Orbitowanie z Kultem
październik 27, 2007
Tak naprawdę ciężko napisać, co się działo we Wrocławiu. Jednym ciężko bo nie pamiętają, drugim ciężko bo są dyskretni, jeszcze inni boją się napisać, a pozostałej reszcie się nie chce. Mnie się trochę chce, a trochę nie chce, więc co nieco napiszę.
Wrocławski Kult w Orbicie był tylko dodatkiem. Co prawda sądząc po ilości biletów jakie zakupiłem w sumie na sobotni koncert, a było ich około 10, można by pomyśleć, że to właśnie warszawski zespół będzie najznamienitszą atrakcją wieczoru. Ale nie.
Głównym daniem okazało się być prześwietne spotkanie z prześwietnymi ludźmi. Powoli zbierająca się ekipa dokonywała kolejnych fenomenalnych odkryć na PKP Wrocław Główny (darmowa toaleta, piwo za 3,5 zł, sklep z nalewkami). Po skompletowaniu ostatniej osoby, żywczanki, która wsiadłszy do niewłaściwego pociągu, bez komórki i znajomości topograficznej stolicy (z)Dolnego Śląska, udała się na podbój miasta, ruszyliśmy po chwilowej acz treściwej przerwie na przystanku linii 135. Po krupniku przyszła kolej na dalsze specjały, którymi raczyliśmy się w autobusie. Potem w krzaki. W krzakach kontynuacja. I wreszcie, wraz ze zmierzającym powoli tłumem, namierzając kolejne przeszkody terenowe, wleźliśmy do środka hali sportowej Orbita.
Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami było średnio. Niby miejsca dużo, ale żeby spokojnie porozmawiać w przedsionku, trzeba było się mocno nagimnastykować. Piwo w cenie, smaku i wielkości normalnie złodziejskiej czyli 5 zł za 0,4 l rozrobionego z chmielowym roztworem powstałym w wyniku płukania beczek po piwie. Przynajmniej kolejki nie były duże.
Gdy weszliśmy, grał Vavamuffin. Tak przynajmniej mi doniesiono, bo organoleptycznie sprawdzić nie poszedłem, a nic poza dudnieniem słychać nie było. Łupanie ze sceny zlewało się z przekrzykiwaniem osób, które próbowały pogadać. Kolejne zmiany utworów najłatwiej było zauważyć w toalecie, kiedy to urynę radośnie spływająca do Odry w fazie wstępnej, zdobiły co chwile kręgi (efekt jak w Parku Jurajskim w scenie z Królem Tyranozaurem) o różnym natężeniu i częstotliwości.
Po czasie pewnym acz nieokreślonym nastąpiła zmiana, bo łupanie stało się cichsze a zamiast mocnych głosów wypłynął lekki falset. Znaczy się, weszło Myslovitz. Przy utworze „Chłopcy” z jedynej zjadliwej dla mnie płyty, ja wlazłem do środka. Scena po drugiej stronie niż na koncercie w czerwcu, ludzi także zdecydowanie więcej niż wtedy. Tłum skaczących i bawiących się osób i Rojek miotający się po scenie. Mimo Off Festiwalu, mimo udanego taperingu do Draculi, nie jestem w stanie przekonać się do muzycznych dokonań głównego zespołu pana Artura. Dość szybko dałem nogę i powróciłem do konwersacji.
Gdy, przynajmniej by porozumieć się z osobą stojącą 50 centymetrów ode mnie, nie musiałem już krzyczeć, a szare komórki zaczęły pracować, synapsy komunikować, wszystkie elementy skomplikowanej układanki wskoczyły na właściwe miejsca, zdałem sobie sprawę, że już za chwilę, już za momencik ruszy z kopyta ZPiT. Dopiłem piwo i pognałem na salę. Z tyłu w tłumie, za konsoletą się ustawiwszy z towarzyszką wieczoru, w spokoju, bez dużej ilości niepotrzebnych ruchów, popadłem w cichutką kontemplację koncertu.
