Juwenalia part 3

maj 12, 2006

Dwunastego maja roku 2006 wybrałem się na trzeci i zarazem najważniejszy dla mnie dzień tegorocznych Juwenaliów. Tandem Kult i Homo Twist miały być uwieńczeniem i najmocniejszym akcentem koncertowym. Bilet był stosunkowo drogi, ale klasa i ranga zespołów były pewnym wytłumaczeniem tej, jak na juwenaliowe warunki, wysokiej ceny. Słonko grzało, ciepły maj pozwalał na rozebranie się z czego większość osób skwapliwie korzystała pokazując czasem co ciekawsze fragmenty swojego ciała. I o ile męska część publiki raczej mało mnie pociągała, to żeńskie grono wyglądało wyjątkowo urokliwie. Odwieczny dylemat; patrzeć na scenę czy na publikę pozostał dla mnie nierozwiązany. Starałem się naturalnie wykonywać dwie czynności jednocześnie, jednak ze względu na brak poważnej wady wzroku nazywanej z łacińskiego strabismus, nie byłem w stanie podołać temu zadaniu. Przestałem więc zwracać uwagę na otaczające mnie chmary potencjalnych partnerek seksualnych i objąłem spojrzeniem zespół, który powoli instalował się na scenie.Po raz kolejny okazało się, że plenerowe koncerty rockowego zespołu Maleńczuka brzmią zwyczajnie średnio. Homo Twist to ciekawa kapela, ich najnowsza płyta brzmi momentami naprawdę mocno metalowo, a tymczasem wśród wyluzowanej gawiedzi, która zajmowała się bardziej sobą nawzajem niż odbieraniem muzyki płynącej z głośników, nie było niemal żadnego odzewu. Bez problemu dopłynąłem niemal pod same barierki… i od razu tego pożałowałem. Słodkawy kurz, którego nie powstydziłby się nawet Woodstock, zaczął wlatywać we mnie wszystkimi otworami. Łzawienie, krztuszenie, charkanie i smarkanie zmusiły mnie do ponownego przeanalizowania sytuacji i taktycznego odejścia w tył.

A wracając do samego koncertu to mnie jakoś nie porwał. Za wcześnie, za krótko, w złym miejscu i czasie. Maleńczuk i reszta nadają się do ciemnego i dusznego lokalu, gdzie ich dźwięki równie mroczne i ciężkie jak atmosfera wewnątrz, współbrzmiałyby doskonale. Tymczasem luz na Polach Marsowych przypominał bardziej piknik i spotkanie na ogródku działkowym. Aż chciało się zakrzyknąć „wsi spokojna wsi wesoła” i rozpocząć przekopywanie ogródka. Nawet tych parę kąśliwych uwag wygłoszonych przez MM trafiło w próżnię; spokój i rozleniwienie było wszechobecne wśród audytorium. Organizatorzy wyraźnie nie wcelowali i odpowiednio nie dobrali zespołu. Gdybyż jeszcze istnieli Pudelsi w wersji normalnej a nie kuriozalnej, to w Juwenalia wpasowaliby się idealnie.

Tymczasem dała o sobie znać pewna mizeria polskiej sceny muzycznej; naprawdę brakuje nam zespołów, których poziom artystyczny i renoma byłyby w stanie przyciągnąć pokaźną ilość słuchaczy i zapewnić im zabawę na odpowiednim poziomie. Natężenie imprez we Wrocławiu sprawiło, że można się było o tym samemu przekonać, wnikliwie badając koncertowy rozkład jazdy. W ciągu kilku dni przyjechali niemal wszyscy artyści, którzy tylko mogli się zjawić. Aż cud że nie wyciągnięto z grobu Ryśka albo nie spróbowano skusić jakiejś starej i przechodzonej gwiazdy, co to zeszła ze sceny niepokalana, do uczestniczenia w tej całej hucpie.

Jednak może już bez nadmiernego marudzenia. Homo Twist dał radę i wcale ale to wcale nie żałowałem, że mogłem po raz kolejny zobaczyć popisy Titusa szalejącego z basem czy też Maleńkiego, który stojąc niczym monumentalny pomnik, wydobywał kolejne dźwięki z gardła i gitary. A pod koniec koncertu już całkiem pokaźna ilość ludzi szalała w okolicach sceny, nie przejmując się ani żarem lejącym się z nieba, ani też kurzem wzniecanym przez ich własne buty.

