Tool

czerwiec 24, 2006

„Odliczam te dni gdy czekam na wyrok”

Pamiętam, że tego ranka odpaliłem CGM i oniemiałem – Tool przyjeżdżał do Polski. Bilety można było od razu zakupić. Nie zwlekając ani chwili dokonałem kliknięcia mojego życia. Drżącymi rączkami wypełniałem czerwony przekaz pocztowy i na miękkich kolanach szedłem opłacić go w najbliższym banku. Śliczna pani w okienku wzięła mój blankiet i z dużą dawką rutyny wklepywała kolejne ciągi znaków, które powoli acz nieustająco przepływały w kierunku docelowym. Po zakończeniu transakcji powróciłem spełniony do domu i rozpocząłem odliczanie. Do 24 czerwca było mnóstwo czasu które spędziłem na radosnym kwileniu i bezproduktywnym zamienianiu czasu pozostającego do koncertu na godziny, te na minuty, by wreszcie zakończyć sekundami. Dużo tych sekund wtedy było…

W międzyczasie pani doktor Adrianna postanowiła uszczęśliwić mnie egzaminem w rzeczonym dniu. Wybór był dość trywialny, bo kampania wrześniowa to żaden powód do hańby, ale rejterada z koncertu ukochanej kapeli – już tak. Tak więc los Międzynarodowych stosunków gospodarczych był przesądzony.

Czas leciał nieubłaganie, ja tuptałem z niecierpliwości i dzieliłem się ze wszystkimi moją radością poprzez dość wątpliwą przyjemnoścć słuchania bełkotu na temat „koncertu mojego życia”. Chyba nie było osoby, która by nie wiedziała, że w końcówce czerwca „idę na pielgrzymkę do Katowic”, „padnę w Spodku na kolana”, „będę leżał krzyżem pod sceną”, „pomodlę się do Keenana” czy też „umrę wreszcie szczęśliwy”.

Gdzieś tam po drodze dotarł do mnie bilet, który stał się obiektem kultu. Codzienne mantry, zaklęcia i inkantacje pozwoliły mi przetrwać czas, który oddzielał mnie od przedostatniej soboty czerwca. Wreszcie w odpowiednim czasie niepewne ręce chwyciły kopertę, sprawdziły opuszkami czy zadrukowany magicznym słowem „Tool” kartonik tkwi we właściwym miejscu, po czym udały się, zresztą wraz z całą resztą szczęśliwego jestestwa, na wyprawę do Stalinogrodu.

Zamieszanie z supportem, którym miał być, według organizatora, Isis, (sam zespół o tym występie początkowo nie wiedział) zakończyło się decyzją o braku przedzespołu. Co prawda co jakiś czas dochodziły niepokojące plotki co do występu grupy Coma, ale na całe szczęście okazały się one być jedynie ponurym żartem jakiegoś złośliwego osobnika z gatunku Coma Sapiens.
W związku z tym koncert Keenana i spółki miał trwać w granicach dwóch godzin; to Tool miał nas całkowicie wymęczyć oraz być główną i jedyną atrakcją tego wieczoru.

„No i w Spodku. Brzydactwo. Czekam na koncert w tłumie mało pachnących osób – koncertowa norma.”

Dojazd PKP – standard. Znaczy obsuwa i spóźnienie. Pogoda – duszno, parno i gorąco niczym w Piekle. Ale nawet Szatan by mnie nie powstrzymał przed pójściem na koncert. Zresztą na swoje szczęście nawet nie próbował. Pamiętał, co się stało ostatnim razem, gdy próbował mnie na Iron Maiden nie wpuścić. Długo w Piekle nikt się po drewienko jeszcze nie będzie schylał.