Niestety, już dawno, dawno popełniłem straszny błąd, który kosztował mnie dość sporo. Zamiast poskromić ciekawość i nie poddawać wścibskiej naturze, zajrzałem na magiczną stronę i zapoznałem się z listą utworów, które zaprezentowali Kulci na poprzednich występach. Miało to, jak się później okazało, dwa minusy. Pierwszy minus był taki, że brak było niespodzianki w związku z kilkoma kawałkami. Drugi plus ujemny, zdecydowanie poważniejszy, okazał się być konsekwencją festiwalowego nastawienia organizatorów. Ilość grup występujących we Wrocławiu spowodowała, że koncert atrakcji wieczoru został wykastrowany. Ucięto dość spory kawałek – około sześciu utworów.
Przy scenie – szaleństwo, z tyłu – spokojnie, na krzesełkach – sennie. Pod tym względem hala Orbita bije WFF. I to chyba jej jedyny plus. Bo tak naprawdę to nie wydaje mi się, żeby różnica objętościowa była duża. To miejsce jest dłuższe ale węższe. Dźwięk ma gorszy. Co prawda nie atakował mnie od tyłu, ale przyzwyczaiłem się do bardziej selektywnego odbioru poszczególnych instrumentów. Tutaj mieliśmy ścianę dźwięku, której nie można było do końca ogarnąć.
Dojazd bez porównania gorszy. Kilku moich znajomych zrezygnowało wręcz z pójścia na koncert, bo był on zbyt daleko. Na początku przyznałem rację osobie, która, wydawałoby się całkiem słusznie, zganiła mnie za postrzeganie Wrocławia z dziwnej perspektywy topograficznej. Ale Wytwórnia Filmów Fabularnych jest w miejscu, w który dotarcie nie sprawia najmniejszych problemów. Na nóżkach można dojść i z akademików polibudzianych, i z uniwersyteckich. Zajście na butach do knajpy, w której można usiąść, także nie nastręcza problemów. A Orbita? Nasz powrót to był łut szczęścia – wpakowaliśmy do ostatniego tramwaju na Kwiskiej. Gdyby nie to… Przejście Legnickiej to nie jest rozrywka na sobotni wieczór w okolicach północy.
Zdecydowanie i stanowcze „nie” mówię pomysłowi organizowania dalszych koncertów w hali sportowej Orbita. Ten obiekt wybitnie się do imprez muzycznych nie nadaje.
Sam koncert, poza bardzo mocnymi momentami, był średni. Część osób już wyskakana, część nieco zniechęcona długim oczekiwaniem. Magii nie było. Było solidnie. Rzemieślniczo dobrze. Ucieszyła „Goopya Peezda”, choć dęciaki nie dopełniły całości i zabrakło mi skreczy na początku, to był to naprawdę silny punkt całego programu. „Zegarmistrz światła” wyszedł dobrze. Mimo to parę osób wyraźnie się krzywiło i w powietrzu zabrzmiało słowo „profanacja”.
Muzycznie fajnie, że grają Uriah Heep, ale pan wokalista mógłby znaleźć inną tonację i w inny sposób zaśpiewać „July Morning”. Jego końcowe skrzeczenia są ciężko strawne. Ja naturalnie rozumiem, że po 18 latach głos się nieco zmienia i w młodzieńczy falset nie dość, że wpadać już się nie da, to na dodatek się nawet nie powinno. Ale w takim razie należy coś pokombinować. Podobny zresztą problem jest w utworze „6 lat później”, gdy wchodzi w wyższe rejestry wyjąc „dla ciebie”. Może jednak należałoby te utwory wywalić, skoro wychodzą, jednak moim skromnym zdaniem, dość pokracznie. No chyba że to ma być taki cel: „Nie idzie mi śpiewanie tych piosenek, ale je śpiewam, bo nieśpiewnie oznaczałoby przyznanie się do porażki”.
Podsumowując, było całkiem nieźle. Z naciskiem na „całkiem”. Byłem na kilku zdecydowanie lepszych koncertach Kultu. Troszkę żałuję, że nie było mi dane obejrzeć wcześniejszych zespołów. Choć Vavę, której nowa płyta mnie bardziej zmula niż wypicie dwóch tubek mleka słodzonego z kakao, miałem już okazję oglądać w tym roku tyle razy, że nawet Kazik wydaje się przy nich malutki.
