dużą ilość flag, czapek oraz umalowanych twarzy w barwach narodowych (biało czerwony – jakby ktoś nie wiedział). Sprawa wyjaśniła się dopiero przy wejściu, kiedy to usłyszałem potężny ryk silników motocyklowych. Pierwsza klapka zaskoczyła i w mej głowie coś zaczęło świtać. Jednak dopiero podczas rozmowy przy kasie zorientowałem się w czym rzecz:
-Poproszę bilet. – zagaiłem inteligentnie panią, która wyglądała jakby w tej kasie siedziała od Gomułki. I to wczesnego!
-Jaki? – mocne pytanie. Cóż, trzeba walczyć.
-No, może studencki?? – zaryzykowałem odkrycie mojej tożsamości.
-Yyy – inteligentnie przedłużyła frazę – Ale jaki sektor? – Zaatakowała ponownie.
-A jakie są za ile? – nie poddałem się i niczym porządny chasyd odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Ha!
-Za 100 zł… – W tym momencie moja mina musiała wyglądać dość intrygująco, bo pani z okienka, która już niejednego namolnego klienta spławiła w swej długiej karierze, wykazała pewną dozę troski, bo dodała – No ale pan może jeszcze przez płot obejrzeć…
-Hę? To co dzisiaj, przepraszam, zagra? Hendrix czy Doorsi z Morrisonem?
-Aaaa! – wyraz zrozumienia zagościł w oczach pani kasjerki – Pan na Juwenalia… To dalej trzeba iść. Ja tutaj mam bilety na żużel. Wie pan, zawody jakieś są.
„Ha!” – druga klapka przeskoczyła mi w głowie – „Tutaj jest Stadion Olimpijski i na tym stadionie odbywają się zawodu żużlowe. Stąd tyle ludzi.”
Oszołomiony swoją własną logiką poczłapałem w kierunku bliżej znanym, mijając kolejne grupy wesołych żaków oraz żuli (czasem rozróżnienie jednego typu od drugiego może być trudne, a już osobną kwestią jest to, że bycie jednym nie oznacza niebycia drugim) i tu kolejna niespodzianka. Wejście z innej strony oraz pokaźna ilość strażników pilnujących płotów z każdej strony. Na dodatek scena ustawiona nieco inaczej i dużo pokaźniejsza przestrzeń do ogarnięcia.
Dużo się niezastanawiając postanowiłem przekroczyć bramy ogradzające teren przykoncertowy i namierzając przeszkody terenowe obrać kierunek chmielowy. Zakupiony bilet został starym, dobrym zwyczajem zmasakrowany przez przedzieracza, który z furią i sadystycznym błyskiem w oku lubuje się w kwałkowaniu niewinnych fragmentów papieru z nadrukami nań.
Zresztą na każdym koncercie taki osobnik występuje. Jego profil to biały mężczyzna, wiek około 25 – 30 lat, włosy krótkie, uśmiech cyniczny, nieuzasadnione wysokie mniemanie odnośnie wykonywanej funkcji. Często typ socjopaty, który z największą przyjemnością odmawia wejścia wszystkim, u których podejrzewa a) nieczyste intencje b) nieczyste ręce c) „czystą” w plecaku (chodzi naturalnie o produkt zawierający pewną ilość procentową alkoholu). Nie należy przypatrywać się jego osobie, gdyż może to uznać jako wyzwanie i po zdewastowaniu biletu, cofnie nas z powrotem pod pozorem nieposiadania ważnego, bo przecież skasowanego już, biletu.
Tak więc po zdaniu testu na praworządnego obywatela (Czy posiada pan jakąś ukrytą broń?) oraz pozytywnie przechodząc test na znajomość regulaminu imprezy (Naturalnie wie pan, że nie można żadnego alkoholu wnosić, prawda?) mogłem udać się bliżej sceny. I tutaj kolejna niespodzianka. Teren przyscenowy został ogrodzony kolejnym płotkiem. Celem było uniemożliwienie wejścia osobom z alkoholem. Miły to pomysł pozwalał bujać się i skakać bez obawy, że ktoś mało trzeźwy wyleje mi na łeb swoje piwo. Tylko że pomysł idzie zawsze inaczej niż praktyka – wokół mnóstwo osób stało z kubkami i nawet puszkami. No ale z drugiej strony nie przesadzajmy z rygorem. It was a party time.
