Konfrontacje bez walki

październik 30, 2008

Hala Ludowa (zwana także Halą Stulecia) to specyficzne miejsce. Wyjątkowe ze względu na swoją historię, robiące niesamowite wrażenie, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i piekielnie trudne do nagłośnienia. Moje pierwsze wspomnienia z nią związane kołaczą się w okolicach 1995 roku, ale już wtedy, co pamiętam mimo lat wielu, problemy ze słyszalnością były spore. Od tego czasu miałem jeszcze okazję bywać tam kilkukrotnie i niemal za każdym razem akustycy nie byli w stanie wygrać z materią pozostawioną przez Maxa Berga. W związku z tym, po zeszłorocznej wpadce i nienajlepszym udźwiękowieniu hali sportowej Orbita, miałem obawy dotyczące słyszalności kolejnych zespołów występujących w ramach „Konfrontacji rockowych”.

Naturalnie rozumiem, że to rock`n`roll a nie filharmonia, że przejrzystość stoi poniżej energii, czadu i mocy, ale z drugiej strony wizja charkotu i nierozróżnialnych słów płynących ze sceny, nie była niczym pociągającym. Dlatego też, uprzedzając niejako fakty i argumentację, już teraz mogę Państwu zaproponować wspólną akcję koszulkowo – bannerową pod tytułem „Przywróćmy koncerty w Wytwórni Filmów Fabularnych”. Z przyjemnością się oflaguję i wspólnie z osobami przybyłymi w punkt g, odśpiewam specjalnie przygotowaną na tę okazję protest piosenkę.

Punktem kulminacyjnym czwartkowego wieczoru był występ zespołu Kult – ostatni w Polsce w ramach październikowo – pomarańczowej trasy. Grupa pod wodzą Kazika od kilku już lat podczas jesiennej smuty odwiedza największe miasta Polski i zapełnia mniejsze oraz większe hale ku uciesze licznej i niesłabnącej rzeszy fanów młodszych i starszych, dużych i małych, dziewczęcych i mężczyźnianych. Nim jednak „najdejlsza ta wiekopomna chwila” trzeba było przebrnąć przez prezentacje zgromadzonych na okoliczność „Konfrontacji rockowych” artystów.

Definicji – za internetowym słownikiem języka polskiego PWNu – konfrontacji jest kilka, ale dwie najbardziej interesujące kładą nacisk albo na porównanie albo na spór. Moim marzeniem byłoby postawić na to drugie, przy czym wizja organizatorów obejmuje raczej to pierwsze. Stąd taki a nie inny dobór wykonawców; Czesław Śpiewa, happysad, Męska Muzyka panów Waglewskich oraz Kult. Zachowawczość ponad ryzykiem oraz rutyna nad pazurem.

O obsuwie nie warto nawet wspomnieć. To, że będzie, było tak oczywiste, że aż szkoda było patrzeć na ludzi karnie ustawiających się w kolejce, bo „zaraz się wszystko zacznie – tak było napisane w Internecie”. Otóż, moi Drodzy Państwo, Internet kłamie. Nie było powodów do paniki, nerwów oraz pospiesznego biegania wokół monumentalnego budynku w celu znalezienia dodatkowego i „podobno nieobleganego” wejścia. Zresztą proces wchodzenia było stosunkowo sprawnie przeprowadzony i w sznureczku nie stało się zbyt długo.

Hala Ludowa, będąca obiektem wyjątkowym, miała także wyjątkowo restrykcyjne podejście do picia alkoholu i palenia papierosów. Wiele osób sarkało i parskało i według mnie, mimo że sam nie palę a i konsumować nie miałem ochoty, całkiem słusznie. Pod tym względem WFF także nokautuje.

Wreszcie gromadka, bo o tłumie nie można było jeszcze mówić, tłocząca się pod sceną zapiszczała z radości, a na scenę wkroczył Czesław Mozil z zespołem. I, zgodnie z nazwą swojego projektu, zaśpiewał.

Napompowany do granic możliwości hype, zabawna i natrętna promocja oraz marketingowy szpagat (z jednej nogi Nosowska a z drugiej Nergal) utwierdziły dużą część społeczeństwa w przekonaniu, że mamy do czynienia z „wyjątkowym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej”. Przyznam szczerze, że początkowo ja także dałem się nabrać – szczególnie że singlowa kompozycja, która wraz ze świetnym teledyskiem tworzyła uzupełniającą się całość, zapowiadała pewne przewietrzenie. Jednak po trzecim przesłuchaniu płyta okazała się być tym, czym jest w istocie – męczącymi kalkami i schematami muzycznymi wcześniejszych dokonań Mozila (tak, znałem wcześniej Tesco Value) oraz mocno irytującymi tekstami, którym bliżej do dziecięcych rymowanek niźli tekstów mających jakiś sens. Cóż, kolektywny rozum Internautów zebranych na czacie nie okazał się być wystarczająco twórczy.

Dlatego też występ w Hali Ludowej nie mógł być dobry. Nie dość, że mieliśmy okazję na własne uszy zobaczyć i na własne oczy usłyszeć, że ukończenie The Royal Danish Academy of Music nie czyni wielkim wokalistą, to na dodatek klimat ogromnego hangaru nie sprzyjał atmosferze rozmowy pomiędzy artystą a publiką. Podobno intymniejsze i bardziej kameralne pomieszczenia wpływają pozytywnie na Czesława, który występy przemienia w mówione happeningi przerywane fragmentami utworów. Taki koncept mógłby dać radę. Być może.

Następny w kolejności był happysad. Nie będąc ich targetem, który oscyluje raczej w nieco młodszych oraz nieco innej płci niż ja osobach, postanowiłem nie męczyć ani siebie ani zespołu i uciekłem. Zdecydowaną większość występu spędziłem poza strefą rażenia wokalisty Kuby Kawalca, ale pod koniec występu zasiadłem na trybunach.

Wrażenie płytowe zostało zweryfikowane – inspirując się na wzorcach grabażowych, zespół idzie w kierunku gitarowego gryzienia po ogonie, które słyszeć już można było dziesiątki tysięcy razy w milionach konfiguracji. Co nie zmienia faktu, że happysad ma talent do tworzenia piosenek bazujących na nieskomplikowanych ale chwytliwych melodiach. Nie ma w tym iskry, nie ma mocy i nie ma energii. Ale to nie jest granie, które ma rozsadzać i wytwarzać podciśnienie rozrywające słuchacza nowatorstwem. Gimnazjalno – licealna wrażliwość rządzi się swoimi prawami, więc zgredy, takie jak moja skromna osoba, mogą pokiwać głowami, popatrzeć z pobłażliwym uśmiechem, ale nie zmieni to faktu, że chcieliby zamienić się z tą radosną i żywiołowo bawiącą się młodzieżą na miejsca.

happysad zabisował i zszedł ze sceny, by ustąpić miejsca rodowi Waglewskich. Męska muzyka to zderzenie dwóch światów; pokoleniowa różnica zaowocowała oryginalnym jak na nasze warunki produktem. Mimo że czuć tu przede wszystkim seniora Wojtka, to producencki sznyt Emade oraz wokalne wejścia Fisza nie pozostawiają wątpliwości, że i Wagiel musiał iść na pewne stylistyczne kompromisy. I dobrze! Ale choć płyta zacna, to koncert w ramach wrocławskiego mini festiwalu do najlepszych nie należał. Zawiodło nagłośnienie, a nienajlepszy klimat przestrzenny na tego typu muzykę zabił czar i magię. W dusznym klubie, z ciężką atmosferą oraz butelką wina byłoby, jestem o tym przekonany na 100%, naprawdę wyśmienicie. W Hali Stulecia było tylko poprawnie. Co prawda nie mieliśmy do czynienia z suchym odegraniem płyty i panowie pokusili się o drobne wstawki, improwizacje oraz pomysłowe aranże, ale całości podciągnąć to nie mogło. Momentami nużyło. Flow i fluidy uleciały gdzieś pod samą kopułę i nijak się ich ściągnąć nie dało. Szkoda.

Powoli zbliżał się moment dania głównego. Pozostała tylko jedna przystawka. Jako że kucharz ze mnie mierny postanowiłem, że przed konsumpcją potrawy wieczoru najpierw posłodzę, a potem dopieprzę.

Plagiat 199 towarzyszył zespołowi Kult na całej trasie październikowej. Swój ostatni koncert w ramach „pomarańczowej” rozpoczęli mocno, głośno, z energią i bez żadnych kompleksów. Zważywszy na to, że zagrali tak naprawdę po Waglewskich, happysadach i Czesławie należą im się brawa za rozruszanie publiczności, która owładnięta potrzeba rozładowania nagromadzonej nadwyżki mocy od razu rzuciła się w pląsy i tany. Widać było, że zgranie oraz ogranie mają spore. Odnajdują się na scenie i ich występowi nie towarzyszył ten nieco naiwny rodzaj nieupierzonego doświadczenia, które może nieco rozczulać, ale na dłuższą metę jest denerwujące. To był raczej dobrze zaprogramowany mechanizm, w którym wszystko jest odpalane zgodnie z autorskim konceptem na radosny i energetyczny band.

Tylko że… (tu rozpocznę diss) ten pomysł nie okazał się szczególnie oryginalny, a na dłuższą metę zwyczajnie męczył. Gdy ze wszystkich stron zostałem zaatakowany kakofonią zlewających się w jedno dźwięków, które świdrując moje bębenki rozwalały mi obydwie półkule jednocześnie, miałem ochotę wsadzić głowę między krzesełka i poprosić o ich złożenie. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie wzmagało się, gdy wokalistka przestawała śpiewać i zaczynała wrzeszczeć. W lirycznym zakresie otrzymaliśmy rodzinne miasto Zygmunta Staszczyka z wyjątkowo irytującą manierą śpiewania wszystkiego w jeden sposób. Wtórował zresztą temu cały zespół, który z uporem godnym lepszej sprawy odgrywał jedną piosenkę w kółko. No, przesadziłem – był jeszcze reggae`owy „Yes I” oraz wyróżniający się i pozostawiający najlepsze wrażenie „Obłęd”.

