Subiektywny i niepełny przegląd Przeglądu czyli PPA
kwiecień 6, 2008
Wrocławski Przegląd Piosenki Aktorskiej w pełni. Dzięki rozmachowi oraz odwadze organizatorów będzie można zobaczyć sporo ciekawych i niesztampowych wydarzeń artystycznych. Z tych bardziej interesujących to przeżyliśmy już piątkowy koncert Kasi Nosowskiej oraz sobotni koncert cygańskiego punk rocka w postaci Gogol Bordello. Natomiast już dzisiaj zamierzam wybrać się na występ naszego wrocławskiego przedstawiciela awangardy muzycznej, który z powodzeniem łączy estetykę hip i trip hopową. Zresztą zamknięcie L.U.C. w jakiejś szufladce rodzi spore problemy i jest dla tego artysty mocno krzywdzące.
Także dzisiaj wystąpi The Ukulele Orchestra of Great Britain czyli duch rock`n`rolla zamknięty w małym pudełku z czterema strunami. Kate Bush, Sex Pistols, Czajkowski to tylko przykłady artystów coverowanych przez orkiestrę, której radosne oraz miejscami niepoważne (w znaczeniu pozytywnym) występy wzbudzają uśmiechy wśród publiczności. Ośmioosobowa orkiestra, która od ponad dwudziestu lat stroi sobie muzyczne żarty, doskonale zabawia publiczność graniem na wydających przeróżne dźwięki gitarach z Wysp Hawajskich.
W dniu jutrzejszym zaprezentuje się przepięknie jazzująca Gabriela Kulka. Dźwięki fortepianu połączone z przenikliwym głosem, dały niesamowity i unikalny jak na Polskę efekt. Inspiracja Tori Amos pachnie dość mocno, ale w tym wypadku to nie zarzut tylko komplement.
W perspektywie dalszej mamy koncert szalonych kowboi czyli Mitch & Mitch, EMPE3 – Mateo Pospieszalski Project oraz (w nurcie OFF) Towary zastępcze. Po drodze ambitny plan dozna pewnych modyfikacji i, miejmy nadzieję, rozszerzeniu o kolejne elementy PPA.
Po tak przydługim wstępie przejdę do meritum i napiszę o wydarzeniu, które z pewnych względów ma dla mnie największe znaczenie i najbardziej się z nim emocjonalnie wiążę.
Narzekanie ma bogatą tradycję w polskiej świadomości. Nie narzekają tylko wariaci. A ten kto tego nie robi, jest od razu podejrzany i niepewny. W przeciwieństwie do hurraoptymistycznych Amerykanów, którzy nawet w momencie katastrofy życiowej potrafią zachować pogodę ducha i żując gumę, opowiadać o planach dotyczących zniszczone przed chwilą domu, Polacy nawet w momencie trafienia „szóstki”, marudzić będą, także żując gumę, ileż to tych pieniędzy trzeba oddać Fiskusowi.
Kwestią czasu więc było, kiedy to na grunt naszego pięknego kraju, zostanie przeniesiony dobry pomysł z przepięknej Islandii, który daje możliwość ujścia nadmiernej frustracji, smutkowi i zgorzknieniu. Tak oto w głowie Konrada Imieli, dyrektorowi artystycznemu PPA, zrodził się pomysł skonstruowania Chóru Narzekań Mieszkańców Wrocławia.
Zapisałem się. Jakże mogłem się nie zapisać, kiedy to pierwsza próba miała miejsce w dniu mych dwudziestych piątych urodzin? Ćwierć wieku to kawał historii świata, więc zrobienie czegoś oryginalnego w związku z tym (nie)wesołym faktem, naprawdę mi się spodobało. Wbrew pozorom składu grupy nie tworzą sfrustrowani swoim żywotem ludzie, którzy szukając kolejnych pretekstów do narzekania, brną przez życie widząc tylko do połowy opróżnione szklanki. To w zdecydowanej większości młodzi ludzie (acz nie brakuje radosnych przedstawicieli starszego pokolenia) pragnący, takie przynajmniej mam wrażenie, zrobić coś nietypowego. Wziąć udział w niecodziennej zabawie i happeningu.
