wRock 4 freedom; „Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”
czerwiec 21, 2008
Zeszłoroczny festiwal wRock for Freedom był udanym wydarzeniem. Nie tylko artystycznym ale także frekwencyjnym. Odbywające się na Wyspie Słodowej koncerty, podzielone na trzy bloki tematyczne, swoim rozmachem i oryginalnością nokautowały dość mocno. Artyści młodsi i starsi zaprezentowali swoje pieśni wraz ze słowami poparcia dla Czeczeni, Białorusi i Tybetu. „Wolni i solidarni”, bo tak brzmiało hasło, zagrali swoje utwory dla tłumnie zgromadzonej publiczności, które doceniła kolejne zespoły, świetnie się przy tym bawiąc.
Organizatorzy zachęceni ubiegłorocznym sukcesem nastawili się wyraźnie na więcej. Imprezę przeniesiono na odległe lecz pojemniejsze Pola Marsowe oraz zapewniono większe gwiazdy; przede wszystkim Kult i The Ukrainians. Całość uzupełniono białoruskim i antyłukaszenkowskim zespołem NRM, dorzucono fenomenalnie grający na koncertach Lao Che i skoczne Akurat. Zaproszono ponownie, tym razem z zespołem, Maćka Maleńczuka a także Armię. Dano także alternatywę dla, nie tak znowu drogich, biletów. Dzięki fladze Białorusi, naturalnie nie tej obecnej tylko biało – czerwono –białej, bądź Tybetu można było wejść na koncert za darmo. Gest organizatorów nie zmobilizował jednak zbyt wielu osób. Nie dość że Pola Marsowe zionęły pustką, to na dodatek kolorowych i powiewających flag było jak na lekarstwo.
Tak naprawdę ciężko jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną tak dużej absencji; nadmiar koncertów (było wszak tuż po Juwenaliach), środek sesji (wiele znajomych osób zrezygnowało ze względu na naukę), mała różnorodność i postawienie na gitarowe granie (w zeszłym roku posłuchać można było zarówno młodszych jak i starszych, rocka jak i reggae lub hip hopu) czy też odległa lokalizacja (jedna nitka transportowa po skończonym koncercie zmuszała do nocnego i długiego marszu przez Park Szczytnicki). Być może także główna atrakcja, czyli Kult z Kazikiem, nie spełnił roli magnesu. Uzasadnione to może być prostym faktem, że był to trzeci koncert pana Staszewskiego w przeciągu ostatnich sześciu tygodni.
Nie dla mnie był początkowy koncert. Nie dla mnie. I, przynajmniej w relacji znajomych i mniej znajomych osób, które na wyżej wymienioną sztukę się załapały, nie mam czego żałować. Akurat, dające występ otwarcia, nie porwało i zanudziło. Odejście Kłaptocza zaszkodziło zespołowi i niezbyt pozytywnie wpłynęło na muzykę. Choć może moi informatorzy wprowadzili mnie w błąd i Akurat dali czadu. Jednakże, ze względu na dość dużą oraz zróżnicowaną próbę badawczą, zaryzykuję twierdzenie, że badani mogli mieć rację i zamiast wielkiego spektaklu, mieliśmy do czynienia z wielką porażką.
Następna w kolejności Armia zagrała na pół gwizdka, bez polotu i lekko „odwalając” swoją rolę. Ja rozumiem, że wczesna pora, że mało osób, że się nie chce i że bez sensu dawać z siebie wszystko dla trawy i kurzu, ale pana Budzyńskiego z kolegami nie zwalniało to z powinności wywiązania się z umowy. No, chyba że pójście w progrockową stronę twórczości, na czele z suitą „Ultima Thule”, i odcięcie się od punkowych początków to świadomy zabieg i trwała ewolucja. Mimo wszystko takiej Armii nie chcę. W swoich sądach, dość wyjątkowo, nie byłem osamotniony – publiczność, wyraźnie znudzona, oddawała się innym przyjemnościom, ignorując występ Budzego i spółki.
Co innego Lao Che. Ten zespół poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Co prawda, my –wrocławianie – nie załapaliśmy się na zaplanowaną kilka dni później kolaborację płocczan z sekcją dętą, ale i tak mogliśmy zobaczyć Spiętego z kolegami w świetnej formie. Przeważały utwory z ostatniej płyty – „Gospel” – ale nie zabrakło też killerów z „Powstania Warszawskiego”, na które rozentuzjazmowana publiczność reagowała z dużą żywiołowością i poświęceniem. Krzycząc, skacząc, skandując i emocjonując się. Niestety, nieubłagane prawa festiwali wszelakich zmusiły ich do zejścia, które pozostawiło pewien niedosyt. Ale lepiej czuć lekkie burczenie w brzuchu niż wielką niestrawność. Stąd mój żal nie był tak wielki.
