Juwenalia part 1
maj 6, 2006
Tegoroczne Juwenalia nieco przeraziły mnie swoim bogactwem. Nadspodziewanie wysoka ilość artystów oraz mnogość koncertów sprawiły, iż mój portfel zaczął obawiać się, że zostanie w nim emocjonalna pustka – nawis finansowy został i tak ostatnio mocno zredukowany, a tutaj szykowało się parę koncertowych hiciorów, których nijak nie mogłem, nie chciałem i nie byłem w stanie pominąć. Postanowiłem dokonać wstępnej selekcji i wybrać tylko te występy, które gwarantowałyby: a) wysoki poziom artystyczny b) emocjonalne przeżycia podczas wysłuchiwania zespołów, co do których mam mocny sentyment c) możliwość zaspokojenie estetycznej potrzeby pogapienia się na ogromne ilości studentek wszelkich kategorii i rodzajów.Wyszło mi, że wszystkie te kryteria są jednak nie do pogodzenia na jednym występie. Pozostało mi więc znalezienie takich koncertów, które by w dwóch częściach odpowiadały moim ścisłym i jakże ważkim problemom.
Z lekkim bólem serca zrezygnowałem z występu O.S.T.R. oraz nieco mniejszym bólem przepony z Indios Bravos. Żadnego żalu nie czułem natomiast przy T. Love, Frustucku oraz Tumbao. Moja bajka muzyczna na zupełnie innym torze się porusza, więc nie miałem zamiaru zmuszać się do koncertu, który wzmagałby we mnie jedynie chęć pochłonięcia kolejnego rozcieńczonego piwa.
Inną sprawą była sobota. Sobota – słoneczna i złota – została przeze mnie okrzyknięta jednym z dwóch najlepszych dni koncertowych. Pogodno, Fisz oraz Vavamuffin powinny zaspokoić nieukojony ból artystyczny po absencji na koncertach dnia poprzedniego, a występ HEY winien przyciągnąć pokaźną grupę płci przeciwnej (acz zapewne nie tylko studentek), która to grupa ładnie będzie komponowała się na tle zielonej trawki Pól Marsowych.
Anyway, plan przewidywał jeszcze występ grupy Ocean, który to występ był raczej najmniej intrygującą częścią całego dnia. Wielogodzinna burza mózgów oraz dokładne przestudiowanie plakatów juwenaliowych pozwoliły nam przypuszczać, które to przypuszczenia graniczyły ze 100% pewnością, że Ocean, jako zespół najmniej znany, najmniej lubiany i najmniej ciekawy będzie grał pierwszy.
Na widowisko, mające się rozpocząć około godziny 15:00, przybyłem przed czasem i ze zdziwieniem zaobserwowałem nadspodziewanie dużą ilość flag, czapek oraz umalowanych twarzy w barwach narodowych (biało czerwony – jakby ktoś nie wiedział). Sprawa wyjaśniła się dopiero przy wejściu, kiedy to usłyszałem potężny ryk silników motocyklowych. Pierwsza klapka zaskoczyła i w mej głowie coś zaczęło świtać. Jednak dopiero podczas rozmowy przy kasie zorientowałem się w czym rzecz:
-Poproszę bilet. – zagaiłem inteligentnie panią, która wyglądała jakby w tej kasie siedziała od Gomułki. I to wczesnego!
-Jaki? – mocne pytanie. Cóż, trzeba walczyć.
-No, może studencki?? – zaryzykowałem odkrycie mojej tożsamości.
-Yyy – inteligentnie przedłużyła frazę – Ale jaki sektor? – Zaatakowała ponownie.
-A jakie są za ile? – nie poddałem się i niczym porządny chasyd odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Ha!
-Za 100 zł… – W tym momencie moja mina musiała wyglądać dość intrygująco, bo pani z okienka, która już niejednego namolnego klienta spławiła w swej długiej karierze, wykazała pewną dozę troski, bo dodała – No ale pan może jeszcze przez płot obejrzeć…
-Hę? To co dzisiaj, przepraszam, zagra? Hendrix czy Doorsi z Morrisonem?
-Aaaa! – wyraz zrozumienia zagościł w oczach pani kasjerki – Pan na Juwenalia… To dalej trzeba iść. Ja tutaj mam bilety na żużel. Wie pan, zawody jakieś są.
