Od dwóch lat wiosna w Polsce przychodzi podczas trwania zimy. Nie mowa tu jednak o anomaliach pogodowych związanych z niepodpisaniem przez USA protokołu z Kioto lecz o cyklu koncertów, które objeżdżają dużą część naszego kraju. Połączone siły festiwali „Wiosna Reggae” i „Punky Reggae” podczas trzech dni zapewniły różnorodną rozrywkę obejmującą zarówno wschodzące zespoły, mocno świecące gwiazdy jak i starych wyjadaczy; od ska, poprzez reggae, ragga, punk, rock czy nawet metal. Stylistyczno – gatunkowy miszmasz z którego każdy mógł dobrać dla siebieCGB odpowiedni zestaw muzyczny.

 

Przyznam szczerze, że najbardziej i najmocniej kusił dzień pierwszy. Nie dość że koncertowymi killerami w postaci Pogodna i Vavamuffin, to na dodatek zyskującym coraz większą popularność Dick4Dick. Przy bujającym Maleo oraz energetyczną Całą Górą Barwinków także nie groziła nuda, więc wybór mój wydawał się dość oczywisty.

Pełen przedkoncertowego podniecenia oraz emocji związanych z występami zespołów, na miejscu postanowiłem być nieco przed czasem. Wchodząc do hali Wytwórni Filmów Fabularnych usłyszałem, jak się okazało po chwili, próbę Całej Góry Barwinków, która wykonywała kolejne takty przeboju „To ostatnia niedziela” (mylnie nazywanego „Ta ostatnia niedziela”), zaprezentowanego kilka dni wcześniej w programie Kuby Wojewódzkiego. Przyznaję, że przebój sprzed 80 lat napisany przez duet Jerzy Petersburski/Zenon Friedwald, a wykonywany obecnie przez CGB świetnie się prezentuje. Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Bo mimo wybicia godziny 17:00 publiczność była raczej symboliczna. Kilkadziesiąt osób krzątało się z miejsca na miejsce w oczekiwaniu na rozpoczęcie imprezy. Kilka zniecierpliwionych osób, sądząc po minach, gestach i słowach, domagało się rozpoczęcia koncertu. Około 17:30 powoli, z minuty na minutę, hangar WFF zaczął się napełniać ludźmi. Tknięty nagłym przeczuciem cofnąłem się do bramek, przy których, jak się okazało, wywieszony był harmonogram całego dnia. Brakowało na nim… Dick4Dick. Wykorzystałem pierwsze koło ratunkowe i wykonałem telefon do przyjaciela. „My Space prawdę Ci powie” – odrzekł kolega i zacytował: „Do wszystkich, ktorzy wybieraja sie na koncert Dick4Dick dzisiaj 2008.03.06 w wytworni filmow fabularnych we wroclawiu. Niestety ostry atak grypy Dicka Dextera ktora dzisiaj przebiegle przeskoczyla juz na Nygga Dicka a istnieje tez realne zagrozenie ze wieczorem ja tez padne, powoduje ze nie damy rady zagrac dzisiaj. Sila wyzsza.”.

A więc samczo – seksualny i gorszący electrorock nie miał zagościć dnia dzisiejszego na scenie wrocławskiej edycji festiwalu. Wielka strata i wielka szkoda.

Chwilowo nieco mniej radosny usłyszałem krzyk, który oznaczać mógł tylko jedno. Na scenie coś zaczęło się dziać. Faktycznie, Cała Góra Barwinków rozpoczynała swój set. Publiczność, nadal niezbyt liczna, dała wyraz swojej radości rzuciła się od razu w wir zabawy przy radosnych i skocznych dźwiękach chłopaków z Kłobucka. Przytłumiony wokal, pulsujący bas i mocno wyeksponowana sekcja dęta skłaniały do radosnego i bezrefleksyjnego pląsania po parkiecie, któremu poddali się nieomal wszyscy. Nawet moje nogi mimowolnie tupały i wykonywały bliżej nieokreślone ruchy, które tylko święty Wit Cała Góra Barwinkówmógłby nazwać tańcem. W tej muzyce nie chodzi o przekaz intelektualny tylko o radosne emocje związane z zabawą. A umiejętności przekazywania tychże, nijak nie można odmówić zespołowi.