Tekst utworu został stworzony wspólnymi siłami. W momentach bardziej newralgicznych przeprowadziliśmy nawet demokratyczne głosowanie, w którym dokonaliśmy korekt artystycznych. Kolejne słowa, ułożone w kilka strof, okraszone choreografią, także opracowaną kolektywnie, rodziły się w twórczej burzy mózgu. Bardzo podobał mi się ten sposób pracy i mimo różnic pomiędzy nami – amatorami a nimi – profesjonalnymi muzykami nie odczuwało się żadnego napięcia klasowego. Czuję się związany z tym tekstem oraz muzyką i niezmierną przyjemność sprawia mi ich wykonywanie. Ciężko porównać do czegokolwiek odczucia towarzyszące takiemu wspólnemu muzykowaniu. To nie tylko dreszczyk emocji ale i niezmiernie ogromna frajda.
Wczoraj nagraliśmy nasz utwór. W momencie, kiedy piszę te słowa jest niedzielne południe. Samo południe. I dokładnie za tydzień – 13 kwietnia – pod jakże ślicznym i kultowym już pomnikiem króla Bolesława Chrobrego, będzie można podziwiać i posłuchać naszych efektów pracy. W ramach 29. Przeglądu Piosenki Aktorskiej wystąpi Chór Narzekań Mieszkańców Wrocławia. A ja, jako członek tego kolektywu, wystąpię wraz z nim. Dlatego też serdecznie wszystkich zapraszam. Bądźcie proszę świadkami zdarzenia, w ramach którego moja skromna osoba, dzięki swojej wrodzonej funkcji marudzenia, spełni się artystycznie oraz zapewni wam ciekawe przeżycie muzyczne.
Zapraszam!
Chór Narzekań Mieszkańców Wrocławia – 13.04.2008 godzina: 12:00 – Pomnik Bolesława Chrobrego – Wrocław
OSTRy LUC
czerwiec 1, 2007
Klub Droga do Mekki nie wie, ile ma lat. Swoje drugie bądź trzecie urodziny obchodzi jednak hucznie. Trzydniowa impreza która odbywa się właśnie teraz – podczas pierwszego czerwcowego weekendu – swoim rozmachem zachwyca. L.U.C., O.S.T.R., SWAYZAK czy też niedzielny występ kabaretowy ukontentować mogą naprawdę spore grono marud, do których i ja się zaliczam.
Spośród tego bogactwa postawiłem na pewniaki w Dzień Dziecka. Hip hopowy klimat, nieco dla mnie obcy, skusił mnie mimo niemałej ceny. Jednak jako że płyta Haelucenogenoklektyzm – Przypowieść o Zagubieniu w Czasoprzestrzeni była jedną z częściej przeze mnie słuchanych płyt polskich w roku zeszłym, postanowiłem sprawdzić jak na żywo prezentuje się frontman Kanału Audytywnego. Start imprezy zaplanowano na 21, co naturalnie było wielką ściemą. Godzinne opóźnienie miało na celu tylko jedno – zarobić na oczekujących koncertu ludziach, którzy w wyniku temperatury panującej we wnętrzu klubu musieli wspomagać się zimnym, acz niezbyt dobrym, piwem. Sahara to mało powiedziane. Skromny nawiew nie poprawiał sytuacji i już po chwili, mały tłumek który oczekiwał pod sceną występu, co jakiś czas skandując “OSTRY”, zaczął pływać we własnych ubraniach.
Około godziny 22 na scenę wkroczył L.U.C. z akompaniującymi mu muzykami. Ubrani w białe kitle oraz maski wyglądali niczym naukowcy rodem z kiczowatych filmów Ed Wood Juniora. Usłyszeliśmy wysamplowany monolog z filmu Borat, artyści zakrzyknęli “High five” i ruszyło. W tle pojawiły się wizualizacje a dźwięki intra słabo rozpoczęły się sączyć z głośników.
I tutaj pojawiło się coś, co mnie mocno przez cały koncert irytowało. Co jakiś czas pewna grupa osób, która na całe szczęście po kilku minutach występu mocno stopniała, skandowała przez cały niemal czas “Ostry, Ostry!”. Nie to że brak kultury, nie to że brak szacunku dla innych osób, którym się przeszkadza w koncercie, nie to że szczyt buractwa. Głupota całkowita. Ja kupując bilet i wchodząc potem na występ bez problemu uzyskałem wiedzę, kto o której i ile czasu będzie mniej więcej grał. Skoro chcieli tylko na O.S.T.R., to powinni poczekać do północy. Tyle. Na dodatek publiczność podrywała się w momentach, że tak to określę, hip hopowych. Kiedy bity lub podkład przypominały o muzycznym protoplaście rączki szły w górę, bioderka na boki, a nóżki postukiwały. Gdy następował znowu odjazd w rejony mniej znane, zabawa zamierała.