Pod Spodkiem tłumy osób stojące i zniecierpliwione. Wreszcie – otwarcie bram. Grzecznie stanąwszy w kolejce oczekiwałem dopełnienia formalności, związanych z przemycaniem niebezpiecznych narzędzi, związków, przedmiotów, płynów, pokarmów oraz sprzętu audiowizualnego. Po wykazaniu się teoretycznym brakiem czegokolwiek potencjalnie niepożądanego wlazłem do Spodka. Jako że była to moja pierwsza wizyta w tym relikcie PRLu postanowiłem go sobie dokładnie obejrzeć. Robił raczej niepozorne wrażenie. A ilość osób kręcąca się po korytarzach była naprawdę niewielka. Dopiero po wejściu na płytę i rozejrzeniu stwierdziłem, że to ustrojstwo jest jednak duże. Tłum osób naokoło mnie, kolejne setki na widowni i ciągle dochodziły nowe osoby.

Z głośników sączyła się dziwna muzyka, między innymi pobrzękiwało jakieś techno, a ludzie starali się wywołać zespół na scenę. Kolejne próby klaskania, tupania, piszczenia, skandowania i krzyczenia zawodziły.

„Chcesz gacie z Toolem za 100 zł?”
„Nie potrzebuję gaci z Toolem, bo mam toola w gaciach”

Po dłuższym braku jakiejkolwiek aktywności na scenie, wreszcie coś się ruszyło. Techniczni pobrzdąkali gitarami, poruszali kablami i zgasło światło. Cztery telebimy ożyły, a kłęby dymu zaczęły unosić się na scenie. Pierwsze dźwięki gitary i basu rozpoczęły koncert.

Z dość dużym zainteresowaniem oglądałem zachowanie audytorium. Widać było, że nie tylko ja chciałem przeżyć ten koncert jak misterium. Dziwnie wyglądający osobnik za mną wzniósł ręce ku niebu i zaczął piszczeć falsetem „Dzięki!”, inny z otwartą paszczęką i zamkniętymi oczami podskakiwał w miejscu, jeszcze inny kręcił się w kółko, co jakiś czas zatrzymując się w miejscu i wyskakując z półprzysiadu. Ludzie krzyczeli, skandowali, klaskali. Widać było, że Tool to kapela która wśród zgromadzonej publiczności budzi naprawdę żywe reakcje.

Lost keys połączone z Roseta Stoned zabrzmiało źle. Za spokojnie, mało dynamicznie, na dodatek wokal za cichy, perkusja jak na St. Anger, bas buczał za mocno, a gitara zlewała się w kakofonię nierozpoznawalnych dźwięków. Pan za konsoletą wyraźnie się zdrzemnął. A przecież zespół zagrał próbę przed koncertem. Mieliśmy nieudany start rakiety, która powinna od razu nas w kosmos wywalić.

Powoli jednak zaczynało poprawiać; nie wiem tylko czy to zasługa mojego przemieszczania się po płycie, przyzwyczajenia bębenków słuchowych do decybeli czy też tego że akustyk się obudził, ale po pewnym czasie zacząłem nawet rozróżniać poszczególne słowa śpiewane przez Keenana. Jednak perkusja nadal była nieco zbyt „płaska”, a wokal schowany.

Znajdujące się za plecami muzyków cztery ekrany błyskały kolorowymi refleksami wypełniając cały Spodek kolorową poświatą. Lekkie skojarzenie z wizualizacjami w windows media playerze nie zakłóciło jednak generalnie pozytywnego odczucia co do tych błysków. Szczególnie że w tle tej, wydawałoby się, chaotycznej mieszanki barw, pojawiała się co jakiś niewyraźna postać lub postacie.

Okazało się, że jednym z większych błędów jakie popełniłem przed koncertem, było zapoznanie się z bootlegiem z tegorocznego występu w Dallas. Nie zaglądając do tamtej setlisty miałem okazję zostać czymś zaskoczony. Pokusiłem się, zaspokoiłem ciekawość i teraz za wszelką cenę starałem się zapomnieć, jaki dźwięki rozlegną się jako następne.

Jednak nie dałem rady wyrzucić z pamięci kolejności piosenek i wiedziałem, że wraz z ostatnimi taktami Roseta Stoned rozpocznie się mocarne walnięcie Stinkfist. I to był tak naprawdę początek koncertu. Z wtrąconym w międzyczasie „Good Evening”.