Ale zmierzch dopiero powoli nadchodził, a główny zespół wieczoru, miał dopiero wystąpić. Fala ludzka powoli zaczynała napierać na wejście i Pola Marsowe zaczęły się powoli zapełniać. Tłum osób co jakiś czas próbował skandowaniem wywołać zespół, lecz długo przyszło czekać wszystkim tym, co liczyli na to, iż sztuka rozpocznie się szybciej dzięki ich wrzaskom, prośbom i błaganiom. Jako że trochę już tych koncertów Kultu przeżyłem, wiedziałem, że grupa lekko przechodzonych rockmenów nie będzie się spieszyć. Przeciąganie i wydłużanie tego czasu opanowali oni do perfekcji, ale tego typu podgrzewanie nastroju oczekiwania i podniesienie ciśnienia bywa już lekko nużące. Naturalnie nie oczekuję, że po przedzespole ZPiT Kult w pozycji „na baczność” będzie stał pod sceną. Ale jednak chłopaki mogłyby czasem zrezygnować ze swojej demencji i uwiądu na rzecz lepszej organizacji całości występu.

Tylko dwie rzeczy są w stanie przyciągnąć na Pola Marsowe taką armię, darmowe piwo i Kult. Na żadnym innym koncercie juwenaliowym nie było tylu osób i nie panował taki ścisk. Wpychanie się pod scenę nie miało sensu, bo nie dość że naparcie na przednią część publiczności ciągle wzrastało, to na dodatek kurzyło się niemiłosiernie. Przez chwilę miałem wrażenie, że ludzie ten cały pył w plecakach przywożą, dorzucając do tej całej kupki kolejne porcje wszędobylskich drobinek. Stojąc w bezpiecznej odległości oczekiwałem rozpoczęcia się koncertu. Stojąc na paluszkach i wyciągając szyję widziałem niemal całą scenę. Ale osoby którym Bozia zamiast wzrostu dała intelekt miały poważny problem. Chyba że Bozia dała im również i urodę zamieniając w cycatą panienkę, którą każdy chłopak chce podnieść do góry i poczuć jej nogi na swojej głowie.

W każdym razie nisko osadzona scena przy takim tłumie, ścisku i oddaleniu dawała się nieco we znaki. Podobnie zresztą jak nagłośnienie, które miejscami leżało. Szczególnie wokal zlewał się z resztą instrumentarium. Gdyby nie to, że w większości utworów wiem, jakie słowa padną, to sens poszczególnych piosenek mógłby mi uciec. Zresztą problemy z nagłośnieniem były nie tylko głosu wokalisty. Podobnie jak na większości koncertów Kultu momentami gubił się dźwięk gitar i basu. Sekcja dęta ma siłę, która puszczona samopas i nieograniczana przez pana akustyka, zagłuszy nawet śmiech Dody Elektrody.

Całość koncertu była jak zwykle na wysokim poziomie. Ale to już standard. Kazik jak zwykle pod koniec koncertu zaczął skrzypieć i zdarzyły mu się niewcelowania w dźwięki. Ale to także standard. Wpadek większych nie było, lecz mimo to całość występu jakoś mnie nie porwała. Nawet fakt iż dobór utworów pozytywnie zaskakiwał nie był w stanie zmienić moich odczuć. Choć wartym odnotowania faktem jest, że utwory z „Mojego Wydawcy” oraz „OKSK” zabrzmiały naprawdę dobrze i zanotowały udany come back odświeżając setlistę. Naturalnie znalazły się też utwory z najnowszego albumu Kultu, które wzmagały ruch przy Toi Toiach. Gdy tylko leciał jakiś utwór z „Poligono Industrial”, ludzie ustawiali się do niebieskich budek, w których kulturalnie można było pozbyć się ciężkiego bagażu uryny. Nie świadczy to jednak zbyt dobrze o tych kawałkach.

Być może nieco się przejadłem Kultem, być może nieco znużyłem i znudziłem ilością koncertów podczas Juwenaliów. Mimo że ten dzień miał być uwieńczeniem całej zabawy i że rokował najlepiej ze wszystkich dni, to nie sądzę, aby długo pozostał mi w pamięci. Ot, kolejny zaliczony występ zespołu, który gra dłużej niż ja żyję i pogra jeszcze tyle, że mój brat będzie w stanie ich zaprosić na swoje wesele.

Juwenalia – 12.05.2006 – Wrocław – Pola Marsowe