Cała Góra Barwinków nie miała czasu, który dostają zwykle zespoły supportujące. To był festiwal na równorzędnych prawach dla wszystkich, więc po naprawdę długim i różnorodnym secie koncertowym (wbrew moim obawom, występu nie zdominowały utwory z ostatniej płyty), CGB wyszedł jeszcze na bis, podczas którego zabrzmiało wspomniane przeze mnie wyżej tango „To ostatnia niedziela”. Głośne brawa oraz liczne wyrazy radości zwróciły moją uwagę – Wytwórnia Filmów Fabularnych przestawała świecić pustkami, choć do wypełnienia brakowało jeszcze naprawdę sporo osób.

Przerwa techniczna podczas której zapowiedziano Pogodno, zleciała dość szybko. Wymiana i instalacja kolejnych instrumentów odbywało się naprawdę sprawnie. Dla umilenia atmosfery akustyk, ku mojej dużej radości, włączył z głośników fińską hummpę. Kolejne szlagiery grupy Eläkeläiset (polecam!) umilały czas podczas kotłowaniny na scenie.

Pogodno rozpoczęło, jak zwykle od pewnego czasu, od utworu „Fenomeno” z ostatniej płyty Opherafolia, by płynnie przejść do kolejnych szaleńczych popisów muzycznych.Pogodno Szczeciński zespół od dawien dawna proponuje wspólną zabawę i interakcję, której publiczność z radością się poddaje. Można co prawda marudzić, że kolejne koncerty są do siebie dość podobne, a i monologi Budynia nie są dość często odświeżane, ale oddać mu trzeba sprawiedliwość i stwierdzić, że koncertowanie to jego żywioł. Świetnie się na scenie czuje, dobrze się na niej bawi i dzięki temu specyficznemu wyluzowaniu artystycznemu, odnosi się ciągłe wrażenie spontaniczności i swobodnej radości z grania. Niewiele jest w Polsce zespołów, które potrafią połączyć naturalność z techniczną sprawnością. A Pogodno, mimo że wirtuozerskie popisy nie rzucają na kolana, łączy idealnie obydwa pierwiastki w doskonałej równowadze.Budyń

Kolejne hiciory przeplatające się na zasadzie szybko/wolno/szybciej wyrywały do tańca i skakania. Pod sceną było naprawdę gorąco i w przeciwieństwie do zeszłorocznej publiczności, która zachowywała się momentami dość niemrawo, ta obecna na tegorocznej edycji festiwalu, bawiła się przednio i z werwą. Cieszy to o tyle mocno, że mnóstwo było osób młodych i bardzo młodych, których Pogodno, najwyraźniej z sukcesami, sobie odchowało. Świadczyć może o tym także ogromna radość ludzi, która towarzyszyła wejściu muzyków na bis.

Z dziennikarskiego obowiązku wspomnieć muszę o problemach dźwiękowych. Budyń na początku był niemal w ogóle niesłyszalny, bas momentami się nieco gubił, a pod koniec występu nastąpiło sprzężenie i zaczęło głośno buczeć. Niuanse ale potrzebne dla obrazu całości.

Po „pogodnym” występie nastąpiła nieco dłuższa przerwa, podczas której zabrzmiało tak długo oczekiwane, przynajmniej przeze mnie, „Smells like Humppa”. Brawa dla akustyków, którzy promują tak ciekawy i rzadko spotykany rodzaj muzyki. Zapowiedź kolejnego koncertu spowodowała ubytek tlenu pod sceną. Wszystkimi wejściami zaczęli przybywać ludzie wypełniając szczelnie pozostałe resztki przestrzeni.