Oczekiwanie na kolejnego artystę dłużyło się niemiłosiernie. Ale wreszcie na scenie pojawił się On. Zeszłoroczna obecność Macieja Maleńczuka była wkomponowana w stonowany i nieco refleksyjny, bardowski set, który miło korespondował z poprzedzającymi go występami młodszych i bardziej żywiołowych zespołów. W tym roku, ten niepokorny, krakowski artysta postanowił zaprezentować się w mocniejszej i nieco bardziej rozbudowanej formie. Niestety, tak jak się spodziewałem, tylko nieliczne grono osób poszło się bawić i słuchać dokonań pana Maleńczuka. Królowała, znana z występów o wcześniejszych godzinach, pustka. Mimo że repertuar był niezgorszy, energetyczne i mocne kawałki z dotychczasowych dokonań przemieszane coverami klasyków typu Młynarski czy Cash, to publika pozostała głucha. Kwartet określany mianem Psychodancing nie wzbudził wielkiego entuzjazmu. A szkoda.
Absencji N.R.M.u nic by nie mogło tłumaczyć. Przedstawiciele alternatywnego (dla Łukaszenki) świata muzycznego z jedynego kraju w Europie, w którym dyktatura jest ciągle żywa i mocno trzymająca się, zagrali… nudno. Był to niestety kolejny przewidywalny występ Lawona, Pita, Jurasa oraz Aleha. Setlista – standard. Symultaniczne tłumaczenie i zestawy scenicznych żartów – jak zwykle. Niespodzianek – brak. Panowie, ja rozumiem, że promowanie idei białoruskości jest naprawdę trudnym zajęciem, ale zanudzanie bliźniaczo podobnymi do siebie koncertami na pewno wam nie pomoże, a może jedyne zrazić. Całość była poprawnie odegrana. Tak jak zdzierana płyta. Rutyniarsko, bez polotu i wkładu. N.R.M. musi wreszcie coś zmienić, określić się na nowo i odświeżyć, bo ta przewidywalność oraz ogranie zabijają frajdę, jaka towarzyszyła na początku ich drogi muzycznej w naszym kraju.
Po Niepodległej Republice Marzeń nadeszła pora gwiazd prawdziwych. Brytyjscy The Ukrainians rozpoczęli swój set z iście punkową energią zmieszaną z folkowo – wschodnimi (wschodnimi w sensie europejskim) melodiami. Do zagospodarowania mieli wiele osób, które do tej pory raczej stroniły od zabawy na rzecz spokojnego picia piwa bądź wygrzewania się na trawie. Skoczna muzyka podrywała jednak do tańca i zmuszała choćby do tupania nogą. Idealnie wkomponowali się w lekko leniwy nastrój, raz zwalniając a raz przyspieszając tępo, angażując dużą część słuchaczy do tańca i zabawy. Starsi panowie a dali radę. Naprawdę mocny punkt wieczoru.
Wreszcie nadszedł czas na finał. Wzbierająca fala zamieniła się w powódź krzyku i klaskania, gdy cały zespół, wraz z Kazikiem na czele, pojawił się na scenie i uruchomił swoje koncertowe perpetum mobile. Dopiero wtedy naprawdę było widać i słychać na co czekała zdecydowana większość osób zgromadzonych na Polach Marsowych. W miarę długi, ale sensownie skonstruowany i nienudzący set, z dużą ilością utworów z płyt „Tata Kazika”, „Tata 2” oraz „Mój wydawca” rozbawił niemal wszystkich. Nowy nabytek Kultu, puzonista Jarosław Ważny, dodał kilku utworom ciekawy posmaczek. Wielkiej rewolucji nie było, kilka utworów, niestety, zabrzmiało bez Banana gorzej, ale próba odświeżenia składu wyjść może tylko na lepsze. Choć parę spraw, jak świetne intro w „BRŻ” czy wstęp na gitarze w „Niejeden” ciężko sobie odpuścić.