Ambitny plan zakładał wygrzewanie się na trawce z piwkiem w łapce przy jednoczesnym delektowaniu się muzyką z głośników. Znaczy o ile mnie muzycznie coś nie porwie i nie zagna jednak bliżej sceny. Inaczej niż sobie założyłem koncertu nie rozpoczął występ rockowego Oceanu, tylko Fisza.
W płomieniach Słońca i z zimnym piwkiem byłem w dość leniwym nastroju, więc jedyną formą aktywności, o jaką się pokusiłem, było bujanie się w miejscu.
Występ mnie jakoś szczególnie nie porwał, ale z drugiej strony nic nie mogę mu zarzucić. Niewielka ilość osób, wczesna pora oraz świadomość supportowania wpłynęły zarówno na mój odbiór jak i na ich granie. Na pewno dużym pozytywem okazało się nagłośnienie (ale to przecież nie zasługa zespołu); wyraźny wokal, wszystkie instrumenty było słychać, łącznie z komputerem, który „grał” niczym równorzędny instrument muzyczny.
Summa summarum godzinny występ Waglewskiego był pozytywnym rozpoczęciem popołudniowo – wieczornych imprez. Tylko ten bis w którym „zagrała” wcześniej już zagrana piosenka…
Następnie musiało pójść pasmo reklamowe, musiał wyskoczyć konferansjer z mało śmiesznymi żartami i musiała nastąpić zmiana sprzętu na scenie. Taka konwencja juwenaliowych imprez – bez beznadziejnego wodzireja, dziękującemu sponsorom co 34 sekundy, nie może się obejść.
Powoli acz nieustępliwie ustawiał się warsiaffkowy Vavamuffin, zapowiedziany przez rzucającego co chwilę nieśmieszne teksty pana na scenie. Pisk po mojej sterburcie i tupot gimnazjalno – licealnych trampek świadczył o tym, że komunikat został zrozumiany. Dość pokaźna ilość osób pokonała siłę grawitacji, zmieniła pozycję wertykalną na horyzontalną i ruszyła pod scenę. Mnie ta wędrówka ludów zaciekawiła o tyle, że przed nosem poczęły mi się przesuwać kolejne zastępy tyłków wszelkich rozmiarów. Po minucie czy dwóch obserwacji, wróciłem do błogiego leżenia na trawce i oczekiwania na występ reggae/ragga składu.
Panowie ruszyli z kopyta, choć już niestety nie głównym motywem z Rockyego. A szkoda bo to mocne wejście w Bielawie na długo, jak widać, zapadło mi w pamięć. Ale nie ma co marudzić, bo był i ogień, i moc, i energia. Nóżka sama się podrywała i tylko zimne piwo, z którym miałbym problem dostać się w rejony podsceniczne, ochładzało mój zapał rzucenia się w pokaźny tłum osób szalejących pod sceną. W przeciwieństwie do poprzedzającego Fisza, Vavamuffin naprawdę sprawdza się na takich imprezach. W warstwie setlistowej obyło się raczej bez niespodzianek – leciał „Va Bang!” plus pewna doza nowości, co zresztą wypada raczej traktować na plus.
