Wrocławski Iggy Non Stop

czerwiec 24, 2007

Wakacyjne święto miasta – Wrocław Non Stop – stało się już nową, świecką tradycją. Ogromny wybór przedstawień, happeningów, spektakli, wystaw oraz wszelkiego rodzaju aktywności kulturalnej na wielu polach. Na zeszłoroczny festiwalu mieliśmy okazję obejrzeć i posłuchać występu Joe Satrianiego, którego występ na wrocławskim Rynku przyciągnął tłumy wrocławian. W tym roku zagraniczną gwiazdą był Iggy Pop oraz The Stooges. Tatko punkrocka, który przed ponad trzydziestu laty, rozstał się ze swoimi kolegami muzykami i rozpoczął solową karierę, triumfalnie powrócił do grania z nimi w XXI wieku.

Całkowitym zbiegiem okoliczności było to, że dwa dni wcześniej, w Poznaniu, zagrała mama punkrocka czyli Patti Smith.

Artysta, zresztą najlepiej znany z utworu „The Passenger” coverowanego zarówno przez zagranicznych (Johny Cash, REM, Die Toten Hosen) jak i przez polskich artystów (Kult, Pidżama Porno, Big Cyc), uświetnić miał swoim występem wrocławski festiwal koncertem na Stadionie Olimpijskim.

Niestety, całą imprezę postanowiono przenieść do hali Orbita. Oficjalnym powodem były względy bezpieczeństwa. Nieoficjalnie chodziło raczej o dość słabe zainteresowanie występem Iggyego Popa oraz supportującego go Lecha Janerki. Plusem całego pomysłu na pewno było uniezależnienie się od kaprysów pogody, która w ostatnich dniach była nieprzewidywalna.

Podczas próby wejścia do środka okazało się, że nastąpiła swego rodzaju dyskryminacja biletowa. W zależności od sztywności bądź napisu na bilecie, trzeba było stanąć w kolejce do innej bramki wejściowej. Spowodowało to niemały chaos, gdyż karteczki informujące o tym fakcie, znajdowały się dopiero przy samym wejściu. Część osób, stała więc dwa razy w kolejce. Stąd zrozumiała pewna doza irytacji. Jako że wpuszczanie widzów trwało sporo czasu, to i występ został mocno przesunięty. Naturalnie rozumiem, że należało zaczekać, aż publiczność wejdzie, ale można było ten problem rozwiązać sprawniejszą organizacją oraz wcześniejszym wpuszczaniem do Orbity.

Wnętrze hali okazało się lekko opustoszałe. Co prawda ludzie ciągle wchodzili, ale nawet w kulminacyjnym momencie, gdy zaczął grać już Iggy, widać było puste przestrzenie. Szczególnie miejsca siedzące, co za bardzo nie dziwi ze względu na architekturę tego obiektu, nie były obsadzone. Po ponad trzydziestominutowym oczekiwaniu na scenie pojawił się konferansjer. Od razu rozpoczęły się gwizdy, wyzwiska oraz wulgarne komentarze dotyczącego jego osoby. Tak żywiołową reakcję publiczności wywołał Kuba Wojewódzki. Na swój sposób zapowiedział występ dzisiejszych artystów, nie mogąc przepuścić okazji na dowalenie Romanowi Giertychowi oraz braciom Kaczyńskim.

Po chwili pojawił się Lech Janerka, otrzymując ogromne brawa i rozpoczynając swój krótki występ. Niestety, był on niemal dokładną kopią koncertu, jaki można było zobaczyć tydzień temu na Wyspie Słodowej w ramach festiwalu wRock for Freedom. Spodziewałem się zdecydowanie czegoś więcej, a tymczasem po czterdziestu pięciu minutach, wliczając także bis, zespół zszedł ze sceny po dość przeciętnym koncercie. Rozczarowanie i niedosyt. Choć nie ukrywam, że przy „Śpij aniele mój” przechodzących płynnie w „Bez kolacji” nie mogłem ustać w miejscu. Podobnie zresztą jak przy bujających „Konstytucjach” wchodzących w ostrego „Reformatora”. Ale ja Janerkę bardzo lubię. To wrocławski skarb artystyczny, który nawet gdy daje przeciętny występ, jest on dużo lepszy niż koncerty większości zespołów.