Pojawiające się nawiązania do Bladych Loków mnie nie przekonują. Pomijając oczywiste zbieżności w postaci wokalistki, sekcji dętej oraz chwilowych ucieczek gitary w mocniejsze rejony punktów stycznych nie zauważam. Wrocławianie kompozycyjnie są parę długości do przodu, a ich muzyczna różnorodność nie podlega najmniejszym dyskusjom. Z większości kawałków, którymi plagiat nas uraczył wyziera jednostajność i monotonia stylistyczna.

Naturalnie nie oznacza to, że zespół nie odniesie sukcesu. Istnieje wiele przykładów na to, że grając w kółko jeden utwór można sobie powodzenie na rodzimym rynku zapewnić. Akurat – rżnący od trzech płyt jeden kawałek – jest podobnej proweniencji co Plagiat i mimo stylistycznych rozbieżności prezentuje analogiczną filozofię grywania. Publiczność, na koncerty przychodząca tylko poskakać, stanowi całkiem sporą grupę, do której podobna muzyka trafiała, trafia i trafiać będzie. Ja od zespołu wymagam czegoś więcej. Stąd z Plagiatami do porozumienia nie byliśmy w stanie dojść.

Kult zabrzmiał źle. Dało o sobie znać nagłośnienie, które zamieniło dźwięk w dolby surround. Atakowany echem zza pleców przesuwałem się po płycie w celu odnalezienia punktu do komfortowego odsłuchu i zabawy. Nie znalazłem. Bas nie istniał, gitary z trudem przedzierały się przez sekcję dętą, klawisze nieśmiało przebijały przez tło, a perkusja głucho odbijała się od wszystkich ścian jednocześnie. Nie wiem, czy zaistniał wybór „mniejszego zła” i postanowiono poświęcić resztę instrumentów i nagłośnić Kazika wraz z sekcją dętą, czy też strunowce były z tyłu naumyślnie i z premedytacją. Fakt faktem pozostał – tęskniłem do dźwiękowego komfortu pozostawionego w WFF.

Ale czy Kult zagrał dobrze? Cóż, należałoby odpowiedzieć na pytanie, czy Kult może marnie zagrać. Zapewne twierdząca odpowiedź przejdzie przez myśl temu i owemu, ale będą to po pierwsze głosy nieliczne, a po drugie… uzasadnione. Bo przecież każdemu zdarzyć się może gorszy dzień i spadek formy. Na całe szczęście nie w tym wrocławskim przypadku. Może nie było jakichś wielkich niespodzianek, może nie zaprezentowano żadnego nowego utworu, może dramaturgia występu była powielona po raz osiemset sześćdziesiąty siódmy, ale koncert należał do tych z gatunku dobrych. Ani Kazik, ani zespół nie oszczędzali energii i mimo pewnego zmęczenia trasą dawali z siebie wszystko. Tak samo jak audytorium, które po kilku godzinach oczekiwania dostało porcję większych oraz nieco mniejszych hitów Kultu urozmaiconych filmowymi wizualizacjami. Momentami ich nadmierna dosłowność albo zbytnie eksploatowanie poszczególnych elementów nieco psuło efekt, ale ogólne wrażenie pozostawiły niezłe.

Satysfakcja z doboru utworów jest indywidualną sprawą każdego osobnika, ale z mojej strony wyrazić mogę tylko radość ze względu na dużą porcję smacznego i ostrego grania z płyty „Ostateczny Krach Systemu Korporacji” oraz utworu będącego hołdem dla boksera Angelo Jacopucciego z perkusyjną solówką Goehsa. Poza tym mieliśmy, jak to na koncertach Kultu bywa, przekrój całości z tradycyjnymi bisami w postaci „Polski”, „Wolności”, „Krwi boga” oraz „Konsumenta”. Co ciekawe, pierwszą strofę najsłynniejszej piosenki Kultu zaśpiewał jeden z członków Kult ochrony, a drugi zagrał ją na gitarze.

Już na sam koniec, po zejściu niemal całego zespołu, Kazik, w dowód wdzięczności, zaśpiewał tradycyjną patriotyczną piosnkę pod tytułem „Sowieci”, niemniej tradycyjną „Moją dzieweczkę” oraz pięciokrotnie się ukłonił dziękując wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji całej trasy październikowej, a przede wszystkim nam – publiczności. „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” rzekł i zszedł ze sceny.

Konfrontacje rockowe 2008 – Kult, Plagiat 199, Męska Muzyka, happysad, Czesław Śpiewa – 30.10.2008 – Wrocław – Hala Ludowa

Zeszłoroczny festiwal wRock for Freedom był udanym wydarzeniem. Nie tylko artystycznym ale także frekwencyjnym. Odbywające się na Wyspie Słodowej koncerty, podzielone na trzy bloki tematyczne, swoim rozmachem i oryginalnością nokautowały dość mocno. Artyści młodsi i starsi zaprezentowali swoje pieśni wraz ze słowami poparcia dla Czeczeni, Białorusi i Tybetu. „Wolni i solidarni”, bo tak brzmiało hasło, zagrali swoje utwory dla tłumnie zgromadzonej publiczności, które doceniła kolejne zespoły, świetnie się przy tym bawiąc.

Organizatorzy zachęceni ubiegłorocznym sukcesem nastawili się wyraźnie na więcej. Imprezę przeniesiono na odległe lecz pojemniejsze Pola Marsowe oraz zapewniono większe gwiazdy; przede wszystkim Kult i The Ukrainians. Całość uzupełniono białoruskim i antyłukaszenkowskim zespołem NRM, dorzucono fenomenalnie grający na koncertach Lao Che i skoczne Akurat. Zaproszono ponownie, tym razem z zespołem, Maćka Maleńczuka a także Armię. Dano także alternatywę dla, nie tak znowu drogich, biletów. Dzięki fladze Białorusi, naturalnie nie tej obecnej tylko biało – czerwono –białej, bądź Tybetu można było wejść na koncert za darmo. Gest organizatorów nie zmobilizował jednak zbyt wielu osób. Nie dość że Pola Marsowe zionęły pustką, to na dodatek kolorowych i powiewających flag było jak na lekarstwo.

Tak naprawdę ciężko jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną tak dużej absencji; nadmiar koncertów (było wszak tuż po Juwenaliach), środek sesji (wiele znajomych osób zrezygnowało ze względu na naukę), mała różnorodność i postawienie na gitarowe granie (w zeszłym roku posłuchać można było zarówno młodszych jak i starszych, rocka jak i reggae lub hip hopu) czy też odległa lokalizacja (jedna nitka transportowa po skończonym koncercie zmuszała do nocnego i długiego marszu przez Park Szczytnicki). Być może także główna atrakcja, czyli Kult z Kazikiem, nie spełnił roli magnesu. Uzasadnione to może być prostym faktem, że był to trzeci koncert pana Staszewskiego w przeciągu ostatnich sześciu tygodni.

Nie dla mnie był początkowy koncert. Nie dla mnie. I, przynajmniej w relacji znajomych i mniej znajomych osób, które na wyżej wymienioną sztukę się załapały, nie mam czego żałować. Akurat, dające występ otwarcia, nie porwało i zanudziło. Odejście Kłaptocza zaszkodziło zespołowi i niezbyt pozytywnie wpłynęło na muzykę. Choć może moi informatorzy wprowadzili mnie w błąd i Akurat dali czadu. Jednakże, ze względu na dość dużą oraz zróżnicowaną próbę badawczą, zaryzykuję twierdzenie, że badani mogli mieć rację i zamiast wielkiego spektaklu, mieliśmy do czynienia z wielką porażką.

Następna w kolejności Armia zagrała na pół gwizdka, bez polotu i lekko „odwalając” swoją rolę. Ja rozumiem, że wczesna pora, że mało osób, że się nie chce i że bez sensu dawać z siebie wszystko dla trawy i kurzu, ale pana Budzyńskiego z kolegami nie zwalniało to z powinności wywiązania się z umowy. No, chyba że pójście w progrockową stronę twórczości, na czele z suitą „Ultima Thule”, i odcięcie się od punkowych początków to świadomy zabieg i trwała ewolucja. Mimo wszystko takiej Armii nie chcę. W swoich sądach, dość wyjątkowo, nie byłem osamotniony – publiczność, wyraźnie znudzona, oddawała się innym przyjemnościom, ignorując występ Budzego i spółki.

Co innego Lao Che. Ten zespół poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Co prawda, my –wrocławianie – nie załapaliśmy się na zaplanowaną kilka dni później kolaborację płocczan z sekcją dętą, ale i tak mogliśmy zobaczyć Spiętego z kolegami w świetnej formie. Przeważały utwory z ostatniej płyty – „Gospel” – ale nie zabrakło też killerów z „Powstania Warszawskiego”, na które rozentuzjazmowana publiczność reagowała z dużą żywiołowością i poświęceniem. Krzycząc, skacząc, skandując i emocjonując się. Niestety, nieubłagane prawa festiwali wszelakich zmusiły ich do zejścia, które pozostawiło pewien niedosyt. Ale lepiej czuć lekkie burczenie w brzuchu niż wielką niestrawność. Stąd mój żal nie był tak wielki.

Oczekiwanie na kolejnego artystę dłużyło się niemiłosiernie. Ale wreszcie na scenie pojawił się On. Zeszłoroczna obecność Macieja Maleńczuka była wkomponowana w stonowany i nieco refleksyjny, bardowski set, który miło korespondował z poprzedzającymi go występami młodszych i bardziej żywiołowych zespołów. W tym roku, ten niepokorny, krakowski artysta postanowił zaprezentować się w mocniejszej i nieco bardziej rozbudowanej formie. Niestety, tak jak się spodziewałem, tylko nieliczne grono osób poszło się bawić i słuchać dokonań pana Maleńczuka. Królowała, znana z występów o wcześniejszych godzinach, pustka. Mimo że repertuar był niezgorszy, energetyczne i mocne kawałki z dotychczasowych dokonań przemieszane coverami klasyków typu Młynarski czy Cash, to publika pozostała głucha. Kwartet określany mianem Psychodancing nie wzbudził wielkiego entuzjazmu. A szkoda.

