OSTRy LUC

czerwiec 1, 2007

Klub Droga do Mekki nie wie, ile ma lat. Swoje drugie bądź trzecie urodziny obchodzi jednak hucznie. Trzydniowa impreza która odbywa się właśnie teraz – podczas pierwszego czerwcowego weekendu – swoim rozmachem zachwyca. L.U.C., O.S.T.R., SWAYZAK czy też niedzielny występ kabaretowy ukontentować mogą naprawdę spore grono marud, do których i ja się zaliczam.

Spośród tego bogactwa postawiłem na pewniaki w Dzień Dziecka. Hip hopowy klimat, nieco dla mnie obcy, skusił mnie mimo niemałej ceny. Jednak jako że płyta Haelucenogenoklektyzm – Przypowieść o Zagubieniu w Czasoprzestrzeni była jedną z częściej przeze mnie słuchanych płyt polskich w roku zeszłym, postanowiłem sprawdzić jak na żywo prezentuje się frontman Kanału Audytywnego. Start imprezy zaplanowano na 21, co naturalnie było wielką ściemą. Godzinne opóźnienie miało na celu tylko jedno – zarobić na oczekujących koncertu ludziach, którzy w wyniku temperatury panującej we wnętrzu klubu musieli wspomagać się zimnym, acz niezbyt dobrym, piwem. Sahara to mało powiedziane. Skromny nawiew nie poprawiał sytuacji i już po chwili, mały tłumek który oczekiwał pod sceną występu, co jakiś czas skandując “OSTRY”, zaczął pływać we własnych ubraniach.

Około godziny 22 na scenę wkroczył L.U.C. z akompaniującymi mu muzykami. Ubrani w białe kitle oraz maski wyglądali niczym naukowcy rodem z kiczowatych filmów Ed Wood Juniora. Usłyszeliśmy wysamplowany monolog z filmu Borat, artyści zakrzyknęli “High five” i ruszyło. W tle pojawiły się wizualizacje a dźwięki intra słabo rozpoczęły się sączyć z głośników.

I tutaj pojawiło się coś, co mnie mocno przez cały koncert irytowało. Co jakiś czas pewna grupa osób, która na całe szczęście po kilku minutach występu mocno stopniała, skandowała przez cały niemal czas “Ostry, Ostry!”. Nie to że brak kultury, nie to że brak szacunku dla innych osób, którym się przeszkadza w koncercie, nie to że szczyt buractwa. Głupota całkowita. Ja kupując bilet i wchodząc potem na występ bez problemu uzyskałem wiedzę, kto o której i ile czasu będzie mniej więcej grał. Skoro chcieli tylko na O.S.T.R., to powinni poczekać do północy. Tyle. Na dodatek publiczność podrywała się w momentach, że tak to określę, hip hopowych. Kiedy bity lub podkład przypominały o muzycznym protoplaście rączki szły w górę, bioderka na boki, a nóżki postukiwały. Gdy następował znowu odjazd w rejony mniej znane, zabawa zamierała.

A występ L.U.C.? Muszę z pewnym żalem powiedzieć, że miejscami byłem rozczarowany. Szczególnie początek, z dziwnym podkładem w utworze “Stan haelucynogenny” mnie odrzucił. Zamiast spokojnego, trip hopowego loopa, dostaliśmy po uszach ostrym, dyskotekowym podkładem, urozmaiconym dźwiękami skrzypek i trąbki. Potem było już nieco lepiej. Choć klimatu porównywalnego do albumowej wersji historii nie udało się uzyskać. Po części to na pewno wina klubu i publiczności, która nie bardzo mogła się odnaleźć w estetyce tak odmiennej jednak od “typowo” hip hopowej. Ale także samo “przedstawienie”, z wizualizacjami i odgrywaniem w pewnej konwencji, nie było tym, czego się spodziewałem i na co liczyłem.

Istotnym elementem scenografii i występu były rzucone na ścianę wizualizacje. Początkowo były to klimaty pozaziemskie; ufo, gwiazdy, mgławice, kosmos, fragmenty jakiejś kiczowatej produkcji s-f. Pojawił się także… Yoda. Poprzedzony monologiem na temat dziadka. Jako smaczek dla fanów Gwiezdnych Wojen pojawił się także wysamplowany “Imperial March”. Przy kolejnych utworach obrazy gwiezdnych przestrzeni ustąpiły miejsca Wrocławowi czy też supermarketowi. Miało to wszystko ręce i nogi – uzupełniało całość przekazu. Tylko że ze względu na rozmiary Mekki oraz niską scenę ciężko było cokolwiek zobaczyć.

Udanego featuringa zaliczyła, znana między innymi z zespołu Mikromusic, Natalia Grosiak. Naprawdę magiczny głos. Szkoda że była to tylko króciutka chwila, na dodatek znowu zakłócona przez idiotów wykrzykujących “Ostry!”. Na koniec zaserwowano Kanałoaudytywny utwór “Neurofotoreceptoreplotyka” i nastąpiło długie oczekiwanie na O.S.T.R.

W okolicach północy, mniej więcej tak jak obiecano, rozpoczął się koncert łódzkiego muzyka. Przy gorących brawa i jeszcze bardziej gorącej atmosferze, przy pocie lejącym się z sufitu i gibającym się na wszystkie strony, ubranych w ciężkie spodnie i bluzy z kapturem, ziomalach czułem się nieco nieswojo. Na całe szczęście O.S.T.R. dość szybko różnicę w postrzeganiu mi zniwelował i dołączyłem do bouncującej braci. Na początku dominowały utwory z najnowszej płyty HollyŁódź. Mimo relatywnie krótkiego żywota nie widać było osób, które by tego albumu nie znały. Powszechna znajomość słów, przyznam, wprawiła mnie w lekkie osłupienie. No ale skoro właśnie ostatni OSTR sprzedał się w ilości złotopłytowej to nie powinno mnie to zbytnio dziwić.

W każdym razie po secie pierwszym, przerywanym co jakiś czas fajnymi bądź mniej fajnymi gadkami na tematy przeróżne; było o polityce, o wyjazdach, o obronie pracy magisterskiej i o studiach nastąpiło przemieszanie i wyciągnięcie na wierzch starszych utworów . Połączenie freestylowych nawijek, jakich parę znalazło się podczas występu, i ciekawe włączenie skrzypiec dało fenomenalne wrażenie. Na marginesie dodam, że to właśnie słowna improwizacja na temat grania na tym instrumencie wzbudziła największy zachwyt. I to zarówno u mnie jak i u całej publiczności, która gorąco oklaskała ten popis umiejętności lingwistycznych.

Jednak jak to zwykle bywa, wszystko co dobre szybko się kończy. Doskonale się bawiąca i wspomagająca ze wszystkich sił publiczność, została po godzinie z drobnym hakiem, wyrwana z miłego snu. OSTR podziękował i zakończył występ. Gorący, bujający i prześwietny. Naprawdę tak dobrej zabawy, takiej umiejętności władania słowem i wyczucia w koncertowym fachu ze świecą można szukać. Koncertowy wyga, który na scenie czuje się jeszcze lepiej niż w studiu. Co naturalnie podczas występów słychać na każdym kroku. Bo artysta który dobrze bawi się podczas swojego show buduje pozytywne relacje ze swoimi słuchaczami, co przekłada się na wspaniałą zabawę po obydwu stronach.

L.U.C oraz O.S.T.R. – 1.06.2007 – Droga do Mekki – Wrocław