Muzycznie także bardzo w porządku. No a skład wypluwający słowa z prędkością dobrego kałacha, za każdym razem wzbudza u mnie podziw. Umiejętności wyginania języków i tworzenia kolejnych łamańców sylabowych u Warszawiaków jest zresztą czymś, co także lekko mnie frustruje, z powodów moich własnych problemów z dykcją. Tajemnicą poliszynela jest to, że ja, osoba która w zasadzie reggae nie lubi, Vavamuffina darzy ogromną sympatią i ma mocno pozytywny stosunek do nich. Bo oni nie tylko miło grają, ale także sami zdają się być ludźmi miłymi. „Pozytywne wibracje”, jakkolwiek głupio to zabrzmi, to coś co na koncertach Vavy naprawdę istnieje w pokaźnej ilości. Zresztą wystarczyło się rozejrzeć dookoła, by stwierdzić, że zdecydowana większość osób przebywających na Polach Marsowych, z szerokim uśmiechem przygląda się kolejnym popisom lingwistyczno – wokalno – instrumentalnym.
Było tylko jedno „ale”. Chodzi mi (znowu!) o bis, który był nieciekawy i mnie znudził. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć czy to był jakiś jeden kawałek czy też improwizacja, nie wiem. W każdym razie wrażenie pozostawił średnie.
Podczas technicznej przerwy, podczas której zaczęło się instalować Pogodno, na scenę powrócił ulubieniec publiczności – imć konferansjer – z kolejną porcją nieśmiesznych zapowiedzi i kolejnymi ukłonami dla sponsorów. Kolejne fale ludzi odpływały spod sceny, dzięki czemu dość łatwo dobrnąłem w taktyczny punkt, w którym mogłem dość swobodnie przyglądać się poczynaniom muzyków przy jednoczesnym uniknięciu kociołka, w którym poziom kurzu przypadający na jednego koncertowicza był porównywalny z syfem woodstockowym.
Po krótkiej chwili Pogodno pojawiło się na scenie. Jednak skład był nieco „wykastrowany”; czwórka płci męskiej bez dęciaka, to nie było to, co miałem okazję obserwować na ostatnim wrocławskim koncercie. „No trudno” – pomyślałem – „miast ubolewać nad niekompletnym składem skoncentruję się na muzyce.”
Zdumiony i z coraz większym rozwarciem paszczęki przedniej oglądałem występ, który był dla mnie, i nie tylko dla mnie, że pozwolę sobie to napisać w imieniu pokaźnej ilości bawiących się wokół mnie osób, ukoronowaniem całych sobotnich juwenaliów. Już od pierwszym minut występu wiedziałem, że ani HEY z Kasią, ani tym bardziej Ocean nie są w stanie zakasować Budynia z kompanią.
W tym miejscu pozwolę sobie zawiesić akcję i przejść do krótkiej dygresji. Otóż nie jestem w stanie ocenić na ile ich spontaniczność, humor oraz dystans, są naturalnymi cechami wynikającymi z ich osobowości scenicznej, a na ile jest to świadomy i wyćwiczony proces autokreacji. Podobnie jak nie jestem w stanie ocenić czy kolejne muzyczne łamańce i wygibasy są ustalonymi na próbach wersjami koncertowymi kawałków z płyt i to co improwizacją się być wydaje, jest po prostu wyreżyserowanym i odgrywanym za każdym razem od nowa spektaklem. Naprawdę nie wiem. I co więcej – nie chcę wiedzieć.
Każdy ich koncert ma w sobie tyle luzu i spontaniczności, że w chwili gdy choćby malutki cień zwątpienia uderza mnie w sploty, to od razu jest gaszony przez kolejne synapsy, które dopuszczają do świadomości tylko pozytywne obrazy tyczące się ich muzyki. Za każdym razem mnie kupują i za każdym razem, gdy wychodzę z ich występu jestem pewny – to był prawdziwy rock`n`roll. Moja koleżanka powiedziała mi kiedyś, że uwielbia Pogodno za ich niekonwencjonalne podejście do odgrywanej muzyki. I chyba właśnie zawarła esencję filozofii artystycznej w tym jednym prostym zdaniu. Oryginalność, w jak najlepszym rozumieniu tego słowa, to cecha, która najlepiej ich charakteryzuje.