Powoli zaczęli pojawiać się muzycy Vavamuffin. Zapętlony motyw muzyczny jakiegoś nieznanego mi artysty z okręgu kultury jamajskiej, gorąco polecany potem przez chłopaków z Vavy, wraz z perkusyjnym podkładem, miło wprowadzał w nastrój koncertowego bujania. Operujący światłami techniczni zmienili barwy na żółte, czerwone i, zresztą momentami mocno pachnący, zielone, a na scenę weszli, witani entuzjastycznymi oklaskami, Pablopavo, Reggaenerator oraz Gorg.

Ilość koncertów jakie Vavamuffin daje we Wrocławiu, mogłaby skłaniać do, jakże niesłusznego wniosku, że ich występy stały się nieco zbyt powszednie, więc chętnych będzie mniej, a i entuzjazm publiczności nieco się zmniejszy. Nic z tych rzeczy! Pełna sala, ogromna rzesza bawiących się osób, głośne i częste brawa oddawać mogą chyba stopień uwielbienia dla warszawskiej formacji. Zresztą gorące przyjęcie powodowało szczere wyrazy podziękowań dla ludzi w WFF.

Przez długi czas dość dużym problemem dla Vavamuffinów był ograniczony repertuar. Kolejne występy zaczynały być do siebie bliźniaczo podobne, a odgrywana w kółko płyta „Vabang!” zwyczajnie nudziła. Na całe szczęście, zarówno dla zespołu jak i dla ich słuchaczy, w roku ubiegłym został zaprezentowany album „Inadibusu”, który odświeżył ich koncerty i je urozmaicił. Był to mój pierwszy koncert po premierze, więc moje oczekiwania były dość duże. Nie zawiodłem się. Mimo że na trzecim (bo nie należy zapomnieć o remixiarskiej „Dubang!”) longplayu brak jest typowych hitów singlowych (bo umówmy się, że „Hooligan Rootz” także takim utworem nie jest), to całość robi wrażenie bardziej przemyślanej i spójnej kreacji; szczególnie w warstwie muzycznej.

A jaki był sam występ? Cóż, jak zwykle, bardzo energetyczny i żywiołowy z kilkoma smaczkami (cytowanie Jamala czy też fragment przypominający intro do utworu „Bombtrack”) i stojący na bardzo wysokim poziomie. Nie ma miejsca na fuszerkę i potknięcia. Vavamuffin to koncertowa maszyna, która zacina się wyjątkowo rzadko. Wyeksponowani i skaczący na pierwszym planie wokaliści przyciągali całą uwagę publiczności. To Pablopavo, Reggaenerator oraz Gorg są głównymi gwiazdami, a reszta kolektywu ma wobec nich wyraźnie poddańczą rolę. Co jednak nie oznacza, że pozostali członkowie nie dawali rady. Wprost przeciwnie, oni są równie dobrze przygotowani do swojej roli.

Nie odbyło się bez tradycyjnych pozdrowień dla spełniających swoją rolę wyjątkowo profesjonalnie ochroniarzy, wspomnienia Tybetu czy też wyrazów poparcia dla Obamy, który dobrym kandydatem jest ze względu na kolor swojej skóry. Niektóre z tych tekstów wydawały się nieco naiwne, ale taki już urok koncertowych przemówień – ich merytoryczny poziom nie musi być wysoki. Niestety czas biegł nieubłaganie i po secie standardowym oraz bisach, w których tradycyjnie padły słowa „Gdyby nie było was, nie byłoby nas” Vava ze sceny zeszła. Chyba idealnie czasowo – zostawiła dobre wrażenia bez nadmiernego nudzenia.

