Manu Chao

lipiec 15, 2008

Przez długi czas w światku muzycznym krążyły plotki odnośnie artysty mającego postawić kropkę nad “i” w ramach festiwalu Wrocław Non Stop. Wymieniano przede wszystkim gwiazdę tegorocznego Open`era czyli Massive Attack. Niestety, skończyło się “tylko” na  “guru alterblobalistów” śpiewającym w tylu językach, że sam papież mógłby mu pozazdrościć.

Osobiście nie spodziewałem się zbyt wiele i nie miałem szczególnie wielkich oczekiwań. Chciałem się miło rozczarować. Ale czuję się rozczarowany nieszczególnie miło. Jasne, Manu Chao skacze i miota się po scenie – to żywy wulkan energii niespożytej – prowokując do zabawy i szaleństw pod sceną. Równie wielkie show robili towarzyszący mu muzycy. Duże brawa za czas trwania, choć wbrew temu co niektórzy piszą, nadmiernie się przy tym egzaltując, nie było to dwie i pół godziny a niemalże dwie i pół godziny, gdzie na „niemalże” pada mocny akcent. Bywałem na dłuższych koncertach choć także i na krótszych. Trwał idealnie. Ale idealny koncert to nie był.

Pomysł zrobienia koncertu na Wyspie Piaskowej nie był zbyt dobry. Rozumiem poniekąd obawy organizatorów, którzy w zeszłym roku przestrzelili z występem The Stooges i w pośpiechu przenosili go ze Stadionu Olimpijskiego do dużo mniejszej Orbity, ale (nie)popularność Iggy`ego Popa ma się nijak do popularności Manu Chao.

Już początek zapowiadał, że nie wszystko zostało do końca przemyślane. Godzina umieszczona na plakatach i bilecie obejmowała występ samego José – Manuela. O koncercie supportu, ciekawego i oryginalnie brzmiącego składu Me, Myself and I, nie wiedziałem ani ja, ani żaden z moich znajomych. Szkoda bo wrocławskie trio jest naprawdę wyjątkowe, a ich popisy wokalne na długo zapadają w pamięć.

Chaos przy wchodzeniu na Wyspę osiągnął apogeum na długo przed 21:30. Tłum kłębiących się, brodzących w błocie, napierających na płot koncertowiczów przeraził stojących po drugiej stronie ochroniarzy. Puściły im nerwy; wulgaryzmy i groźby pojawiły się po obydwu stronach. Bramki, odcedzające i wpuszczające ludzi, nie wyrabiały. Stłoczeni, spoceni i zdenerwowani ludzie napierali coraz bardziej, coraz mocniej się gniotąc. Wyginający i powoli ustępujący płot uratowany został w ostatnim momencie przez ochroniarskie posiłki. I znowu, jak chwilę wcześniej, pojawiły się słowa, które profesjonalnej ochronie nie powinny nawet przez głowę przejść.

Piski i krzyki wzmogły się, gdy ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki występu, który zaczął się w miarę punktualnie. Ja rozumiem, że cisza nocna, że czas nagli, że zgoda miasta, ale danie sygnału do rozpoczęcia w momencie, w którym dziki tłum pragnący przedrzeć się przez bramki niemalże zadeptuje kilka mniejszych osób, to nie jest dobry pomysł. Można było wstrzymać artystę, można było zwiększyć przepustowość bramek, można było napisać inną – wcześniejszą – godzinę na biletach i plakatach, można było zmienić lokalizację w momencie, gdy okazało się, że bilety niemalże się wyprzedały. Nie zrobiono nic.

W ramach organizacyjnej wyliczanki należałoby dodać, że stoiska piwno – gastronomiczne także nie były szczególnie mądrze pomyślane. Ich niewielka ilość sprawiła, że odwieczny dylemat „piwo czy piosenka” zamieniał się w problem typu „piwo czy ¼ koncertu”. Długie kolejki posuwały się bardzo powoli i przypominały glizdę na maku biorącą udział w maratonie slow food.

Jak na kulminacyjny i najznamienitszy koncert w ramach festiwalowego święta o nazwie „Wrocław Non Stop” było tych wpadek zbyt wiele. Choć tak naprawdę nie mogły mieć decydującego wpływu na odbiór całego koncertu, to pozostawiały wrażenie braku profesjonalizmu, na który nie można sobie pozwolić. Fuszerka i prowizorka podczas tego typu zabawy przeszkadza w odbiorze i wpływa na całość oceny.