Staszewski, znany kibic sportowy, poinformował nawet o wyniku trwającego meczu, czym uradował albo zmartwił, w zależności od poparcia dla reprezentacji Rosji lub Holandii, spore grono osób. Na marginesie i z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że kilkaset metrów od sceny, zespół Lao Che oddawał się gorączce kibicowania wpatrzony w kilkunastocalowy ekran śnieżącego telewizora.
Czy wiadomo jaka jest przyszłość „wRock 4 freedom”? Ciężko wyrokować. Zeszłoroczna, jakże udana impreza, zderzyła się z edycją tegoroczną, która pozostawiła smak nie do końca taki, jaki powinien być. Jeśli organizatorzy wyciągną odpowiednie wnioski i powrócą do szerszej formuły to przy pewnej dozie szczęścia, ponownie uda im się zrobić ciekawą imprezę, która przyciągnie wielu słuchaczy. W innym wypadku, nawet pomoc mediów (w tym roku fragmenty koncertów były transmitowane w „Trójce”) i kampania reklamowa (spora ilość billboardów i plakatów jak na lokalne wydarzenie) nie przyciągną ilości ludzi, odpowiedniej do zapchania Pól Marsowych.
„Grali dla Białorusi – grali dla Tybetu”
Wrock For Freedom 2008 – 21.06.2008 – Wrocław – Pola Marsowe
Juwenalia part 2
maj 11, 2006
Anyway, idąc powoli w kierunku zielonych łąk dosłyszałem plumkanie basu oraz uderzenia werbla. Byłem spóźniony. Zbliżając się do celu ze smutkiem wykoncypowałem, że nie tylko przegapiłem Wu-Hae, ale i uciekają mi kolejne minuty występu Lao Che. Przyspieszyłem kroku i poszukałem strategicznego miejsca do odbioru muzyki.
Wyjątkowo dobrą pozycją na oglądanie sceny i słuchanie dźwięków był wał przylegający do pustego basenu, który to basen (jak i wał także) znajdował się paręnaście metrów od płotu okalającego Pola Marsowe. Gratulując sobie genialnego wyboru, usiadłem wśród tłumu osób, z których zdecydowana mniejszość poświęcała chociaż część uwagi koncertowi Lao Che.
Co wam powiem, to wam powiem, ale wam powiem… Było ciepło. Nawet cień rzucany przez otaczające mnie drzewa nie był w stanie zapobiec inwazji promieni słonecznych. Upał dawał się we znaki także nielicznej publiczności pod sceną, która to publiczność próbowała wykrzesać z siebie jakąś energię. Z mojej perspektywy wyglądało to raczej na emeryten party niż studenckie święto, ale być może tumany kurzu kotłujące się w okolicach sceny rozmyły mi perspektywę odbioru wrażeń wizualnych.
Nie wiem czy podyktowane to było wczesną godziną, upałem, ilością koncertów, perspektywą zajęć w dniu następnym, czy też brakiem nawisu inflacyjnego ale przed sceną była jedynie garstka osób.
Z mojego punktu widzenia, siedzącego w cieniu drzew malkontenta, którego perspektywa była nieco oddalona, koncert niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zagrali, zabisowali (nawet dwukrotnie) i zeszli ślicznie dziękując nielicznym słuchaczom.
I wtedy pod sceną zrobiło się pusto. Długie czekanie, przerwane konkursami oraz podziękowaniami dla sponsorów, rozleniwiło całe audytorium, które schroniło się w cieniu parasoli piwnych i rozpoczęło radosną konsumpcję. Zapowiedziany Sidney Polak nie pojawiał się. Nie pojawiał i nie pojawiał… Poszła plotka, jakoby nie miał zamiaru grać do nieobecnej publiczności. A publiczność czekała, aż zacznie grać, żeby nie prażyć się nonsensownie na Słońcu. Pat.
Po godzinnym oczekiwaniu na ruch z którejś strony, przekląłem, kopnąłem leżącą nieopodal puszkę, spytałem która godzina i poszedłem w diabły. Na dodatek dopiero po chwili zorientowałem się, że odór, który jakiś czas temu mnie niezauważony otoczył, nie był naturalnym swądem zalegającym we Wrocławiu, jeno zapachem jednorazowego grilla, który robi ostatnimi czasy furorę. Szczególnie wśród studentów polibudy. Wychodząc z tego smrodu poczułem się, jakbym opuszczał okolice Piły, zostawiając za sobą imperium byłego senatora Henryka Stokłosy. Oddech pełną piersią pozwolił mi nabrać nieco energii i ruszyć w powrotną podróż.