Artystą końcowym był Maleo Reggae Rockers. Nie wiem, czy było to trafne posunięcie. Mimo że Malejonek to naprawdę gwiazda wielkiego formatu, na dodatek mocno zasłużona dla muzyki reggae w Polsce, to jego bujająco – leniwe dźwięki, po kilku wyczerpujących godzinach festiwalu, zaczęły działać usypiająco. Część osób po koncercie Vavamuffin zaczęła powoli odpływać w stronę wyjścia. Zrobiło się luźniej. Niestety, ze względu na niekorzystny rozkład autobusów było mi dane uświadczyć tylko kilku dźwięków z repertuaru grupy. Taka łyżka dziegciu w koncertowej beczce miodu. Pomstując na siłę wyższą (znaczy na logistyków opracowujących plany jazdy) wyszedłem z wiosennej, radosnej, rozkołysanej oraz kolorowej hali Wytwórni Filmów Fabularnych i udałem się w kierunku zimnego przystanku, który niepomny wiosny czającej się tuż za rogiem, mroźnie pomrukiwał w rytm targającego nim wiatru.

Wiosna Reggae – 06.03.2008 – Wrocław – Wytwórnia Filmów Fabularnych

Orbitowanie z Kultem

październik 27, 2007

Tak naprawdę ciężko napisać, co się działo we Wrocławiu. Jednym ciężko bo nie pamiętają, drugim ciężko bo są dyskretni, jeszcze inni boją się napisać, a pozostałej reszcie się nie chce. Mnie się trochę chce, a trochę nie chce, więc co nieco napiszę.

Wrocławski Kult w Orbicie był tylko dodatkiem. Co prawda sądząc po ilości biletów jakie zakupiłem w sumie na sobotni koncert, a było ich około 10, można by pomyśleć, że to właśnie warszawski zespół będzie najznamienitszą atrakcją wieczoru. Ale nie.

Głównym daniem okazało się być prześwietne spotkanie z prześwietnymi ludźmi. Powoli zbierająca się ekipa dokonywała kolejnych fenomenalnych odkryć na PKP Wrocław Główny (darmowa toaleta, piwo za 3,5 zł, sklep z nalewkami). Po skompletowaniu ostatniej osoby, żywczanki, która wsiadłszy do niewłaściwego pociągu, bez komórki i znajomości topograficznej stolicy (z)Dolnego Śląska, udała się na podbój miasta, ruszyliśmy po chwilowej acz treściwej przerwie na przystanku linii 135. Po krupniku przyszła kolej na dalsze specjały, którymi raczyliśmy się w autobusie. Potem w krzaki. W krzakach kontynuacja. I wreszcie, wraz ze zmierzającym powoli tłumem, namierzając kolejne przeszkody terenowe, wleźliśmy do środka hali sportowej Orbita.

Zgodnie z moimi wcześniejszymi obawami było średnio. Niby miejsca dużo, ale żeby spokojnie porozmawiać w przedsionku, trzeba było się mocno nagimnastykować. Piwo w cenie, smaku i wielkości normalnie złodziejskiej czyli 5 zł za 0,4 l rozrobionego z chmielowym roztworem powstałym w wyniku płukania beczek po piwie. Przynajmniej kolejki nie były duże.

Gdy weszliśmy, grał Vavamuffin. Tak przynajmniej mi doniesiono, bo organoleptycznie sprawdzić nie poszedłem, a nic poza dudnieniem słychać nie było. Łupanie ze sceny zlewało się z przekrzykiwaniem osób, które próbowały pogadać. Kolejne zmiany utworów najłatwiej było zauważyć w toalecie, kiedy to urynę radośnie spływająca do Odry w fazie wstępnej, zdobiły co chwile kręgi (efekt jak w Parku Jurajskim w scenie z Królem Tyranozaurem) o różnym natężeniu i częstotliwości.