„Ha!” – druga klapka przeskoczyła mi w głowie – „Tutaj jest Stadion Olimpijski i na tym stadionie odbywają się zawodu żużlowe. Stąd tyle ludzi.”
Oszołomiony swoją własną logiką poczłapałem w kierunku bliżej znanym, mijając kolejne grupy wesołych żaków oraz żuli (czasem rozróżnienie jednego typu od drugiego może być trudne, a już osobną kwestią jest to, że bycie jednym nie oznacza niebycia drugim) i tu kolejna niespodzianka. Wejście z innej strony oraz pokaźna ilość strażników pilnujących płotów z każdej strony. Na dodatek scena ustawiona nieco inaczej i dużo pokaźniejsza przestrzeń do ogarnięcia.
Dużo się niezastanawiając postanowiłem przekroczyć bramy ogradzające teren przykoncertowy i namierzając przeszkody terenowe obrać kierunek chmielowy. Zakupiony bilet został starym, dobrym zwyczajem zmasakrowany przez przedzieracza, który z furią i sadystycznym błyskiem w oku lubuje się w kwałkowaniu niewinnych fragmentów papieru z nadrukami nań.
Zresztą na każdym koncercie taki osobnik występuje. Jego profil to biały mężczyzna, wiek około 25 – 30 lat, włosy krótkie, uśmiech cyniczny, nieuzasadnione wysokie mniemanie odnośnie wykonywanej funkcji. Często typ socjopaty, który z największą przyjemnością odmawia wejścia wszystkim, u których podejrzewa a) nieczyste intencje b) nieczyste ręce c) „czystą” w plecaku (chodzi naturalnie o produkt zawierający pewną ilość procentową alkoholu). Nie należy przypatrywać się jego osobie, gdyż może to uznać jako wyzwanie i po zdewastowaniu biletu, cofnie nas z powrotem pod pozorem nieposiadania ważnego, bo przecież skasowanego już, biletu.
Tak więc po zdaniu testu na praworządnego obywatela (Czy posiada pan jakąś ukrytą broń?) oraz pozytywnie przechodząc test na znajomość regulaminu imprezy (Naturalnie wie pan, że nie można żadnego alkoholu wnosić, prawda?) mogłem udać się bliżej sceny. I tutaj kolejna niespodzianka. Teren przyscenowy został ogrodzony kolejnym płotkiem. Celem było uniemożliwienie wejścia osobom z alkoholem. Miły to pomysł pozwalał bujać się i skakać bez obawy, że ktoś mało trzeźwy wyleje mi na łeb swoje piwo. Tylko że pomysł idzie zawsze inaczej niż praktyka – wokół mnóstwo osób stało z kubkami i nawet puszkami. No ale z drugiej strony nie przesadzajmy z rygorem. It was a party time.
Ambitny plan zakładał wygrzewanie się na trawce z piwkiem w łapce przy jednoczesnym delektowaniu się muzyką z głośników. Znaczy o ile mnie muzycznie coś nie porwie i nie zagna jednak bliżej sceny. Inaczej niż sobie założyłem koncertu nie rozpoczął występ rockowego Oceanu, tylko Fisza.
W płomieniach Słońca i z zimnym piwkiem byłem w dość leniwym nastroju, więc jedyną formą aktywności, o jaką się pokusiłem, było bujanie się w miejscu.
Występ mnie jakoś szczególnie nie porwał, ale z drugiej strony nic nie mogę mu zarzucić. Niewielka ilość osób, wczesna pora oraz świadomość supportowania wpłynęły zarówno na mój odbiór jak i na ich granie. Na pewno dużym pozytywem okazało się nagłośnienie (ale to przecież nie zasługa zespołu); wyraźny wokal, wszystkie instrumenty było słychać, łącznie z komputerem, który „grał” niczym równorzędny instrument muzyczny.
Summa summarum godzinny występ Waglewskiego był pozytywnym rozpoczęciem popołudniowo – wieczornych imprez. Tylko ten bis w którym „zagrała” wcześniej już zagrana piosenka…
Następnie musiało pójść pasmo reklamowe, musiał wyskoczyć konferansjer z mało śmiesznymi żartami i musiała nastąpić zmiana sprzętu na scenie. Taka konwencja juwenaliowych imprez – bez beznadziejnego wodzireja, dziękującemu sponsorom co 34 sekundy, nie może się obejść.