Absencji N.R.M.u nic by nie mogło tłumaczyć. Przedstawiciele alternatywnego (dla Łukaszenki) świata muzycznego z jedynego kraju w Europie, w którym dyktatura jest ciągle żywa i mocno trzymająca się, zagrali… nudno. Był to niestety kolejny przewidywalny występ Lawona, Pita, Jurasa oraz Aleha. Setlista – standard. Symultaniczne tłumaczenie i zestawy scenicznych żartów – jak zwykle. Niespodzianek – brak. Panowie, ja rozumiem, że promowanie idei białoruskości jest naprawdę trudnym zajęciem, ale zanudzanie bliźniaczo podobnymi do siebie koncertami na pewno wam nie pomoże, a może jedyne zrazić. Całość była poprawnie odegrana. Tak jak zdzierana płyta. Rutyniarsko, bez polotu i wkładu. N.R.M. musi wreszcie coś zmienić, określić się na nowo i odświeżyć, bo ta przewidywalność oraz ogranie zabijają frajdę, jaka towarzyszyła na początku ich drogi muzycznej w naszym kraju.

Po Niepodległej Republice Marzeń nadeszła pora gwiazd prawdziwych. Brytyjscy The Ukrainians rozpoczęli swój set z iście punkową energią zmieszaną z folkowo – wschodnimi (wschodnimi w sensie europejskim) melodiami. Do zagospodarowania mieli wiele osób, które do tej pory raczej stroniły od zabawy na rzecz spokojnego picia piwa bądź wygrzewania się na trawie. Skoczna muzyka podrywała jednak do tańca i zmuszała choćby do tupania nogą. Idealnie wkomponowali się w lekko leniwy nastrój, raz zwalniając a raz przyspieszając tępo, angażując dużą część słuchaczy do tańca i zabawy. Starsi panowie a dali radę. Naprawdę mocny punkt wieczoru.

Wreszcie nadszedł czas na finał. Wzbierająca fala zamieniła się w powódź krzyku i klaskania, gdy cały zespół, wraz z Kazikiem na czele, pojawił się na scenie i uruchomił swoje koncertowe perpetum mobile. Dopiero wtedy naprawdę było widać i słychać na co czekała zdecydowana większość osób zgromadzonych na Polach Marsowych. W miarę długi, ale sensownie skonstruowany i nienudzący set, z dużą ilością utworów z płyt „Tata Kazika”, „Tata 2” oraz „Mój wydawca” rozbawił niemal wszystkich. Nowy nabytek Kultu, puzonista Jarosław Ważny, dodał kilku utworom ciekawy posmaczek. Wielkiej rewolucji nie było, kilka utworów, niestety, zabrzmiało bez Banana gorzej, ale próba odświeżenia składu wyjść może tylko na lepsze. Choć parę spraw, jak świetne intro w „BRŻ” czy wstęp na gitarze w „Niejeden” ciężko sobie odpuścić.

Staszewski, znany kibic sportowy, poinformował nawet o wyniku trwającego meczu, czym uradował albo zmartwił, w zależności od poparcia dla reprezentacji Rosji lub Holandii, spore grono osób. Na marginesie i z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że kilkaset metrów od sceny, zespół Lao Che oddawał się gorączce kibicowania wpatrzony w kilkunastocalowy ekran śnieżącego telewizora.

Czy wiadomo jaka jest przyszłość „wRock 4 freedom”? Ciężko wyrokować. Zeszłoroczna, jakże udana impreza, zderzyła się z edycją tegoroczną, która pozostawiła smak nie do końca taki, jaki powinien być. Jeśli organizatorzy wyciągną odpowiednie wnioski i powrócą do szerszej formuły to przy pewnej dozie szczęścia, ponownie uda im się zrobić ciekawą imprezę, która przyciągnie wielu słuchaczy. W innym wypadku, nawet pomoc mediów (w tym roku fragmenty koncertów były transmitowane w „Trójce”) i kampania reklamowa (spora ilość billboardów i plakatów jak na lokalne wydarzenie) nie przyciągną ilości ludzi, odpowiedniej do zapchania Pól Marsowych.

„Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”

Wrock For Freedom 2008 – 21.06.2008 – Wrocław – Pola Marsowe

Orbitowanie z Kultem

październik 27, 2007

Tak naprawdę ciężko napisać, co się działo we Wrocławiu. Jednym ciężko bo nie pamiętają, drugim ciężko bo są dyskretni, jeszcze inni boją się napisać, a pozostałej reszcie się nie chce. Mnie się trochę chce, a trochę nie chce, więc co nieco napiszę.

Wrocławski Kult w Orbicie był tylko dodatkiem. Co prawda sądząc po ilości biletów jakie zakupiłem w sumie na sobotni koncert, a było ich około 10, można by pomyśleć, że to właśnie warszawski zespół będzie najznamienitszą atrakcją wieczoru. Ale nie.

Głównym daniem okazało się być prześwietne spotkanie z prześwietnymi ludźmi. Powoli zbierająca się ekipa dokonywała kolejnych fenomenalnych odkryć na PKP Wrocław Główny (darmowa toaleta, piwo za 3,5 zł, sklep z nalewkami). Po skompletowaniu ostatniej osoby, żywczanki, która wsiadłszy do niewłaściwego pociągu, bez komórki i znajomości topograficznej stolicy (z)Dolnego Śląska, udała się na podbój miasta, ruszyliśmy po chwilowej acz treściwej przerwie na przystanku linii 135. Po krupniku przyszła kolej na dalsze specjały, którymi raczyliśmy się w autobusie. Potem w krzaki. W krzakach kontynuacja. I wreszcie, wraz ze zmierzającym powoli tłumem, namierzając kolejne przeszkody terenowe, wleźliśmy do środka hali sportowej Orbita.

Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami było średnio. Niby miejsca dużo, ale żeby spokojnie porozmawiać w przedsionku, trzeba było się mocno nagimnastykować. Piwo w cenie, smaku i wielkości normalnie złodziejskiej czyli 5 zł za 0,4 l rozrobionego z chmielowym roztworem powstałym w wyniku płukania beczek po piwie. Przynajmniej kolejki nie były duże.

Gdy weszliśmy, grał Vavamuffin. Tak przynajmniej mi doniesiono, bo organoleptycznie sprawdzić nie poszedłem, a nic poza dudnieniem słychać nie było. Łupanie ze sceny zlewało się z przekrzykiwaniem osób, które próbowały pogadać. Kolejne zmiany utworów najłatwiej było zauważyć w toalecie, kiedy to urynę radośnie spływająca do Odry w fazie wstępnej, zdobiły co chwile kręgi (efekt jak w Parku Jurajskim w scenie z Królem Tyranozaurem) o różnym natężeniu i częstotliwości.

Po czasie pewnym acz nieokreślonym nastąpiła zmiana, bo łupanie stało się cichsze a zamiast mocnych głosów wypłynął lekki falset. Znaczy się, weszło Myslovitz. Przy utworze „Chłopcy” z jedynej zjadliwej dla mnie płyty, ja wlazłem do środka. Scena po drugiej stronie niż na koncercie w czerwcu, ludzi także zdecydowanie więcej niż wtedy. Tłum skaczących i bawiących się osób i Rojek miotający się po scenie. Mimo Off Festiwalu, mimo udanego taperingu do Draculi, nie jestem w stanie przekonać się do muzycznych dokonań głównego zespołu pana Artura. Dość szybko dałem nogę i powróciłem do konwersacji.

Gdy, przynajmniej by porozumieć się z osobą stojącą 50 centymetrów ode mnie, nie musiałem już krzyczeć, a szare komórki zaczęły pracować, synapsy komunikować, wszystkie elementy skomplikowanej układanki wskoczyły na właściwe miejsca, zdałem sobie sprawę, że już za chwilę, już za momencik ruszy z kopyta ZPiT. Dopiłem piwo i pognałem na salę. Z tyłu w tłumie, za konsoletą się ustawiwszy z towarzyszką wieczoru, w spokoju, bez dużej ilości niepotrzebnych ruchów, popadłem w cichutką kontemplację koncertu.

Niestety, już dawno, dawno popełniłem straszny błąd, który kosztował mnie dość sporo. Zamiast poskromić ciekawość i nie poddawać wścibskiej naturze, zajrzałem na magiczną stronę i zapoznałem się z listą utworów, które zaprezentowali Kulci na poprzednich występach. Miało to, jak się później okazało, dwa minusy. Pierwszy minus był taki, że brak było niespodzianki w związku z kilkoma kawałkami. Drugi plus ujemny, zdecydowanie poważniejszy, okazał się być konsekwencją festiwalowego nastawienia organizatorów. Ilość grup występujących we Wrocławiu spowodowała, że koncert atrakcji wieczoru został wykastrowany. Ucięto dość spory kawałek – około sześciu utworów.

Przy scenie – szaleństwo, z tyłu – spokojnie, na krzesełkach – sennie. Pod tym względem hala Orbita bije WFF. I to chyba jej jedyny plus. Bo tak naprawdę to nie wydaje mi się, żeby różnica objętościowa była duża. To miejsce jest dłuższe ale węższe. Dźwięk ma gorszy. Co prawda nie atakował mnie od tyłu, ale przyzwyczaiłem się do bardziej selektywnego odbioru poszczególnych instrumentów. Tutaj mieliśmy ścianę dźwięku, której nie można było do końca ogarnąć.

Dojazd bez porównania gorszy. Kilku moich znajomych zrezygnowało wręcz z pójścia na koncert, bo był on zbyt daleko. Na początku przyznałem rację osobie, która, wydawałoby się całkiem słusznie, zganiła mnie za postrzeganie Wrocławia z dziwnej perspektywy topograficznej. Ale Wytwórnia Filmów Fabularnych jest w miejscu, w który dotarcie nie sprawia najmniejszych problemów. Na nóżkach można dojść i z akademików polibudzianych, i z uniwersyteckich. Zajście na butach do knajpy, w której można usiąść, także nie nastręcza problemów. A Orbita? Nasz powrót to był łut szczęścia – wpakowaliśmy do ostatniego tramwaju na Kwiskiej. Gdyby nie to… Przejście Legnickiej to nie jest rozrywka na sobotni wieczór w okolicach północy.