Po przebiciu przez kordon i dotarciu w miarę sensowne miejsce pozostało mi tylko jedno. Zabawa!

Radio Bemba Sound System i Manu Chao od samego początku narzucili ostre tempo. Jeśli zwalniali to tylko po to, aby za chwilę przyspieszyć z jeszcze większą mocą. Punkowa estetyka, która momentami zamieniała się w bujające reggae bądź skoczne ska, dobrze nadawała się do zabawy i skakania pod sceną. Kto poszedł właśnie z takim nastawieniem, na pewno się nie zawiódł. Szalejąca publika była wniebowzięta, a ubrany w koszulkę Brazylii i czapeczkę z czerwonym emblematem José – Manuel dawał wyraz swojej radości na tak entuzjastyczne przyjęcie w Polsce. Jak zaczął, to nie mógł przestać – czterokrotnie (trzykrotnie? Ciężko policzyć.) bisował. Aż chciałoby się napisać, że razem żyli długo i szczęśliwie. Byłaby to jednak nieprawda.

Nawet najlepsze „szybko, szybko, szybko, wolniej” zapętlone nuży po drugiej repecie. To, co było dla mnie męczące na płycie i przez co nie dawałem rady za często słuchać albumowego Manu Chao, wzmogło się na koncercie. Monotonia. Mimo bogactwa dźwięków, jakie momentami wylewały się z głośnika, większość kompozycji zlewała się w ciąg nierozróżnialnych dla mnie utworów. Na jedno kopyto. Nieco schematycznie. Niekoniecznie aranżacyjne ale strukturalne. Innymi słowy, mimo energii i powera, mimo fluidów i szaleństw, momentami się nudziłem. Szczególnie że poza „Don`t sell Your soul to Bush” nie zrozumiałem nic, co mówił bohater wieczoru. A libretta na wejściu nie dawali.

I jeszcze ten opis w wyjątkowo umiejętny sposób „zachęcający” do koncertu; „Okrzyknięto go etnopunkiem i idolem zbuntowanej młodzieży”. Być może w tym jednym zdaniu – kluczu kryje się cała zagadka. Ani za mnie etno, ani punk, ani młodzież, idolem też jeszcze niczyim nie jestem, a na bunt mnie finansowo nie stać. Z tym że wbrew temu, co wykoncypowali sprytni copywriterzy, grupa wiekowa na koncercie nie była wcale tak jednorodnie licealna. Rozstrzał pomiędzy datami urodzenia koncertowiczów, szczególnie w tylnych rejonach, był dość spory. A i arafatek nie było zbyt wiele. Choć może to zasługa dobrej pogody.

„A lato było piękne tego roku”. I pewnie dlatego Manu Chao zgolił sobie włosy pod pachami. Jak, nie przymierzając, Beckham. David Beckham.

Wrocław Non Stop – Manu Chao – 15.07.2008 – Wrocław – Wyspa Piaskowa

VI Wrocław Niezależny

czerwiec 28, 2007

Koncerty podczas VI wydania festiwalu Wrocław Niezależny organizowane w ramach Non Stopu są szczególne. Odrywają się one od jarmarcznej specyfiki typowo miejskich koncertów mainstreamowych gwiazd i wpisują w ciekawą tradycję zapraszania zespołów uznanych acz spoza telewizora oraz kapel młodych, którym daje się szansę zaprezentowania własnych dokonań. 27 i 28 czerwca były dwoma dniami podczas których mogliśmy przyjrzeć się i posłuchać kilku rodzimych zespołów z niemieckim i brytyjskim przeplotem. Królowało reggae z drobną domieszką punk i rocka. Nie ukrywam, że spośród całej tej ferajny wysłuchać chciałem tak naprawdę fantastycznej czwórki – Izraela, Dezertera, 336 Miejsc oraz Bladych Loków. Reszta to były, modnie rzecz ujmując, przystawki.Pierwszy dzień i klops. Dzięki doskonałym i naturalnie najlepszym kolejom w Polsce nie udało mi się punktualnie przybyć na Wyspę Słodową. 336 miejsc przepadło bezpowrotnie. Ostatnie dźwięki brzmiały w głośnikach, gdy ja przekraczałem bramkę. W kolejności następnej zagrał Lost Road. Raczej nic szczególnego nie pamiętam z ich występu. Nie męczyli. Rockowe granie, dość dynamiczne i bez nadmiernych komplikacji. Dużym szkopułem był akcent wokalisty; angielskiego uczył się chyba tylko z Ulicy Sezamkowej.