Powoli acz nieustępliwie ustawiał się warsiaffkowy Vavamuffin, zapowiedziany przez rzucającego co chwilę nieśmieszne teksty pana na scenie. Pisk po mojej sterburcie i tupot gimnazjalno – licealnych trampek świadczył o tym, że komunikat został zrozumiany. Dość pokaźna ilość osób pokonała siłę grawitacji, zmieniła pozycję wertykalną na horyzontalną i ruszyła pod scenę. Mnie ta wędrówka ludów zaciekawiła o tyle, że przed nosem poczęły mi się przesuwać kolejne zastępy tyłków wszelkich rozmiarów. Po minucie czy dwóch obserwacji, wróciłem do błogiego leżenia na trawce i oczekiwania na występ reggae/ragga składu.
Panowie ruszyli z kopyta, choć już niestety nie głównym motywem z Rockyego. A szkoda bo to mocne wejście w Bielawie na długo, jak widać, zapadło mi w pamięć. Ale nie ma co marudzić, bo był i ogień, i moc, i energia. Nóżka sama się podrywała i tylko zimne piwo, z którym miałbym problem dostać się w rejony podsceniczne, ochładzało mój zapał rzucenia się w pokaźny tłum osób szalejących pod sceną. W przeciwieństwie do poprzedzającego Fisza, Vavamuffin naprawdę sprawdza się na takich imprezach. W warstwie setlistowej obyło się raczej bez niespodzianek – leciał „Va Bang!” plus pewna doza nowości, co zresztą wypada raczej traktować na plus.
Muzycznie także bardzo w porządku. No a skład wypluwający słowa z prędkością dobrego kałacha, za każdym razem wzbudza u mnie podziw. Umiejętności wyginania języków i tworzenia kolejnych łamańców sylabowych u Warszawiaków jest zresztą czymś, co także lekko mnie frustruje, z powodów moich własnych problemów z dykcją. Tajemnicą poliszynela jest to, że ja, osoba która w zasadzie reggae nie lubi, Vavamuffina darzy ogromną sympatią i ma mocno pozytywny stosunek do nich. Bo oni nie tylko miło grają, ale także sami zdają się być ludźmi miłymi. „Pozytywne wibracje”, jakkolwiek głupio to zabrzmi, to coś co na koncertach Vavy naprawdę istnieje w pokaźnej ilości. Zresztą wystarczyło się rozejrzeć dookoła, by stwierdzić, że zdecydowana większość osób przebywających na Polach Marsowych, z szerokim uśmiechem przygląda się kolejnym popisom lingwistyczno – wokalno – instrumentalnym.
Było tylko jedno „ale”. Chodzi mi (znowu!) o bis, który był nieciekawy i mnie znudził. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć czy to był jakiś jeden kawałek czy też improwizacja, nie wiem. W każdym razie wrażenie pozostawił średnie.
Podczas technicznej przerwy, podczas której zaczęło się instalować Pogodno, na scenę powrócił ulubieniec publiczności – imć konferansjer – z kolejną porcją nieśmiesznych zapowiedzi i kolejnymi ukłonami dla sponsorów. Kolejne fale ludzi odpływały spod sceny, dzięki czemu dość łatwo dobrnąłem w taktyczny punkt, w którym mogłem dość swobodnie przyglądać się poczynaniom muzyków przy jednoczesnym uniknięciu kociołka, w którym poziom kurzu przypadający na jednego koncertowicza był porównywalny z syfem woodstockowym.
Po krótkiej chwili Pogodno pojawiło się na scenie. Jednak skład był nieco „wykastrowany”; czwórka płci męskiej bez dęciaka, to nie było to, co miałem okazję obserwować na ostatnim wrocławskim koncercie. „No trudno” – pomyślałem – „miast ubolewać nad niekompletnym składem skoncentruję się na muzyce.”
Zdumiony i z coraz większym rozwarciem paszczęki przedniej oglądałem występ, który był dla mnie, i nie tylko dla mnie, że pozwolę sobie to napisać w imieniu pokaźnej ilości bawiących się wokół mnie osób, ukoronowaniem całych sobotnich juwenaliów. Już od pierwszym minut występu wiedziałem, że ani HEY z Kasią, ani tym bardziej Ocean nie są w stanie zakasować Budynia z kompanią.