Zdecydowanie i stanowcze „nie” mówię pomysłowi organizowania dalszych koncertów w hali sportowej Orbita. Ten obiekt wybitnie się do imprez muzycznych nie nadaje.

Sam koncert, poza bardzo mocnymi momentami, był średni. Część osób już wyskakana, część nieco zniechęcona długim oczekiwaniem. Magii nie było. Było solidnie. Rzemieślniczo dobrze. Ucieszyła „Goopya Peezda”, choć dęciaki nie dopełniły całości i zabrakło mi skreczy na początku, to był to naprawdę silny punkt całego programu. „Zegarmistrz światła” wyszedł dobrze. Mimo to parę osób wyraźnie się krzywiło i w powietrzu zabrzmiało słowo „profanacja”.

Muzycznie fajnie, że grają Uriah Heep, ale pan wokalista mógłby znaleźć inną tonację i w inny sposób zaśpiewać „July Morning”. Jego końcowe skrzeczenia są ciężko strawne. Ja naturalnie rozumiem, że po 18 latach głos się nieco zmienia i w młodzieńczy falset nie dość, że wpadać już się nie da, to na dodatek się nawet nie powinno. Ale w takim razie należy coś pokombinować. Podobny zresztą problem jest w utworze „6 lat później”, gdy wchodzi w wyższe rejestry wyjąc „dla ciebie”. Może jednak należałoby te utwory wywalić, skoro wychodzą, jednak moim skromnym zdaniem, dość pokracznie. No chyba że to ma być taki cel: „Nie idzie mi śpiewanie tych piosenek, ale je śpiewam, bo nieśpiewnie oznaczałoby przyznanie się do porażki”.

Podsumowując, było całkiem nieźle. Z naciskiem na „całkiem”. Byłem na kilku zdecydowanie lepszych koncertach Kultu. Troszkę żałuję, że nie było mi dane obejrzeć wcześniejszych zespołów. Choć Vavę, której nowa płyta mnie bardziej zmula niż wypicie dwóch tubek mleka słodzonego z kakao, miałem już okazję oglądać w tym roku tyle razy, że nawet Kazik wydaje się przy nich malutki.

Lecz dopiero w momencie zakończenia koncertów i udania się w kierunku Krzyków zaczęło się dziać fajnie. Dj MeeHau próbujący jednocześnie zakochać wszystkich w utworze „A my musimy uciekać stąd” oraz naprawić Internet bez znajomości hasła. Jego próba zakupienia czegoś fajnego w tramwaju nie spotkała się ze zrozumieniem. / Gómi podający się swoim cieniutkim i cichutkim głosikiem za Kasię i próbujący dostać hasło do Internetu. / Pass która z Glorią w duecie walczyła z kolejnymi butelkami nie tylko alkoholu, ale także litewskiego lekarstwa na potencję. / Trini szukająca swojego tyłu i rzucająca specjalnym tributem dla pana taksówkarza. / Przemysław Błażej który tak niezapomnianego koncertu jeszcze nie przeżył. Na dodatek podstępnie wtykający ludziom koszulki do plecaków i z miną twardziela twierdzący, że koszulka wraz z płytą zaginąć musiały w akcji. / [p] który sprawdzając zegarek co 3 minuty, pobił rekord w spaniu przerywanym. Jednocześnie mimo braku świadomości usłyszał wyrwane z kontekstu zdanie mówiące, że „za pierwszym razem było najfajniej”. Ano było. Ale to odnosiło się do większej całości, o! / Bagietka z którą nocne Polaków rozmowy wprawiły w konsternację część osób, kiedy dowiedzieli się, że gadaliśmy do 6 rano. / Danas który mówił, że wygodnie mu się śpi na podłodze, ale jak dostał łóżko, to po 30 sekundach już spał. / Marcyś zlokalizowana wielkim fuksem. W trampkach na halę sportową ale niekoniecznie na koncert rockowy, wsiadła w pociąg, dzięki któremu dostała możliwość wycieczki krajoznawczej po Wielkopolsce i po Dolnym Śląsku.
Poza tym dzięki dla Królewny Ewy za przechowanie plecaków. Pozdrowienia dla tych Oleśniczan co zwykle, dla osób z którymi mi było dane porozmawiać oraz dla tego, który „mnie nienawidził”. Zawsze lubię, kiedy mnie zapamiętują.
Kult – 27.10.2007. – Wrocław – Hala Orbita

Kult w Kluczborku

czerwiec 22, 2007

Od dawna czekałam na ten koncert. Co prawda odległość od mojego miasta do Kluczborka jest całkiem spora i na dodatek wiedziałam, że jeśli nie uda mi się kogoś namówić, to nie ma szans na dojazd i powrót. No, chyba że spędziłabym jednak noc na jakiejś dyskotece. Tyle że na forum Najlepsze dyskoteki w Polsce o Kluczborku nikt nic nie wiedział. W Opolu istnieją ciekawe. W Namysłowie jest Tabu. Są podobno jeszcze plany, aby zbudować opolską wersję Manieczek, ale tymczasem, borem lasem, to tylko plany. Jednak na moje szczęście dwie koleżanki poważnie się nad wyjazdem zastanawiały.

Co prawda one lekko nieobyte na tego typu dużych imprezach, jak same przyznały ich największym osiągnięciem była dyskoteka w Ligocie Wierzchniej, na którą specjalne sprowadzono ochroniarzy z wrocławskich klubów i rezydenta diżeja z Bierutowa, ale udało się je w końcu przekonać. Zapakowawszy się w samochód, włączywszy muzyczkę nastrajającą odpowiednio do koncertu, ruszyłyśmy w kierunku Kluczborka. Niestety żadna z nas nie pomyślała o mapie, a na dokładkę zaczynał padać deszcz. Poważnie zaczęłyśmy się martwić o nasz makijaż. Na dodatek nie wzięłam stanika, więc ewentualny deszcz znacząco wpłynąłby na prześwitywanie niektórych części ciała w okolicach klatki piersiowej.

Na całe szczęście, gdy dojechałyśmy na miejsce, i to bez większych problemów!, zaparkowałyśmy nieopodal sceny, nieco się rozchmurzyło. Naszym oczom ukazał się przepiękny widok. Nie tylko małe lecz jakże wesołe Wesołe Miasteczko, lecz także namiot z parkietem do tańczenia i stragany z watą cukrową, orzeszkami, przekąskami i innymi smakołykami, które w takiej ilości widziałam ostatnio na odpuście we Wszechświętych. Bo nawet ostatnie dożynki gminne w Boguszycach nie mogły się równać z tym bogactwem. Tenna, jedna z koleżanek, aż podskoczyła z radości, a Wisience zaświeciły się oczy. Jednak po chwili przeżyłyśmy momenty grozy. Cała stada latających żyjątek rzuciły się w naszą stronę. Bzycząc, pofurkując i wyglądając przeohydnie sprawiały wrażenie wyrwanych z mojego najgorszego koszmaru. Jeden wczepił się w moje blond pasemka. Zachwiałam się na moich obcasach, ale na szczęście Tenna szybko unieszkodliwiła go różową parasolką.

Jakaś pani wręczyła nam program imprez związanych z Dniami Kluczborka. Nie zerknąwszy nawet, schowałam go do mojej torebeczki, z której wyciągnęłam lusterko i poprawiłam różowy cień wokół oczu. Prześliczny chłopak, ubrany w białą koszulkę i włosami postawionymi na żel, z kluczykami od BMW, patrzył w moją stroną. Zbliżała się godzina 21. Uśmiechnęłam się do niego i widać było, że ma zamiar podejść, kiedy do moich wrażliwych uszu dobiegły dziwne dźwięki ze sceny…

Nie spodziewałam się tego, ale mieszkając przez tyle lat obok sąsiada słuchającego głupiej muzyki, przywykłam nieco do tego typu wibracji. Na moje nieszczęście właściciel kluczyków od BMW, nie był w stanie tego wytrzymać. Dosłownie po 10 sekundach widać było, jak ucieka. Żeby tego było mało dziwnie wyglądający ludzie, z dreadami, ubrani na czarno, w grubych spodniach i w ciemnych koszulkach, zaczęli przesuwać się w kierunku sceny, co jakiś czas mnie potrącając. Na dodatek lekko się rozpadało, więc uciekłyśmy szybko pod namiot.

Zespół ze sceny pozdrowił publiczność, przedstawił się jako przedstawiciel reggae root z Piły, po czym zagrał. Monotonna muzyka płynęła z głośników. Mając w pamięci niektóre z utworów puszczanych przez nawiedzonego sąsiada, powiedzieć muszę z niechęcią, że zdecydowanie bardziej wolałam to, co on zwykł puszczać. Tam czuć było jakąś energię i pomysł. Tutaj była nuda i w kółko to samo. Jednostajny i dość monotonny rytm, niczym niewyróżniający głos wokalisty, który momentami brzmiał, jakby był kaznodzieją bądź gospelowym chórzystą, wprowadził mnie w lekki stan odrętwienia trwający nieomal całą godzinę. Męczące doświadczenie, ale czegóż się nie robi dla ukochanego artysty.

Po zakończonym występie zespołu Jafia Namuel na scenie się zakotłowało. Widać było, że wszyscy oczekują w napięciu na gwiazdę wieczoru. Z koleżankami zaczęłyśmy cichutko nucić Dziewczyny lubią brąz. Już za chwilkę, już za momencik, po 1,5 godzinnym opóźnieniu i jakże długim oczekiwaniu, na scenie miał się pojawić muzyk, którego na pewno z utęsknieniem wypatrywali wszyscy kluczborczanie. Pod sceną było coraz więcej ludzi, a na scenie pojawił się konferansjer, który zapowiedział… Kult!