Przesterowana gitara zabuczała, Dany wybił rytm i uderzył. Ænimowe utwory wypadły najlepiej tego wieczoru. Lecz także Sober, poprzedzony dość długim wstępem; po częsci improwizowanym, po części podobnym do innych, podobał się zdecydowanej większości rozentuzjazmowanej gawiedzi.

Takich wstępów tudzież przerw między utworami, podczas których imć Maynard zabawiał się elektronicznymi efektami swojego kosmicznego urządzenia, było kilka. Najdłuższa i jednocześnie najciekawsza była chyba ta przed singlowym Vicariousem, podczas którego na telebimach wyświetlał się obraz niedostrojonego obrazu telewizyjnego.

Z utworów z najnowszej płyty mieliśmy jeszcze okazję wysłuchać doskonałego Jambi oraz chwilami nieco nudnawego Right in Two. Na pewno zabrakło takich killerów z 10 000 dni jak The Pot (grany na innych koncertach) czy też spokojny ale niesamowicie piękny dwuutwór Wings for Mary (part 1)/ 10 000 days (Wings part 2). Dobór piosenek mało trafiony. Na pewno można było wybrać lepiej i zbudować dramaturgię występu. Tymczasem mieliśmy po prostu kolejno odgrywane utwory, których kolejność była losowana przez rzut dwunastosześcienną kostką.

„Cała nadzieja w Lateralusie”

Od czasu Lateralusa kocham Toola. Żadna inna płyta nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia. Długo nie mogłem wyjść z podziwu dla pomysłów, kunsztu i oryginalności tego zespołu. Dlatego moje oczekiwania koncentrowały się wokół utworów z przedostatniego albumu. Oczekiwania te jednak zostały zweryfikowane przez rzeczywistość. Jako jedyne zostały zagrane Schism oraz tytułowy Lateralus.

To prawda, zabrzmiały dobrze, ale nie rzuciły na kolana, nie wbiły w ziemię, nie doprowadziły mnie do muzycznego orgazmu, nie powaliły do pozycji leżenia plackiem na znak pokory wobec absolutu, nie umarłem z radości, nie osiągnąłem stanu nirwany, nie zszedłem nakopać szatanowi w jego kosmatą rzyć, nie zacząłem się zastanawiać nad chwilą ulotnego szczęścia, której nie doświadczę ponownie przez bardzo długi czas, nie zamyśliłem się nad genialnością zespołu, który w ciągu 7 minut był w stanie zrobić ze mną więcej rzeczy niż niejaka Anna w ciągu paru upojnych nocy zeszłego lata. Jednym zdaniem – nie przeżyłem powtórnego utracenia muzycznego dziewictwa. A tego właśnie się spodziewałem i tego oczekiwałem.

Te pierwsze cztery dźwięki rozpoczynające Schisma, podczas których na telebimie pojawiły się teledyskowe ludki próbujące ze sobą nawiązać komunikację, przeszyły mnie na wylot. Lecz wbrew hitchkokowej zasadzie budowania klimatu („Zacznijmy od trzęsienia ziemi, a potem budujmy powoli napięcie), dramaturgia występu znowu się załamała. Nawet niestandardowe i jakże ciekawe przyspieszenie w środku Schisma nie było w stanie „podnieść” atmosfery. Nie do końca wiem czyja to wina, moja – bo źle się nastawiłem do tego koncertu i zbyt wiele oczekiwałem czy też zespołu – bo w fazie koncepcyjnej im coś zdechło.