Lecz dopiero w momencie zakończenia koncertów i udania się w kierunku Krzyków zaczęło się dziać fajnie. Dj MeeHau próbujący jednocześnie zakochać wszystkich w utworze „A my musimy uciekać stąd” oraz naprawić Internet bez znajomości hasła. Jego próba zakupienia czegoś fajnego w tramwaju nie spotkała się ze zrozumieniem. / Gómi podający się swoim cieniutkim i cichutkim głosikiem za Kasię i próbujący dostać hasło do Internetu. / Pass która z Glorią w duecie walczyła z kolejnymi butelkami nie tylko alkoholu, ale także litewskiego lekarstwa na potencję. / Trini szukająca swojego tyłu i rzucająca specjalnym tributem dla pana taksówkarza. / Przemysław Błażej który tak niezapomnianego koncertu jeszcze nie przeżył. Na dodatek podstępnie wtykający ludziom koszulki do plecaków i z miną twardziela twierdzący, że koszulka wraz z płytą zaginąć musiały w akcji. / [p] który sprawdzając zegarek co 3 minuty, pobił rekord w spaniu przerywanym. Jednocześnie mimo braku świadomości usłyszał wyrwane z kontekstu zdanie mówiące, że „za pierwszym razem było najfajniej”. Ano było. Ale to odnosiło się do większej całości, o! / Bagietka z którą nocne Polaków rozmowy wprawiły w konsternację część osób, kiedy dowiedzieli się, że gadaliśmy do 6 rano. / Danas który mówił, że wygodnie mu się śpi na podłodze, ale jak dostał łóżko, to po 30 sekundach już spał. / Marcyś zlokalizowana wielkim fuksem. W trampkach na halę sportową ale niekoniecznie na koncert rockowy, wsiadła w pociąg, dzięki któremu dostała możliwość wycieczki krajoznawczej po Wielkopolsce i po Dolnym Śląsku.
Poza tym dzięki dla Królewny Ewy za przechowanie plecaków. Pozdrowienia dla tych Oleśniczan co zwykle, dla osób z którymi mi było dane porozmawiać oraz dla tego, który „mnie nienawidził”. Zawsze lubię, kiedy mnie zapamiętują.
Kult – 27.10.2007. – Wrocław – Hala Orbita
Pomarańczowy Kult 2004
październik 17, 2004
Witaj! Co tu robisz?
Hej! A siedzę sobie i czekam na ciapąga w kierunku mego miasta…
Długo jeszcze byndziesz czekać?
Raczej nie. Już tylko godzina i powinni podstawić. Znaczy mam taką nadzieję, bom jeszcze lekki nieprzyzwyczajony do temperatur wynikających ze zmiany kąta padania promieni słonecznych.
Hę?
No zimno jest już…
To mów!
Mówię przecież. A zresztą; łajno tam!
Dobra to zapytam jeszcze o to skąd wracasz.
Teoretycznie z koncertu Kultu a praktycznie z knajpy.
Kult znowu grał ? Często im się to zdarza ostatnio.
No cóż. Trasę pomarańczową chłopaki grają. A że Wrocław miastem małym nie jest to i dobrze, że nas odwiedzili.
A bilety ile?
32 w przedsprzedaży…
Niemało. Rzekłbym nawet całkiem sporo…
Taaaa! Pidżama dla przykładu 25 zł kosztowała. A Kulci nie dość, że wożą ze sobą jakiś tam większy dobytek to na dodatek jest ich więcej niźli przeciętnego zespołu. Co jednak faktu nie zmienia, że 32 zł to nie jest mało. Ale cholera! WARTO! Zdziwionym jak diabli, bo się spodziewałem standardu w wykonaniu dość dobrze mi znanego zespołu, a oni mnie zaskoczyli. Na plus oczywizda!
A koncert gdzie? We W-Zwodzie jak zwykle i znowu padało z nieba, a ludzie sobie po głowach łazili ?
No właśnie na szczęście nie. Nie wiem kto wpadł na koncepcję, ale byłaby to słuszna koncepcja. Koncert odbył się tuż w WFF obok Hali Ludowej. Na początku nie mogłem sobie prawdę mówiąc zwizualizować tego miejsca, ale kolega na szczęście mi wytłumaczył i coś tam w głowie zgrzytnęło i zaskoczyło, więc nie było problemów z trafieniem.