Ze strachem popatrzyłam na koleżanki. Pospiesznie wyciągnęłam program Dni Kluczborka i aż oczy przetarłam ze zdumienia. Rysiu Rynkowski miał być dopiero jutro. A dzisiaj, jako gwiazda wieczoru, miał zagrać nieznany mi bliżej zespół Kult. Jęk zawodu wydarł się z mojego gardła. Na prawo ode mnie stał dość dziwnie wyglądający osobnik, w koszulce z napisem Kasta Pianistów. Jego szeroki uśmiech kontrastował z moim pochmurnym nastrojem. Rzuciłam ciche „kurwa”, w myślach przygotowałam sobie treść postu na forum Ryszarda Rynkowskiego, na którym mnie tak bezczelnie wprowadzili w błąd i wraz z koleżankami opuściłam to nieprzyjemne miejsce.

 

Koncert rozpoczął się ze sporym opóźnieniem, za które Kazik przeprosił, mimo iż… nie wynikło ono z winy zespołu. Dość długo się jednak ustawiali i nie mogli dojść do ładu z kablami. Zresztą podczas jednego z utworów wokaliście zdechł mikrofon i musieli zaczynać utwór od początku. Playlista standardowa dość, bez żadnych nowości z NPK. Cieszy natomiast obecność Tana, Kasty Pianistów oraz propisowego Pana Waldka (piosenka, która ma już 15 lat). Zgadam się z tymi marudami, którzy nazywają mnie marudami, że wersja koncertowa utworu Bracia brzmi naprawdę mocno. Ten kawałek wyrasta na numero due z Pindy. Zagrali pełny set, bez żadnych pół gwizdków. Pan Wokalista w dobrych humorze, zdarzyło mu się coś zagaić do publiki (na przykład staaaaara opowieść o płockiej dziewczynie).

Dość dziwne było proscenium. Wchodziło się pod barierki pod górkę, więc wszelkie karkołomne ewolucje były utrudnione. Zjeżdżało się stamtąd dość szybko przez co próby pływackie kończyły się przeważnie katastrofą. Tłoku nie było, ale niektóre osobniki w publiczności zachowywały się skandalicznie. Szczególnie jeden typ, stojący sztywno tuż pod sceną, którego od czasu do czasu ktoś potrącał, wyżywał się dźgając łokciami i mocno odpychając innych. Także dziewczyny.

Nie wiem, na jakich prochach Kult ostatnio jedzie, ale muszę poprosić ich farmaceutę, aby nie przestawał im tego podawać. Wszyscy pełni energii i z uśmiechami od ucha do ucha. Naturalnie wszyscy poza Grudą, który, jak to określił mój kolega, wygląda, jakby siedział tam za karę.

Mimo iż sprzęt wyglądał na leciwy i pomimo początkowych problemów technicznych, wszystko było słychać naprawdę bardzo dobrze. Nawet Gruda, który przeważnie gubi się wśród ściany dźwięku. Tylko jak zwykle Morawiec i jego gitara za cicho. Zagłuszony przez pluton egzekucyjny dęciaków brzmi, jakby go tam nie było.

Naprawdę wielkie dzięki za ten koncert. Było naprawdę wspaniale. Mimo jarmarku obok bawiłem się świetnie, a wysłużona koszulina Kasta Pianistów dumnie prężyła się na piersi wśród gawiedzi niezdającej sobie nawet sprawy, jakie szczęście ich kopnęło w związku z występem zespołu Kult. Martwiłem się niedawno, że XXV urodziny przypominać mogą stypę. Ale forma jaką prezentuje zespół przypomina mi nastolatka, który niedawno zaczął bzykać. Martwiłem się, że potrzebny urolog, a tymczasem w prezencie przyda się kamasutra. Oby tak dalej!

Kult – 22.06.2007. – Kluczbork

Juwenalia part 3

maj 12, 2006

Dwunastego maja roku 2006 wybrałem się na trzeci i zarazem najważniejszy dla mnie dzień tegorocznych Juwenaliów. Tandem Kult i Homo Twist miały być uwieńczeniem i najmocniejszym akcentem koncertowym. Bilet był stosunkowo drogi, ale klasa i ranga zespołów były pewnym wytłumaczeniem tej, jak na juwenaliowe warunki, wysokiej ceny. Słonko grzało, ciepły maj pozwalał na rozebranie się z czego większość osób skwapliwie korzystała pokazując czasem co ciekawsze fragmenty swojego ciała. I o ile męska część publiki raczej mało mnie pociągała, to żeńskie grono wyglądało wyjątkowo urokliwie. Odwieczny dylemat; patrzeć na scenę czy na publikę pozostał dla mnie nierozwiązany. Starałem się naturalnie wykonywać dwie czynności jednocześnie, jednak ze względu na brak poważnej wady wzroku nazywanej z łacińskiego strabismus, nie byłem w stanie podołać temu zadaniu. Przestałem więc zwracać uwagę na otaczające mnie chmary potencjalnych partnerek seksualnych i objąłem spojrzeniem zespół, który powoli instalował się na scenie.Po raz kolejny okazało się, że plenerowe koncerty rockowego zespołu Maleńczuka brzmią zwyczajnie średnio. Homo Twist to ciekawa kapela, ich najnowsza płyta brzmi momentami naprawdę mocno metalowo, a tymczasem wśród wyluzowanej gawiedzi, która zajmowała się bardziej sobą nawzajem niż odbieraniem muzyki płynącej z głośników, nie było niemal żadnego odzewu. Bez problemu dopłynąłem niemal pod same barierki… i od razu tego pożałowałem. Słodkawy kurz, którego nie powstydziłby się nawet Woodstock, zaczął wlatywać we mnie wszystkimi otworami. Łzawienie, krztuszenie, charkanie i smarkanie zmusiły mnie do ponownego przeanalizowania sytuacji i taktycznego odejścia w tył.

A wracając do samego koncertu to mnie jakoś nie porwał. Za wcześnie, za krótko, w złym miejscu i czasie. Maleńczuk i reszta nadają się do ciemnego i dusznego lokalu, gdzie ich dźwięki równie mroczne i ciężkie jak atmosfera wewnątrz, współbrzmiałyby doskonale. Tymczasem luz na Polach Marsowych przypominał bardziej piknik i spotkanie na ogródku działkowym. Aż chciało się zakrzyknąć „wsi spokojna wsi wesoła” i rozpocząć przekopywanie ogródka. Nawet tych parę kąśliwych uwag wygłoszonych przez MM trafiło w próżnię; spokój i rozleniwienie było wszechobecne wśród audytorium. Organizatorzy wyraźnie nie wcelowali i odpowiednio nie dobrali zespołu. Gdybyż jeszcze istnieli Pudelsi w wersji normalnej a nie kuriozalnej, to w Juwenalia wpasowaliby się idealnie.

Tymczasem dała o sobie znać pewna mizeria polskiej sceny muzycznej; naprawdę brakuje nam zespołów, których poziom artystyczny i renoma byłyby w stanie przyciągnąć pokaźną ilość słuchaczy i zapewnić im zabawę na odpowiednim poziomie. Natężenie imprez we Wrocławiu sprawiło, że można się było o tym samemu przekonać, wnikliwie badając koncertowy rozkład jazdy. W ciągu kilku dni przyjechali niemal wszyscy artyści, którzy tylko mogli się zjawić. Aż cud że nie wyciągnięto z grobu Ryśka albo nie spróbowano skusić jakiejś starej i przechodzonej gwiazdy, co to zeszła ze sceny niepokalana, do uczestniczenia w tej całej hucpie.

Jednak może już bez nadmiernego marudzenia. Homo Twist dał radę i wcale ale to wcale nie żałowałem, że mogłem po raz kolejny zobaczyć popisy Titusa szalejącego z basem czy też Maleńkiego, który stojąc niczym monumentalny pomnik, wydobywał kolejne dźwięki z gardła i gitary. A pod koniec koncertu już całkiem pokaźna ilość ludzi szalała w okolicach sceny, nie przejmując się ani żarem lejącym się z nieba, ani też kurzem wzniecanym przez ich własne buty.

Ale zmierzch dopiero powoli nadchodził, a główny zespół wieczoru, miał dopiero wystąpić. Fala ludzka powoli zaczynała napierać na wejście i Pola Marsowe zaczęły się powoli zapełniać. Tłum osób co jakiś czas próbował skandowaniem wywołać zespół, lecz długo przyszło czekać wszystkim tym, co liczyli na to, iż sztuka rozpocznie się szybciej dzięki ich wrzaskom, prośbom i błaganiom. Jako że trochę już tych koncertów Kultu przeżyłem, wiedziałem, że grupa lekko przechodzonych rockmenów nie będzie się spieszyć. Przeciąganie i wydłużanie tego czasu opanowali oni do perfekcji, ale tego typu podgrzewanie nastroju oczekiwania i podniesienie ciśnienia bywa już lekko nużące. Naturalnie nie oczekuję, że po przedzespole ZPiT Kult w pozycji „na baczność” będzie stał pod sceną. Ale jednak chłopaki mogłyby czasem zrezygnować ze swojej demencji i uwiądu na rzecz lepszej organizacji całości występu.

Tylko dwie rzeczy są w stanie przyciągnąć na Pola Marsowe taką armię, darmowe piwo i Kult. Na żadnym innym koncercie juwenaliowym nie było tylu osób i nie panował taki ścisk. Wpychanie się pod scenę nie miało sensu, bo nie dość że naparcie na przednią część publiczności ciągle wzrastało, to na dodatek kurzyło się niemiłosiernie. Przez chwilę miałem wrażenie, że ludzie ten cały pył w plecakach przywożą, dorzucając do tej całej kupki kolejne porcje wszędobylskich drobinek. Stojąc w bezpiecznej odległości oczekiwałem rozpoczęcia się koncertu. Stojąc na paluszkach i wyciągając szyję widziałem niemal całą scenę. Ale osoby którym Bozia zamiast wzrostu dała intelekt miały poważny problem. Chyba że Bozia dała im również i urodę zamieniając w cycatą panienkę, którą każdy chłopak chce podnieść do góry i poczuć jej nogi na swojej głowie.