A występ L.U.C.? Muszę z pewnym żalem powiedzieć, że miejscami byłem rozczarowany. Szczególnie początek, z dziwnym podkładem w utworze “Stan haelucynogenny” mnie odrzucił. Zamiast spokojnego, trip hopowego loopa, dostaliśmy po uszach ostrym, dyskotekowym podkładem, urozmaiconym dźwiękami skrzypek i trąbki. Potem było już nieco lepiej. Choć klimatu porównywalnego do albumowej wersji historii nie udało się uzyskać. Po części to na pewno wina klubu i publiczności, która nie bardzo mogła się odnaleźć w estetyce tak odmiennej jednak od “typowo” hip hopowej. Ale także samo “przedstawienie”, z wizualizacjami i odgrywaniem w pewnej konwencji, nie było tym, czego się spodziewałem i na co liczyłem.
Istotnym elementem scenografii i występu były rzucone na ścianę wizualizacje. Początkowo były to klimaty pozaziemskie; ufo, gwiazdy, mgławice, kosmos, fragmenty jakiejś kiczowatej produkcji s-f. Pojawił się także… Yoda. Poprzedzony monologiem na temat dziadka. Jako smaczek dla fanów Gwiezdnych Wojen pojawił się także wysamplowany “Imperial March”. Przy kolejnych utworach obrazy gwiezdnych przestrzeni ustąpiły miejsca Wrocławowi czy też supermarketowi. Miało to wszystko ręce i nogi – uzupełniało całość przekazu. Tylko że ze względu na rozmiary Mekki oraz niską scenę ciężko było cokolwiek zobaczyć.
Udanego featuringa zaliczyła, znana między innymi z zespołu Mikromusic, Natalia Grosiak. Naprawdę magiczny głos. Szkoda że była to tylko króciutka chwila, na dodatek znowu zakłócona przez idiotów wykrzykujących “Ostry!”. Na koniec zaserwowano Kanałoaudytywny utwór “Neurofotoreceptoreplotyka” i nastąpiło długie oczekiwanie na O.S.T.R.
W okolicach północy, mniej więcej tak jak obiecano, rozpoczął się koncert łódzkiego muzyka. Przy gorących brawa i jeszcze bardziej gorącej atmosferze, przy pocie lejącym się z sufitu i gibającym się na wszystkie strony, ubranych w ciężkie spodnie i bluzy z kapturem, ziomalach czułem się nieco nieswojo. Na całe szczęście O.S.T.R. dość szybko różnicę w postrzeganiu mi zniwelował i dołączyłem do bouncującej braci. Na początku dominowały utwory z najnowszej płyty HollyŁódź. Mimo relatywnie krótkiego żywota nie widać było osób, które by tego albumu nie znały. Powszechna znajomość słów, przyznam, wprawiła mnie w lekkie osłupienie. No ale skoro właśnie ostatni OSTR sprzedał się w ilości złotopłytowej to nie powinno mnie to zbytnio dziwić.
W każdym razie po secie pierwszym, przerywanym co jakiś czas fajnymi bądź mniej fajnymi gadkami na tematy przeróżne; było o polityce, o wyjazdach, o obronie pracy magisterskiej i o studiach nastąpiło przemieszanie i wyciągnięcie na wierzch starszych utworów . Połączenie freestylowych nawijek, jakich parę znalazło się podczas występu, i ciekawe włączenie skrzypiec dało fenomenalne wrażenie. Na marginesie dodam, że to właśnie słowna improwizacja na temat grania na tym instrumencie wzbudziła największy zachwyt. I to zarówno u mnie jak i u całej publiczności, która gorąco oklaskała ten popis umiejętności lingwistycznych.
Jednak jak to zwykle bywa, wszystko co dobre szybko się kończy. Doskonale się bawiąca i wspomagająca ze wszystkich sił publiczność, została po godzinie z drobnym hakiem, wyrwana z miłego snu. OSTR podziękował i zakończył występ. Gorący, bujający i prześwietny. Naprawdę tak dobrej zabawy, takiej umiejętności władania słowem i wyczucia w koncertowym fachu ze świecą można szukać. Koncertowy wyga, który na scenie czuje się jeszcze lepiej niż w studiu. Co naturalnie podczas występów słychać na każdym kroku. Bo artysta który dobrze bawi się podczas swojego show buduje pozytywne relacje ze swoimi słuchaczami, co przekłada się na wspaniałą zabawę po obydwu stronach.