Dalej było już tylko lepiej. Najpierw mocne wejście Bladych Loków. Jak zwykle fantazyjnie ubrana wokalistka, coś pomiędzy wczesnym Lombardem a późnymi Depeche Modami, z szerokim uśmiechem przywitała publiczność, która powoli zaczęła ciaśniej wypełniać okolice Wyspy Słodowej i cały zespół ruszył z kopyta. Mocno i energetycznie. Pod sceną rozpoczął się ożywiony ruch, a na scenie niemniej intensywna zabawa. Pierwszą rzeczą jaką od razu widać patrząc na ten zespół jest wrażenie zabawy. Dobrej zabawy jaką mają muzycy podczas koncertowania. Sekcja dęta, co jakiś czas robiąca background wokale, buja się na boki i podryguje, cały czas się przy tym uśmiechając. Agata Polic to wulkan energii; w miejscu nie potrafi ustać 10 sekund. Mikrofon wcale nie przeszkadza jej w mobilnym przemieszczaniu się po scenie, strojeniu min i przybieraniu, czasem dość komicznych, póz. Ale widać od razu, że to szczere i niewyreżyserowane zachowanie.

Po naprawdę świetnym, choć niestety niezbyt długim, koncercie przyszła kolej na „jak jasna cholera lubię Dezertera”. Miał to być mój pierwszy dłuższy kontakt z punkowym triem. Koncertowo nigdy nie miałem szczęścia na nich trafić, a płyty nieszczególnie do mnie trafiały. Liczyłem delikatnie na miłe zaskoczenie i się wcale nie pomyliłem. Chropowaty głos Robala doskonale współbrzmiał z szybkim rytmem muzyki uzupełnianym prostymi, acz niepozbawionymi pewnej pomysłowości i finezji, riffami. Spodziewałem się pewnej toporności i prymitywizmu.

Szczerze przyznaję, że bardzo pozytywnie odebrałem cały występ. I to mimo mojego dość krytycznego stosunku do niektórych tekstów napisanych przez Grabaża. Ale ja rozumiem, że punk rock to takie a nie inne podejście do rzeczywistości i mimo że nie muszę go chwytać, to mogę nadal odbierać całość w sferze czysto muzycznej. I tak też było. A pod tym względem nie mam nic zespołowi do zarzucenia. Profesjonalny występ jaki miałem okazję oglądać, zmienił diametralnie moje podejście do Dezertera. Przynajmniej w wersji koncertowej.

Na tym zakończyłem pierwszy dzień koncertowania i świńskim truchtem pognałem w kierunku stacji PKP. Zadowolony z udanego wieczoru, przygotowałem się mentalnie na powrót legendy. Izrael, bo tej właśnie legendzie piszę, to zespół, którego kult jest żywy i ciągle rośnie. Po pochlebnych recenzjach dotyczących zeszłorocznego koncertu w Ostródzie, chciałem sam przekonać się, co warty jest Robert Brylewski. Dość prowokacyjnie napiszę, że ja pana Roberta zbytnio nie hołubię, a dwukrotnie oglądana przeze mnie Brygada Kryzys, mocno mnie znudziła.

Minęła noc…

Gdy przybyłem na miejsce, nie zwracałem większej uwagi na to, co się dzieje na scenie do czasu zapowiedzianego „legendarnego powrotu kultowego Izraela”. Wtedy wraz z pokaźną ilością osób poderwaliśmy się niczym nieźle wyćwiczona armia i krokiem sprężystym, acz niekiedy chwiejnym, podążyliśmy bliżej miejsca koncertu. Zaczynało powoli zmierzchać, w powietrzu unosił się słodkawy posmak marihuany. Gdy na scenie rozbłysły światła zobaczyłem, że widziany przeze mnie nieco wcześniej lekko łysawy pan w wieku wyraźnie odbiegającym średniej osób znajdujących się na Wyspie, to sam Robert Brylewski. Z bliska wyglądał dużo starzej niż na scenie. Zresztą cały skład prezentował się leciwie. Z lekkim niedowierzaniem patrzyłem na muzyków, którzy za chwilę mieli zagrać koncert. Moje rozważania na temat średniego wieku artystów wykonujących ten zawód w Polsce zostały przerwane przez muzykę.