W każdym razie nisko osadzona scena przy takim tłumie, ścisku i oddaleniu dawała się nieco we znaki. Podobnie zresztą jak nagłośnienie, które miejscami leżało. Szczególnie wokal zlewał się z resztą instrumentarium. Gdyby nie to, że w większości utworów wiem, jakie słowa padną, to sens poszczególnych piosenek mógłby mi uciec. Zresztą problemy z nagłośnieniem były nie tylko głosu wokalisty. Podobnie jak na większości koncertów Kultu momentami gubił się dźwięk gitar i basu. Sekcja dęta ma siłę, która puszczona samopas i nieograniczana przez pana akustyka, zagłuszy nawet śmiech Dody Elektrody.

Całość koncertu była jak zwykle na wysokim poziomie. Ale to już standard. Kazik jak zwykle pod koniec koncertu zaczął skrzypieć i zdarzyły mu się niewcelowania w dźwięki. Ale to także standard. Wpadek większych nie było, lecz mimo to całość występu jakoś mnie nie porwała. Nawet fakt iż dobór utworów pozytywnie zaskakiwał nie był w stanie zmienić moich odczuć. Choć wartym odnotowania faktem jest, że utwory z „Mojego Wydawcy” oraz „OKSK” zabrzmiały naprawdę dobrze i zanotowały udany come back odświeżając setlistę. Naturalnie znalazły się też utwory z najnowszego albumu Kultu, które wzmagały ruch przy Toi Toiach. Gdy tylko leciał jakiś utwór z „Poligono Industrial”, ludzie ustawiali się do niebieskich budek, w których kulturalnie można było pozbyć się ciężkiego bagażu uryny. Nie świadczy to jednak zbyt dobrze o tych kawałkach.

Być może nieco się przejadłem Kultem, być może nieco znużyłem i znudziłem ilością koncertów podczas Juwenaliów. Mimo że ten dzień miał być uwieńczeniem całej zabawy i że rokował najlepiej ze wszystkich dni, to nie sądzę, aby długo pozostał mi w pamięci. Ot, kolejny zaliczony występ zespołu, który gra dłużej niż ja żyję i pogra jeszcze tyle, że mój brat będzie w stanie ich zaprosić na swoje wesele.

Juwenalia – 12.05.2006 – Wrocław – Pola Marsowe

Kult na Dzień Wiosny

marzec 21, 2006

Dawno nie było okazji do podziwiania Kultu podczas Pierwszego Dnia Wiosny. Długoletnia tradycja została złamana już tak naprawdę w 2003 roku, kiedy to zamiast Kultu przyjechał KNŻ. To naturalnie było jeszcze do przełknięcia. Jednakże przez roki dwa następne nie było nic. Dopiero rok 2006 przyniósł odmianę – w hali Wytwórni Filmów Fabularnych zorganizowano koncert.

Dość dużą niespodzianką okazał się support. Nie dość że nie było o nim mowy, to na dodatek okazali się nim być moi krajanie z nu metalowego zespołu Nation. Na ich nieszczęście publiczność w zdecydowanej większości przypominała nieco inżyniera Mamonia. Zaskoczeni nieznaną muzyką albo tępo przypatrywali się scenie albo zajmowali pozycje wokół toalet, miejsc sprzedaży złocistego napoju lub wychodzili na zewnątrz.

Ja z ciekawością wysłuchałem występu zespołu, którego dość dawno nie miałem okazji oglądać. Jednak z pełną świadomością mówię, że ich estetyka oraz klimaty w jakie się zapuszczają nie za bardzo mi odpowiada. Szczególnie niestrawny jest dla mnie wokal; jego nijakość i płytkość wydają się być głównym minusem całego przedsięwzięcia muzycznego o nazwie Nation. Weszli, zagrali, zeszli. Gwizdów mocnych nie było, ale żadnej euforii także nie wzbudzili.

Po dłuższej chwili oczekiwania, w ramach której jeden zespół się instalował a drugi wręcz odwrotnie, rozpoczął się występ. Tłumnie zgromadzona, mimo wysokiej ceny jak na pierwszowiosenny występ, publiczność ruszyła z kopyta do przodu. Przeciskające się przez tłum mniejsze i większe osobniki płci obojga napierały i wlewały się kolejnymi falami, potrącając i popychając stojących z tyłu ludzi. Po chwili nieco się uspokoiło i wszyscy, w mniejszym lub większym komforcie, mogli skoncentrować się na występie.

Kult jak to Kult. Poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Zapowiedzi wspaniałego nagłośnienia i zupełnie nowych wizualizacji spełniły się po części. Pojawiły się zarówno znane i jak i zupełnie nowe obrazy. Hala WFF spełniająca rolę hangaru koncertowego radzi sobie całkiem nieźle z potężnym natężeniem i różnorodnością dźwięków, którymi raczy nas zespół. Jedynym punktem nieco odbiegającym od standardów europejskich był chwilami słabo słyszalny wokal Kazika. Ciężko mu było przedrzeć się przez ścianę dźwięku, które reszta chłopaków wydobywała. No i niemal obowiązkowo po połowie koncertu pojawiła się chrypka, która połączona z niektórymi fałszywymi dźwiękami wydobywanymi ze strun głosowych, niemiło obijała się o bębenki słuchowe.

Mimo tego jednego mankamentu bawiłem się wyśmienicie. Zaserwowane kawałki porwały mnie dość szybko i ten ponad dwie i pół godzinny występ przeleciał niczym dres w pogoni za swoją ofiarą. Wraz z ostatnimi dźwiękami końcowych bisów, niemal z całą Wytwórnią Filmów Fabularnych, przebudziłem się z muzycznego snu i dziarskim krokiem pomaszerowałem w kierunku wyjścia. Kult to doskonałe rozpoczęcie wiosny, w ramach której podczas Juwenaliów przyjdzie nam ponownie podziwiać jeden z lepszych zespołów koncertowych w Polsce.

Kult – 21.03.2006. – Wrocław – WFF

Święto Grzyba z Kultem

wrzesień 10, 2005

Należy zacząć od tego, że mój cały plan wziął w łeb. Miałem jechać pociągiem, żeby wyrobić się na zawody drwali i Hurt, a pojechaliśmy samochodem w momencie, w którym byłem niemal pewny, że na lumberjackow nie zdążymy. Żeby było mało, to okazało się, że moje obliczenia dotyczące odległości Węglińca od mego miejsca zamieszkania nieco odstają od rzeczywistości. Miast założonych przeze mnie 130 km było ich niemal o 70 więcej.

Na dodatek warunki jazdy były dość mało ciekawe. Mały samochód, a w nim 5 niemałych osób. “A lato było piękne tego roku”, więc duchota panowała nieziemska. Droga oczywiście w remoncie, ograniczenia do prędkości 22,(2) m/s, ale i tak nasz pojazd przekraczał miejscami magiczną barierę 100 km/h (zresztą nie byliśmy w tym odosobnieni), więc nim sie obejrzałem, wjechaliśmy w burzę.

Pełni obaw wysłaliśmy wiadomość do Węglińca i niemal od razu otrzymaliśmy odpowiedź: “No. Pada…”. No good. Ale podtrzymywałem towarzystwo na duchu, ze nie można przecież odwołać, ot tak, koncertu z powodu deszczyku, bo i umowa na pewno podpisana, a i pewnie dachem czy inną plandeką scena jest osłonięta.

Dojechawszy na miejsce udaliśmy sie sprawdzić, co też kryje sklep znajdujący sie 5 metrów od miejsca naszego parkowania. Miejscowe tanie wino o dziwnej nazwie “Mustak” w cenie 3,30 zł za butelkę wypiłem z kuzynem w czasie szybszym niż pięciokrotne wypowiedzenie magicznego zwrotu, które fani Kazika i Kultu uwielbiają wykrzykiwać, gdy oczekiwanie na koncert zaczyna im się dłużyć. Należy tutaj dodać, ze szybkość opróżniania butelki była spowodowana faktem, iż jego smak był po prostu wyjątkowo okropny. Albo może i ja odwykłem…

Przy okazji oddalania sie do POMu* rozejrzałem sie wokół i stwierdziłem, że jak na jarmarczno wiejską imprezę z grochówką i balonami, to całkiem niezły poziom reprezentuje. Mnogość atrakcji (bez cienia ironii to pisze) była pokaźna; karuzele, zabawy, tony żarcia. Pogratulować rozmachu tylko mogę. Szczególnie iż bylem w tym roku na dożynkach gminnych i powiatowych, więc porównywać mam z czym. Smutne jednoczenie jest to, ze moje własne okolice dość biednie przy Węglińcu wypadły.

Zbliżała sie 20, więc postanowiłem zająć jakieś strategiczne miejsce blisko sceny. Dość łatwo stanąłem niemal pod samymi barierkami. Z głośników sączyło sie coś kazikowego, a ja patrzyłem na krzątaninę na scenie. Tomasz Goehs poprawiał sobie lusterko, wsadzał zatyczki i ustawiał perkusje. Drugi perkusista kazikowy wykonywał nerwowe ruchy przy głośnikach i kablach. Coś mi nie grało. Brakowało sprzętu i brakowało muzyków.

Deszczyk zaczął lekko siąpić, a na scenie zaczęto rozstawiać piwo. Swoją drogą ciekawe jak im ten trunek smakował. Ja osobiście Goolmana nie lubię; nawet jak na piwo dość tanie, nie spełnia kryteriów smakowych. Ale to może tylko moje odosobnione zdanie.

Moje wcześniejsze podejrzenia okazały się słuszne, bo po niemal godzinnym spóźnieniu na scenę wpadł jednoczenie cały zespół i po chwilowym chaosie wszystko było gotowe. Zgubiły się pewnie chłopaki wśród tych lasów i pól czerwonych (ciekawostka, większość skoszonych pól które mijaliśmy miała odcień krwistoczerwony. Osobliwie to dość wyglądało).

