VI Wrocław Niezależny
czerwiec 28, 2007
Dalej było już tylko lepiej. Najpierw mocne wejście Bladych Loków. Jak zwykle fantazyjnie ubrana wokalistka, coś pomiędzy wczesnym Lombardem a późnymi Depeche Modami, z szerokim uśmiechem przywitała publiczność, która powoli zaczęła ciaśniej wypełniać okolice Wyspy Słodowej i cały zespół ruszył z kopyta. Mocno i energetycznie. Pod sceną rozpoczął się ożywiony ruch, a na scenie niemniej intensywna zabawa. Pierwszą rzeczą jaką od razu widać patrząc na ten zespół jest wrażenie zabawy. Dobrej zabawy jaką mają muzycy podczas koncertowania. Sekcja dęta, co jakiś czas robiąca background wokale, buja się na boki i podryguje, cały czas się przy tym uśmiechając. Agata Polic to wulkan energii; w miejscu nie potrafi ustać 10 sekund. Mikrofon wcale nie przeszkadza jej w mobilnym przemieszczaniu się po scenie, strojeniu min i przybieraniu, czasem dość komicznych, póz. Ale widać od razu, że to szczere i niewyreżyserowane zachowanie.
Po naprawdę świetnym, choć niestety niezbyt długim, koncercie przyszła kolej na „jak jasna cholera lubię Dezertera”. Miał to być mój pierwszy dłuższy kontakt z punkowym triem. Koncertowo nigdy nie miałem szczęścia na nich trafić, a płyty nieszczególnie do mnie trafiały. Liczyłem delikatnie na miłe zaskoczenie i się wcale nie pomyliłem. Chropowaty głos Robala doskonale współbrzmiał z szybkim rytmem muzyki uzupełnianym prostymi, acz niepozbawionymi pewnej pomysłowości i finezji, riffami. Spodziewałem się pewnej toporności i prymitywizmu.
Szczerze przyznaję, że bardzo pozytywnie odebrałem cały występ. I to mimo mojego dość krytycznego stosunku do niektórych tekstów napisanych przez Grabaża. Ale ja rozumiem, że punk rock to takie a nie inne podejście do rzeczywistości i mimo że nie muszę go chwytać, to mogę nadal odbierać całość w sferze czysto muzycznej. I tak też było. A pod tym względem nie mam nic zespołowi do zarzucenia. Profesjonalny występ jaki miałem okazję oglądać, zmienił diametralnie moje podejście do Dezertera. Przynajmniej w wersji koncertowej.
Na tym zakończyłem pierwszy dzień koncertowania i świńskim truchtem pognałem w kierunku stacji PKP. Zadowolony z udanego wieczoru, przygotowałem się mentalnie na powrót legendy. Izrael, bo tej właśnie legendzie piszę, to zespół, którego kult jest żywy i ciągle rośnie. Po pochlebnych recenzjach dotyczących zeszłorocznego koncertu w Ostródzie, chciałem sam przekonać się, co warty jest Robert Brylewski. Dość prowokacyjnie napiszę, że ja pana Roberta zbytnio nie hołubię, a dwukrotnie oglądana przeze mnie Brygada Kryzys, mocno mnie znudziła.
Minęła noc…
Gdy przybyłem na miejsce, nie zwracałem większej uwagi na to, co się dzieje na scenie do czasu zapowiedzianego „legendarnego powrotu kultowego Izraela”. Wtedy wraz z pokaźną ilością osób poderwaliśmy się niczym nieźle wyćwiczona armia i krokiem sprężystym, acz niekiedy chwiejnym, podążyliśmy bliżej miejsca koncertu. Zaczynało powoli zmierzchać, w powietrzu unosił się słodkawy posmak marihuany. Gdy na scenie rozbłysły światła zobaczyłem, że widziany przeze mnie nieco wcześniej lekko łysawy pan w wieku wyraźnie odbiegającym średniej osób znajdujących się na Wyspie, to sam Robert Brylewski. Z bliska wyglądał dużo starzej niż na scenie. Zresztą cały skład prezentował się leciwie. Z lekkim niedowierzaniem patrzyłem na muzyków, którzy za chwilę mieli zagrać koncert. Moje rozważania na temat średniego wieku artystów wykonujących ten zawód w Polsce zostały przerwane przez muzykę.
To był naprawdę magiczny koncert. Piękne światła doskonale współbrzmiały z reggae rytmem leniwie płynącym wśród ludzi. Dźwięk odbijał się od jednej osoby i od razu zmierzał do drugiej. A każdego kogo uderzył od razu omamiał. Jako osoba w zasadzie stroniąca od jamajskiej muzyki, zostałem pochwycony przez Izraela i dość mocno rozbujany. Utwór za utworem, nuta za nutą, faja za fają było coraz lepiej. Apogeum osiągnięto w momencie, kiedy na scenie pojawił się znany z Deutera i współpracy z panem Brylewskim Paweł „Kelner” Rozwadowski. Przy „Idą ludzie Babilonu” oraz „Płonie Babilon” odrzuciłem swoje ideologiczne uprzedzenia i z przyjemnością chwyciłem się myśli pojednania z całym światem.
Niezły był także kontakt z publicznością, choć nie wszystko rozumiałem z tego, co Robert starał się przekazać. Na pewno było uderzenie w ulubionego wicepremiera Giertycha, na pewno było szybkie referendum odnośnie posiadania królowej zamiast dwóch kaczorów, na pewno można było usłyszeć pozdrowienia dla weteranów i ich dzieci. Bo faktycznie, publiczność była mocno zróżnicowana wiekowo i obok osób młodych stały takie, które pamiętać musiały występy „starego” Izraela. Na koniec zagrano “Ile mil” i wygłoszono ze sceny prośby o modlitwę za pokój dla Ukrainy, Białorusi, Iraku i Afganistanu.