To był naprawdę magiczny koncert. Piękne światła doskonale współbrzmiały z reggae rytmem leniwie płynącym wśród ludzi. Dźwięk odbijał się od jednej osoby i od razu zmierzał do drugiej. A każdego kogo uderzył od razu omamiał. Jako osoba w zasadzie stroniąca od jamajskiej muzyki, zostałem pochwycony przez Izraela i dość mocno rozbujany. Utwór za utworem, nuta za nutą, faja za fają było coraz lepiej. Apogeum osiągnięto w momencie, kiedy na scenie pojawił się znany z Deutera i współpracy z panem Brylewskim Paweł „Kelner” Rozwadowski. Przy „Idą ludzie Babilonu” oraz „Płonie Babilon” odrzuciłem swoje ideologiczne uprzedzenia i z przyjemnością chwyciłem się myśli pojednania z całym światem.

Niezły był także kontakt z publicznością, choć nie wszystko rozumiałem z tego, co Robert starał się przekazać. Na pewno było uderzenie w ulubionego wicepremiera Giertycha, na pewno było szybkie referendum odnośnie posiadania królowej zamiast dwóch kaczorów, na pewno można było usłyszeć pozdrowienia dla weteranów i ich dzieci. Bo faktycznie, publiczność była mocno zróżnicowana wiekowo i obok osób młodych stały takie, które pamiętać musiały występy „starego” Izraela. Na koniec zagrano “Ile mil” i wygłoszono ze sceny prośby o modlitwę za pokój dla Ukrainy, Białorusi, Iraku i Afganistanu.

VI Wrocław Niezależny – 27.06.2007 oraz 28.06.2007. – Wrocław – Wyspa Słodowa

Wrocławski Iggy Non Stop

czerwiec 24, 2007

Wakacyjne święto miasta – Wrocław Non Stop – stało się już nową, świecką tradycją. Ogromny wybór przedstawień, happeningów, spektakli, wystaw oraz wszelkiego rodzaju aktywności kulturalnej na wielu polach. Na zeszłoroczny festiwalu mieliśmy okazję obejrzeć i posłuchać występu Joe Satrianiego, którego występ na wrocławskim Rynku przyciągnął tłumy wrocławian. W tym roku zagraniczną gwiazdą był Iggy Pop oraz The Stooges. Tatko punkrocka, który przed ponad trzydziestu laty, rozstał się ze swoimi kolegami muzykami i rozpoczął solową karierę, triumfalnie powrócił do grania z nimi w XXI wieku.

Całkowitym zbiegiem okoliczności było to, że dwa dni wcześniej, w Poznaniu, zagrała mama punkrocka czyli Patti Smith.

Artysta, zresztą najlepiej znany z utworu „The Passenger” coverowanego zarówno przez zagranicznych (Johny Cash, REM, Die Toten Hosen) jak i przez polskich artystów (Kult, Pidżama Porno, Big Cyc), uświetnić miał swoim występem wrocławski festiwal koncertem na Stadionie Olimpijskim.

Niestety, całą imprezę postanowiono przenieść do hali Orbita. Oficjalnym powodem były względy bezpieczeństwa. Nieoficjalnie chodziło raczej o dość słabe zainteresowanie występem Iggyego Popa oraz supportującego go Lecha Janerki. Plusem całego pomysłu na pewno było uniezależnienie się od kaprysów pogody, która w ostatnich dniach była nieprzewidywalna.

Podczas próby wejścia do środka okazało się, że nastąpiła swego rodzaju dyskryminacja biletowa. W zależności od sztywności bądź napisu na bilecie, trzeba było stanąć w kolejce do innej bramki wejściowej. Spowodowało to niemały chaos, gdyż karteczki informujące o tym fakcie, znajdowały się dopiero przy samym wejściu. Część osób, stała więc dwa razy w kolejce. Stąd zrozumiała pewna doza irytacji. Jako że wpuszczanie widzów trwało sporo czasu, to i występ został mocno przesunięty. Naturalnie rozumiem, że należało zaczekać, aż publiczność wejdzie, ale można było ten problem rozwiązać sprawniejszą organizacją oraz wcześniejszym wpuszczaniem do Orbity.