Początkową pozycje pod barierkami utrzymałem niemal do samego końca. Rozbawiło mnie jednak, kiedy mama ze swoim dzieckiem płci męskiej w wieku raczej wczesnopodstawówkowym, została przez ową latorośl zmuszona do opuszczenia miejsca pod barierkami, bo „było za głośno”. Swoją drogą szkoda, bo mama wyglądała wyjątkowo miło. Jeśli wiecie, o czym ja mówię…

Rozbawiło mnie także setnie, gdy Kulci chcieli ruszyć z kopyta i im troszkę nie wyszło, bo Wirek sie walnął. Goehs zaczął stukać Baranka, a pan Ireneusz się mocno zdziwił. Dopiero pokazanie kartki z setlistą pozwoliło na zaśpiewanie „Ech Ci ludzie! To brudne świnie!” i koncert potoczył się dalej. Niektóre pomyłki są na tyle sympatyczne, że dodają występowi uroku. Szczególnie gdy nie zdarzają się nagminnie.

Z ciekawostek:

Przed „Do (b)Ani” a po “Wspaniałej nowinie” zabrakło prądu dla pana Grudzińskiego. Dopiero po pewnym czasie opanowano sytuacje i dźwięki keyboardu zaczęły być słyszalne.

Gitara Banana była bardzo głośno ustawiona (przebijała wszystkie instrumenty razem wzięte), więc pierwszy raz chyba moglem usłyszeć cały podkład gitarowy podczas wyśpiewanego „kurwa w dupę mać”. Swoją szosą z koncertu na koncert ten utwór nabiera dla mnie mocy. Ale o tekście sza.. Nic o „dumnej brwi” nie napiszę. Spuszczę na to zasłonę milczenia.

Gdy zaczęło się “latanie” ochrona pierwszej osoby nie złapała. Ale juz następne dość umiejętnie ściągali z głów ludzi pod barierkami i bez żadnych problemów kierowali do wyjścia. Wielkie brawa dla panów. Szybko się dość odnaleźli w, bądź co bądź, nowej dla nich sytuacji.

Podczas “Tłuszczy” ktoś z tłuszczy rzucił Kazika puchą. Koncert po chwili został wznowiony,. Nota bene – sam utwór się zmienił nieco. Jak dla mnie, niestety, na gorsze… Poprzednia aranżacja o wiele bardziej mi się podobała. Ta jakaś taka piskliwa się wydaje być.

Porażka koncertu – “Krew jak śnieg”. Absolutnie nic się w tej piosence Kazikowi nie udało; źle wszedł, mylił zwrotki, nawet z refrenem było cos nie tak. Chyba nawet zapomniał pierwszych słów piosenki, bo w momencie, w którym miał rozpocząć, podszedł do Wojtka Jabłońskiego, który, tak to przynajmniej wyglądało, podpowiedział mu pierwsze słowa piosenki. Oj, chyba przydałby się sufler.

Podoba mi się płynne przejście z “Ja cham miałem złoty róg” do “Ręce do góry”. Wyciszenie zespołu, Kazik nuci “Miałem sznur, dwa sznury, Ręce do góry”, pierdyknięcie Tomasza w perkusje i “heja ho”!

Przy pierwszych dźwiękach “Rządu oficjalnego” nie wiedziałem, co grają. Dość ciekawe intro.

Kazelot pomylił także zwrotki w “Wolności”, ale po “Krwi jak śnieg” niemalże nie zwróciłem na to uwagi. Po prostu małe wahnięcie.

Juz wiem co teraz jest absolutnym killerem koncertowym – “Dziewczyna bez zęba na przedzie” brzmi tak, jak sobie wyobrażam najlepszy koncertowy utwór. Absolutne numero uno wczorajszego występu.

Podsumowując: Fajnie, energetycznie i miło. Kult poniżej pewnego poziomu nie schodzi i świetnie sie można bawić słuchając i oglądając chłopaków na scenie. Mnie sie podobało. I to mocno!

* POM – Punkt Oddawania Moczu

P.S.

Światełka też ładne, ale po “październikowej” ciężko mnie w tym aspekcie zaspokoić, więc zauważam, ze były, ale tylko na marginesie.

Skrót skrótu:  1. Baranek 2. Grzesz, 3. Pasy, Pasa, Pasadena czyli Pasażer 4. Bez dzieci jesteśmy zarówno niegrzeczni jak i mocno niebezpieczni 5. JHWH 6. Planiści w Kaście 7. Nowinka 8. Totalna militia 9. Pot, kurwa w dupę mać, i kreff vol. 2 10. Czarne Słońca 11. Brook 12. Al Arahija 13. Dolina 14. Cham 15. Rencami w górę 16. Krew vol. jeden czyli ze śniegiem 17. Fearrirrrrra i do tego oficjalny rząd 18. Tłuszcza rzucająca puszką w Kazika 19. Imć Gruda zapodaje Mengistację20. PMW 21. Urwy Wend 22. Dama co straciła trzonowego 23. Casablanca Bisy: Standard
Kult – 10.09.2005.- Węgliniec – Święto grzyba

Pomarańczowy Kult 2004

październik 17, 2004

Witaj! Co tu robisz?

Hej! A siedzę sobie i czekam na ciapąga w kierunku mego miasta…

Długo jeszcze byndziesz czekać?

Raczej nie. Już tylko godzina i powinni podstawić. Znaczy mam taką nadzieję, bom jeszcze lekki nieprzyzwyczajony do temperatur wynikających ze zmiany kąta padania promieni słonecznych.

Hę?

No zimno jest już…

To mów!

Mówię przecież. A zresztą; łajno tam!

Dobra to zapytam jeszcze o to skąd wracasz.

Teoretycznie z koncertu Kultu a praktycznie z knajpy.

Kult znowu grał ? Często im się to zdarza ostatnio.

No cóż. Trasę pomarańczową chłopaki grają. A że Wrocław miastem małym nie jest to i dobrze, że nas odwiedzili.

A bilety ile?

32 w przedsprzedaży…

Niemało. Rzekłbym nawet całkiem sporo…

Taaaa! Pidżama dla przykładu 25 zł kosztowała. A Kulci nie dość, że wożą ze sobą jakiś tam większy dobytek to na dodatek jest ich więcej niźli przeciętnego zespołu. Co jednak faktu nie zmienia, że 32 zł to nie jest mało. Ale cholera! WARTO! Zdziwionym jak diabli, bo się spodziewałem standardu w wykonaniu dość dobrze mi znanego zespołu, a oni mnie zaskoczyli. Na plus oczywizda!

A koncert gdzie? We W-Zwodzie jak zwykle i znowu padało z nieba, a ludzie sobie po głowach łazili ?

No właśnie na szczęście nie. Nie wiem kto wpadł na koncepcję, ale byłaby to słuszna koncepcja. Koncert odbył się tuż w WFF obok Hali Ludowej. Na początku nie mogłem sobie prawdę mówiąc zwizualizować tego miejsca, ale kolega na szczęście mi wytłumaczył i coś tam w głowie zgrzytnęło i zaskoczyło, więc nie było problemów z trafieniem.

I jak sala?

No właśnie o to chodzi, że świetnie. Wchodziło się do przestronnego przedsionka, gdzie było prawie wszystko. Był Forni ze sklepikiem, byli piwoleje z kranikami, była ubikacja, a nawet było co zeżreć. Co prawda w żadnym z wyżej wymienionych miejsc nie skorzystałem z możliwości wymiany pieniędzy na dane dobro, ale sama możliwość ich wydania była przeze mnie pozytywnie odebrana. Jedynym i największym minusem był brak szatni. Na szczęście dość szybko przewiesiłem golf przez barierkę technicznych i z dumą wyprężałem koszulkę Kasty Pianistów na klacie.

To chyba przedsionek opisujesz… A ja się pytam jak sala?

Jak mi będziesz przerywać, to nas tu odnajdą archeolodzy z oleśnickiego uniwersytetu nim ja skończę…

W Oleśnicy nie ma wyższej uczelni…

Ale, kurwa, założą zanim ja skończę! Zamilkniesz? Dziękuję! A więc na czym to ja skończyłem?

A co szara breja, którą ktoś śmiał mózgiem nazwać, już całkowicie Ci się zlasowała od palenia ?

Dowcip Ci się wyostrzył? Jak nie chcesz słuchać to won z miejsca przy mnie i pokontempluję w samotności. O czym to ja ? Aha! Tak! Ludzi całkiem pokaźna ilość się zbierała, więc z pewną obawą wszedłem na główną salę. Ale na szczęście me obawy były urojone, bo miejsce nie dość, że przestronne to na dodatek z dobrze ulokowaną sceną. Znajdowała się na tyle wysoko, że widać ją było z nawet dalszej odległości. To znaczy byłoby widać, gdyby nie ten dym i przyciemnione światła. Zastanawiałem się kto i po co tak mocno nakurzył. Nie wyglądało to na typowo koncertowy dym z papierosów i na pewno nim nie było. Z prostego względu; ochraniarze wypraszali ludzi palących na sali. Bardzo mi to odpowiadało, a psioczenia palaczy wychodzących z sali radowały mnie dosyć mocno. Przynajmniej nikt mi nie nachucha w gębę.Rozglądałem się z zainteresowaniem i zauważyłem, że istnieje coś w rodzaju balkonu. Nikogo tam nie było z początku, jednak drzwi wskazywały na to, że jest możliwość dostania się nań.
Cyrkulacja powietrza istniała, więc także moje obawy, co do duchoty, dość szybko się rozwiały.
Za perkusją natomiast, rozwieszona biała płachta – wytężając pokłady swej ponadprzeciętnej inteligencji doszedłem do słusznego wniosku, że zapewne będą tam wyświetlane słynne wizualizacje

Co takiego?

Wizualizacje. W sumie dość dawno to wymyślono i zapewne sam wiesz o co chodzi. Podczas piosenek leci w tle obraz, nadający pewnego znaczenia utworowi właśnie odgrywanemu. Można to robić całkiem interesująco i doskonale wypełnić sceniczny image. Tylko że na to potrzeba dość dużych funduszy, żeby nie wyszła za wielka wiocha. No i żeby jakoś to wszystko ze sobą współgrało; nie rozpraszało uwagi i było stylistycznie do siebie dobrane.

A jak było w tym wypadku?