„Some say the end is near”

Finiszowali Ænemą. Szeptane Keenana wraz z gitarowym riffem poderwało na koniec wszystkich do góry. Gdyby wszystko tak zagrali, gdyby na wszystko tak publiczność reagowała, gdyby było więcej zagranych takich wspaniałych utworów, których przecież Toolowi nie brakuje, gdyby…

Koniec nadszedł niespodziewanie. Kolejne napoje, pałeczki i kostki poszły w publikę. Także naciąg od perkusji, rzucony przez Carreya, poszybował niczym freesbe. Światła się zapaliły, muzyka poszła z głośników i wszelkie próby skandowania nazwy zespołu były z góry stracone na porażkę. Ludzie budzili się z 1,5 godzinnego letargu i z niedowierzaniem szli w kierunku wyjścia. Spocone sylwetki płynęły nieprzerwanym potokiem. Wiem, że to nadużycie, wiem, że nie powinienem, ale muszę to napisać. Czuć było rozczarowanie. Miałem wyraźne wrażenie, że duża część osób nie była usatysfakcjonowana.

Również mój niedosyt z każdą chwilą wzrastał. Było za krótko, a część utworów mogła zostać z powodzeniem zastąpiona i z korzyścią dla audytorium, i dla zespołu, i dla koncertu. No a sam zespół mógł włożyć nieco więcej serca. Odczułem niestety pewne „odbębnienie” koncertu. Przyjechali do Polski i stwierdzili: „Grajmy koncert i chodźmy na piwo”. Zagrali i poszli. Występ zespołu sprowadził się tak naprawdę do dwóch elementów: braku jakiegokolwiek kontaktu z publiką oraz odegraniem utworów.

Ja rozumiem, że wizerunek natchnionego bandu i otoczka tajemniczości, to świadomy zabieg kreacyjny, ale kiedy kilka tysięcy osób krzyczy, klaszcze i generalnie oddaje pewien hołd dla ciebie i twoich dokonań, to jakoś tak głupio usiąść na scenie i gadać z kumplami przez dwie minuty. Postawa „Hej! To Wy tutaj jesteście dla nas, nie my dla was” jest dobra dla bufoniastych występów pseudo gwiazdek, nie dla najważniejszego zespołu przełomu XX i XXI wieku. Brak było pasji, natchnienia, energii i emocji. Brak tej magii, która na płytach Toola wypływa z każdego dźwięku.

MJK śpiewał tyłem do publiczności, bujał się rozebrany do połowy, machał redneckim kapeluszem, chował za dziwnymi okularami i wyginał się z mikrofonem. Ale zabrakło w tym wszystkim mocy. Za słabe na śmieszne, za śmieszne na poważne. Momentami wyglądało to groteskowo.

„Thank You very much. See You again soon. Hopefully in november”

A więc rozczarowałem się, zawiodłem, liczyłem na więcej? Spodziewałem się mszy i spełnienia, a co dostałem? Po prostu koncert. Na pewno niezły. W długości spodziewanej acz nieco okrojony w stosunku do innych występów (o jakieś dwa kawałki).

To że było za krótko, to standardowe narzekanie każdej osoby, której koncert się w miarę podobał. Ale w tym wypadku, to „za krótko”, było niczym zabraniem rafaello przed rozgryzieniem i dostaniem się do migdałka tkwiącego w środku.

Stojąc w dwugodzinnej kolejce po bilet (błąd taktyczny jak na Metallice, wtedy też stałem coś koło tego), słyszałem rozmowy otaczających mnie koncertowiczów. Absolutnie wszystkie opinie osób, które były na poprzednich występach Toola, zgadzały się ze sobą. Ten był najsłabszy. Nawet jako support przed Ozzym, MJK i spółka sprawili się lepiej, mimo przypadkowej publiczność fanów Slayera i Ozzmana. Może ta długa trasa jednak dała im się we znaki?

Czego więc zabrakło? Pasji i emocji. Po obydwóch stronach barierek. Tylko że to rolą zespołu jest rozgrzać publiczność. Na dodatek średnie nagłośnienie oraz krótkie przestoje psuły atmosferę całego występu. Czy żałuję? Nie, nie żałuję. Aczkolwiek przed następnym naciśnięciem „potwierdź wysłanie zamówienia” zastanowię się chwilkę. Zapewne coś koło sekundy lub dwóch.

Tool – 24.06.06 – Katowice – Spodek