Po dwudziestominutowej przerwie na scenie pojawili się muzycy zespołu The Stooges i rozpoczął się szał po obydwóch stronach barierki. Naprawdę ciężko wyrazić słowami to, co sześćdziesięcioletni Iggy wykonywa na scenie. Skacze, turla się, zeskakuje z i po chwili wskakuje na scenę, kopuluje z głośnikiem, oblewa się wodą, wtyka sobie mikrofon w spodnie, kopie i podrzuca statyw. A to wszystko śpiewając i nie zwalniając ani na chwilę. Skoncentrowany czad w najwyższej formie. Pop wizualnie przypominał, choć właściwie powinienem napisać odwrotnie, nieco Anthonyego Kiedisa z Red Hot Chili Peppers. Naturalnie w wersji „dwadzieścia lat później”.

Rock`n`rollowa energia, jakiej nie powstydziliby się trzykrotnie młodsi od niego artyści, wypływała z żylastego i półnagiego Iggy`ego, który dla większości fanów mógłby być ojcem, a dla sporej części nawet dziadkiem. Co było szczególnie widoczne podczas wykonywania “No Fun”, kiedy to na zaproszenie Popa na scenę weszło kilkanaście osób i odśpiewało oraz wyskakało się z wokalistą The Stooges.

Dobór utworów był przekrojowy. Podczas występu zabrzmiały kompozycje zarówno z najnowszego wydawnictwa – The Weirdness – jak i ze starych albumów, wydanych przed niemal czterdziestu laty. Z pełną konsekwencją nie zagrano solowych utworów Iggy Popa w tym najsłynniejszej kompozycji kojarzonej z tym artystą czyli „Pasażerem”. Zagrany został za to, i to aż dwukrotnie (drugi raz na bis), „I Wanna Be Your Dog”, znany w Polsce z wykonania przez Marcina Świetlickiego. Inne zaprezentowane hiciory to „1969”, „Fun House” czy też „Tv Eye”.

Niestety momentami słaba akustyka sali dawała o sobie znać. Szczególnie początek koncertu był tragiczny, gdy słychać było jedynie atakującą perkusję z delikatnie zarysowanym basem. Wokal i gitara zlewały się za to w niesłyszalny charkot. Na szczęście techniczni po chwili opanowali sytuację i było zdecydowanie lepiej, choć nadal dość daleko od ideału. Cóż, takie są skutki, gdy miejsce nie jest do końca przemyślane. A Hala Orbity nadaje się na pewno bardzo dobrze na imprezy sportowe, ale nie na koncert punk rockowy.

Pomijając jednak te niuanse techniczne, należy pogratulować pomysłu zaproszenia Iggy`ego Popa czy też raczej The Stooges. Zespół mimo kilkudziesięciu lat rozłąki oraz dość posuniętego wieku ma nadal ikrę i potrafi wykrzesać z siebie energii na tyle dużo, że jest w stanie porwać osoby, których rodziców jeszcze nie było, gdy Amerykanie zaczynali grać. Zresztą ogromny przekrój wieku widoczny na każdym kroku, a ojcowie bawili się równie dobrze jak ich nastoletnie potomstwo. Czasem nawet o wiele bardziej żywiołowo. Bo koncertowe pogo było niezgorsze. Mimo że dominowały w nim osoby, które swoje irokezy oraz ćwieki zamienić musiały już dawno na krawat i koszulę. „Ojciec punk rocka”, czy też raczej „dziadek”, pokazał na co go stać.

The Stooges – 24.06.2007. – Wrocław – Hala Orbita