I jak sala?
No właśnie o to chodzi, że świetnie. Wchodziło się do przestronnego przedsionka, gdzie było prawie wszystko. Był Forni ze sklepikiem, byli piwoleje z kranikami, była ubikacja, a nawet było co zeżreć. Co prawda w żadnym z wyżej wymienionych miejsc nie skorzystałem z możliwości wymiany pieniędzy na dane dobro, ale sama możliwość ich wydania była przeze mnie pozytywnie odebrana. Jedynym i największym minusem był brak szatni. Na szczęście dość szybko przewiesiłem golf przez barierkę technicznych i z dumą wyprężałem koszulkę Kasty Pianistów na klacie.
To chyba przedsionek opisujesz… A ja się pytam jak sala?
Jak mi będziesz przerywać, to nas tu odnajdą archeolodzy z oleśnickiego uniwersytetu nim ja skończę…
W Oleśnicy nie ma wyższej uczelni…
Ale, kurwa, założą zanim ja skończę! Zamilkniesz? Dziękuję! A więc na czym to ja skończyłem?
A co szara breja, którą ktoś śmiał mózgiem nazwać, już całkowicie Ci się zlasowała od palenia ?
Dowcip Ci się wyostrzył? Jak nie chcesz słuchać to won z miejsca przy mnie i pokontempluję w samotności. O czym to ja ? Aha! Tak! Ludzi całkiem pokaźna ilość się zbierała, więc z pewną obawą wszedłem na główną salę. Ale na szczęście me obawy były urojone, bo miejsce nie dość, że przestronne to na dodatek z dobrze ulokowaną sceną. Znajdowała się na tyle wysoko, że widać ją było z nawet dalszej odległości. To znaczy byłoby widać, gdyby nie ten dym i przyciemnione światła. Zastanawiałem się kto i po co tak mocno nakurzył. Nie wyglądało to na typowo koncertowy dym z papierosów i na pewno nim nie było. Z prostego względu; ochraniarze wypraszali ludzi palących na sali. Bardzo mi to odpowiadało, a psioczenia palaczy wychodzących z sali radowały mnie dosyć mocno. Przynajmniej nikt mi nie nachucha w gębę.Rozglądałem się z zainteresowaniem i zauważyłem, że istnieje coś w rodzaju balkonu. Nikogo tam nie było z początku, jednak drzwi wskazywały na to, że jest możliwość dostania się nań.
Cyrkulacja powietrza istniała, więc także moje obawy, co do duchoty, dość szybko się rozwiały.Za perkusją natomiast, rozwieszona biała płachta – wytężając pokłady swej ponadprzeciętnej inteligencji doszedłem do słusznego wniosku, że zapewne będą tam wyświetlane słynne wizualizacje
Co takiego?
Wizualizacje. W sumie dość dawno to wymyślono i zapewne sam wiesz o co chodzi. Podczas piosenek leci w tle obraz, nadający pewnego znaczenia utworowi właśnie odgrywanemu. Można to robić całkiem interesująco i doskonale wypełnić sceniczny image. Tylko że na to potrzeba dość dużych funduszy, żeby nie wyszła za wielka wiocha. No i żeby jakoś to wszystko ze sobą współgrało; nie rozpraszało uwagi i było stylistycznie do siebie dobrane.
A jak było w tym wypadku?
Miejscami nieźle, miejscami średnio. Rzeczą na którą zwróciłem uwagę było to, że chyba aż trzy miały w sobie motyw ognia. Jednym z ciekawszych uobrazowień były obrazowe dogrania do Pasażera. To im się naprawdę udało. Podobnie ciekawie wyglądała Celina ze stylizacją na kino lat 20/30. Także Parada wspomnień i Studenci zaprezentowali się na poziomie. Smaczkami niewątpliwie były Wódka oraz Wolność.
I jeszcze jedna ze scen przywiodła mi na myśl teledysk do Sugar System of a Down. Chodzi mi konkretnie o grupy ludzi idące w rzędzie.
Ale podczas Polski to mnie raczej rozstbawienie ogarniało jak widziałem plastikową flagę tak sztucznie łopoczącą.