Wystarczy raz pójść na koncert, by stwierdzić, że równie istotną częścią każdego występu jest kontakt i interakcja z publicznością, którą Budyń uwodzi (publiczność, nie interakcję) z łatwością. Prawdę mówiąc podobne odczucia mam tylko, gdy oglądam Wojtka Waglewskiego, który w zdecydowanie inny, ale równie skuteczny sposób potrafi zaczarować ludzi wokół siebie.
Ile grało Pogodno? Nie wiem. Na pewno za krótko, choć pewnie coś ponad godzinę. Co zagrało Pogodno? Nie jestem w stanie wymienić nawet połowy utworów, bo kolejne kawałki zlały się w jedną wspaniałą pieśń, która mnie uwiodła. Na dodatek musiałem mieć wygląd niedorozwiniętego kretyna, gdy z szerokim uśmiechem na ustach, skakałem i bujałem się w rytm dźwięków dobywających się z głośników. Dobrze że osób, które odnotować, by mogły ten stan jako dziwny, było bardzo niewiele, bo zdecydowana większość wokół mnie miała równie skretyniale błogie miny.
Wraz z końcem występu miałem wrażenie wyjścia z jakiegoś transu. Albo przerwanego snu, który był bardzo przyjemny, ale urwał się w połowie i pozostawił smutek związany z niedokończoną przyjemnością. Odwróciłem głowę i zobaczyłem nad lasem zachodzące Słońce. Czerwona kula znikała wraz z ostatnim „Paparara” i idealnie zgrała się w czasie zakończeniem pogodnego występu Pogodna.
Kolejne osoby mrugały zdezorientowane, lecz ani oklaski, ani krzyki, ani prośby, ani groźby nie mogły powstrzymać zespołu przed zejściem ze sceny i powrotem do rzeczywistości.
A do rzeczywistości wkroczył konferansjer niszcząc resztki emocji, które krążyły jeszcze wśród audytorium. Był jak ziarnko goryczy, które znalazło się przypadkiem na dnie miseczki z lodami czekoladowymi i które to ziarenko rozgryzione przypadkiem wraz z ostatnim kęsem lodów, zepsuło cały smak, przyjemność i radość. Jakby było mało, dobił mnie zapowiedzią Oceanu. Zrejterowałem sprzed sceny i powoli, przemykając wśród publiczności niczym statek pokonujący fale uderzającego w jego dziub, zacząłem się ewakuować. Porykiwania wokalisty i monotonne brzmienie gitar dopełniło sprawy i przepłoszyło mnie całkowicie z Pół Marsowych, przez co ominął mnie, z tego co potem mi powiedziano, dość przeciętny koncert HEYa, na którym była do usłyszenia spora ilość piosenek z najnowszej, lecz nienowej bo zeszłorocznej, płyty Echosystem.
Juwenalia – 06.05.2006 – Wrocław – Pola Marsowe
Berlin dwóch tysięcy lat jest jak cały świat
kwiecień 24, 2004
Powoli zbliżaliśmy się do miejsca koncertu. Swojskie „kurwa” usłyszane w drodze do metra, wyrwało mnie z rozmyślań nad cenami zapiekanek. Raz za razem słychać było polską mowę. Dochodziliśmy do Kulturbrauerei, który przez 6 dni, w ramach festiwalu „Terra Polska”, stał się domem dla 200 artystów z Polski, jak i niemieckiej Polonii. Sobotnim, chyba najmocniejszym akcentem, miał być występ Kultu poprzedzony Futrem oraz Tworzywem Sztucznym.
Stragany, gwar, panowie puszczający ogień, puste butelki, puszki, odór marihuany. Wszystko to zmieszane razem, dawało niezłą mieszankę. Tygiel wonno – kulturowy. Po lewej stronie stała sobie niepozornie niewielka scena, nad którą widniał napis: „Brudne Dzieci Sida”. Niestety, koncert Patyczaka miał miejsce kilka godzin wcześniej.