Wnętrze hali okazało się lekko opustoszałe. Co prawda ludzie ciągle wchodzili, ale nawet w kulminacyjnym momencie, gdy zaczął grać już Iggy, widać było puste przestrzenie. Szczególnie miejsca siedzące, co za bardzo nie dziwi ze względu na architekturę tego obiektu, nie były obsadzone. Po ponad trzydziestominutowym oczekiwaniu na scenie pojawił się konferansjer. Od razu rozpoczęły się gwizdy, wyzwiska oraz wulgarne komentarze dotyczącego jego osoby. Tak żywiołową reakcję publiczności wywołał Kuba Wojewódzki. Na swój sposób zapowiedział występ dzisiejszych artystów, nie mogąc przepuścić okazji na dowalenie Romanowi Giertychowi oraz braciom Kaczyńskim.

Po chwili pojawił się Lech Janerka, otrzymując ogromne brawa i rozpoczynając swój krótki występ. Niestety, był on niemal dokładną kopią koncertu, jaki można było zobaczyć tydzień temu na Wyspie Słodowej w ramach festiwalu wRock for Freedom. Spodziewałem się zdecydowanie czegoś więcej, a tymczasem po czterdziestu pięciu minutach, wliczając także bis, zespół zszedł ze sceny po dość przeciętnym koncercie. Rozczarowanie i niedosyt. Choć nie ukrywam, że przy „Śpij aniele mój” przechodzących płynnie w „Bez kolacji” nie mogłem ustać w miejscu. Podobnie zresztą jak przy bujających „Konstytucjach” wchodzących w ostrego „Reformatora”. Ale ja Janerkę bardzo lubię. To wrocławski skarb artystyczny, który nawet gdy daje przeciętny występ, jest on dużo lepszy niż koncerty większości zespołów.

Po dwudziestominutowej przerwie na scenie pojawili się muzycy zespołu The Stooges i rozpoczął się szał po obydwóch stronach barierki. Naprawdę ciężko wyrazić słowami to, co sześćdziesięcioletni Iggy wykonywa na scenie. Skacze, turla się, zeskakuje z i po chwili wskakuje na scenę, kopuluje z głośnikiem, oblewa się wodą, wtyka sobie mikrofon w spodnie, kopie i podrzuca statyw. A to wszystko śpiewając i nie zwalniając ani na chwilę. Skoncentrowany czad w najwyższej formie. Pop wizualnie przypominał, choć właściwie powinienem napisać odwrotnie, nieco Anthonyego Kiedisa z Red Hot Chili Peppers. Naturalnie w wersji „dwadzieścia lat później”.

Rock`n`rollowa energia, jakiej nie powstydziliby się trzykrotnie młodsi od niego artyści, wypływała z żylastego i półnagiego Iggy`ego, który dla większości fanów mógłby być ojcem, a dla sporej części nawet dziadkiem. Co było szczególnie widoczne podczas wykonywania “No Fun”, kiedy to na zaproszenie Popa na scenę weszło kilkanaście osób i odśpiewało oraz wyskakało się z wokalistą The Stooges.

Dobór utworów był przekrojowy. Podczas występu zabrzmiały kompozycje zarówno z najnowszego wydawnictwa – The Weirdness – jak i ze starych albumów, wydanych przed niemal czterdziestu laty. Z pełną konsekwencją nie zagrano solowych utworów Iggy Popa w tym najsłynniejszej kompozycji kojarzonej z tym artystą czyli „Pasażerem”. Zagrany został za to, i to aż dwukrotnie (drugi raz na bis), „I Wanna Be Your Dog”, znany w Polsce z wykonania przez Marcina Świetlickiego. Inne zaprezentowane hiciory to „1969”, „Fun House” czy też „Tv Eye”.

Niestety momentami słaba akustyka sali dawała o sobie znać. Szczególnie początek koncertu był tragiczny, gdy słychać było jedynie atakującą perkusję z delikatnie zarysowanym basem. Wokal i gitara zlewały się za to w niesłyszalny charkot. Na szczęście techniczni po chwili opanowali sytuację i było zdecydowanie lepiej, choć nadal dość daleko od ideału. Cóż, takie są skutki, gdy miejsce nie jest do końca przemyślane. A Hala Orbity nadaje się na pewno bardzo dobrze na imprezy sportowe, ale nie na koncert punk rockowy.