Po czasie pewnym acz nieokreślonym nastąpiła zmiana, bo łupanie stało się cichsze a zamiast mocnych głosów wypłynął lekki falset. Znaczy się, weszło Myslovitz. Przy utworze „Chłopcy” z jedynej zjadliwej dla mnie płyty, ja wlazłem do środka. Scena po drugiej stronie niż na koncercie w czerwcu, ludzi także zdecydowanie więcej niż wtedy. Tłum skaczących i bawiących się osób i Rojek miotający się po scenie. Mimo Off Festiwalu, mimo udanego taperingu do Draculi, nie jestem w stanie przekonać się do muzycznych dokonań głównego zespołu pana Artura. Dość szybko dałem nogę i powróciłem do konwersacji.

Gdy, przynajmniej by porozumieć się z osobą stojącą 50 centymetrów ode mnie, nie musiałem już krzyczeć, a szare komórki zaczęły pracować, synapsy komunikować, wszystkie elementy skomplikowanej układanki wskoczyły na właściwe miejsca, zdałem sobie sprawę, że już za chwilę, już za momencik ruszy z kopyta ZPiT. Dopiłem piwo i pognałem na salę. Z tyłu w tłumie, za konsoletą się ustawiwszy z towarzyszką wieczoru, w spokoju, bez dużej ilości niepotrzebnych ruchów, popadłem w cichutką kontemplację koncertu.

Niestety, już dawno, dawno popełniłem straszny błąd, który kosztował mnie dość sporo. Zamiast poskromić ciekawość i nie poddawać wścibskiej naturze, zajrzałem na magiczną stronę i zapoznałem się z listą utworów, które zaprezentowali Kulci na poprzednich występach. Miało to, jak się później okazało, dwa minusy. Pierwszy minus był taki, że brak było niespodzianki w związku z kilkoma kawałkami. Drugi plus ujemny, zdecydowanie poważniejszy, okazał się być konsekwencją festiwalowego nastawienia organizatorów. Ilość grup występujących we Wrocławiu spowodowała, że koncert atrakcji wieczoru został wykastrowany. Ucięto dość spory kawałek – około sześciu utworów.

Przy scenie – szaleństwo, z tyłu – spokojnie, na krzesełkach – sennie. Pod tym względem hala Orbita bije WFF. I to chyba jej jedyny plus. Bo tak naprawdę to nie wydaje mi się, żeby różnica objętościowa była duża. To miejsce jest dłuższe ale węższe. Dźwięk ma gorszy. Co prawda nie atakował mnie od tyłu, ale przyzwyczaiłem się do bardziej selektywnego odbioru poszczególnych instrumentów. Tutaj mieliśmy ścianę dźwięku, której nie można było do końca ogarnąć.

Dojazd bez porównania gorszy. Kilku moich znajomych zrezygnowało wręcz z pójścia na koncert, bo był on zbyt daleko. Na początku przyznałem rację osobie, która, wydawałoby się całkiem słusznie, zganiła mnie za postrzeganie Wrocławia z dziwnej perspektywy topograficznej. Ale Wytwórnia Filmów Fabularnych jest w miejscu, w który dotarcie nie sprawia najmniejszych problemów. Na nóżkach można dojść i z akademików polibudzianych, i z uniwersyteckich. Zajście na butach do knajpy, w której można usiąść, także nie nastręcza problemów. A Orbita? Nasz powrót to był łut szczęścia – wpakowaliśmy do ostatniego tramwaju na Kwiskiej. Gdyby nie to… Przejście Legnickiej to nie jest rozrywka na sobotni wieczór w okolicach północy.

Zdecydowanie i stanowcze „nie” mówię pomysłowi organizowania dalszych koncertów w hali sportowej Orbita. Ten obiekt wybitnie się do imprez muzycznych nie nadaje.

Sam koncert, poza bardzo mocnymi momentami, był średni. Część osób już wyskakana, część nieco zniechęcona długim oczekiwaniem. Magii nie było. Było solidnie. Rzemieślniczo dobrze. Ucieszyła „Goopya Peezda”, choć dęciaki nie dopełniły całości i zabrakło mi skreczy na początku, to był to naprawdę silny punkt całego programu. „Zegarmistrz światła” wyszedł dobrze. Mimo to parę osób wyraźnie się krzywiło i w powietrzu zabrzmiało słowo „profanacja”.