Miejscami nieźle, miejscami średnio. Rzeczą na którą zwróciłem uwagę było to, że chyba aż trzy miały w sobie motyw ognia. Jednym z ciekawszych uobrazowień były obrazowe dogrania do Pasażera. To im się naprawdę udało. Podobnie ciekawie wyglądała Celina ze stylizacją na kino lat 20/30. Także Parada wspomnień i Studenci zaprezentowali się na poziomie. Smaczkami niewątpliwie były Wódka oraz Wolność.
I jeszcze jedna ze scen przywiodła mi na myśl teledysk do Sugar System of a Down. Chodzi mi konkretnie o grupy ludzi idące w rzędzie.
Ale podczas Polski to mnie raczej rozstbawienie ogarniało jak widziałem plastikową flagę tak sztucznie łopoczącą.

Czyli plus czy minus?

Wynik dodatni jak najbardziej. Obraz rzucany był na tyle `delikatnie`, że jednak nie rozpraszał uwagi i nie dekoncentrował, a tego najbardziej się obawiałem; żeby owe wizualizacje nie zajęły roli pierwszoplanowej, bo ja jednak idę na koncert a nie do kina tudzież na film.

A jeszcze co do sali; jak akustyka? Duże sale ciężko dobrze nagłośnić…

Srututu! To właśnie chyba największy atut tej sali. WSZYSTKO słychać było. Chyba po raz pierwszy od bardzo dawna słyszalny był i pluton egzekucyjny z dęciakami i wokal i gitarzyści. Goehs był wyjątkowo nieco w tle, ale była to pewne odmiana, od zwykle za mocno podkręconej perkusji. Każdy instrument dało się wyłowić i słuchać osobno. No po prostu brawa dla panów z potencjometrami.

Wow! Toś mnie zaskoczył… Cały czas idealnie, co?

No dobra. Nie cały czas. Podczas Wysłannika Irek był ciutkę za mocno i nie słyszałem solówki.

Wysłannika? To ciekawe. Duże zmiany w playliście?

No właśnie tak! Nie dość że zaczęli Kastą pianistów, nie dość że przypomnieli część starszych utworów, to na dodatek większość z nich jest odświeżona. Słychać te nowe dźwięki podczas aranżacji i koncert zyskuje. Nudą nie powiewa i Michał zadowolony.
Cieszy powracanie do albumu Mój wydawca chociażby z coverem Omegi…

Czekaj! Zagrali Dziewczynę?

Obydwie nawet. Ale daj skończyć! Z tej samej płyty zaistniały jeszcze Ręce do góry, Wioślarzy no i Casablancę

Casablancę ?

Znaczy Psalm 151. Szkoda że Lewe lewe loff wyleciało.

A z nowych kawałków?

O nowych utworach też mogę się rozpisać w superlatywach samych. Co prawda Pot i krew ma nadal tak samo denny tekst, to jednak muzycznie brzmi on wspaniale; z wykopem i czadem z dupy na maksa, że zacytuję nieobecną na koncercie koleżankę. Cham ślicznie buja, a Park 23 jest lekko transowy. Jest dobrze. To że Kazik coś tam przebąkuje o kryzysie, nie znaczy, że cały zespół jest w dołku. Na koncertach wyraźnie widać, że jest wręcz odwrotnie.
No i ja mogę się zachwycać długo dość, bo jest i nad czym. Zgroza jak zwykle z podwójną stopą zabrzmiała energetycznie, a obydwie Dziewczyny doprowadziły mnie..

..do orgazmu. Hehehehe!

… Debil! Anyway. Nie wspomniałem jeszcze o światełkach. Już podczas pierwszego utworu wyjaśniło mi się po co jest ten dym. Smugi światła było dzięki niemu doskonale widoczne. Refleksy odbijały się po całej sali i wyglądało to po prostu przepięknie. A podczas refrenu Brooklińskiej… zaczynały świecić na żółto i wyglądały jak słoneczka! Zresztą od dość dawna Kult trzyma wysoki poziom z zabawą kolorami, refleksami świetlnymi itp.

A jakieś smaczki? If You know what I mean…

Wiem. I było tego parę. Z okazji urodzin Grudy sala odśpiewała mu “Sto lat!”. Potem także Banan zagrał na waltorni wariację z tą melodią. Było naprawdę miło. Szczególnie że Gruda na końcu zrobił jeszcze mini recital swych utworów. Z tegoż to powodu Kazik się śmiał, że dzisiejszego wieczoru ZpiT Kult gra jako support przed Grudą.
A sam Grudziński zaskoczony był dość mocno, gdy zakrzyknąłem Stare samochody. Te utwory są okropne, wokalista mruczy, teksty są banalne a jednak miło się ich słucha.

O! Jakiś pociąg. Twój?

Ta! Spadać muszę powoli. Dzięki za umilenie czasu…

Nie ma sprawy. Do następnego razu. Tylko jeszcze powiedz czego Ci zabrakło.

Angeliny Jolie tańczącej obok mnie. Trzym się!

KULT – 17.10.2004 – Wrocław – WFF

Powoli zbliżaliśmy się do miejsca koncertu. Swojskie „kurwa” usłyszane w drodze do metra, wyrwało mnie z rozmyślań nad cenami zapiekanek. Raz za razem słychać było polską mowę. Dochodziliśmy do Kulturbrauerei, który przez 6 dni, w ramach festiwalu „Terra Polska”, stał się domem dla 200 artystów z Polski, jak i niemieckiej Polonii. Sobotnim, chyba najmocniejszym akcentem, miał być występ Kultu poprzedzony Futrem oraz Tworzywem Sztucznym.

Stragany, gwar, panowie puszczający ogień, puste butelki, puszki, odór marihuany. Wszystko to zmieszane razem, dawało niezłą mieszankę. Tygiel wonno – kulturowy. Po lewej stronie stała sobie niepozornie niewielka scena, nad którą widniał napis: „Brudne Dzieci Sida”. Niestety, koncert Patyczaka miał miejsce kilka godzin wcześniej.

Idąc dalej dało się ujrzeć pokaźną grupę tłoczącą się niemrawo w kolejce; tłum osób wokół wejścia świadczył o tym, że trafiliśmy we właściwe miejsce. I tutaj pierwsza niespodzianka! Bilety magicznym sposobem podrożały o 1,5 euro w stosunku do ceny zapowiadanej. Na dodatek wyglądały jak niewydrukowane do końca.

Po chwili weszliśmy do środka. Przestrzenna sala, dość duża scena, w miarę luźno, sufit wysoko a nawet możliwość oglądania koncertu z lotu rzuconej do góry butelki to atuty naprawdę godne pozazdroszczenia. Minusem była natomiast płatna toaleta, z której przyszło mi skorzystać zaraz po wejściu. Brak lokalnej waluty sprawił, że musiałem prosić o możliwość zrobienia siusiu za darmo. Ale co tam, za wrzesień 39 należy mi się chyba gratisowy kibel.

Chwilę zajęło nim pierwszy band się rozłożył, więc nadstawiłem ucha. Rozmowy głównie po polsku; choć i mowa Goethego wraz z szekspirowskimi wtrąceniami się zdarzały.

To, co zwróciło moją szczególną uwagę – wszechobecne butelki; potłuczone, zdeptane i zmiażdżone. Istny horror. Na dodatek tego szkła przybywało. Głupota ludzka nie zna granic.

Ale nie miałem czasu denerwować się i rozmyślać nad zachowaniem osób, z którymi przyszło mi się bawić, gdyż rozpoczynał się koncert. Jako że był to, znaczy się dla mnie, koncertowy debiut z Fiszem, z ciekawością obserwowałem zespół. Młody Waglewski już na wejściu powiedział, że będą grać 40 minut i słowa dotrzymał. Było ok, ale momentami zbyt monotonnie. Publiczność, średnio wciągnięta, wyraźnie oczekiwała na gwiazdę wieczoru.

Po zejściu Tworzywa Sztucznego nastąpiła około dwudziestominutowa przerwa i pojawił się zespół Futro z Noviką na czele. No cóż, nie wiem, jak to subtelnie ująć; nic interesującego. Ziewanie i nudy. Warty odnotowania był tylko cover „Wojen gwiezdnych” Kryzysu z tekstem „Powietrze tu nieświeże i niezdrowy swąd”. Podczas występu niemal odbiłem się od Fisza, który wraz z zespołem kierował się ku wyjściu. Futro zagrało i zeszło.

Koncert Kultu rozpoczął się niemal punktualnie o północy, tu wielka niespodzianka, Barankiem. Zresztą cały występ należał do tych bardziej standardowych. Urozmaiceniami były między innymi zagubione fanty, które Kazik dostawał; klucz, paszport i kartę do bankomatu. Na dodatek otrzymał prezent w postaci buziaka od jakiejś fanki oraz zatańczył z jakimś chłopakiem. Przed Irkiem inna osoba padła na kolana i zaczęła bić pokłony.

Zaskoczeń muzycznych – żadnych. Ten koncert aż prosił się o Berlin. A była jedynie Arahja. Na bisy Krew Boga, Konsument, Wolność oraz Polska, którą pierwszy raz od dawna zaśpiewałem. I przyznam, że pewną radość sprawiło mi śpiewanie „Polska! Mieszkam w Polsce! Mieszkam tu, tu, tu, tu!”

Całość w granicach dwóch godzin i trzydziestu minut. Nagłośnienie całkiem niezłe, acz, jak zwykle, nie słychać było gitary Morawca.

Powrót z rozradowanymi rodakami, z których większość była naprawdę mocno ukontentowana występem Kulcich, sprawił mi dużą frajdę. W sercu obcego miasta poczuć się jak w domu – piękne uczucie.

Zaś co do miasta… Berlin mnie przytłoczył. Za nic nie chciałbym tam mieszkać. Duże, bezimienne, anonimowe. Czułem się tam mocno zagubiony i jakiś taki, sam nie wiem jak to określić, przytłoczony.

Kult – 24.04.2004 – Kesselhaus/Kulturbrauerei – Berlin

P.S.

Koncertowe zdjęcia