Idąc dalej dało się ujrzeć pokaźną grupę tłoczącą się niemrawo w kolejce; tłum osób wokół wejścia świadczył o tym, że trafiliśmy we właściwe miejsce. I tutaj pierwsza niespodzianka! Bilety magicznym sposobem podrożały o 1,5 euro w stosunku do ceny zapowiadanej. Na dodatek wyglądały jak niewydrukowane do końca.
Po chwili weszliśmy do środka. Przestrzenna sala, dość duża scena, w miarę luźno, sufit wysoko a nawet możliwość oglądania koncertu z lotu rzuconej do góry butelki to atuty naprawdę godne pozazdroszczenia. Minusem była natomiast płatna toaleta, z której przyszło mi skorzystać zaraz po wejściu. Brak lokalnej waluty sprawił, że musiałem prosić o możliwość zrobienia siusiu za darmo. Ale co tam, za wrzesień 39 należy mi się chyba gratisowy kibel.
Chwilę zajęło nim pierwszy band się rozłożył, więc nadstawiłem ucha. Rozmowy głównie po polsku; choć i mowa Goethego wraz z szekspirowskimi wtrąceniami się zdarzały.
To, co zwróciło moją szczególną uwagę – wszechobecne butelki; potłuczone, zdeptane i zmiażdżone. Istny horror. Na dodatek tego szkła przybywało. Głupota ludzka nie zna granic.
Ale nie miałem czasu denerwować się i rozmyślać nad zachowaniem osób, z którymi przyszło mi się bawić, gdyż rozpoczynał się koncert. Jako że był to, znaczy się dla mnie, koncertowy debiut z Fiszem, z ciekawością obserwowałem zespół. Młody Waglewski już na wejściu powiedział, że będą grać 40 minut i słowa dotrzymał. Było ok, ale momentami zbyt monotonnie. Publiczność, średnio wciągnięta, wyraźnie oczekiwała na gwiazdę wieczoru.
Po zejściu Tworzywa Sztucznego nastąpiła około dwudziestominutowa przerwa i pojawił się zespół Futro z Noviką na czele. No cóż, nie wiem, jak to subtelnie ująć; nic interesującego. Ziewanie i nudy. Warty odnotowania był tylko cover „Wojen gwiezdnych” Kryzysu z tekstem „Powietrze tu nieświeże i niezdrowy swąd”. Podczas występu niemal odbiłem się od Fisza, który wraz z zespołem kierował się ku wyjściu. Futro zagrało i zeszło.
Koncert Kultu rozpoczął się niemal punktualnie o północy, tu wielka niespodzianka, Barankiem. Zresztą cały występ należał do tych bardziej standardowych. Urozmaiceniami były między innymi zagubione fanty, które Kazik dostawał; klucz, paszport i kartę do bankomatu. Na dodatek otrzymał prezent w postaci buziaka od jakiejś fanki oraz zatańczył z jakimś chłopakiem. Przed Irkiem inna osoba padła na kolana i zaczęła bić pokłony.
Zaskoczeń muzycznych – żadnych. Ten koncert aż prosił się o Berlin. A była jedynie Arahja. Na bisy Krew Boga, Konsument, Wolność oraz Polska, którą pierwszy raz od dawna zaśpiewałem. I przyznam, że pewną radość sprawiło mi śpiewanie „Polska! Mieszkam w Polsce! Mieszkam tu, tu, tu, tu!”
Całość w granicach dwóch godzin i trzydziestu minut. Nagłośnienie całkiem niezłe, acz, jak zwykle, nie słychać było gitary Morawca.
Powrót z rozradowanymi rodakami, z których większość była naprawdę mocno ukontentowana występem Kulcich, sprawił mi dużą frajdę. W sercu obcego miasta poczuć się jak w domu – piękne uczucie.
Zaś co do miasta… Berlin mnie przytłoczył. Za nic nie chciałbym tam mieszkać. Duże, bezimienne, anonimowe. Czułem się tam mocno zagubiony i jakiś taki, sam nie wiem jak to określić, przytłoczony.
Kult – 24.04.2004 – Kesselhaus/Kulturbrauerei – Berlin
P.S.