Muzycznie fajnie, że grają Uriah Heep, ale pan wokalista mógłby znaleźć inną tonację i w inny sposób zaśpiewać „July Morning”. Jego końcowe skrzeczenia są ciężko strawne. Ja naturalnie rozumiem, że po 18 latach głos się nieco zmienia i w młodzieńczy falset nie dość, że wpadać już się nie da, to na dodatek się nawet nie powinno. Ale w takim razie należy coś pokombinować. Podobny zresztą problem jest w utworze „6 lat później”, gdy wchodzi w wyższe rejestry wyjąc „dla ciebie”. Może jednak należałoby te utwory wywalić, skoro wychodzą, jednak moim skromnym zdaniem, dość pokracznie. No chyba że to ma być taki cel: „Nie idzie mi śpiewanie tych piosenek, ale je śpiewam, bo nieśpiewnie oznaczałoby przyznanie się do porażki”.

Podsumowując, było całkiem nieźle. Z naciskiem na „całkiem”. Byłem na kilku zdecydowanie lepszych koncertach Kultu. Troszkę żałuję, że nie było mi dane obejrzeć wcześniejszych zespołów. Choć Vavę, której nowa płyta mnie bardziej zmula niż wypicie dwóch tubek mleka słodzonego z kakao, miałem już okazję oglądać w tym roku tyle razy, że nawet Kazik wydaje się przy nich malutki.

Lecz dopiero w momencie zakończenia koncertów i udania się w kierunku Krzyków zaczęło się dziać fajnie. Dj MeeHau próbujący jednocześnie zakochać wszystkich w utworze „A my musimy uciekać stąd” oraz naprawić Internet bez znajomości hasła. Jego próba zakupienia czegoś fajnego w tramwaju nie spotkała się ze zrozumieniem. / Gómi podający się swoim cieniutkim i cichutkim głosikiem za Kasię i próbujący dostać hasło do Internetu. / Pass która z Glorią w duecie walczyła z kolejnymi butelkami nie tylko alkoholu, ale także litewskiego lekarstwa na potencję. / Trini szukająca swojego tyłu i rzucająca specjalnym tributem dla pana taksówkarza. / Przemysław Błażej który tak niezapomnianego koncertu jeszcze nie przeżył. Na dodatek podstępnie wtykający ludziom koszulki do plecaków i z miną twardziela twierdzący, że koszulka wraz z płytą zaginąć musiały w akcji. / [p] który sprawdzając zegarek co 3 minuty, pobił rekord w spaniu przerywanym. Jednocześnie mimo braku świadomości usłyszał wyrwane z kontekstu zdanie mówiące, że „za pierwszym razem było najfajniej”. Ano było. Ale to odnosiło się do większej całości, o! / Bagietka z którą nocne Polaków rozmowy wprawiły w konsternację część osób, kiedy dowiedzieli się, że gadaliśmy do 6 rano. / Danas który mówił, że wygodnie mu się śpi na podłodze, ale jak dostał łóżko, to po 30 sekundach już spał. / Marcyś zlokalizowana wielkim fuksem. W trampkach na halę sportową ale niekoniecznie na koncert rockowy, wsiadła w pociąg, dzięki któremu dostała możliwość wycieczki krajoznawczej po Wielkopolsce i po Dolnym Śląsku.
Poza tym dzięki dla Królewny Ewy za przechowanie plecaków. Pozdrowienia dla tych Oleśniczan co zwykle, dla osób z którymi mi było dane porozmawiać oraz dla tego, który „mnie nienawidził”. Zawsze lubię, kiedy mnie zapamiętują.
Kult – 27.10.2007. – Wrocław – Hala Orbita