Pomijając jednak te niuanse techniczne, należy pogratulować pomysłu zaproszenia Iggy`ego Popa czy też raczej The Stooges. Zespół mimo kilkudziesięciu lat rozłąki oraz dość posuniętego wieku ma nadal ikrę i potrafi wykrzesać z siebie energii na tyle dużo, że jest w stanie porwać osoby, których rodziców jeszcze nie było, gdy Amerykanie zaczynali grać. Zresztą ogromny przekrój wieku widoczny na każdym kroku, a ojcowie bawili się równie dobrze jak ich nastoletnie potomstwo. Czasem nawet o wiele bardziej żywiołowo. Bo koncertowe pogo było niezgorsze. Mimo że dominowały w nim osoby, które swoje irokezy oraz ćwieki zamienić musiały już dawno na krawat i koszulę. „Ojciec punk rocka”, czy też raczej „dziadek”, pokazał na co go stać.

The Stooges – 24.06.2007. – Wrocław – Hala Orbita

Joe Satriani

czerwiec 1, 2006

Wielkie kulturalne święto Wrocławia jakim niewątpliwie jest „Wrocław Non Stop” z roku na rok nabiera rumieńców. Ilość festiwali, koncertów, happeningów i wystaw oszałamia. Naprawdę ciężko nie znaleźć czegoś dla siebie. Rozmach całej imprezy jest niesamowity, więc i oczekiwania względem niej duże. Koncert mający odbyć się na „Old Market Square” (czyli na wrocławskim Rynku) poprzedziły spekulacje i plotki mówiące o Bjork albo King Crimson. Skończyło się tylko na Joe Satrianim.Scena znajdująca się na Rynku, umiejscowiona tyłem do Placu Solnego, była dość niewielkich rozmiarów a przy tym stosunkowo niska. Gęstniejący tłum uniemożliwiał niższym osobom obserwowanie zespołu. Bo Joe Satriani wystąpił naturalnie z zespołem. Choć określaniem ich tym mianem jest nieco na wyrost. To osoby towarzyszące, które starały się momentami, zresztą dość skutecznie, tak wtopić w tło, by nie zwracać na siebie najmniejszej uwagi. Niemal od samego początku widać było, kto jest najważniejszy i kto jest głównym aktorem tego spektaklu. Akompaniament osób towarzyszących Satrianiemu był momentami niesłyszalny. Druga gitara praktycznie była nieobecna i trzeba było się silnie skoncentrować, by wyłowić jej brzmienie. Światła, prąd i moc głośników były oddane Joe. A on z nich robił odpowiedni użytek.

Niemal od samego początku jego instrument grał, śpiewał, piszczał, skrzypiał, mruczał i wydobywał z siebie dźwięki, których pozazdrościć może nawet Tom Morello. Kolejne sprinty po gryfie, tapingi i tremolo poprzeplatane ze sobą w różnych konfiguracjach tworzyły niesamowity efekt. Naprawdę widać było, że Satriani wie co robić z gitarą i nie bez kozery uchodzi za jednego z lepszych gitarzystów na tym świecie. Kolejne popisy i ewolucje wzbudzały aplauz publiczności, która z każdą kolejną minutą reagowała coraz bardziej entuzjastycznie.

Jednak mniej więcej w połowie koncertu emocje zaczęły opadać. Kolejne, wciąż tak samo trudne i wymagające fenomenalnych umiejętności zagrywki znudziły publiczność. Satriani jest niesamowity, ale ciągłe patrzenie na to samo jest najzwyczajniej w świecie mocno nużące. Dramaturgia całego występu nieco kulała i zabrakło elementów, które mogłyby nieco bardziej „ubarwić” i ożywić występ. Moje subtelne ziewnięcie zwróciło uwagę koleżanki, która ze zrozumieniem pokiwała głową. Ja w sumie z obowiązku, bo to przecież Joe Satriani gra, wytrzymałem jakoś do końca. Nie uważam wieczoru za stracony, ale mam inną definicję spędzania wyjątkowo udanych wieczorów. Ot, koncert zaliczony i nic więcej. Może gdyby to było G3…

Wrocław Non Stop – 1.07.2006 – Wrocław – Old Market Square czyli Rynek