Czyli plus czy minus?
Wynik dodatni jak najbardziej. Obraz rzucany był na tyle `delikatnie`, że jednak nie rozpraszał uwagi i nie dekoncentrował, a tego najbardziej się obawiałem; żeby owe wizualizacje nie zajęły roli pierwszoplanowej, bo ja jednak idę na koncert a nie do kina tudzież na film.
A jeszcze co do sali; jak akustyka? Duże sale ciężko dobrze nagłośnić…
Srututu! To właśnie chyba największy atut tej sali. WSZYSTKO słychać było. Chyba po raz pierwszy od bardzo dawna słyszalny był i pluton egzekucyjny z dęciakami i wokal i gitarzyści. Goehs był wyjątkowo nieco w tle, ale była to pewne odmiana, od zwykle za mocno podkręconej perkusji. Każdy instrument dało się wyłowić i słuchać osobno. No po prostu brawa dla panów z potencjometrami.
Wow! Toś mnie zaskoczył… Cały czas idealnie, co?
No dobra. Nie cały czas. Podczas Wysłannika Irek był ciutkę za mocno i nie słyszałem solówki.
Wysłannika? To ciekawe. Duże zmiany w playliście?
No właśnie tak! Nie dość że zaczęli Kastą pianistów, nie dość że przypomnieli część starszych utworów, to na dodatek większość z nich jest odświeżona. Słychać te nowe dźwięki podczas aranżacji i koncert zyskuje. Nudą nie powiewa i Michał zadowolony.
Cieszy powracanie do albumu Mój wydawca chociażby z coverem Omegi…
Czekaj! Zagrali Dziewczynę?
Obydwie nawet. Ale daj skończyć! Z tej samej płyty zaistniały jeszcze Ręce do góry, Wioślarzy no i Casablancę
Casablancę ?
Znaczy Psalm 151. Szkoda że Lewe lewe loff wyleciało.
A z nowych kawałków?
O nowych utworach też mogę się rozpisać w superlatywach samych. Co prawda Pot i krew ma nadal tak samo denny tekst, to jednak muzycznie brzmi on wspaniale; z wykopem i czadem z dupy na maksa, że zacytuję nieobecną na koncercie koleżankę. Cham ślicznie buja, a Park 23 jest lekko transowy. Jest dobrze. To że Kazik coś tam przebąkuje o kryzysie, nie znaczy, że cały zespół jest w dołku. Na koncertach wyraźnie widać, że jest wręcz odwrotnie.
No i ja mogę się zachwycać długo dość, bo jest i nad czym. Zgroza jak zwykle z podwójną stopą zabrzmiała energetycznie, a obydwie Dziewczyny doprowadziły mnie..
..do orgazmu. Hehehehe!
… Debil! Anyway. Nie wspomniałem jeszcze o światełkach. Już podczas pierwszego utworu wyjaśniło mi się po co jest ten dym. Smugi światła było dzięki niemu doskonale widoczne. Refleksy odbijały się po całej sali i wyglądało to po prostu przepięknie. A podczas refrenu Brooklińskiej… zaczynały świecić na żółto i wyglądały jak słoneczka! Zresztą od dość dawna Kult trzyma wysoki poziom z zabawą kolorami, refleksami świetlnymi itp.
A jakieś smaczki? If You know what I mean…
Wiem. I było tego parę. Z okazji urodzin Grudy sala odśpiewała mu “Sto lat!”. Potem także Banan zagrał na waltorni wariację z tą melodią. Było naprawdę miło. Szczególnie że Gruda na końcu zrobił jeszcze mini recital swych utworów. Z tegoż to powodu Kazik się śmiał, że dzisiejszego wieczoru ZpiT Kult gra jako support przed Grudą.
A sam Grudziński zaskoczony był dość mocno, gdy zakrzyknąłem Stare samochody. Te utwory są okropne, wokalista mruczy, teksty są banalne a jednak miło się ich słucha.
O! Jakiś pociąg. Twój?
Ta! Spadać muszę powoli. Dzięki za umilenie czasu…
Nie ma sprawy. Do następnego razu. Tylko jeszcze powiedz czego Ci zabrakło.
Angeliny Jolie tańczącej obok mnie. Trzym się!