W tym miejscu pozwolę sobie zawiesić akcję i przejść do krótkiej dygresji. Otóż nie jestem w stanie ocenić na ile ich spontaniczność, humor oraz dystans, są naturalnymi cechami wynikającymi z ich osobowości scenicznej, a na ile jest to świadomy i wyćwiczony proces autokreacji. Podobnie jak nie jestem w stanie ocenić czy kolejne muzyczne łamańce i wygibasy są ustalonymi na próbach wersjami koncertowymi kawałków z płyt i to co improwizacją się być wydaje, jest po prostu wyreżyserowanym i odgrywanym za każdym razem od nowa spektaklem. Naprawdę nie wiem. I co więcej – nie chcę wiedzieć.
Każdy ich koncert ma w sobie tyle luzu i spontaniczności, że w chwili gdy choćby malutki cień zwątpienia uderza mnie w sploty, to od razu jest gaszony przez kolejne synapsy, które dopuszczają do świadomości tylko pozytywne obrazy tyczące się ich muzyki. Za każdym razem mnie kupują i za każdym razem, gdy wychodzę z ich występu jestem pewny – to był prawdziwy rock`n`roll. Moja koleżanka powiedziała mi kiedyś, że uwielbia Pogodno za ich niekonwencjonalne podejście do odgrywanej muzyki. I chyba właśnie zawarła esencję filozofii artystycznej w tym jednym prostym zdaniu. Oryginalność, w jak najlepszym rozumieniu tego słowa, to cecha, która najlepiej ich charakteryzuje.
Wystarczy raz pójść na koncert, by stwierdzić, że równie istotną częścią każdego występu jest kontakt i interakcja z publicznością, którą Budyń uwodzi (publiczność, nie interakcję) z łatwością. Prawdę mówiąc podobne odczucia mam tylko, gdy oglądam Wojtka Waglewskiego, który w zdecydowanie inny, ale równie skuteczny sposób potrafi zaczarować ludzi wokół siebie.
Ile grało Pogodno? Nie wiem. Na pewno za krótko, choć pewnie coś ponad godzinę. Co zagrało Pogodno? Nie jestem w stanie wymienić nawet połowy utworów, bo kolejne kawałki zlały się w jedną wspaniałą pieśń, która mnie uwiodła. Na dodatek musiałem mieć wygląd niedorozwiniętego kretyna, gdy z szerokim uśmiechem na ustach, skakałem i bujałem się w rytm dźwięków dobywających się z głośników. Dobrze że osób, które odnotować, by mogły ten stan jako dziwny, było bardzo niewiele, bo zdecydowana większość wokół mnie miała równie skretyniale błogie miny.
Wraz z końcem występu miałem wrażenie wyjścia z jakiegoś transu. Albo przerwanego snu, który był bardzo przyjemny, ale urwał się w połowie i pozostawił smutek związany z niedokończoną przyjemnością. Odwróciłem głowę i zobaczyłem nad lasem zachodzące Słońce. Czerwona kula znikała wraz z ostatnim „Paparara” i idealnie zgrała się w czasie zakończeniem pogodnego występu Pogodna.
Kolejne osoby mrugały zdezorientowane, lecz ani oklaski, ani krzyki, ani prośby, ani groźby nie mogły powstrzymać zespołu przed zejściem ze sceny i powrotem do rzeczywistości.
A do rzeczywistości wkroczył konferansjer niszcząc resztki emocji, które krążyły jeszcze wśród audytorium. Był jak ziarnko goryczy, które znalazło się przypadkiem na dnie miseczki z lodami czekoladowymi i które to ziarenko rozgryzione przypadkiem wraz z ostatnim kęsem lodów, zepsuło cały smak, przyjemność i radość. Jakby było mało, dobił mnie zapowiedzią Oceanu. Zrejterowałem sprzed sceny i powoli, przemykając wśród publiczności niczym statek pokonujący fale uderzającego w jego dziub, zacząłem się ewakuować. Porykiwania wokalisty i monotonne brzmienie gitar dopełniło sprawy i przepłoszyło mnie całkowicie z Pół Marsowych, przez co ominął mnie, z tego co potem mi powiedziano, dość przeciętny koncert HEYa, na którym była do usłyszenia spora ilość piosenek z najnowszej, lecz nienowej bo zeszłorocznej, płyty Echosystem.